Klepsydra
"Przecież wczoraj ostro się pokłóciliśmy, a dziś ona przyrządza moje ulubione danie... Pomyślałem, że to jest zbyt piękne... I miałem rację."
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Kochanie, wróciłem! – zawołałem, gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi wejściowe. Żadnego odzewu. Nie zdziwiło mnie to. Po wczorajszej awanturze miała prawo czuć się obrażoną. Położyłem służbową teczkę na stoliku w przedpokoju i zdjąłem folię z bukietu tulipanów, które kupiłem w kwiaciarni na rogu. Przybrałem skruszony wyraz twarzy, zgarbiłem plecy, jakby pod ciężarem winy i krokiem pokutnika wszedłem do salonu. Nie było jej tam. Naraz w moje nozdrza wpłynął cudowny zapach: zapach warzywnego sosu. Makaron z tym sosem był specjałem mojej żony, który wprost ubóstwiałem; gotowała tę potrawę bardzo rzadko, tylko w wyjątkowych okazjach. Oniemiałem ze zdumienia. Przecież wczoraj ostro się pokłóciliśmy, a dziś ona przyrządza moje ulubione danie... Pomyślałem, że to jest zbyt piękne... I miałem rację. - Skarbie – szepnąłem, nieśmiało wślizgując się do kuchni. Stała tyłem do mnie i powoli mieszała na patelni aromatyczny sos. Trudno było stwierdzić, czy jest na mnie obrażona, czy tylko przekornie trzyma mnie w niepewności. Zazwyczaj musiało upłynąć kilka minut zanim przyjmowała moje przeprosiny. Zanim to następowało, patrzyła na mnie z wyrzutem i żalem, lecz potem zapominała o urazie – przynajmniej do następnej sprzeczki. Obrzuciłem łakomym spojrzeniem patelnię i stojący obok garnek, w którym, jak sądziłem, gotował się makaron. - Skarbie – powtórzyłem tkliwie. Podszedłem do niej. Położyłem tulipany obok jej lewej dłoni niedbale wspartej o pulpit kuchenny. Jedną ręką delikatnie objąłem ją w talii, drugą odgarnąłem z karku ciemne loki. Pocałowałem czule miejsce tuż pod linią włosów: raz, drugi i trzeci. Nawet nie drgnęła. Stała bez ruchu niczym osobliwy automat do mieszania sosów. Zaniepokoiło mnie to trochę. Kiedy się na mnie boczyła, miała zwyczaj patrzeć mi w oczy wzrokiem urażonej niewinności, a także uświadamiać mi, jak głęboko ją zraniłem. A teraz nic... - Matyldziu – powiedziałem prosząco. – Odwróć się do mnie, przemów choć słowo... Zero reakcji. Robot kuchenny, do złudzenia przypominający kobietę, z którą się ożeniłem, nadal mieszał w sosie, traktując moją osobę jak powietrze. Opuściłem z rezygnacją ręce, stanąłem obok niej, tuż przy kuchence gazowej, i spojrzałem jej w twarz. Początkowo była całkowicie bez wyrazu. Jednak w miarę mijania kolejnych minut w jej oczach pojawiał się jakiś osobliwy blask. Nie podobał mi się, stanowczo mi się nie podobał. Teraz wiem, że była to specyficzna mieszanina triumfu i pogardy, złośliwości i okrutnej uciechy z cudzego cierpienia i niepewności. Mojej niepewności. - Może już wystarczy? – przerwałem w końcu milczenie nieco poirytowanym głosem. – Sos już jest gotowy, jeszcze chwila i spalisz. Makaron pewnie... – uniosłem pokrywkę garnka stojącego obok. - Nie rusz! – zaoponowała i uczyniła ruch, jakby chciała mnie uderzyć. Spojrzałem na nią z urazą i zaskoczeniem. Głos mojej żony zazwyczaj miękki i serdeczny zabrzmiał chłodno i nieprzyjemnie. - A więc takie buty... – powiedziałem, z przekąsem przeciągając każdą zgłoskę. – Mścisz się za wczoraj. Przyrządzasz moje ulubione danie, żeby mi nie dać ani łyżki. Rozumiem, więc tak wygląda twoja pomsta. Żałosna