KLĘSKA CZARNEGO WŁADCY
Opowiadanie z drugiego miejsca (ex aequo) konkursu „Komunizm w świecie fantasy”. Ostrożnie, długie!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zagubiona w lesie karczma wyglądała dokładnie tak jak powinna. Duża, solidnie murowana i kryta strzechą, gwar i światło dochodzące na zewnątrz dowodziły, że w środku było nie tylko sucho i wygodnie, ale nawet wesoło. Była też ostatnią karczmą, jaką podróżni z gór i pustkowia poza nimi mieli napotkać przed przekroczeniem granic królestwa Gilmouth. Ogólnie była dokładnie tym, czego taki podróżny – ot choćby taki jak Sargador, wojownik z gór, teraz właśnie potrzebował. Zwłaszcza, że zbliżał się wieczór.
Sargador wszedł do środka i zdjął zmoczony deszczem, futrzany płaszcz oraz odłożył cięższą broń. Karczmarz traktował go z szacunkiem może ciut mniejszym od tego, jaki w jego stronach okazywano sławnym barbarzyńcom – ziemie te szczyciły się wszak cywilizacją – ale jednak wystarczającym do tego, by już po chwili móc cieszyć się suchym miejscem, pieczonym mięsiwem w trzech rodzajach i niezłym piwem. Potrawy typowe, lecz smaczne. W karczmie panował też typowy łagodny półmrok i gwar. Typowi klienci, rycerze w zbrojach, zbóje w futrach i zabijacy wszelkiej maści przekrzykiwali się przy stołach lub typowo drzemali pod tymiż z pustymi dzbanami w garści. Przygrywała typowa muzyka fletów i bębenków.
Tym co nie było typowe była – co Sargador zauważył już przy wejściu – niezwykle duża liczba gnomów. Stanowiły ponad połowę obecnych, a przecież w tej okolicy zazwyczaj się ich nie widziało. Gnomy żyły w większych miastach ludzkich, lub we własnych osiedlach, kopalniach i podziemnych warsztatach. Ich kolorowe ubrania i głupawe czapeczki niezbyt pasowały do wnętrza, jednakże piły nie gorzej niż pozostali, a swoimi skrzekliwymi głosami czyniły rejwach słyszalny nawet z najdalszego kąta, w którym posadzono Sargadora.
- Czego to ich tu tyle, psubratów, nazbierało się? - zapytywał po raz kolejny jeden z kompanów siedzących tam wcześniej, brodaty wojak który przedstawił się jako Gwyld z Czarnego Stawu
- Ja tam nie wiem - odpowiadał drugi, krzepki krasnolud o imieniu Amarth - Ale zdaje się, że w tym samym celu co i my przychodzą.
- Ledaryk? Być nie może! Gnomy w kopalniach siedzą i buty robią przecie, a nie wśród zbrojnego ludu się pod nogami pałętać.
- Buty, broń, machiny, wszystko. Nie do wojaczki są one, fakt. A jednak spójrzcie na to.
Pokazał jeden z pergaminów z pieczęcią króla Ledaryka, władcy Gilmouth, identycznych jak te które każdego z nich skłoniły do wyruszenia z domu. Tyle że te nie wzywały ‘wielkich bohaterów, meżnych wojaków spragnionych bitwy i podboju’, ale właśnie gnomy – znaczniejsze i mniej znaczne, i mówiły o ‘wielkiej sprawie dla dobra wszystkich gnomów’.
- Dziwna to jakaś sprawa - Sargador popił piwa - Wiem, że Ledaryk próbuje zebrać wielką siłę, ale po co mu gnomy? Krążą plotki, że szykuje wyprawę na lorda Varlatha.
- Hłe hłe ! Lepsi od niego próbowali - Gwyld ze śmiechem bawił się swoim korbaczem - Ja tam zobaczę, co z tego wyniknie, nabiorę łupu ile się da i zwieję, zanim pierdyknie cała ta wyprawa.
- Wszyscy podobnie myślicie - rzucił czwarty z kompanii, jasnowłosy półelf Rixel - A przecież czas już najwyższy, żeby ktoś porządnie zabrał się za Czarnego Władcę. Zagraża on całemu krajowi, bezkarnie dręczy nas napadami. Wszyscy się boją jego magii. Ledarykowi może się udać, gdyby udało mu się zjednoczyć magów...
- Jest raczej odwrotnie - wtrącił znów Amarth, który jak to krasnolud znał najwięcej plotek - Ponoć w kraju Ledaryka ostatnio magowie źle są widziani.
- No to nic już nie rozumiem... Ledaryk jest idiotą albo ma jakiś plan...
- Tak chyba jest... - Sargador tez słyszał to i owo w trakcie podróży tutaj - W okolicznych księstwach niepokoje jakieś się szerzą. Bunty chłopskie, wielmożę jakiegoś zamordowali. Chodzą plotki, że to szpiedzy Ledaryka za tym stoją. Odezwy jakieś głoszą, podburzają...
- To zupełnie bez sensu - Gwyld potrząsnął głową i cisnął precz ogryzioną kość - Chce zrazić do siebie sąsiadów zamiast jednoczyć się? Przecie potrzeba mu wojska, złota, żywności! A chłopi? Chłop ma cicho być i ziemię dla pana uprawiać, tak bogi i tradycja nakazują!
- Cóż, przekonamy się o tym niebawem - krasnolud dopił piwo - Pogwarzymy jeszcze o tym, a teraz na spoczynek, panowie. Do stolicy Gilmouth jeszcze trzy dni drogi.
* * *
Minęły trzy dni, a potem jeszcze kilka dni spędzonych na przesłuchaniach, rozmowach z zausznikami króla, udowadnianiu swoich umiejętności, w końcu jednak Sargador, po dojściu jeszcze kolejnych kandydatów, otrzymał zaproszenie na wielką naradę sojuszników. Jego reputacja jako wodza i wojownika była tu dość dobrze znana, wsławił się w czasie krwawej wojny z trollami na pustkowiach, jego miecz był dobrze znany w całych Orlich Górach. Rixel i Amarth, z którymi razem przyjechali do stolicy, także się załapali. Z jakichś powodów nie zaproszono zaś Gwylda, mimo iż wyzwał królewskiego szambelana od psiajuch. Teraz wszyscy generałowie, rycerze i posłowie innych księstw siedzieli przy kamiennych stołach, sprzeczając się półgłosem. Król Ledaryk – postawny mężczyzna z wąsem i siwiejącymi włosami do ramion, siedział u szczytu największego stołu, bawiąc się swoim złotym berłem, i czekając na sygnał do rozpoczęcia. A sygnałem tym było przybycie niepozornego człowieczka w czarnym habicie – nadwornego maga, Lirukha.
- Drodzy panowie - zwrócił się do zgromadzonych po zakończeniu zwyczajowych pozdrowień - Jak wiecie, celem naszego sojuszu jest pokonanie Lorda Varlatha, władcy imperium zwanego Pustymi Ziemiami, i pozbawienie go okrutnej czarodziejskiej mocy, którą według plotki dają mu tajemnicze czarne klejnoty.
- Plan, który stworzyliśmy - ciągnął, stanowczo przerywając gwar niedowierzania i śmiechów - daje nam szansę uwolnienia się raz na zawsze od zarazy, zagrażającej wszystkim Księstwom. Jest od dawna wprowadzany w życie, więc zdążając tu, zapewne słyszeliście o nim jakieś plotki.
- Plotki krążą różne, wasza wysokość - rzekł, wstając i kłaniając się, jeden z posłów - Co jedna, śmiem twierdzić, to straszniejsza. Podobno planujecie buntować chłopów przeciw panom. Samo w sobie jest to niewytłumaczalne i smutne, a w kontekście planowanej jakoby wojny, raczej pomoże niż zaszkodzi naszemu wrogowi, który trzyma ludność pod żelaznym butem i dzięki temu dysponuje ogromnymi środkami oraz armią której nie sposób się przeciwstawić...
- Armii można przeciwstawić większą armię. Jeśli zwerbuje się do niej nie tylko rycerstwo i zaciężnych, lecz wszystkich. Całą, odpowiednio podburzoną ludność. Masy chłopów.
- Chłopi przeciw Czarnym Rycerzom Varlatha? - krasnal Amarth przekrzyknął wielki ryk śmiechu - Wychodzi z tego wielka dostawa kotletów!
- Idee naszego planu - przerwał gromko król - Jeśli zostaną odpowiednio wprowadzone w życiu, będą w stanie zamienić chłopów w siłę groźniejszą niż podejrzewacie. Stu chłopów nie zastąpi rycerza, ale obali go, ogłuszy. Dywersja, mięso armatnie. Wywiad sojuszu od dawna propaguje wśród nich ideologię, o której już na pewno słyszeliście.
Sargador i inni skrzywili się. Owszem, przez parę dni pobytu zdążyli już usłyszeć dziwności wykoncypowane przez pałacowego filozofa Densima. Negacja świata duchowego, Najwyższa wartość dla dóbr materialnych, pracy i jej owoców – filozoficzne brednie nie mające odniesienia do rzeczywistości. Najbardziej absurdalna była jednak kwestia...
- ...kwestia magów - wołał inny z posłów - Jak rozumiem, wasza ideologia zakłada nauczanie ludzi niewiary w moc magów.
- Niewiara, wrogość, bunt przeciw magom. Jest to istotny czynnik dla skierowania gniewu ludu przeciw Czarnemu Władcy. Magia jako taka jest największym wrogiem naszego ruchu.
- To dość ryzykowne - wtrącił szef wywiadu królestwa, doktor Badrel, chudeusz w czarnej szacie który opracowywał dużą część wzmiankowanego planu - Ludzie mogą w nią nie wierzyć, ale magia istnieje... I nie tylko Czarny Władca nią włada.
- W tym miejscu wkraczam ja - mag Lirukh, najwyraźniej niezrażony słowami o swej profesji, wystąpił zza pleców króla - Nad kwestią magów pracowaliśmy od dłuższego czasu. Pierwszym krokiem było zawezwanie gnomów...
- A cóż te pokraki mają do rzeczy?
- Te pokraki, jak niektórym wiadomo, to istoty o największej znanej odporności na magię. Poza tym znane sa z rzemiosła i kultu pracowitości. Liczba ich jest duża, Będą najlepszymi żołnierzami i propagatorami naszych idei wśród ludzi.
- Ależ Varlath włada straszną mocą! A pozostali magowie, przyjaźni czy neutralni, nie będą spokojnie patrzeć na tę farsę! Największa siła wojska, czy też, za przeproszeniem, ludu, może zostać rozsieczona w drobny mak zaklęciami kilku ludzi...
- Magów nie jest zbyt wielu - odparł król krzywiąc się pobłażliwie - Ich moc jest przereklamowana. My natomiast mamy plan... Po pierwsze, gnomy.
- Ale cóż gnomy uwojują! Mniej jeszcze niż ci wasi chłopi. Wojować będziem my, a przeciw czarom...
- Przeciw czarom mamy dalszy plan - Lirukh, za przyzwoleniem króla, przerwał mu. Odchrząknął niepewnie i rozwinął wielki pergamin: - Znacie chyba wszyscy ten znak...
Większość obecnych przytaknęła, rozpoznając pentagram z jednym ramieniem u góry i dwoma w dole - chyba najstarszy i najpotężniejszy ze znaków chroniących przed złymi czarami.
- Jak wiecie, znak ten przywołuje całą siłę wszechświata na ochronę noszącej go istoty. Przedstawia sylwetkę człowieka, a jego pięć wierzchołków symbolizuje połączenie świata duchowego, u góry, z czterema elementami tworzącymi świat materii w dole – żywiołami, inni widzą tu też cztery humory czyli pierwiastki tworzące ludzką istotę, lub cztery pory roku, lub...
- Znamy te pierdoły - uciął Amarth - I jak ten znak ma nam pomóc? Setki ludzi go noszą i nie wszystkim pomaga on! A znaków magicznych jest przecie na kopy! Gdzie tu pomysł?
- Mój pomysł... - zająknął się mag - nawiązuje do dość ryzykownej teorii Kratapthusa, mówiącej, że siła magiczna w dużej mierze zależy od wiary. Chodzi o skupienie umysłu, siłę która wspomaga lub równoważy to samo skupienie umysłowe jakie konieczne jest u maga, by zadziałał jakikolwiek czar. Ogromna wiara w moc jakiegoś elementu zwiększa ją, brak wiary w inny zmniejsza skutki jego oddziaływania. Gdybyśmy tylko nakłonili odpowiednio dużą ilość ludzi, to jest, wszystkich którzy pójdą za nami, do wiary w ten znak... w to że on ma największe znaczenie, że tylko on chroni i broni...
- ...i jeszcze do tego żeby przestali wierzyć w innych magów - dowódca podchwycił pomysł - Wtedy jest szansa, że czary im nie zaszkodzą?
- To właśnie zakładamy - mag otarł pot z czoła. Nie wyglądał na zbyt pewnego.
- Więc właśnie... A zatem przyjęte - ogłosił Ledaryk wstając z miejsca - Skoro zgadzamy się, oto sztandar naszej rewolucji. Aby ruszyć, lud potrzebuje sztandaru. Znaku i flagi.
Lirukh z dumą wyciągnął i rozpostarł wielką flagę – pentagram wyzłocony na zielonym suknie.
- Dlaczego zielony?
- Kolor ziemi żywicielki - wyjaśnił doktor Badrel - Ziemia karmi i poi lud pracujący. A moc magów nie z tego świata pochodzi, magowie wrodzy są ziemi i ludowi...
- Więc na pohybel magom! - zawołał gromko król - Na pohybel Czarnemu Władcy! Do dzieła, mości panowie !
* * *
- Na pohybel Czarnemu Władcy! - wykrzykiwał pachołek w czarnym kapturze - Na pohybel magom ! Do dzieła, ludzie, do walki !
- Hyr na magów, stworów nieziemskich! - wtórował mu drugi wywiadowca, ten wyglądał jeszcze biedniej, gdyż od wielu miesięcy żył wśród chłopów, zyskując status lokalnego przywódcy - Ziemia nasza żywicielka, a te psiekrwie żerują na niej! Na nas! Nieludzkich mocy używają! Plugawią powierzchnię ziemi, ona znieść ich na sobie nie może!
- Bo to tak jest, widzicie - stary wioskowy mędrzec, zwerbowany niedawno ale bardzo dobry, dowodził na boku grupie słuchaczy - że magi i ich moce nieprawe są. Nie ma tu miejsca dla duchów ni mocy, nic tu być nie powinno jeno świat ten tutaj, nasza ziemia, jeno człowiek jest na tej ziemi najważniejszy. Tak jak ten znak króla, co człowieczka przypomina - wskazał wykręconym paluchem na sztandary łopoczące nad głowami przemawiających - Widzicie? Ten znak mówi, co ważne! Temu znaku wierzyć trza, nie o magach bajędom!
- To dziwne - mruknął Sargador do Amartha, z którym razem stali, przebrani w niepozorne płaszcze, za drzewami - Mówili, że znak symbolizuje właśnie połączenie człowieka i natury ze światem duchowym. Jeden czubek u góry...
- Ja tam myślę - krasnolud ścisnął mocniej topór - że lepiej się w toto nie wgłębiać.
Atmosfera istotnie mogła wzbudzać strach. Tłum wzburzonych chłopów gęstniał dookoła, widły i kosy, łopaty i siekiery którymi potrząsali wyglądały nie mniej groźnie od dzid i toporów, pomimo niedorzeczności tej wizji. Sargador i Amarth z oddziałem krasnoludów byli tu jako ubezpieczenie, ale zdawało się że nie będą potrzebni. Spode łba i z ukrycia obserwowali więc rozwój wypadków.
- Czarny Władca to wróg najgorszy ! Przez niego pracujemy i głodujemy od świtu do nocy, do garnka co włożyć nie mamy! - ryczał agitator do spółki z rzeczywistym przywódcą wsi, zażywnym i siwym gospodarzem z czerwoną gębą - On i magi, co nas nimi straszą! On i ci co mu pomagają! Wielmoża, bogacze, tłuste świnie co im do koryta dobro nakładamy! Nasze to dobro, naszą pracą ziemi wydarte! Złodzieje, złodzieje! A kto złodziej największy, co ludkowie? - zaryczał najgłośniej jak umiał, wskazując w stronę małego, smętnego zamku wznoszącego się nad wsią - Kto was gnębi najbardziej?
- Balmir! Balmir!! - ryknęli chłopi. Pozostali podjęli chwytliwy okrzyk ‘złodzieje’.
- Więc hyr na Balmira, ludkowie! Odbierzmy co nasze! Hyr Czarnemu Władcy! Hyyyyyr!!
Sargador uczestniczył już w paru akcjach i wiedział, że jakkolwiek nieprawdopodobna, akcja ma duże szanse powodzenia. I rzeczywiście. Słońce nie zaszło jeszcze, gdy dym zaczął się dobywać ze smętnego zamku, siedziby właściciela okolicznych ziem, władyki Balmira. Zbrojna drużyna i hajdukowie dzielnie stawili odpór bandzie, ale nie mieli szans. Ubezpieczenie istotnie było zbędne, a rozwój wypadków można było zaraportować jako pomyślny.
Władcy wszystkich Księstw w sojuszu z Ledarykiem zostali dokładnie poinformowani o projekcie. Edukacja i mobilizacja chłopów szła bardzo sprawnie przy ich pomocy, bunty wobec lokalnych wielmożów były koniecznym skutkiem ubocznym. Niektórzy ustępowali przyłączając się do sprawy, inni – co bardziej bogaci i niewygodni – musieli ulec, nie mogąc nic wskórać swoim wojskiem i pieniędzmi (zawczasu uszczuplonymi przez daniny na rzecz wojny). Ich dobra przypadały ludowi – to znaczy, siłom sojuszu. Podobnie było z bogaczami w niektórych miastach – tam prym wiodły gnomy, rosnące w siłę i wciągające do buntu biedaków z innych ras. Rewolucja zaczynała już wrzeć we wszystkich księstwach okalających imperium Varlatha, wkrótce wielotysięczna armia wojska, chłopów i biedoty będzie jednolitym tworem gotowym do druzgocącego działania. Na razie jednak panował chaos.
- To rzeczywiście trudne do pomyślenia - rzekł krasnolud, gdy obaj obserwowali wysoko powieszoną, podpaloną sylwetkę Balmira machającą wszystkimi pozostałymi kończynami - Ale jakaś sprawiedliwość w tym jednak jest. Istotnie to oni uprawiają ziemię i to do nich powinno należeć to co zbiorą, nie do jakiegoś palanta co włada nimi nie wiadomo właściwie czemu. Tradycja i bogi. Bogi kraść i wyzyskiwać nie pozwalali, no chyba że ci od podziemia, co ich imion wymawiał nie będę. A ci panoszą się nad nimi, głodem morzą i magami straszą...
- Właśnie - Sargador westchnął. Był barbarzyńskim wojownikiem, ale nikomu nie życzył takiej śmierci, szczególnie w wyniku nie bitwy, a zbrojnej napaści wielką kupą.
- Właśnie. Ciekawe, co na to wszystko magowie?...
* * *
Magowie, cóż... trudno się było spodziewać po nich zadowolenia. Na szczęście faktycznie było ich niewielu, ale i tak pierwsze starcia były krwawe. Dhesmei z Alghabu, znany z trudnego charakteru, pozamieniał poselstwo rewolucyjnego sojuszu w kury i oddał służącym mu gnollom na obiad, zaś jego błękitne pioruny znaczne szkody poczyniły wśród rycerzy i trzech tysięcy chłopów szturmujących jego zamek. Budzący grozę Raghabat Czwororęki bardzo niewyrozumiale potraktował buntowników w księstwie, gdzie za zgodą władcy zamieszkiwał. Pokonano go jednak trucizną osłabiającą magię, podaną przy kolacji z posłami księcia. Okazało się, że dodatkowe ręce były sztuczne.
Właśnie. Ten plan, stokroć bardziej nieprawdopodobny niż rewolucja wobec panów, także zaczynał działać. Magowie ginęli, wbrew wszelkim wyobrażeniom i szansom. Kilku magów, pod wodzą Karnagha Wielkiego, dobrowolnie przystąpiło do sojuszu mając ewidentnie chrapkę na zgromadzone przezeń ziemie i bogactwa oraz głównie tajemnicze klejnoty Varlatha, który – stawało się to coraz bardziej widoczne – rzeczywiście mógł wreszcie zostać pokonany. Kilku późniejszych ze strachu. Sojuszniczy magowie nie odgrywali jednak wielkiej roli, trzymano ich zgromadzonych w zamku i – brońcie bogi! – nie pokazywano ludowi. Głównym magiem pozostawał Lirukh, awansował też na głównego ideologa ruchu po tym, jak stary Densim zmarł na jakieś zatrucie.
Tak, magowie ginęli, jeden po drugim. W skrytobójczych zamachach, w egzekucjach za zarzuty sfabrykowane przez dotąd przychylnych książąt, w bitwach. Masy wojska, rozjuszonych chłopów, biedoty, krasnoludów i gnomów ruszały na tych, których same imiona dotąd mroziły krew w żyłach. Zabójcze czary, ogniste kule, przywoływane zjawy, oswojone bestie i nieludzcy strażnicy – owszem, zabijały wielu, ale reszta parła niepowstrzymanie naprzód. I rzeczywiście, z biegiem czasu działały jakby coraz mniej. Im więcej zwycięstw, z tym większą nadzieją i ochotą wojska parły naprzód, śpiewając na cześć zielonych sztandarów. A błyskawice i magiczne pociski słabły i gasły, a magowie ginęli ścinani i krzyżowani na pentagramie – symbolu nadziei i zwycięstwa. A wojska buntujących się książąt i pierwsze siły Varlatha, który w końcu kazał im przekroczyć granicę, były ścierane w proch bez poważniejszych przerw w marszu. A więc plan rzeczywiście działał? Wiara potrafiła wszystko?...
- Kropla drąży skałę, bracia! - grzmiał Ledaryk - Kropla drąży! Już wkrótce złowrogie wieże Noldaron padną zmiecione słusznym gniewem ludu! Zwycięstwo będzie nasze! W górę serca, wojownicy sprawy, ludu pracujący! Zaśpiewajmy!...
* * *
- Stało się... - gnom-posłaniec piszcząc pędził kamiennym korytarzem. Wieść rozchodziła się szybko. Po chwili cała załoga przygranicznej twierdzy już wiedziała.
- Udało się! Bitwa pod Krithgan wygrana! Czarni Rycerze wycofują się znad rzeki!
Sargador i kilku innych dowódców szli w stronę komnaty Ledaryka, brzęcząc zbrojami i bronią. Amarth i Rixel szli po obu stronach (Gwyld poległ w jdnej z pierwszych bitew). Pierwsze poważne zwycięstwo z siłami Varlatha! Wymagało to nie tylko poważnego uczczenia, ale też, najpierw, poważnej narady. Musieli podjąć decyzje co do dalszych kroków i król...
- Król jest bardzo zajęty, nie wolno mu przeszkadzać - mag Lirukh zastąpił im drogę do rzeźbionych drzwi.
Wojownicy skrzywili się szpetnie. Wszyscy ostatnio przestali lubić Lirukha. Wiecznie pijany, za gruby na każdą kolejną z bogatych szat maga, prowadził fatalny tryb życia i całe szczęście że lud sojuszu nic o tym nie wiedział (nie wiedział że jakikolwiek żywy mag ostał się jeszcze na świecie). Niesmaczna była też cała ta afera z sojuszniczymi magami sprzed trzech tygodni. Lirukh wykrył ponoć wśród nich spisek, wszystkich powieszono lub zamęczono na rynku stolicy Gilmouth. Ich przywódca Karnagh na czas zorientował się w sprawie i próbował uciec na latającej miotle, przyzywając przedtem ognisty deszcz który prawie zrujnował miasto. Doścignęły go latające patrole na chimerach, naszpikowano go strzałami, spadł w tłum wściekłych gnomów. Obrzydliwa masakra... cały lud
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil PCScorpio
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…