Wróć do katalogu

Klątwa nienarodzonych 1/3

Bo doktor zawsze powtarzał swoim pacjentkom i ich rodzinom. „Tu nie jest kościół, ani centrum handlowe, to nie musi wyglądać. Dziecko ma być, wyskrobane, a pacjentka, ma być cała i zdrowa.”

Obłuda.T, opublikowano , 15 min czytania, 3,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Doktor Dymitr, jego nazwisko nie miało znaczenia i tak wszystkie dokumenty, łącznie z dyplomami, miał fałszywe, odkręcił kran by wypłukać ręce. Patrzył, jak krew spływa do brudnego zlewu. W pomieszczeniu, w którym się znajdował, nie musiał dbać o szczególną czystość. Nie mieszkał w opuszczonej kotłowni, służyła mu wyłącznie jako miejsce pracy. Nie płacono mu za sprzątanie, a ze względów bezpieczeństwa wolał nikogo nie zatrudniać, więc dbał o minimum higieny. Właściwie brudne ściany, z których odpadały płaty żółtej farby oraz zlew i podłoga, których chemiczne środki czystości nie dotknęły pewnie od miesięcy, nie pozwalały, aby kotłownie można było nazwać miejscem chociaż odrobinę higienicznym. Chyba, że zastosowano by standardy średniowiecznej sali tortur.

Stół dla pacjentek był czysty! Dokoor nie tylko spłukiwał go bieżącą wodą, po każdym zabiegu, ale także szorował płynem do dezynfekcji. Mimo tak spartańskich warunków, doktor Dymitr nie narzekał na brak klientek. Popularność zawdzięczał konkurencyjnym cenom, a także renomie, którą zdobył. Bo doktor zawsze powtarzał swoim pacjentkom i ich rodzinom: „Tu nie jest kościół ani centrum handlowe, to nie musi wyglądać. Dziecko ma być wyskrobane, a pacjentka ma być cała i zdrowa.” – może słowa brzmiały brutalnie, ale nigdy nie nawalił. Nikt jeszcze nie żalił się na jakieś skutki uboczne. Ba, zdarzało się nawet, że część pacjentek wracała do niego z kolejną, niechcianą ciążą! Szybko, zdrowo, skutecznie – to była maksyma kliniki w starej kotłowni. Zaś warunki, w których przeprowadzał zabiegi, dość często nie odbiegały znacząco od warunków, w jakich płodzono dzieci usuwane przez doktora.

Ten dzień był udany. Odprawił dwie pacjentki i zarobił prawie tysiąc czterysta złotych. Miesiąc zapowiadał się świetnie, gdyż był już umówiony z dwiema „zagubionymi” matkami. Doktor nie wydawał sporo na materiały i sprzęt, a podatków także nie płacił, gdyż nie zarejestrował działalności gospodarczej. Ceny miał dość zróżnicowane, zależne od zaawansowania ciąży i to najbardziej dziwiło klientów. Oczywiste wydawało się, że czym starszy płód, właściwie w niektórych przypadkach już dziecko, które w odpowiednich warunkach przeżyłoby w inkubatorze, tym zabieg trudniejszy. Doktor natomiast za takie przypadki pobierał najniższą cenę. Toteż obeznane ze owymi dziwnymi zwyczajami pacjentki, starały się czekać jak najdłużej z wizytą u niego.

Tym razem doktor skasował jedną z pacjentek prawię na tysiąc złotych - młodej dziewczynie się spieszyło. Bała się, że ktoś zobaczy brzuch. Druga pacjentka, niemal stała klientka doktora, już trzecią ciąże usuwała u niego, zapłaciła najmniej. Kiedy kobieta zdołała się wygrzebać z magazynu przy pomocy podchmielonego konkubenta, doktor spokojnie usiadł na starym drewnianym krześle, odpalił cygaro i wyjął z torby książkę. Był w połowie „Samotnego białego żagla” Katajewa, czytał tę książkę już czwarty raz, liczył, że uda mu się skończyć całą, nim odwiedzi go kolejna klientka. Ta kobieta nie przychodziła w sprawie usunięcia ciąży, ją interesował raczej handel.