pomsta małej dziewczynki – zaśmiałem się drwiąco, choć wcale nie było mi do śmiechu. Umilkłem na moment i przycisnąłem palce do skroni. – Nigdy się tak nie zachowywałaś. Powiedz, czy... - Piękne tulipany – przerwała łagodnie, całkowicie ignorując moją wypowiedź. – Wstaw je do wody, dobrze? Za chwilę dostaniesz obiad. Osłupiałem. Czyżbym źle ją zrozumiał? - Idź, wstaw – powtórzyła, odwracając się do mnie z uśmiechem. Bez słowa wziąłem z blatu bukiet i poszedłem do sypialni po błękitny, ozdobny wazon. Nalałem doń wody, włożyłem tulipany. Właśnie stawiałem kwiaty na stole w salonie, gdy weszła Matylda, trzymając w rękach talerz wypełniony po brzegi wspaniałym warzywnym sosem, przyprószonym listkami świeżej bazylii. Usiadłem przy stole. - Proszę – powiedziała i postawiła przede mną gorący posiłek. Popatrzyłem w talerz, potem na żonę i jeszcze raz w talerz. „Co się z nią dzisiaj dzieje?” – pomyślałem przejęty. - Jedz – zachęciła, podając mi widelec. - A ty? - Ja już jadłam – odparła, siadając naprzeciwko mnie. - Bez makaronu? – zapytałem z powątpiewaniem. - Skończył się – wyjaśniła. – Jedz, bo wystygnie. - Dlaczego się tak dziwnie zachowywałaś? – spytałem nieufnie, nakładając odrobinę sosu na widelec. - Sama nie wiem. Może było mi wstyd? Tak, to był wstyd – ukryła twarz w dłoniach. – Dałeś mi kwiaty, tak czule mówiłeś, całowałeś... a ja czułam, że na to nie zasługuję. Jesteś dla mnie za dobry. Taką wstrętną awanturę wczoraj wywołałam, krzyczałam jak ostatnia jędza... Nie wierzyłem własnym uszom. Przecież, o ile mnie pamięć nie myliła, to ja zacząłem kłótnię, darłem się i przeklinałem jak ostatni choleryk; ona tylko się broniła. Jak zawsze. - ...Dlatego – kontynuowała drżącym głosem – ugotowałam ci twój ulubiony sos warzywny, żebyś mi wybaczył... A ty jeszcze chciałeś wziąć winę na siebie! – zawołała, wybuchając płaczem. - Moim zdaniem było odwrotnie – oświadczyłem uczciwie, wstając, aby ją pocieszyć. - Nie mów tak, nie zniosę tego! To była moja wina, moja... Powiedz, że mi wybaczasz, proszę cię, powiedz... - Ależ to ja powinienem prosić cię o wybaczenie... - Och, nie wybielaj mnie swoim kosztem! – ryknęła, łapiąc się za głowę rozpaczliwym gestem. Przytuliłem ją mocno. Pocałowałem mokre powieki i czubek zasmarkanego nosa - Wybaczysz mi? – powtórzyła cicho. - Oczywiście, kochanie – szepnąłem wzruszony. Pomyślałem, że Matylda może mieć rację. Chyba rzeczywiście tym razem ona zaczęła wczorajszą kłótnię, musiało tak być, inaczej nie wyczyniałaby takich cyrków. – Wybaczam ci z całego serca. - Dziękuję – szepnęła. – A teraz zjedz obiad. Tak się starałam, żeby ci smakowało. W dziwnie dobrym nastroju wróciłem na miejsce. Teraz wiem, dlaczego byłem taki zadowolony: moja męska próżność została podbudowana. - Jak było w pracy? – spytała. Twarz jej rozpogodziła się, nie było nawet śladu po niedawnych łzach. - Mnóstwo roboty. Zmęczony jestem jak pies. I głodny – uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością i zamieszałem w sosie. Wodziła niespokojnym wzrokiem za dłonią, w której trzymałem widelec. „Poczciwa Matylda – pomyślałem. – Martwi się, że nadal się na nią gniewam, odzyska spokój dopiero wtedy, gdy zjem.” Nabrałem spory kęs. - A ty, moja droga, co porabiałaś? - Czekałam na ciebie – oparła szybko, wpatrując się w widelec, który zatrzymałem w połowie drogi do ust. – Czekałam i przyrządzałam twój ulubiony sos z warzywami. Uśmiechnąłem się i zjadłem pierwszy widelec obiadu. - Słuchaj, a co było w tym garnku obok patelni? – zagaiłem. - Smakuje ci? - O, tak – potwierdziłem szczerze. – Jak zwykle jest wspaniały. ...Bo sądziłem, że makaron – dokończyłem poprzedni wątek. - Ee, nic takiego – mruknęła, nie patrząc na mnie. - Nic takiego, a nie dałaś mi podnieść pokrywki – zauważyłem, przeżuwając kolejny kęs. - Dobrze, powiem ci – uśmiechnęła się nagle. - No? – ponagliłem. Talerz był już niemal w połowie opróżniony. - Niespodzianka. - A kiedy będę mógł zakosztować tej niespodzianki? - Może jutro, a może dziś jeszcze... Jednak najpierw musisz zjeść do końca obiadek. - Nie dam rady. Taką dużą porcję mi nałożyłaś, jak dla górnika. Dokończę później – podniosłem się z miejsca i skierowałem w stronę kuchni. - Stój! – podbiegła do mnie i wyjęła mi z rąk talerz. – Zajmę się tym. Nie mogę dopuścić, abyś przed czasem odkrył niespodziankę. Usiądź sobie na kanapie, włącz telewizor, odpocznij... „Ona coś knuje” – przemknęło mi przez głowę. Nie rozwinąłem jednak tej myśli. Wolałem uspokoić niejasne podejrzenia prostym: „Tak właśnie powinno być w małżeństwie” i mało ambitnym programem rozrywkowym lecącym w telewizji. Po niedługim czasie poczułem się śpiący i ociężały. Przestałem śledzić losy uczestników teleturnieju, starałem się pokonać falę dziwnej senności, która z chwili na chwilę ogarniała mnie coraz bardziej. Dotknąłem ręką swojego czoła, było rozpalone. - Pójdę się położyć! – zawołałem w stronę kuchni. Z trudem podniosłem się na nogi. Szedłem wolno, trzymając się ściany, co chwilę walcząc z potwornymi zawrotami głowy. Resztkami sił wczołgałem się na łóżko i padłem na wznak, dysząc ciężko. Ściany sypialni zaczęły wirować dookoła mnie. Przed moimi oczami pojawiły się ciemne plamy, było ich coraz więcej, w końcu zakryły sobą wszystko i straciłem przytomność.
Nie potrafię jednoznacznie określić, co się ze mną działo. Chyba spałem, lecz cały czas byłem na półświadomy stanu swojego organizmu. Uczucie ociężałości jeszcze się wzmogło, pojawił się ból głowy i tępe kłucie w okolicach żołądka, raz po raz nachodziły mnie uderzenia nieznośnego gorąca, potęgując moją męczarnię. Słyszałem ciche, przeciągłe jęki, wydobywające się z moich spierzchniętych nagłą gorączką warg i to mnie przerażało. Moje serce biło nienaturalnie wolno i ciężko, miałem wrażenie, że zaraz umrę. Pragnąłem się obudzić i zawołać Matyldę. Z wykształcenia była pielęgniarką; to nic, że od kilku lat nie pracowała, gdyby nawet cała wiedza medyczna wywietrzała jej z głowy przez ten czas, pozostałaby jej wrodzona dobroć, czułość i opiekuńczość. Nie mogłem jednak odzyskać przytomności przez długi czas. Miałem nadzieję, że lada moment usłyszę ciche kroki żony i poczuję na swej twarzy jej kochaną, drobną dłoń. „Posprząta w kuchni – rozmyślałem – i przyjdzie. Zaniepokoi się moim stanem i pomoże mi”. Bardzo jej potrzebowałem, jak jeszcze nigdy w życiu. Moje cierpienie trwało bardzo długo. Wreszcie, kiedy straciłem wszelką nadzieję, ból nieznacznie zelżał. Z każdym kwadransem czułem się coraz lepiej. Stopniowo wszelkie dolegliwości ustały, pozostał tylko ten dziwny, ociężały letarg, który zmienił się wkrótce w regularny sen. Obudził mnie cichy szmer i dotyk czegoś na policzku. Uniosłem nieco powieki, ale nie dałem rady otworzyć oczu. Czułem się jakbym nadal spał, nie mogłem poruszyć żadną kończyną, odezwać się nawet. A przecież byłem spokojny. To, co ujrzałem spod przymkniętych powiek w półmroku sypialni, oświetlonej jedynie lampką nocną, podziałało niczym balsam na moją duszę, jeszcze niedawno tak zatrwożoną. Matylda pochylała się nade mną z troską i, o ile się zdołałem domyślić, wsłuchiwała się w mój oddech. To kosmyk jej włosów spoczywał na moim policzku. Czułem bijące od niej ciepło. Chciałem usiąść i zapewnić ją, że czuję się nienajgorzej, żeby się nie martwiła, ale nie mogłem tego uczynić. Byłem jak sparaliżowany. Poczułem jej palce na swojej szyi, sprawnie odnajdujące mój puls. - No – szepnęła po chwili, najwyraźniej prostując się, bo zabrała dłoń z mojej szyi i włosy z policzka. – Będzie żył. To dlatego, że zjadł tylko do połowy... Jeszcze sobie nie uświadomiłem, co te słowa mogą oznaczać, ale już serce ścisnęło mi się spazmatycznie. - Nie udało się. Za jakiś czas będę musiała ponowić... Mam nadzieję, że do jutra wydobrzeje... bez interwencji lekarza... nie wykryłby... lecz na wszelki wypadek... tak niewiele brakowało... wdową... to nawet nieźle brzmi... Słyszałem tylko fragmenty jej monologu, lecz wystarczyło mi to zupełnie, aby uzmysłowić sobie straszliwą prawdę: żona usiłowała mnie zamordować. Zszokowany, zdruzgotany, pełen wewnętrznego bólu i niedowierzania początkowo nic nie myślałem, miałem w głowie kompletną pustkę. Słuchałem niewyraźnego szeptu połowicy i czułem jak wyżej wymienione wrażenia emocjonalne z chwili na chwilę potęgują się coraz bardziej. Wreszcie z chaosu wyłoniła się rozpaczliwa myśl, przypominająca wycie bezpańskiego psa: „Matyldo, jak mogłaś mi to zrobić? Przecież tak bardzo cię kocham!”. Po tej myśli pojawiły się inne: pełne żalu, zgrozy lub gniewu, przy czym prym zdecydowanie wiodły te pierwsze. Starałem się połykać łzy nadbiegające do oczu, nie zważając na nieprzyjemne uczucie „kuli” w przełyku i mogącą się w przyszłości wywiązać chorobę wrzodową. Co mi po przyszłości, skoro moje małżeństwo legło w gruzach. - Następnym razem zastosuję silniejszy środek... – mamrotała żona. – Użyję czegoś pewniejszego... O natychmiastowym działaniu... Kiedy tak patrzę na niego... Urwała raptownie. Sądziłem, że po prostu nie dosłyszałem końca zdania, jednak szept nie pojawił się już więcej. Mijały kolejne minuty, a z jej ust nie wydobywał się najmniejszy szmer. Wtem, w jednej sekundzie, dotarło do mnie, co ta złowroga cisza może oznaczać. Wstrzymałem oddech. Modliłem się w duchu, żeby to nie była prawda. „Nie, ona nie mogła odkryć tego, że nie śpię, że wszystko słyszę, że wiem... – myślałem gorączkowo. – Jutro, gdy tylko poczuję się lepiej, spakuję swoje rzeczy i wyniosę się stąd albo nie, lepiej wyjdę do pracy jakby nigdy nic i już nie wrócę. Potem przyślę jej pocztą papiery rozwodowe. Będzie dobrze, wszystko się ułoży, byle tylko dotrwać do rana...” - To na nic – usłyszałem głos Matyldy i przez jedną, cudowną chwilę miałem wrażenie, że nic nie zwęszyła, tylko kontynuuje przerwany monolog. – Oddychaj normalnie, inaczej się udusisz. Doskonale wiem, że nie śpisz. Zdradziły cię łzy. Zabawne... Jeszcze nigdy nie widziałam, jak płaczesz. Tkwiłam w błędnym przekonaniu, iż stać cię tylko na awantury lub idiotyczną pozę skruszonego męża z żałosnym bukietem tulipanów w dłoni i przymilnym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…