Wróć do katalogu

Kasjerka

O nudnej codzienności, samotności, pracy i sposobach uwolnienia się od nich.

GRAF@, opublikowano , 29 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

KASJERKA

Gdyby ktoś zapytał Magdę, kiedy po raz pierwszy zauważyła za oknem coś niezwykłego, najprawdopodobniej nie byłaby w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Nie zastanawiała się nad tym głębiej; po prostu pewnego wieczoru wyszła na balkon i zauważyła, że osiedle w dole zalewa jasne, niepokojące światło. Wytężyła wzrok i z wysokości swojego czwartego piętra dostrzegła źródło tego zjawiska. Były to gazowe lampy, rozmieszczone wzdłuż szerokiej ulicy, wyłożonej kamienną kostką. Sama zdziwiła się absolutnym spokojem, z jakim dostrzegła tą zmianę. Na jej ulicy były przecież wyłącznie elektryczne latarnie. Nie było też kostki brukowej. Wracając do mieszkania i zamykając za sobą drzwi, usłyszała jeszcze stukot kopyt, gdy dorożka mijała jej blok. To była jej mała tajemnica; wiedza, której zazdrośnie strzegła. Świadomość, że wieczorem będzie świadkiem czegoś niezwykłego, czegoś, czego nie doświadcza nikt inny, była dla niej nagrodą, pozwalającą przetrwać ciężki dzień. Ludzie, którzy dawniej doprowadzali ją do rozpaczy, zdawali się szarzy i odlegli. Ich uwagi i docinki trafiały w pustą przestrzeń; między nimi a nią powstała nieprzenikniona bariera. Nie tylko to uległo zmianie. Wydarzenia, które dawniej wprowadziłyby mętlik w jej uporządkowane życie, teraz w ogóle nie miały znaczenia. Kiedy w trakcie kontroli okazało się, że w jej kasie jest o kilkaset złotych mniej, niż być powinno, Magda wzruszyła jedynie ramionami i - patrząc kierowniczce prosto w oczy - stwierdziła, że musiała zajść jakaś pomyłka. Po czterech kolejnych liczeniach okazało się, że rzeczywiście zaszło nieporozumienie – dwa banknoty o wysokich nominałach skleiły się ze sobą. Kiedy ochroniarz wypuszczał ją z pokoiku, do którego zaprowadzono ją na czas gorączkowego śledztwa, kobieta nawet na niego nie spojrzała. Mimo wielu przykrości, jakich doświadczyła tego dnia, wracała do domu energicznym krokiem i z uśmiechem na twarzy. Rytuał przebiegał podobnie każdego dnia. O godzinie piątej trzydzieści Magda wstawała z łóżka, następnie szykowała sobie śniadanie, którego nieodłączną częścią był kubek bardzo mocnej kawy. Następnie szybka toaleta i wyjście do pracy. Do budynku poczty docierała zawsze za kwadrans siódma, aby pięć minut później zasiąść już na swoim stanowisku. Należała do najbardziej punktualnych pracowników i od kilku lat próbowała sobie wmówić, że jest to powód do dumy. Cały dzień upływał jej na wypełnianiu kwitów i przyjmowaniu przesyłek. Stemplowała, podpisywała i odbierała. Pod koniec dnia miała wrażenie, że jej mózg pracuje w rytm stukotu wybijanego pieczątką. Wieczorem zdawała kasę i wracała do swojego mieszkanka na drugim końcu miasta. Po dotarciu na miejsce przyrządzała sobie coś do jedzenia i wychodziła na balkon, gdzie postawiła wygodną, skórzaną pufę. Siadała na niej z talerzem na kolanach i przyglądała się dziwnemu światu, jaki rozpościerał kilka pięter niżej.

