Klan. Zemsta za śmierć Ryszarda Lubicza.
Moja wersja historii o śmierci Rysia z Klanu. Nie jestem fanem serialu, inspirację czerpałem z internetu, filmików i "gangsterskich" fragmentów serialu dostępnych na youtube i innych serwisach.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Był to pochmurny, smutny dzień, jak gdyby cały świat ogarnęła niema żałoba. Cmentarz wypełniali ludzie, i choć informacja o tym pogrzebie nie została przekazana do publicznej wiadomości, nie wklejono jej na żaden słup, wszyscy obecni odczuwali autentyczny żal po zmarłym i współczucie dla jego rodziny. Dlatego, że Ryszard Lubicz był wyjątkowym człowiekiem. Ludzie obserwowali, jak trumna na grubych sznurach zostaje spuszczana w głęboki dół. Niektórzy ze wzrokiem spuszczonym w ziemię, niektórzy rozpłakani lub z twardym wyrazem spoglądający przez siebie, słuchali końcowych mów wygłaszanych przez członków rodziny zmarłego. Tuż przed grobem, skuleni w półokręgu, stali najbliżsi Ryszarda. Jego żona Grażyna, w chuście na głowie, spoglądając pustym wzrokiem, czerwonym od wylanych łez, popłakiwała cicho i trzęsła się w żałobnym spazmie. Przy sobie miała dwójkę młodszych dzieci - Macieja i Katarzynę. Starsza córka Bożena stała nieco z boku i zapłakana tuliła się do swojego chłopaka. Tuż przy nich stał Mariusz, najbliższy przyjaciel Ryśka, z którym zmarły pracował wiele lat. Był niemalże częścią rodziny i to on stał się niejako ojcem zastępczym dla dzieci. Musiał teraz stać się wsparciem dla Grażyny i dzieci, jednak tego dnia żal ściskał mu serce, czuł się równie bezradny co oni. Za nimi zebrali się pozostali Lubicze, z braćmi Ryszarda, doktorem Pawłem i seniorem Jerzym na czele. Wśród nagrobków i przez bramą do cmentarza - przyjaciele, dalsza rodzina i ludzie, którzy w życiu zetknęli się z ukochanym taksówkarzem. Przybyli także wrogowie Ryśka - aby złożyć mu hołd i pokazać szacunek. Tego przedpołudnia wszyscy byli Lubiczami.
Ziemska wędrówka Ryśka dobiegła wreszcie końca. Niedługo później wszyscy poczęli jeden po drugim opuszczać cmentarz, zaś najbliższa rodzina zebrała się w mieszkaniu Jerzego, aby wspominać wspaniałego taksówkarza, kochającego męża i ojca, prawdziwego przyjaciela. - On zawsze był taki... lojalny - zaczęła jedna z kobiet - I po stronie Rodziny. - I pozostał takim do końca - skwitował doktor. - Tata był bohaterem - podsumował pięknie Maciek Lubicz. Jeden tylko Jerzy nie przyłączył się do hymnów i pochwał na cześć brata. Nie zareagował nawet wtedy, gdy Grażynka zemdlała, a Krystyna z krzykiem "Jezus, Maria Paweł!" na ustach rzuciła się, by ją podnieść. Siedząc w pewnym oddaleniu, milczący, rozmyślał nad tym co się stało i o tym, co dalej. Rysiek spoczął w mogile, ceremonia dobiegła końca, ale przecież Lubiczowie nie zaznali jeszcze spokoju. Żałoba skończy się dopiero wtedy, gdy ta zbrodnia zostanie pomszczona! Po śmierci Władysława, wiele lat temu, to Jerzy przejął tytuł Dona i na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za powodzenie tej misji. Na barkach Jerzego i jego {i}Caporegime{/i} Moniki Ross. Don widział ją na pogrzebie, lecz zaraz po ceremonii kobieta zniknęła mu z oczu. Cóż, pomyślał Jerzy, może załatwia jeszcze jakieś swoje sprawy. Dziesięć minut później w progu pojawiła się kobieta w ciemnej sukni i gustownym kapeluszu. Monika Ross powitała się z wszystkimi, ale przecież każdy wiedział, że pojawiła się tu głównie ze względu na Jerzego. Don przeprosił wszystkim, po czym prowadząc {i}Caporegime{/i}, skrył się w prywatnym gabinecie. - Podejrzewam, że za tę śmierć ponosi odpowiedzialność jedna z konkurencyjnych Rodzin - mówił Don Lubicz, siedząc na wygodnym fotelu - nie mam jednak pewności, kto mógł tak zmasakrować mojego brata. Dlatego twoim zadaniem będzie wyśledzić, kto to zrobił. - Odnajdę mordercę - odpowiedziała Ross z pełnym przekonaniem - niezależnie kim jest ten człowiek, jak potężne siły go chronią, odpowie za to, co uczynił Ryśkowi. - Pojedziesz do szpitala, gdzie leżał mój brat i zdobędziesz nagrania z monitoringu. Na którejś z taśm musi być coś. Kobieta skinęła głową. - Aha, i jeszcze jedno. Pamiętaj, że musisz tylko wyśledzić sprawcę. Bez konsultacji ze mną nie wykonuj żadnych drastycznych kroków, zrozumiałaś? - Tak jest. - To dobrze - Jerzy wstał z fotela - a teraz wybacz, muszę dołączyć do rodziny, a potem czeka mnie kilka rozmów. - Rozpocznę śledztwo od razu - powiedziała - jak tylko coś ustalę, poinformuję cię o tym. Jerzy wskazał jej wyjście z gabinetu. Kilka minut później siedziała w samochodzie, i słuchając przebojów Izabeli Trojanowskiej, jechała w stronę placówki medycznej. Zdobycie nagrań nie powinno nastręczać żadnych problemów, ale czy na podglądzie korytarza znajdzie coś przydatnego? Chcąc uniknąć irytacji związanych z szukaniem wolnych miejsc na parkingu, zatrzymała się na krawężniku. Kiedy wkroczyła w szpitalny korytarz, udała się prosto do gabinetu dyrektora. Elegancka sekretarka ledwo podniosła wzrok zza okularów, i nie zdążyła wstać ani nic powiedzieć, gdyż {i}Caporegime{/i} nawet się nie zatrzymując, ruszyła do następnego pomieszczenia. - Jestem znajomą pana dyrektora - rzuciła, przechodząc obok biurka, spojrzawszy przez chwilę na kobietę. - Chwileczkę, nie może pani tak po prostu... Monika, stojąc w przejściu, ujrzała nie najmłodszego już mężczyznę w eleganckim garniturze. Siedział na parapecie i rozkoszował się aromatyczną kawą. Gdy dyrektor ujrzał ją w progu, natychmiast rzucił się ku biurku. - Kto panią tutaj w ogóle wpuścił? - spytał rozgniewany, kładąc filiżankę na talerzyku i stając obok fotela. - Dzień dobry, nazywam się Monika Ross , nie pamięta mnie pan? - odpowiedziała - Przybyłam z polecenia Jerzego Lubicza. Mężczyzna na samo wspomnienie tego nazwiska pobladł, a następnie usiadł, obawiając się zapewne, że zaraz zemdleje. Spojrzał ponad ramię Moniki - twarz sekretarki wyrażała coś pomiędzy przeprosinami, a próbą usprawiedliwiania się. - pani Agnieszko, proszę zostawić nas samych - rozkazał sekretarce, która posłusznie wykonała polecenie. Zwróciwszy się do {i}Caporegime{/i}, spytał: - Czego pani ode mnie chce? Ross zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się o kilka kroków. - Zapewne pan pamięta, a jeśli nie to chętnie przypomnę, że kiedy Jerzy zgodził się sfinansować ten szpital, wspomniał również, że kiedyś poprosi o spłatę tego długu. Co prawda dodawał, że ten dzień może nigdy nie nastąpić, ale... no, niestety masz pan pecha. - Czego jeszcze chcecie? Przecież przyjąłem Ryszarda Lubicza... - ...i pozwoliłeś, aby zginął. O nie, dług nie został jeszcze spłacony. Poza tym, z tego co pamiętam, przyjąłeś go jak normalnego pacjenta, za pieniądze. Dobrze, ma pan teraz okazję, aby się zrehabilitować. Potrzebuję nagrania monitoringu z tego feralnego dnia, w którym Rysiek został zamordowany. - Wykluczone - odpowiedział dyrektor - tego rodzaju materiały przekazuję wyłącznie policji. Ross skrzyżowała ręce na piersiach. - Doskonale pan wie, dyrektorze, że Rodzina Lubiczów nie uznaje zabijania nienarodzonych dzieci. Szczególnie, jeśli mowa nielegalnym podziemiu aborcyjnym. Zgodziliśmy się sfinansować ten szpital tylko dlatego, że nas pan o to poprosił i zobowiązał się później zrewanżować. - pani mnie szantażuje? - Tak, i nie ukrywam tego. Jeżeli nie otrzymam dzisiaj tych nagrań, postaramy się o to, aby waszą tajemnicę poznali odpowiedni ludzie. - Dobrze - mężczyzna dał za wygraną - proszę za mną. Szef wstał i chwiejnym krokiem ruszył do przodu, prowadząc Monikę Ross do pomieszczenia, w którym uzyska interesujące ją materiały.
Czesia, dyrektora jednego z Warszawskich przedszkoli, aż wstała, gdy zdała sobie sprawę, kogo widzi w drzwiach. - Można? - spytała grzecznie, ale stanowczo Monika Ross. - Ależ proszę bardzo - odpowiedziała Czesia i zaraz zaczęła krzątać się obok gościa - napije się pani czegoś? Kawy, herbaty? - Dziękuję, wpadłam tylko na chwilę - Czesia zdjęła płaszcz z ramion {i}Caporegime{/i} i wskazała jej miejsce po drugiej stronie biurka - mam pewne poszlaki, jeśli chodzi o śmierć Ryśka, ale tylko ty jesteś w stanie potwierdzić moje podejrzenia. Znasz tę kobietę, prawda? - Ross pokazała dyrektorce dwa zdjęcia. Czesia przyjrzała się uważnie obu fotkom. Przedstawiały one dwie pojedyncze klatki z nagrania monitoringu. Rysiek ubrany w czerwony szlafrok, stał tyłem do kamerki. Rozmawiał z jakąś kobietą. Drugie zdjęcie przedstawiało zbliżenie na jej twarz. Ciemnowłosa kobieta wydawała się czymś bardzo zdenerwowana. - To Halszka, prawda? - Tak, to ona - odpowiedziała Czesia, odrywając wzrok od zdjęć. - Halszka - powtórzyła Ross, jakby dyrektorka w ogóle tej kobiety nie znała - Drobna złodziejaszka, która już kiedyś nadepnęła nam na odcisk. Pracowaliście kiedyś razem, prawda? - dodała {i}Caporegime{/i} z wyraźnym wyrzutem w stronę Czesi. - To było jeszcze zanim to się wszystko zaczęło - próbowała bronić się Czesia. Milczenie Moniki oznaczało, że nie będzie już do tego wracać. - Kiedyś darowaliśmy jej życie - odezwała się w końcu - uważaliśmy, że nie ma sensu zajmować się mętami jej pokroju. Ale teraz miarka się przebrała. - Myśli pani, że Halszka uwzięła się na Rodzinę? - Wątpię - {i}Caporegime{/i} uśmiechnęła się - Myślę, że działała na zlecenie którejś z konkurencyjnych mafii. Halszka ma dobrą ochronę, a nasi wrogowie czyste ręce. Okay, teraz trzeba odnaleźć jej kryjówkę - Monika zastanowiła się - tylko gdzie ten szczur mógł się schować? Trzeba przeszukać wszystkie nory w mieście i poza nim. Dyrektorka widząc zamyślenie i determinację malującą się na twarzy rozmówczyni, uśmiechnęła się chytrze. - Najprawdopodobniej nie będzie pani musiała długo szukać - wstała - Jakiś czas temu Halszka przyszła, aby zapisać swego synka do klasy przedszkolnej. Czesia oddaliła się od fotela i wyjąwszy z szafki teczkę, podała je Ross ponad biurkiem. Ta zaczęła niedbale przeglądać dokumenty. - Tutaj ma pani adres zamieszkania, który podała - dyrektora wyciągnęła palec. - Halszka mogła zmienić miejsce zamieszkania lub podać fałszywe dane. - Od czegoś jednak trzeba zacząć. - Bardziej interesujące jest dla mnie nazwisko, które podała. Prażuch. Jestem przekonana, że gdzieś już wcześniej o nim słyszałam. Tylko gdzie? Cóż, będę musiała spytać Jerzego. Tak, czy inaczej, dzięki Czesiu za poświęcony mi czas - Monika Ross wstała - Naprawdę mi pomogłaś. - Nie ma za co - odpowiedziała, pomagając jej założyć płaszcz - Śmierć Ryśka była szokiem dla nas wszystkich.
Monika Ross nie wierzyła, aby wizyta pod wskazanym adresem coś dała. Musiała jednak tam zajrzeć, dla formalności i po to, by zadowolić Czesię. Nie wzięła ze sobą żadnego ze swoich ludzi, ani nawet osobistego ochroniarza Bogdana. Oczywiście, pod tym numerem mieszkała zupełnie inna rodzina i wizyta u nich nie zdała się na nic. Nadszedł czas, aby zrelacjonować wszystko Donowi Lubiczów. - Kim są Prażuchy? - spytała w końcu. - Masz rację, to członkowie konkurencyjnej Rodziny Mostowianków. Co zabawne, ich córka chodzi dokładnie do tej samej szkoły, co nasza Kasia. - O! - Co jeszcze ciekawsze, Kasia zwierzyła mi się ostatnio z nieprzyjemnego incydentu. Kilka jej koleżanek, a właściwie banda zbirek, zaatakowały ją i niemal pobiły. Tak się składa, że przywódczyni grupy to właśnie Prażuch. - Mała bawi się już dorosłych - podsumowała Monika - ciekawe, czy to przypadek, czy rodzice już zaczynają wpajać jej nienawiść do Lubiczów. - Kasia poprosiła mnie, abym się tym zajął. Jako jej ojciec chrzestny nie mogłem odmówić. Wyznaczam do tego zadania ciebie. Oczywiście, nie chodzi nam o dziewczynkę, tylko jej rodziców. - Czyli mam ich zwabić pod pretekstem wyzwania do dyrektora, czy czegoś w tym guście, a potem przesłuchać, prawda? Jerzy kiwnął głową.
Trwała właśnie lekcja matematyki. Prażuch i jej podwładne, siedząc w sąsiednich ławkach, nie przeczuwały, co się zaraz stanie. Jak zwykle nudziły się na lekcji, szeptały między sobą i spuszczały głowy, gdy tylko nauczycielka rozglądała się lub przechadzała po sali. Ktoś zapukał do drzwi. Uczniowie naraz spojrzeli w prawo, a następnie wstali, ujrzawszy wchodzącego do pomieszczenia dyrektora szkoły. Szybkim i zdecydowanym krokiem podszedł do matematyczki, rzucając w stronę klasy "Dzień dobry". Tuż za nim podążała Kasia Lubicz, korowód zamykał szkolny psycholog. - Przepraszam, pani Magdo, ale to pilna sprawa - powiedział dyrektor, a następnie zwrócił się do uczniów: - Siadajcie. Właśnie dowiedziałem się, że kilka…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Memon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…