Kochanek Madame Bouvet
pierwsza część opowiadanka o kobiecie, która jest płatnym mordercą;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Laurant powinien być trupem. Powinien być trupem, jednak z jakiś nieznanych mi i pewnie wszystkim innym racjonalistom, powodów stał wyprostowany na środku swojego staroświeckiego salonu, chociaż wpakowałam w niego jakieś pięć kulek z mojego Browninga. Stał i uśmiechał się triumfalnie. Ja za to miałam nieliche problemy z utrzymaniem swego ciała w pozycji pionowej. Ciągle otwierałam i zamykałam usta, jakbym chciała powiedzieć coś mądrego i wlepiałam w niego oczy, które pewnie wyglądały tak, jakbym wciągnęła za dużo amfy. W końcu to Laurant przerwał ciszę, która dosłownie dzwoniła mi w uszach. - Zaskoczona? – spytał, a jego głos zdecydowanie był przepełniony samozadowoleniem - Powinieneś być martwy- odpowiedziałam rezolutnie, cały czas wlepiając oczy w jego klatkę piersiową, gdzie zniknęły kule z mojego Browninga. - Ale nie jestem- dodał, a ja podniosłam wzrok i znów spojrzałam na jego twarz. Ciemnie brązowe oczy aż świeciły, a każdy mięsień jego twarzy ukazywał satysfakcje, jaką czerpał z mojego śmiertelnego przerażenia. A może zaskoczenia. - Zdążyłam zauważyć- odparłam złośliwie a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Mogłam zrozumieć dlaczego ta stara zblazowana kokietka poszła z nim parę razy do łóżka, choć Laurant w sumie nie był w jej typie. Ona wolała, blondynów którzy byli na swój sposób po prostu ładni, a nie tak jak Laurant męscy. Wolała kogoś w stylu śmieszka - Hugh Granta, a nie nieogolonego brutala - Bruca Willisa. Laurant zdecydowanie nie był ładny. Jego kwadratowa szczęka, dwudniowy zarost i to przenikające spojrzenie, sprawiało że wydawał się cholernie niebezpieczny. A przy tym piekielnie pociągający. W tej chwili jednak o wiele bardziej obchodziło mnie to dlaczego nie jest martwy. I co to tak właściwie znaczyło dla mnie. No wiecie, gdyby ktoś próbował mnie zabić, nieźle by mnie to wkurzyło. Dlatego zawsze kiedy mordowałam kochanków Amelii robiłam to definitywnie do końca. Nie chciałam żeby ktoś przygotowywał na mnie krwawą wendetę. To mogłoby mi się nie spodobać. Po za tym gdybym nie kończyła swej roboty nie dostawałabym zapłaty. Zawód płatnego mordercy jest w gruncie rzeczy analogiczny do każdego innego zawodu. Wykonujesz swą pracę, a dostajesz pieniądze. Proste jak konstrukcja bata. Tak czy siak ja ograniczam się raczej do jednego klienta, gdyż to wystarcza mi na wszystkie życiowe wydatki. Ta stara Francuzka dziwka Amelia, zmienia kochanków jak rękawiczki. a ja zawsze dostaje od niej zlecenie na tego, z którym właśnie zerwała. W ten sposób morduję mniej więcej trzech na miesiąc. Do dziś jest dla mnie tajemnicą, w jaki sposób ta czterdziestopięcioletnia lafirynda przyciąga facetów jak magnes. Ciągną do niej jak ćmy do światła. Zdaje się jednak, że Amelia ma kompleks modliszki. Pieprzy tych biedaków ile wlezie, a potem ich zabija. Oczywiście nie osobiście. To pobrudziłoby jej nową sukienkę od jakiejś niemożliwe drogiej francuskiej projektantki. Od czarnej roboty jestem ja. I nie narzekam. Amelia płaci mi sporo kasy. Wydaje mi się jednak, że w naszej niepisanej umowie nie było nic o nieśmiertelnych istotach. A przynajmniej takich których nie da się zabić kulkami z pistoletu. Pomyślałam o moim nożu schowanym w wysokim bucie, ale od razu stwierdziłam że to poroniony pomysł. Skoro pistolet nie zadziałał to jakim cudem nóż miałby go zabić? - Masz na sobie kuloodporną kamizelkę?- spytałam z nadzieją, ale właściwie nie oczekiwałam odpowiedzi, gdyż oboje wiedzieliśmy, że to nie kamizelka utrzymała go przy życiu. Wpakowałam w niego pięć kulek, które weszły w niego tak delikatnie jak łyżka którą wkłada się w śmietanę. Nie było nic. Krwi, krzyku, bólu. Jego ciało pochłonęło kulki, a Laurant nawet nie drgnął. - A myślisz, że to była kamizelka?- odpowiedział pytaniem na pytanie czego po prostu nie cierpię. Milczałam gdyż wiedziałam, że Laurant wie co myślę. Ale jeśli to nie kamizelka, to do cholery co? Nagle Laurant zaczął powoli iść w stronę swojej ohydnie czerwonej sofy, odwracając się w ten sposób do mnie bokiem. Tak nie poruszają się postrzeleni ludzie. Swoją drogą jego profil był całkiem niezły. - Wiesz, że na ciebie czekałem?- powiedział gdy doszedł do sofy i zaczął gładzić oparcie ręką. - Czekałeś?- spytałam machinalnie, obserwując każdy jego ruch jego ręki. Przez dłuższą chwilę nie usłyszałam odpowiedzi, więc oderwałam oczy od jego ręki i spojrzałam na twarz. Bezczelnie się we mnie wpatrywał. - I jestem niezmiernie zaskoczony, że mordercą kochanków Madame Bouvet jest dwudziestoparoletnia blondynka. Gdy to mówił ani razu nie mrugnął. O cholera. - Taaa, mnie też cię miło poznać- odparłam i zaczęłam rozglądać się po tym ogromnym salonie w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mi się wydostać z tego szamba, w które niefortunnie wpadłam. Niestety nic takiego nie dostrzegałam. Znów wróciłam spojrzeniem do twarzy Lauranta, który uniósł jedą brew do góry. - Nie jesteś zaskoczona, tym że wiem? - Wiesz co? - To, że każdy kochanek Madame Bouvet zginął z twoich rąk. - Posłuchaj- odparłam trochę zmęczonym tonem, gdyż przeanalizowałam cały salon i nie znalazłam żadnego wyjścia awaryjnego- Jeśli w niewyjaśnionych okolicznościach ginie każdy facet, z którym pieprzyła się jedna i ta sama kobieta, która na dodatek jest jedynym elementem łączącym tych ludzi, to było dla mnie logiczne, że ktoś prędzej czy później załapie ten motyw. Byłam na to psychicznie przygotowana. Co prawda Amelia bardzo uważała i zadawała się tylko z samotnikami, a związki trzymała w tajemnicy, jednak bardzo dobrze zdawałam sobie sprawę z faktu, że w końcu ktoś pobawi się w Holmesa i domyśli się prawdy. - W takim razie nie jesteś głupia. To chyba miał być komplement. Nie skomentowałam go jednak ani jednym słowem. Laurant znów się uśmiechnął - Nie jesteś ciekawa dlaczego zabawiłem się w Holmesa? - Jestem, ale ta sprawa nie zajmuje pierwszego, priorytetowego miejsca na liście rzeczy, które w tej chwili ciekawią mnie najbardziej. Tym razem się roześmiał. Jego śmiech był cichy i ochrypły. W normalnych warunkach powiedziałabym, że taki śmiech to uczta dla uszu. - Najpierw jednak zaspokoję twoją ciekawość w tym punkcie. Cholerka. Jeśli facet mówi takie rzeczy to znaczy, że nie ma zamiaru wypuścić mnie z tego salonu żywej. Nie żebym wcześniej się łudziła. - Pamiętasz Marcina Weltera?– spytał, a ja natychmiast przeszukałam swój mózg. Znalazłam go w dziale „kochanków Amelii”, a co za tym idzie w dziale „osób, które zabiłam”. Nie był to optymistyczny akcent jak na początek. Marcin Welter był szczupłym blondynem o niesamowicie zmysłowych ustach. Zabiłam go jakieś dwa miesiące temu. Niedobrze. Spojrzałam na Laurant podejrzliwie. - Pamiętam. - To był mój przyjaciel. O psiakrew. Zdaje się że wendeta przed którą tak uciekałam i tak mnie dopadła. - Kiedy zauważyłem, że policja jest bezradna sam wziąłem się za śledztwo. Kiedy wreszcie wpadłem na trop zaginionych kochanków Madame Bouwet wiedziałem, że muszę zaciągnąć ją do łóżka, żeby dowiedzieć się co się stało z Marcinem. - Nie jesteś w jej typie- przerwałam Laurant przeszedł do bocznego oparcia sofy i usiadł na nim bokiem. - Wiem, ale mój boski francuski ją zauroczył- powiedział unosząc delikatnie prawy kącik ust do góry. I pomyśleć, że ta stara wiedźma dała się na to wszystko nabrać. Francuski ją zauroczył. Wiedziałam że jej pochodzenie i wrodzona głupota wpakują mnie kiedyś w niezły burdel. No i proszę. - A zaspokoisz mą ciekawość w punkcie dotyczącym tego, dlaczego nie kopnąłeś jeszcze w kalendarz? - Oczywiście- odpowiedział i znowu się uśmiechnął. Jednak tym razem inaczej. Uśmiechnął się tak szeroko, że bardzo dobrze mogłam dostrzec jego bielutkie zęby i... ...dwa kły. Nieświadoma tego co robię, bardzo głośno przełknęłam ślinę: - Co do... - Jestem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil luminka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…