*

Na początku wybrukowanymi ulicami przechadzało się niewiele osób. Czasami pod ścianą domu przemknął chwiejnym krokiem bywalec karczmy, lecz poza tym główną atrakcją były dla Magdy powozy. Widywała głównie dorożki należące do korporacji (zawsze bardzo ciemne i sprawiające ponure wrażenie, z tabliczką firmy na drzwiach), lecz czasem udało jej się zobaczyć prywatne bryczki, zatrzymujące się na rogu. Często były to jeżdżące dzieła sztuki z rzeźbionymi uchwytami i kolorowymi zasłonkami. Konie stojące u dyszla takich dorożek zawsze sprawiały wrażenie zadbanych i silnych. Kiedyś Magda obserwowała taką bryczkę ponad trzy godziny. Z wysokości swojego balkonu widziała wszystko bardzo dokładnie. Zarówno nudzącego się stangreta jak i właściciela, eleganckiego gentlemana, który pojawił się w końcu, najwyraźniej w doskonałym nastroju. Towarzyszyły mu dwie wystrojone damy które, chichocząc, pomogły mu zająć miejsce (Magda widziała, że ta pomoc była mu rzeczywiście potrzebna). Kiedy w końcu odjechał, obie znikły za rogiem, śmiejąc się głośnio i nieco rubasznie. Potem ulica znowu pogrążyła się w bezruchu. Światło lamp gazowych usypiało młodą kobietę; opuściła więc swój posterunek i weszła do mieszkania. Tej nocy spała tak dobrze, jak nigdy dotąd.

Następny dzień należał do wyjątkowo ciężkich. Dwie sąsiadujące z nią kasjerki co chwila rzucały złośliwe uwagi na temat ludzi, którzy odbierają chleb innym, „porządnym”, wykorzystując koneksje rodzinne. Oprócz tego Magda znalazła dwie gumy do żucia przyklejone do monitora komputera i piasek w kubku z długopisami. Wiedziała, że w razie kontroli to ona poniosłaby konsekwencje, szybko więc usunęła te ślady wandalizmu. Przechwytując kolejne wrogie spojrzenie wyprostowała się dumnie i, jak gdyby nigdy nic, zabrała się do pracy. Przez ostatnie trzy lata nauczyła się ignorować tego rodzaju przejawy niechęci i demonstracje wrogości, nadal jednak głęboko je przeżywała. Choć łzy przestały już cisnąć się do oczu, przez większość dnia miała ściśnięte gardło i pustkę w głowie. Odprężała się dopiero po podpisaniu listy i opuszczeniu budynku poczty. Tego dnia wróciła do domu skrajnie wykończona. W drodze powrotnej kupiła w markecie dwa mrożone dania i czekoladowego batona. W sam raz na kolację. Kiedy stała przed drzwiami budynku i wstukiwała kod na klawiaturze domofonu, poczuła zapach siana i końskiego nawozu. Zdumiona odwróciła się gwałtownie, ale nie dostrzegła niczego niezwykłego. Ulica wyglądała tak jak zawsze przed wieczorną przemianą: asfaltowa, osiedlowa droga niemal całkowicie zatarasowana przez samochody mieszkańców okolicznych bloków. Kilka krzaków i wypielęgnowany trawniczek przed wejściem - nic nowego. Magda weszła do budynku. Jadąc windą nie mogła powstrzymać narastającego zaciekawienia. Czyżby nastąpiła jakaś zmiana? Spojrzała na zegarek aby upewnić się , że jest dopiero pięć po dziesiątej. Magda nie była pewna, o której pojawiał się świat dorożek i stangretów. Nie zastanawiała się nad tym; zwykle wychodziła na balkon około dwudziestej drugiej – i on już na nią czekał. Podekscytowana weszła do mieszkania i od razu skierowała się w stronę balkonu. Na podwórku zapadł już zmrok – jak zawsze w listopadzie. Osiedle rozjaśniało światło ulicznych latarni, w których blasku dostrzegła dwie osoby z psami na smyczach. Wycofała się do mieszkania i zabrała za szykowanie kolacji w głębokim przekonaniu, że coś musiało się jej pomylić. Punktualnie o 22.00, ciepło ubrana i z kubkiem gorącej herbaty w ręku zasiadła na swojej pufce w głębi balkonu. Łuna lamp gazowych powoli uspokajała rozbiegane myśli i kierowała ich tor na życie oświetlanej przez nie ulicy. Tego wieczora głównym wydarzeniem okazała się dostawa wina do karczmy na przeciwko. Ogromny wóz załadowany tuzinem największych beczek, jakie kobieta kiedykolwiek widziała, zatrzymał się z łoskotem, blokując ponad połowę szerokości ulicy. Woźnica, nieduży człowieczek w za długim płaszczu i opadającym na oczy kapeluszu zeskoczył z kozła i wszedł do budynku. Dziewczyna wyciągnęła szyję, aby móc lepiej przyjrzeć się siwym koniom stającym w zaprzęgu. Po raz pierwszy naszła ją wątpliwość co do realności oglądanych przez nią obrazów. Czy to możliwe, aby konie były aż tak duże? Z lokalu wynurzyło się kilka postaci. Przy akompaniamencie głośnych okrzyków zabrali się do rozładunku. Zamontowali z boku wozu coś na kształt drewnianych szyn, po których ostrożnie toczyli ogromne beczki. W tym czasie mały woźnica wyjął coś spod kozła i zaczął zarzucać na końskie łby. Były to worki przypominające maski gazowe, pełniące funkcję przenośnych stołówek dla zwierząt. W głębi ulicy powstało jakieś zamieszanie. Cicha noc rozbrzmiała echem nadchodzących problemów. Narastający łoskot zmieszał się z dudnieniem kopyt i okrzykami przerażenia. Wielkie konie uniosły czujnie głowy, woźnica zamarł w bezruchu, patrząc w głąb ulicy. Zza zakrętu wypadły cwałem dwa konie, ciągnąc za sobą płonącą bryczkę. Wydobywające się z ich gardeł rżenie przeszło w bolesny wizg, gdy płomienie zajęły ich ogony i zaczęły wspinać się po uprzęży. Wszystko zaczęło dziać się jednocześnie. Mężczyźni turlający beczkę z winem puścili ją i rzucili się do ucieczki. Mały woźnica rozpostarł ręce w obronnym geście, nie ruszając się z miejsca. Magda zrozumiała, że ulica jest zbyt wąska, aby wozy mogły się minąć. Beczka z winem nabrała rozpędu, tocząc się po chodniku w stronę budynku. Jeden z płonących koni wpadł w poślizg na nierówności bruku i szarpnął dyszlem, spowalniając szaleńczy bieg. Woźnica też to dostrzegł. Odwrócił się i zaczął rozpaczliwie ciągnąć za wodze swoich zwierząt. Choć zapierał się rozpaczliwie, te nawet nie drgnęły. Jak zahipnotyzowane wpatrywały się w zbliżającą się kulę ognia. W tym momencie tocząca się beczka uderzyła w ścianę budynku i pękła z hukiem wystrzału armatniego. Spanikowane, poparzone konie zatańczyły w miejscu i rzuciły się do przodu ze zdwojoną siłą. Krzyki ludzi zmieszały się z ich rozpaczliwym rżeniem. Mały woźnica wciąż szarpał się z uprzężą, kiedy przemknęły obok niego niczym płonący pocisk. Było oczywiste, że tocząca się za nimi bryczka nie zmieści się w wąskim gardle. I rzeczywiście; na oczach kobiety wpadła z impetem pomiędzy stalową latarnię a wóz z winem. I stanęła w miejscu. Potężne szarpnięcie zwaliło poparzone konie z nóg, zaś wstrząs zbudził wreszcie do życia siwe posągi. Gdy fontanna płonących szczątków zaczęła spadać na ich grzbiety, skoczyły do przodu, zwalając z nóg drobnego właściciela. Pojazd ze zgrzytem zaczął sunąć do przodu, zablokowane koła nie turlały się jednak, lecz ślizgały po bruku, spowalniając ucieczkę. Jedno ze zwierząt zaczęło dziko wierzgać, po chwili drugie poszło w jego ślady. Ogień rozprzestrzeniał się po wozie z winem; na ulicy pojawiało się coraz więcej ludzi. Magda rozróżniła słowo „woda” padające z licznych ust. Potworne zamieszanie osiągnęło swoje apogeum. Wijąca się na środku ulicy masa powoli przestała się ruszać, jednak bolesny jęk wciąż rozchodził się głośnym echem. Smród palonego mięsa i sierści był wręcz nie do wytrzymania. Konie pociągowe, wierzgając bez opamiętania ponownie natarły na uprząż, wlokąc wóz kilkanaście metrów. Trzask łamanych desek i brzęk zrywanej uprzęży były jedynymi dźwiękami towarzyszącymi wyrwaniu dyszla i uwolnieniu siwych olbrzymów, które z dzikim rżeniem pogalopowały przed siebie. Tymczasem płomienie zajęły już cały wóz. Zapach parującego, taniego wina zmieszał się ze smrodem palonych, końskich ciał. Magda powstrzymała gwałtowne torsje, które zaczęły wstrząsać jej ciałem. Wstała z klęczek, na które opadła nie wiedzieć kiedy i wychyliła się z balkonu tak daleko, jak tylko mogła. Coś w rozgrywającym się na dole dramacie nie dawało jej spokoju. Coś się nie zgadzało. Mały woźnica całkiem znikł pod swoim wozem. Kobieta uświadomiła sobie, że wielkie konie stratowały go uciekając w popłochu. A potem wóz ruszył do przodu… Biegający wokół ludzie zdawali się go nie dostrzegać. Czując nierealność całej sytuacji dziewczyna wychyliła się mocniej poza obręb balkonu i krzyknęła: „Pod wozem jest człowiek!” Wiedziała przecież, że nikt jej nie zauważy, ani nie usłyszy. Przecież na tym to wszystko polegało prawda? Na możliwości podglądania zdarzeń z innej epoki, na doświadczaniu innej rzeczywistości w sposób przypominający oglądanie programu w telewizji. W tym momencie jeden z gapiów odwrócił się w jej stronę, jakby poszukując źródła dziwnego dźwięku. Magda poczuła, jak włosy jeżą się na jej głowie. „On nie mógł mnie usłyszeć!” – Krzyczy w myślach. „Kto tak powiedział?!”- Odpowiada sama sobie. Rażona ta myślą wybiega z mieszkania i rzuca się biegiem po schodach. Nie ma czasu czekać na windę. Przecież tam płonie człowiek! Drugie piętro, pierwsze. Wciąż brzęczy jej w uszach śmiertelny wizg płonących koni, ma przed oczami małego woźnicę starającego się ratować swój wóz. Woźnicę, który teraz umiera! Wpada na parter i rzuca się w kierunku drzwi. Otwiera je na oścież i wybiega na ulicę. Osiemnastowieczny świat znikł. Czuła zapach pożaru, jednak nie dostrzegła nic wskazującego na wydarzenia, które oglądała z wysokości swojego balkonu. Drżąc przechodzi kilkanaście metrów, by w końcu, całkiem zrezygnowana, zawrócić. Otwiera drzwi kodem i wchodzi, nie oglądając się za siebie. Z oddali dochodzą dźwięki wielkomiejskiej nocy dwudziestego pierwszego wieku.

*

Zaspała. Pierwszy raz od szkolnych czasów nie usłyszała budzika. A może zapomniała go nastawić? - Ktoś wczoraj zabalował? – Pełna satysfakcji twarz pojawiła się na moment w drzwiach jej szklanego boksu. Anna, siostrzenica kierowniczki, zmierzyła ją surowym spojrzeniem, by po chwili ruszyć w swoją stronę. Wpadła do budynku poczty kilka minut przed siódmą. Zgrzana, zdyszana, z kołtunem na głowie stanowiła nie lada atrakcję dla gromadki biurowych harpii. I chociaż kierowniczka oszczędziła jej złośliwych uwag, spojrzenie, jakim ją omiotła, niemal ścięło ją z nóg. Miała poważne, kłopoty. Bez wątpienia. Mijały kolejne godziny pracy, jednak Magda nie była w stanie się na niej skupić. W jej umyśle wciąż pojawiało się wspomnienie poprzedniego wieczoru, dramatyczny wypadek i wrażenie nawiązania bezpośredniego kontaktu z tajemniczą rzeczywistością. Niemal czuła zapach palonej sierści i krzyki pracowników winiarni. Po chwili dotarło do niej, że rzeczywiście ktoś krzyczy. Na nią. - Przecież pani jest całkiem nieprzytomna! – Starszy pan patrzył na nią z oburzeniem. Trzymał dłoń na pliku formularzy wpłat. Do kobiety dotarło, że najprawdopodobniej stoi tak od dłuższego czasu.

- Chcę natychmiast rozmawiać z pani przełożonym! – Awanturował się emeryt. – Żeby w takim stanie przychodzić do pracy! I tak traktować klienta! Nie pomogły przeprosiny i próby załagodzenia sytuacji. Zaalarmowana kierowniczka poprosiła starszego pana na zaplecze, ją wzywając do tego głuchym warknięciem. Magda spędziła najdłuższe pięćdziesiąt minut w swoim życiu. Po wysłuchaniu oficjalnej skargi klienta i ułagodzeniu go na tyle, że wyszedł z wyrazem zadowolenia na twarzy, kierowniczka skupiła się na niej. Nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, aby zauważyć, że sprawia jej to niekłamaną satysfakcję. - Moja droga. – Zaczęła, umiejętnie łącząc złośliwość i protekcjonalność. – Widzę, że absolutnie nie jesteś w stanie docenić wartości stałej pracy. Siedząc za swoim biurkiem, przełożona złożyła ręce i oparła je na blacie. Będąca kierowniczką już drugi rok, pani Zuzanna sprawiała wrażenie osoby absolutnie spełnionej w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych