Konwencja
Wielkie rody zwalczające się wzajemnie; w galaktyce panuje chaos
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1 "I kiedy Roku Pańskiego 8923 Konwent ustalił obowiązującą Konwencję przewagą głosów 7:1 jedyny przeciwny jej ród odstąpił od Praw i stał się pomniejszym rodem władającym jedynie Shariss. Jednak przez tak gwałtowny uczynek ni stracił chwał, ni bojaźliwości którą okazywały mu inne rody" z "Przypisów do Historii Mua`ry Teaarach" spod ręki Lady Sary
Ezehiel otworzył oczy. Tylko spokojnie. Nie...Nie mógł być spokojny. Gwałtowność była wpisana w krew Aldohidów. Ezehiel Aldohid. Imię, z którego mogę być dumny. Chłopak powoli wyszedł z łóżka. Ważne, żeby z optymizmem witać każdy dzień. Pokój zalewała fala jasności. Słońce wdzierało się do niego przez cztery szklane ściany zbudowane na zasadzie luster weneckich. Aldohid podszedł do okna i przejrzał się. Mógł uczciwie przyznać, że nic się nie zmienił. Wciąż te same srebrne włosy sięgające za ramiona, czerwone oczy bez spojówek. Ezehiel rzucił okiem na zegarek wbudowany w ścianę ponad czerownym łóżkiem, które było w tym pokoju jedynym meblem poza nocnym stolikiem. Chłopak podszedł do przeciległej ściany i wklepał na wystającym terminalu rząd poleceń, a z otowru pod nim wysunął się czerowny golf i czarne dzwony. - Powrót do nudnego, zwykłego życia pani Ezehielu. - powiedział sam do siebie zrezygnowany po czym skarcił się w duchu. Przypomniał sobie o swoim moccie, zgodnie z którym postanowił przeżyć resztę swego życia: "Maniakalny nawrót na optymizm Ezehiel, na optymizm". Zastanawiając się nad dalszym przebiegiem dnia wszedł do saloniku, w którym na środku czerwonego dywanu stał niski szklany stół, a wokół niego rozstawione były fotele. W ścianę wmontowany był projektor telewizyjny. Stamtąd skręcił do wąskiej kuchni, gdzie ściągnął z wieszaka swój ulubiony pomarańczowy kubek w motylki i ustawiła go pod dozownikiem ekspresu do kawy. Wcisnął mały przycisk z napisem Make Cofee, oparł się o blat i czekał. Ciekawe czy ojciec znów każe mu się spotkać z Liriel Vanderholt. Owszem, była ponętna, Ezehiel nie mógł zaprzeczyć. Owszem, miała piękne piersi, nie było to kłamstwo. A i owszem, czarująco się uśmiechała, żadna opowieść z tym związana nie mogła oddać blasku jej mlecznych zębów. Ale poza tym Liriel nic więcej nie miała. A on chciał wiązać się do końca życia jedynie z powodu, jak to określał jego ojciec, jedynie w celu złączenia genów dwóch wielkich rodów i ... Na samą myśl o tym stwierdzeniu chłopak się wzdrygnął...Reprodukcji. Kubek pełen był kawy, kiedy Aldohid chwycił go w ręce i usłysz szum otwieranych drzwi. Wraz z napojem w ręce wyszedł do salonu. Zauważył, że stoi w drzwiach jego ojciec. Za nim niewzruszenie niczym posągi trwali dwaj strażnicy w czerwono srebrnych zbrojach Aldohidów. Hełmy ze znakiem feniksa patrzącego w niebiosa, z których spuszczano się przejrzyste przyłbice pochłaniające laserowe wiązki. Na sobie mieli cienkie napierśniki, pod nimi koszule i naramienniki. Wojownicy z ich rodu nosili lekkie spodnie nie krępujące ruchów i zatkane za pas pochwy na katany z trychtonium. Ezehiel wykonał lekki ukłon, jak ktoś kto stoi niewiele niżej od osoby, której składane są honory. Na planecie Weras zasady etykiety były naprawdę przestrzegane. Ludzie podziwiali Aldohadów za dyscyplinę. Twierdzili, że gafy naturalnie zdarzają się każdemu. Wtedy ojciec księcia, Pan na Weras, Mistrz Katany, Raijin Aldohid odpowiadał ze śmiechem, że wielkie konsekwencje odstraszają nawet największych gapowiczów. - Słucham ojcze? Wysoki, łysy mężczyzna podszedł do księcia. Jego złota tunika zamiatała podłogę. Ezehiel podniósł głowę. Znów ujrzął tę pomarszczoną twarz, naznaczoną zmęczeniem, tak niepodobną do twarzy zwykłego czterdziestolatka. Tym razem na jego obliczu odmalowywało się niezwykłe oblicze. - Synu...Za godzinę odlatujesz na Tironę IV. - Misja dyplomatyczna? - Zerwaliśmy pokój z Vanderholtami. Podbijamy ich. - powiedział zwięźle, nie przywiązując zbytniej wagi do tonu swego głosu. - Ale...To dobrze rokowało na przyszłość! Oni mają największą siłę militarną na świecie! Nie damy im rady! - na twarz Ezehiela wystąpił pot. O ile dobrze się orientował był pierwszym synem władcy planety, który w wieku szesnastu lat został...dowódcą armii. - Dlatego atakujemy stolicę.- znów ten zimny spokój, chłodna obojętność. - Czemu mnie wysyłasz...A nie swych generałów? Lepszych ode mnie! - Pytasz "czemu"? - Ezehiel był pewien, że ojcu drgnęła powieka. - Musisz umieć rządzić...Kiedy mnie zabraknie. Po czym bez słowa odwrócił się na pięcie i wyszedł razem ze swymi ochroniarzami. A dopiero teraz jedna myśl uderzyła w młodego księcia. Jego ojciec mówił o swojej śmierci, jak gdyby był jej w zupełności pewien.
2
"Wtedy dopiero do mnie dotarło czym tak naprawdę są absolwenci Terra Quareit. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nie są to nadludzie manipulujący magiczną energią. Dostrzegłam, że są jednymi z nas. Spotęgowało to mój strach przed nimi. Większy strach niż waleczne potwory sprawiają ci z nas, którzy potrafią zawładnąć naszymi umysłami" "Wyjątki z pamiętników Lady Sary"
Shani zawirowała z dwoma sztyletami, wymierzyła celne kopnięcie z obrotu prosto w korpus manekinu, po czym cięła krzyżując ostrza dwóch sztyletów. - Omnislash dziewczyno! - usłyszała krzyk zza oszklonego gabinetu z którego Varney obserwował jej trening. Dziewczyna zaczęła odruchowo wykonywać od lat wpajaną jej sekwencję serii, która nie zablokowana mogła zmasakrować ciało przeciwnika, zostawiając go przy życiu. Lekko ugięła nogi i wykonała salto w tył lądując w kucykach, gdzie jej prawa noga była wysunięta do przodu. Sztylet dzierżony w prawej dłoni ustawiła poziomo, zaś drugi uniosła nieco ponad głowę gotowa do zadania pchnięcia sztychem. Pokryty tkaniną manekin sterowany przez trenera ruszył na nią lekko się zataczając. - Bliżej złociutki, bliżej - mruknęła Shani. - Vanderholtowie tak łatwo się nie poddają. Manekin ustawił się przed nią na długość miecza zastawiając paradą. Wykonała markowany zwód sztyletem, a kiedy manekin wygiął się w prawo rzuciła tym trzymanym w lewej dłoni. Robot z łatwością wbił go w swój miecz, jednak dało jej to niezbędne ułamki sekund do przeturlania się pod niego i zadania drugim ostrzem ostrego cięcia prosto w kolano. Manekin ugiął się, ona położyła i wysunęła za jego plecy. Weszła płynnie w mostek i przerzucając nogi za siebie stanęła, gotowa do obrony. Jej przeciwnik gwałtownym szarpnięciem wyrwał sztylet z broni i był gotów do kolejnego ataku. Ale Shani była szybka. Jednym susem znalazła się przy nim i kopnęła prosto w miejsce nacięcia. Kiedy się uchylił wbiła sztylet w jego dłoń, lewym łokciem uderzając go z impetem w policzek. Znów wykonała salto w tył obiema nogami uderzając go w podbródek. Wyrzucił sztylet i ruszył na nią jedynie z drewnianą kataną. Z wystającym z drugiej dłoni ostrzem wyglądał przekomicznie. Varney sterujący robotem musiał się już niecierpliwić. Zdał sobie sprawę, że nie ma z nią żadnych szans. Wykonał ostatnią szarżę, jednak dziewczyna bez zbytniego wysiłku złapała jego nadgarstek i skręciła o 200 stopni. - Cholera! - warknął instruktor - Znowu będziemy musieli kupować nowego manekina!
***
Liriel poprawił swe niebieskie loki sięgające ramion. Nienawidziła swoich włosów. Wszystkie kobiety w jej rodziny takie miały, ale co z tego skoro na matce wyglądają ślicznie, a na Shani wprost zajebiście? Twierdziła, że do jej pociągłej twarzy, orglego nosa i wypukłych ust takie po prostu nie pasują. A o farbowaniu nie było mowy przed ukończeniem szesnastego roku życia? A co za znaczenie miało, że jest córką głowy rodu Vanderholtów, króla Tiriona IV i Kaspinu? Żadnego. Dopóki do głosu dochodziła matka. Nagle drzwi toaletki otworzyły się i zobaczyła swoją matkę, Sarę. Na niej długie do pasa, niebieskie włosy wyglądały prześlicznie. Idealnie komponowały się z idealnym nosem i karminowymi, wąskimi ustami. - Witaj matko - powiedziała szorstko nie odwracając wzroku od swojego odbicia w lustrze. - Ojciec chce cię widzieć, Liriel. - Już idę. Podasz mi flakonik perfum? Sara wyciągnęła dłoń w kierunku półeczki nad wanną, a do jej dłoni przyfrunęła buteleczkę, która zdawała się być lżejsza niźli piórko. - Proszę. "Terra Quareit" pomyślała zjadliwie księżniczka. - Dziękuję - odpowiedziała nazbyt uprzejmie. Lekko spryskała się i wyszła na korytarz.
***
- Mamy kłopot córko - zawsze zwracał się do nich per "córko", nigdy nie używając imion. Jakby chciał ukarać Sarę za to, że nie wydała na świat syna. A w jego ustach słowo "niewolnik" brzmiało o wiele sympatyczniej niż "córko". - Słucham? - zapytała beznamiętnie nawet nie siadając. - Usiądź - powiedział z naciskiem. Wyminęła dwóch strażników i buńczucznie usiadła zakładając nogę na nogę ukazując co ma pod rozcięciem spódnicy. Król Gerion skinął głową, próbując zabrać się do wypowiedzenia trudnej kwestii. Przynajmniej tak wydawało się Liriel. Zrozumiała w jak ogromnym była błędzie kiedy poczuła zimne ostrze wbijające się w jej łopatkę i ciepły strumyczek spływający po plecach.
3
Chłopak stanął na naturalnym podwyższeniu, na ściętym pniu drzewa. Ogarnął wzrokiem swoich żołnierzy. Ojciec posłał go z samobójczą misją. Młode, przestraszone żółtodzioby. Niewiele starsze od niego. I za ich pomocą miał zdobyć stolicę. Przynajmniej próbować. - Jak wiecie Tirona jest metropolią. Dojdziemy tam w trzy dni podbijając okoliczne miasteczka - mówił z przekonaniem. Chciał zachęcić wojowników, choć sam nie czuł entuzjazmu. Dobrze, gdyby choć oni mieli jakąś nadzieję. - Nie myślcie, że okolice stolicy to nic nie znaczące wioski. Przelejecie krew. Ja też. Ale póki jest...nadzieja - to słowo z trudem przeszło mu przez gardło, jak gdyby było słowem zakazanym - Póki jest nadzieja musimy dać siebie ... Dla Aldohidów. Dla nas wszystkich. I wtedy jeden z mężczyzn, najstarszy chyba generał o bujnej czarnej brodzie i łysej czaszce zadał pytanie, którego tak bardzo się obawiał Ezehiel. - Czemu mamy obalić Vanderholtów i wygnać ich z tej planety? Zapadła…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Yaten
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…