Kiedy usłyszał ciężkie kroki na schodach, podniósł głowę. Nie była dużą kobietą, nie ważyła więcej niż pięćdziesiąt kilo, przy jakichś metr sześćdziesiąt wzrostu. Ciężaru jej krokom nadawały żółte, podkute stalą glany. Gdy pojawiła się na progu, odłożył książkę na półkę. Patrzyła zawadiacko głębokimi, niemal czarnymi oczami. Poprawiła zielonego irokeza, który miękko opadał na lewą stronę gładko ogolonej głowy, ręce wcisnęła do kieszeni plastikowego, przeciwdeszczowego płaszcza, pod którym kryła się skąpa koszulka i dżinsowe spodenki, i splunęła na ziemię. - Masz towar? – zapytała bez zbędnych powitań. - A kiedyś nie miałem? – doktor odpowiedział pytaniem. Dziewczyna podrapała się za uchem pełnym kolczyków i agrafek. - No. - Raz mi się zdarzyło. Będziesz mi to teraz wypominać? – wyszczebiotał swoim wysokim głosikiem, który zdawał się jeszcze delikatniejszy przez śpiewny, rosyjski akcent. - Nie pierdol. Skoro masz towar, to dawaj. Ja mam pieniądze – odburknęła. Doktor się skrzywił, wstał i wyciągnął ze stalowej szafy niewielkie, plastikowe wiadro. - Chcesz sprawdzić? – zapytał, uśmiechając się służalczo. Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko podeszła do niego i podniosła pokrywkę wiaderka. Na jej twarzy nie pojawił się najmniejszy grymas, nawet cień uczucia, ale doktor znał ją od ponad trzech lat, wiedział, że wszystkie emocje dziewczyny można dostrzec w oczach. Jej źrenice zwiększyły się do niemal nienaturalnych rozmiarów, tak, że można było dostrzec w nich odbicie zawartości wiadra. Była zdecydowanie zadowolona. Z kieszeni płaszcza wyjęła biały portfel, z naszywką Hallo Kitty. Doktor z podnieceniem przyglądał się jej czarnym paznokciom, gdy przeliczała stuzłotówki. Dziewięćset złotych - kolejna rata za telewizor. To był udany dzień dla Dymitra. Kochał swoją nową ojczyznę i gdyby mógł zarejestrować działalność gospodarczą, chętnie płaciłby podatki.

Teresa, bo takie przybrała imię w tym kraju, skakała jak mała dziewczynka po chodniku. Starała się omijać łączenia między kostką brukową oraz nie stawać na popękane płyty. Szło jej całkiem nieźle. Gdy wracała od doktora, zawsze wymyślała podobne zabawy. Próbowała zrekomensować sobie dzieciństwo, którego nigdy nie miała. Poza tym wolała nie myśleć, o tym co się miało niebawem wydarzyć. W plastikowym płaszczu, z czerwonym wiaderkiem i w żółtych butach, mogła wyglądać jak nastolatka. Z bliska jednak było widać wyraźnie zielonego irokeza, kolczyki i agrafki wbite w różne części ciała, tatuaże, które nadawały agresji, i postarzały wygląd Teresy. Poza tym rysy twarzy, a przede wszystkim oczy, sprawiały, że wydawała się bardziej dojrzała niż na pierwszy rzut oka. Nie miała zbyt wielu zmarszczek, skóra też nie była zniszczona, ale bił od niej jakiś rodzaj cierpienia, a przede wszystkim zmęczenia życiem.

Wreszcie dotarła do klatki schodowej kamienicy, w której mieszkała. W tym momencie już nie potrafiła panować nad pragnieniem. Czuła, jak zaczyna ssać ją w żołądku i drżą jej dłonie. Dobrze, że wiaderko było szczelnie zamknięte – mogłoby się coś wylać, a tego by bardzo nie chciała. Nim wygrzebała z kieszeni pęk kluczy i wybrała odpowiedni, drzwi mieszkania otwarły się przed nią na oścież. Za progiem stał młody, wysoki mężczyzna, o bladej skórze. W porównaniu z Teresą był bardzo elegancki i zadbany. Czarne, zaczesane do tyłu włosy, błyszczały od lakieru i żelu. Żaden najmniejszy włosek nie psuł długo przygotowywanej fryzury. Mężczyzna wyciągnął wypielęgnowaną dłoń na powitanie, ale Teresa minęła go prawie biegiem. - Dzięki, Natan. Zamknij drzwi – rzuciła wbiegając do jednego z pokoi. - Nie ma sprawy. Martwiłem się. Nie odpowiedziała tylko trzasnęła drzwiami, raczej z nieuwagi, niż ze złości. W tym momencie towarzyszyły jej tylko dwa uczucia: radość i niecierpliwość.

Nataniel wiedział, że to potrwa jakiś czas, wymienił więc na taborecie papierową chusteczkę, by nie ubrudzić jasnych spodni i usiadł najwygodniej, jak to było możliwe. Wyciągnął z torby na laptopa „Lód” Dukaja i zabrał się do kolejnego rozdziału. Mijały minuty, a ona wciąż nie wychodziła. Natan był przyzwyczajony do zachowań Teresy, mimo wszystko nie potrafił się skupić na lekturze. Wciąż unosił głowę na najcichszy dźwięk. - Kiedy wreszcie skończy? – wyszeptał i nagle usłyszał skrzypienie zawiasów. Teresa chwiejnym krokiem weszła do kuchni. Była tylko w stringach i obcisłej koszulce z napisem Sex Pistols, na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych