Wróć do katalogu

Klucz do obłedu

Odkrywanie prawdy, może być obłędem.Ponownie wstawiam opowiadanie

maglownikopublikowano 13 marca 201439 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dzień 1 Trafiłem do ośrodka psychiatrycznego, który znajduje się około 80 km od mojego miasta, kiedy otrząsałem się z amoku narkotycznego uświadomiłem sobie, że trafiłem do miejsca gorszego niż mogłem sobie wyobrazić. Budynek był trzy- piętrowy z wielką żelazną bramą i napisem na górze Każdy jest wariatem chociaż nie wie o tym. "Szpital dla umysłowo chorych". Korytarz wydawał się jakby był z jakiegoś kiepskiego horroru, który opowiadał o świrniętych doktorkach robiących eksperymenty na pacjentach. W oddali usłyszałem jakieś krzyki, jęki, zapewne pacjenci buntowali się na tutejszą kuchnię mając nadzieję, że nie będę tak protestował. Nasuwa mi się jedno, ale jakże istotne pytanie, dlaczego tu trafiłem, cóż uczyniłem, że cały czas byłem pod mocnym wpływem psychotropów. Minęła godzina czternasta, kiedy wszyscy się zebrali w kółku i zaczęli o czymś gadać, nagle facet prowadzący tą klepanine różańcową, spytał mnie dlaczego to zrobiłem. Odparłem ze śmiechem: - Ale może najpierw, Ty mi powiesz, cóż takiego zrobiłem i czemu tu trafiłem? Gostek prowadzący spojrzał w akta zapewne moje, po czym ze smętną miną zapytał kolejnego uczestnika. Poczułem, że coś tu nie gra, że ta zabawa prowadzi do większego szaleństwa niż jest. Minęła szesnasta, kiedy to wreszcie ujrzałem własny pokój, mały z odklejająca się z jednej strony tapetą, światło mrugało wnerwiając, czyżby chcieli bym zwariował bardziej ? Po około 10 min przywieźli mojego współziomka. Gościu niezłe miał nawalone w czuprynie, bo od razu go związali bredząc coś, że nie dostaną jego duszy, ale zaraz pielęgniarka z wyglądu niczym Helga ze starych filmów wbiła mu porządne 20ml czegoś mocnego, bo od razu odpłynął w świat dragów. Leżałem sobie na łóżku rozmyślając i próbując sobie przypomnieć czemu tu trafiłem, godziny mijały niczym speedy Gonzales na emeryturze. Kolo dwudziestej była pora na odlot, czyli wizyta w zabiegówce, z pokoju do zabiegówki miałem około 3 min, z czego musiałem przejść przez dwie sale, oraz kibel który po zapachu nigdy nie był sprzątany. Ten korytarz przerażał tym, że będąc na nim sam stawał się twoim najdziwniejszym strachem, który wywoływał przerażenie, zapewne przez kolor biały z różem oraz przeklęte, migające światło, które wkurzało a elektrownia już dawno zapomniała o tym ośrodku, gdyż pan elektryk był tu pewnie ostatnio przed II wojna światową. Mrok ogarnął moje ciało, zacząłem biec, czułem milion oczu wokół siebie, lecz kiedy odwracałem się, nikogo nie było. - Czyżbym naprawdę był szalony? Jakoś udało się dojść do zabiegówki, cóż powiedzieć obskurna z kratami w drzwiach, tylko rękę można było włożyć do specjalnego otworu by odebrać lek, - Następny: słyszę głos dobiegający z zabiegówki. Podszedłem, wyjąłem prawą dłoń i przysunąłem się do otworu w kratach, po czym odebrałem przydział i usiadłem przy stoliku, za oknem było już ciemno, drzewa waliły łodygami przez wiatr ,nagle zorientowałem się , że ktoś siada koło mnie, była to młoda dziewczyna, która zapewne zawiniła tym, że chłopak ją rzucił, więc postanowiła skorzystać z pomocy Gillette i zakończyć rozdział. Zapytałem: - Za co Cię tu wsadzili Niestety nic nie odpowiadała , tylko tępo patrzała w ścianę za mną, ale jej nadgarstki dały mi potwierdzenie na moją hipotezę.

20.30 Nadal siedzę na świetlicy, zapewne zaraz ktoś włączy cud technologii, czyli telewizor z lat 80, aby obejrzeć jakiś bezsensowny program. Czym dziś zachwyci nas telewizja? Zapewne za chwilę się dowiem, siostra z zabiegówki wyjęła pilot i oczywiście wybrała sobie swój ulubiony serial czyli M jak miłość, a otępiałe zombie nic nie miały przeciwko temu, niestety ja jako jedyny oglądałem to z przymusu i tak o to dowiedziałem się, że bracia mroczek są jak jedna wołowa dupa podzielona na dwa.

21:30 Cud się stał i wreszcie zakończyli emisje na dziś tego, jakże ciekawego serialu, pora iść do sali. Czułem się zagubiony, widząc wszędzie te tępe od psychotropów twarze, znów musiałem przejść przez ten korytarz sam! Idę ciągłe czując obecność kogoś, znów wariuje, boje się tego wieczoru pod koniec wędrówki . Po ów dla mnie strasznym korytarzu , spotkałem woźnego, który jeszcze domywał resztki rzygowin przed pójściem do domu, spojrzał na mnie, uśmiechnął się szyderczo i zaczął dalej myć posadzkę. Otworzyłem drzwi od mojej izby, światło było zgaszone, oświeciłem je, mój kompan nadal był związany, lecz już przytomny. - Hej gościu, czemu Cie związali? Zapytałem. Spojrzał na mnie metalicznym wzrokiem i krzyknął: - Oczy widzę wszędzie, wokół oczy, oni śledzą mnie! Echh pomyślałem, że przywieźli tu jakiegoś agenta, któremu zrobili później pranie mózgu, lecz w nocy usłyszałem coś dziwnego, była godzina 1.45.

Dzień 2 Była godzina 1.45, kiedy usłyszałem dziwny krzyk z sali 9, zapaliłem światło, odkryłem, że mój współtowarzysz zniknął, pomyślałem sobie, zapewne poszedł do kibla, sam też musiałem, bo natura wołała bym wylał z siebie co nie co. Na korytarzu światło świeciło się tylko jedno, aby pacjenci mieli pewny, ciemny sen, a w razie jakiegoś wypadku, lekarze nie pozabijali się biegnąc do nagłego świra. Otworzyłem drzwi od WC, widok był straszny, dawno nie widziałem czegoś tak okropnego, przebiła nawet to wizytę w kiblu na dworcu, który będąc płatnym, dawał w zamian śmierdzące doznanie szoku, ale mniejsza z tym, włączyłem światło, oślepiło mnie, ktoś musiał przywalić na złość 150V by ludzie zainteresowali się światłem niżeli zapachem. -Jest tu ktoś?- Zapytałem Nic nie usłyszałem, kabiny były wszystkie zamknięte, dwa mocne uderzenia nie pomogły w rozwiązaniu problemu, całe szczęście, że trochę wspinaczek się znało, wiec wspiąłem się na szczyt toalety i doznałem szoku, ciało, a raczej to co z niego pozostało, leżało oparte o muszle klozetową. Nie mogłem wypowiedzieć słowa, szybko zeskoczyłem i pobiegłem do umywalki, stanąłem przed lustrem, przemyłem twarz i spojrzałem w nie zadając sobie pytanie. -Co się Kur stało? Czy to sen, czy może psychotropy z 19:30 ,a może naprawdę tam leży trup, muszę to sprawdzić, jeszcze raz rzucę okiem na to. Wspiąłem się ponownie, mój wzrok skierowany był na kafelki na ścianie, by ponownie ujrzeć czyjąś zmasakrowaną twarz jak i całe ciało. -Co robić? Czy wezwać kogoś? Czy ktoś uwierzy mi? Nie, muszę jednak powiadomić pielęgniarkę. Wyszedłem szybko stamtąd. Atmosfera nie dawała mi tam długo siedzieć, pobiegłem do zabiegówki, która była oczywiście zamknięta, koło drzwi znajdował się jedynie dzwonek, by wzywać pielęgniarkę jak coś się wydarzy. Zacząłem dzwonić i krzyczeć. - Tam ktoś leży! Weźcie coś zróbcie! Po chwili pielęgniarka o imieniu, które wyczytałem z plakietki Marianna, wyszła dosyć zaspana. - Co się stało? Zamknij ten ryj i idź spać, bo zawołam pielęgniarza, a on już wie jak się zająć takimi , co po nocach spać nie dają. - Niech pani idzie ze mną, coś pani pokaże. Kiedy wszedłem do WC, natknąłem się na coś przerażającego! Spojrzała na mnie głupim spojrzeniem, jakby sobie w głębi serca mówiła, że jak to będzie podpucha to będę miał przesrane, idąc tak zauważyłem, że sala numer 9 jest otwarta na oścież, a w głębi sali leżał ktoś skulony, zaś drugiej osoby nie dostrzegłem. Spojrzałem na zegar na korytarzu, który wskazywał równą 2.00 nad ranem, pora wydawać by się mogła już do snu, ale niektórzy nie mogli usnąć, nie byli w stanie, krzyczeli, płakali, pewnie oni dziś oszukiwali zabiegówkę i dragów nie wzięli, ale cóż mnie to obchodzi. Po chwili doszliśmy do WC, odór znów mnie odrzucił, zaś panią Marianne, wogóle, spojrzałem na nią i pomyślałem, że albo jest przyzwyczajona już do tego albo pochodzi z jakieś rodziny komandosów. - Niech pani otworzy te drzwi, to tam ,tam ktoś leży. Pielęgniarka wyjęła szereg kluczy niczym klawisz więzienny przebierając je, po chwili wyjęła odpowiedni, otworzyła a tam cała muszla była zakrwawiona lecz ciała nie było. Spojrzała na mnie - Coś ci się w główce po-losowało, to tylko keczup, ktoś pewnie zrobił sobie jaja z dzisiejszego obiadu, bo do obiadu był podany keczup. - Nie, ja tu widziałem trupa, niech pani zobaczy, krata wentylacyjna jest otwarta, to pewnie tam ktoś ukrył zwłoki. Pielęgniarka z zniesmaczeniem spojrzała na mnie, po czym wyjęła krótkofalówkę i zadzwoniła po swojego goryla- pielęgniarza. Szybko przybiegł -Adam wejdź na krzesło i sprawdź coś dla mnie na górze w klatce wentylacyjnej. ---- Zawołała pielęgniarka w drzwiach. Adam wszedł na krzesło i zapalił zapalniczkę, by mieć lepsze światło i zaczął się rozglądać, wewnątrz klatki wentylacyjnej jednak nic nie było. Adam zszedł z krzesła, coś szepnął pielęgniarce po czym zaczął się zbliżać do mnie. Stałem niczym słup soli nie mogąc nic powiedzieć, nie mogłem sobie wyobrazić jakim cudem trup, którego widziałem nagle zginał. Po chwili Adam mnie chwycił za ramię i wbił mi coś w rękę. Poczułem, że moje ciało staje się coraz bardziej flakowate a wszystko wokół mnie wirowało. Po chwili zemdlałem. Rano obudziłem się w swoim pokoju, niestety znów irytowało mnie pytanie skąd się tu wziąłem? Spojrzałem na łóżko, obok nikogo nie było. Wstałem, wyszedłem, spojrzałem na pokój za mną, czyli na 9 gdzie nikogo w nim nie było. Ósma rano. Zawołali mnie do zabiegówki, by nafaszerować mnie lekami. Po wzięciu lekarstw poszedłem na śniadanie, moje pierwsze w tym ośrodku. Stołówka znajdowała się za zabiegówką, kilka kroków za długim korytarzem. Było to jedyne miejsce, które nie posiadało oświetlenia, idąc tą drogą światło próbowało się przebijać przez zabrudzone stare okna, lecz ciężko im było. Nie szliśmy sami, kierowała nami opiekunka, która trzymała w ręce swój mały przycisk do wzywania pielęgniarzy, by w razie czego umieli się nami dobrze zaopiekować. Drzwi do stołówki były drewniane, duże, pomalowane na żółty kolor ,o dziwnym zapachu jakby zepsutym mięsem. Nasz cały oddział został skierowany do krzeseł obok okna, które miało panoramę na tutejszy ogród. Szczerze mówiąc, jak na czerwiec mało tu było kwiatów jak i drzew, lecz zauważyłem coś w miarę ciekawego, w tym nudnym widoku. Dwie ławki skierowane były naprzeciwko siebie, pomalowane na czarno. Kucharka wydała nam przydział jedzeniowy. Dziś dostaliśmy na śniadanie gotowany zraz, pięć kromek chleba oraz surówkę warzywną, pomyślałem sobie ze chyba to jakiś sniadanio-obiad, bo dosyć dużo nam dali na talerze. Po śniadaniu, czyli około 9, zaczynała wracać mi pamięć z wczorajszego dnia. Mój umysł stał się niczym pokaz, skrót wczorajszego dnia. Niestety zabrakło w nim szczegółów takich jak, dlaczego tu trafiłem, po co poszedłem do pielęgniarki i dlaczego byłem tak przerażony. Nie było mi dane wyjść na dwór przez to, że byłem ich pacjentem . Po drodze do sali spotkałem doktora, lecz pytając go czemu tu siedzę, spojrzał identycznie, jak ów terapeuta, który mi patrzał w oczy mi ze złością i strachem. Postanowiłem, że muszę stąd jakoś uciec, nie mogłem tu zostać minuty dłużej, lecz kraty w oknach i drzwi pod kluczem mocno dawały do myślenia, że ciężko będzie zwiać . 12.00

Pora na terapie. Dziś będzie terapia na dworze, oczywiście musieli się zabrać za to, żeby sie nie rozbiegali jak małe dzieci, więc założyli nam na kostki specjalny nadajnik, który wył i pieścił prądem jak się przekroczyło 150 metrów. Adam zapiął mi na kostce nadajnik, poczułem się wówczas jak więzień w jakimś filmie S-F . Pora iść korytarzem do wyjścia. Dziś pierwszy raz ujrzę słońce , bardziej z bliska i nie przez brudne okna. Nasza opiekunka Katrin, była młodą, widać chyba niedawno przyjętą, bo często popełniała błędy z tego co słyszałem, od ludzi inaczej mądrych. Doszliśmy do drzwi które prowadziły do wyjścia na zewnątrz. Były to wielkie metalowo-drewniane drzwi, które wyglądem przypominały drzwi z jakiegoś zamczyska. Z kieszeni wyjęła plik kluczy, oczywiście największy pasował do wyjścia. Przyjrzałem się dokładnie temu kluczowi, by jak tylko nadarzy się okazja, ukraść i uciekać jak najdalej. Kiedy Katrin otworzyła drzwi, oślepiła mnie jasność i świeże powietrze zaczęło mnie dusić. Po wykrztuszeniu, przyszła pora by wejść po schodach na zewnątrz. Po 20 schodach i przepuszczeniu masy zombiaków, posłusznych jak pieski, pora była na mnie. Ujrzałem wtedy postać, która nagle pojawiła się w drzwiach. Kiedy podszedłem do niej, ona zbliżyła się do mnie i szepnęła mi w ucho. -Wróć!!! Po czym zniknęła. Ja przestraszony na maxa, poszedłem do parku, gdzie wszystkie ławeczki były zajęte. Stanąłem oparty o budynek i zacząłem się relaksować świeżym powietrzem. Zaczął padać deszcz z nieba, jednakże nie było na niebie żadnej chmurki. Postanowiłem, że ucieknę przedtem, rozwalając nadajnik kamieniem, których aż się roiło wokół ławek. Wziąłem kamień. Deszcz skapywał na mnie niczym łzy, dwa uderzenia i nadajnik zaczął brzęczeć. Po czym poczułem około 200V, które nie chciały z moją kostką współpracować. Szybko moje ciało zostało unieruchomione, a z moich ust zaczęła się wydobywać ślina jak skazańcowi na krześle elektrycznym. Nagle zauważyłem dziwne obrazy, jakaś kobietę całująca mnie, jakieś dzieci tulące się do mnie i coś dziwnego, jednak zamazania były zbyt duże. Nie mogłem wykrzyknąć słowa pomocy, jednak Adam zauważył mnie i szybko odłączył nadajnik. Teraz miałem okazje uciec, niestety po tylu wstrząsach nie mogłem się ruszyć. Poczułem się przez chwile jak warzywo, które zaczęło się przypalać. Zaprowadzili mnie do izolatki, leżałem tam pokopany od głowy do nóg. Pełen paraliż, chociaż nie długotrwały, niczym placek na łóżku piekielnie zimnym, jakby zapomnieli włączyć ogrzewanie, chociaż głęboko w ciele czułem żar. Zapewne efekt uboczny prądu. Mijały godziny, powoli zacząłem wracać do rzeczywistości, prąd nie tylko spowodował u mnie dziesięcio- godzinny paraliż, ale zaczął ukazywać dziwne obrazy, niestety zamazane i ciężko było mi skojarzyć co to mogło być.

22:00 Pielęgniarka przyszła do mnie, spytać jak się czuje. Odpowiedziałem, że po takim kopie jaki dziś miałem, czuje się dosyć dobrze. Odpowiedziała mi, że zostanę tu trzy dni, bo złamałem zakaz. Przestraszyłem się trochę tych trzech dni. Sam, z nikim pogadać, brak słońca, czułem, że te dni mogą mnie zmienić niewyobrażalnie, jednakże pielęgniarka nawet nie zareagowała jak przepraszałem ze tamto zdarzenie. Zamknęła za sobą drzwi i zgasiła światło. Teraz pozostałem sam sobie. Poczułem się dziwnie, jakby coś we mnie powoli umierało, pustka ścian wypełnionych pianką, bym sobie krzywdy nie zrobił. Brak okien i kaftan na ręce powodowały, że musiałem się ograniczyć tylko do siedzenia i patrzenia w punkt. - Cicho, zbyt cicho, co mam robić? Czemu tu do jasnej cholery jestem? Co musiałem wtedy uczynić? Sen mnie zwoływał do swojej krainy. Usnąłem. Nic początkowo mi się nie śniło, a może nie pamiętam tych pierwszych snów, jednakże zapamiętałem dwoje dzieci, które uśmiechały się do mnie. Dziwne to było uczucie, poczułem się jak w filmie Lśnienie. Widziałem te dwie bliźniaczki w strugach krwi. Ale te dzieci były inne. Pełne ciepła. Poczułem się jakoś inaczej, jakby one były tu, nie chcąc mnie wystraszyć. Mój sen stał się od tej chwili, jakby tym, co nie mogłem tu odnaleźć

Dzień 3 Była chyba godzina ósma, kiedy przynieśli mi jedzenie i jakiś zastrzyk uspakajający. Najpierw wstrzyknęli mi , poczym rozwiązali mnie co bardzo mnie zdziwiło, że im o mało nie zeszłem przez zeskwarkowanie przy udziale prądu, a oni po moim krótkotrwałym lecz dosyć uciążliwym paraliżu, chcą sprawdzić czy ucieknę jak mnie rozwiążą. Na śniadanie dostałem jajecznice i trzy kromki chleba razowego, chyba wczorajszego bo dosyć już był twardy. Zjadałem śniadanie i zacząłem chodzić po izolatce. Pokój był dosyć mały, wszędzie ogarniała mnie pustka i przeklęte zabezpieczenia ścian, by nie zrobić sobie jakiejś krzywdy. Doprowadzało mnie to do szału. Po około godzinie zjawiła się moja opiekunka Katrin i zaproponowała mi mały układ. Jeżeli już nie będę próbował uciekać, postara się mnie dzisiaj stąd wypuścić i umieścić w normalnej sali jak wcześniej. Musiałem się na to zgodzić, lecz ona patrząc w moje oczy wiedziała, że znów spróbuje prędzej czy później uciec. Zawołała Adama który przyniósł kaftan, oczywiście pasował na mnie jak ulał, zapiął mnie i doprowadził do pokoju, bym w czasie tej krótkiej przechadzki nie robił jakiś głupstw. Niby nic, ale jednak chcieli mieć pewność, że tym razem nie zwieje. Idąc korytarzem wraz z moim gorylem, spojrzałem na czas. Była już godzina 9:30. Doszliśmy do pokoju, po czym rzucił mnie na łóżko i rozwiązał kaftan mówiąc: - Mały nie próbuj tego więcej, wiesz o tym że to nas boli. Spojrzałem na niego wtedy jak na idiotę. Pomyślałem sobie, co ten głupi pielęgniarz wygaduje. Łóżko obok mnie nadal było puste. Zapytałem, co sie stało z tym pacjentem obok mnie? Adam odpowiedział: - Został wyleczony i wrócił do domu. Uwierzyłem w jego słowa i położyłem się. Poczułem się trochę lepiej niż w izolatce. Koło czternastej była pora obiadu. Przechodząc znów przez ten straszny korytarz dziwnie się czułem. Ciągle mnie przerażał, mimo tylu psychotropów nadal czułem się niepewnie. Czułem się jakbym spadał do wody, której wir ciągnie mnie na samo dno. Szybko przebiegłem przez korytarz, by jak najmniej czasu tam być. Na stołówce serwowali dziś rosół. Pomyślałem wówczas, że dziś musi być niedziela gdyż pamiętałem, że zawsze w domu jadałem wtedy rosołek. Jednak pytając się kucharki jaki dziś dzień, odpowiedziała, że środa. Jadłem rosół spoglądając na park. Po obiedzie udałem się do swojego pokoju. Spojrzałem jeszcze do sali 9, niestety już nikogo tam nie było. Powoli sale stawały się opustoszałe, jakby nagle ich choroba przestawała zagrażać ich życiu. Godzina dziewiętnasta. Zaczęła się burza. Światło migotało bardziej niż wcześniej. Zrobiło się pochmurnie na niebie, pioruny uderzały w generator, co spowodowało utratę dopływu energii. Cały oddział został odcięty od prądu. Pomyślałem wówczas, że jeżeli ucieknę, nikt mnie nie znajdzie i znajdę swoje akta. Może wreszcie się dowiem, czemu tu siedzę. Postanowiłem, że odnajdę pokój lekarski i znajdę swoją teczkę. Po ciemku, było mi trochę trudno iść. Wszedłem do WC, gdzie niedawno był sprzątacz. Być może on zostawił latarkę. Miałem szczęście, gdyż latarka była położona na umywalce. Była dobra do użycia na małej przestrzeni. Chwyciłem tą jakże mała latarkę, która okazała się bezużyteczna , gdyż dawała nikłe światło. Położyłem ją z powrotem i wyszedłem po omacku. Idąc tak trzymając się ściany, ujrzałem znów tą samą postać, co na schodach przed wyjściem. Postać zbliżała się do mnie. Nie mogłem zbytnio odróżnić czy to była kobieta czy mężczyzna. Znów dziwnie się poczułem, ale tym razem sie nie bałem. Tak jakbym czekał na to coś, aż podejdzie do mnie. Jednak postać stanęła nieruchomo, dlatego postanowiłem podejść do niej. - Kim jesteś lub czym? i czego chcesz ode mnie? Postać spojrzała na mnie swym mrożącym krew w żyłach wzrokiem i powiedziała: -Nie odchodź! Nie teraz! Po czym zniknęła. Chwilę później, znów światło zaczęło się palić, więc zacząłem biec do pokoju lekarskiego, póki wszyscy jeszcze byli zajęci sprawami elektryki. Doszedłem do pokoju. Drzwi były chyba najładniejsze ze wszystkich, które do tej pory widziałem w tym ośrodku.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych