KRĄG BERTIEGO
Początek przygód Franka
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Frank obudził się i patrzył na szary, brudny sufit. Podrzędny hotel z pokojami wynajmowanymi często na godzinę przez najtańsze dziwki i ich klientów nie był sprzątany częściej niż raz na tydzień. Gdyby zajrzał pod lóżko nie zdziwiłby się gdyby znalazł tam kupę śmieci niedopałków i zużytych prezerwatyw. Przez okno, wraz z cichym buczeniem wpadało lekko zielone światło wypalającego się neonu. Poruszył się by wstać. Skrzypienie materaca wzbiło w powietrze dodatkową porcję stęchlizny, potu i zleżałego dymu papierosowego. Nastała już noc, ale dla Franka dzień się dopiero zaczynał. Siedząc leniwie wyjrzał za okno. Opadające w dół ciemnej ulicy krople wydawały się czarne niczym smoła. Mogłoby być to prawdą, bo wąska asfaltowa uliczka z przylegającymi do niej straganami wydawała się być ciemniejsza niż zazwyczaj. Ludzie chowali się jakby z nieba nie leciał deszcz, ale żrący kwas. Przejeżdżająca wolno taksówka rozpryskiwała kałuże i pobrzękiwała mocno zużytym silnikiem. Wszystko to wyglądało jak kadr z mrocznego filmu lat czterdziestych XX wieku, w którym za rogiem z cienia wkrótce wyłoni się postać w prochowcu, ciemnym kapeluszu, z nieodłącznym papierosem w ustach. Jednak nie były to lata czterdzieste, ale siódma dekada XXI wieku. Miejsce, choć mroczne, było częścią kilkumilionowego miasta. Piorun na chwilę rozświecił ulicę, by po kilku sekundach swym odgłosem przytłumić wciąż padający deszcz. Frank wstał i zbliżył się do łazienki. Żarówka nad lustrem paliła się jakby jej diody miały za chwilę skończyć swe życie. Mężczyzna spojrzał w lustro. Zobaczył tam swoją twarz z kilkudniowym zarostem. Miał prawie czterdzieści lat i twarz mocno pooraną bruzdami zmarszczek, sprawiającymi, iż wyglądał na nieco starszego. Prosty, mały nos, niewielkie usta i ciemne brązowe oczy, które ciągle wydawały się zaspane. Czarne, praktycznie zawsze rozczochrane włosy wzmacniały takie przekonanie. Bez względu na porę dnia sprawiały wrażenie, jakby przed chwilą ich właściciel wstał spędziwszy noc wszędzie, byle nie w łóżku. Na brodzie miał wyraźną dwucentymetrową bliznę przypominającą półksiężyc. Resztę jego stroju stanowiły szare, mocno sprane dżinsy, czarne kowbojki i skórzana kurtka sięgająca do połowy ud. Cała postać wydawała się być wyciętą z czarno-białego komiksu, gdzie nawet krew jest tylko białą lub czarną plamą. Znów spał nie zrzuciwszy z siebie nawet tej niewygodnej czarnej skórzanej skorupy. Chodził w niej od ponad dziesięciu lat i to przez wszystkie pory roku. Skórzana kurtka naprawdę stanowiła część swego właściciela, tak kilkanaście niezbędnych gadżetów i drobne monety spoczywające w każdej możliwej kieszeni. Na szafce leżała fotografia kobiety. Miała około trzydziestu-pięciu lat i długie czarne włosy. Podobno zaginęła, ale Frank dobrze wiedział, że ta kobieta już nie żyje. Została zamordowana, a jej ciało spoczywało na dnie rzeki pozbawione jakiegokolwiek okrycia. Jednak mężczyzna nie interesował się tym, że zginęła, ale tym, że nie wiedział, kto i jak tego dokonał. Odkręcił wodę. Spływający wolno strumień zagiął swój tor, jakby w jego wnętrzu znajdowała się niewidzialna, przeźroczysta rurka i wylądował w złożonych dłoniach. Frank przemył twarz, następnie przetarł ją niezbyt czystym ręcznikiem. Przyłożył fotografię do lustra. Zawsze mu to pomagało. Lustro to w końcu odwrócony świat, odwrócone myśli, wydarzenia, nawet odwrócony czas. Zobaczył dokładnie to samo, co wcześniej. Dziewczyna ucieka, krzyczy, odwraca się, potyka i chwile później już nie żyje. Stało się to tak nagle, jakby ktoś celowo wyciął scenę morderstwa z wizji Franka. Właśnie w tym pokoju odnalazł wskazówkę, która pozwoliła mu odtworzyć wizję ostatnich chwil życia kobiety. Nie mogąc niczego więcej zobaczyć wyskoczył z pokoju i już chwile później znalazł się na przemokniętej ulicy. Szedł nie zwracając uwagi na deszcz, przechodniów, chlapiące samochody i odgłosy bijących w oddali piorunów. Lokal Toma świecił pustkami. On sam stał za barem i wpatrzony w jeden punkt wycierał szklankę, która pomimo jego starań nie stawała się ani trochę czyściejsza. Tom był olbrzymim murzynem. Miał prawie dwa metry wzrostu i ważył prawie trzysta funtów. Łysa głowa była ozdobiona małym kolczykiem i liściastym tatuażem wystającym z ramienia na szyję. Chodziły pogłoski, iż frajer, który chciał obrabować jego bar stracił całą dłoń tylko, dlatego iż pozwolił się Tomowi za nią złapać. Jedni mówili, iż barman wyrwał ją oprawcy a inni, że zwyczajnie zmiażdżył. Frank wiedział, że obydwie wersje były bzdurą. Niedoszły złodziej nie przygotował odpowiednio broni i jego ostrzegawczy strzał rozsadził pistolet. Reszty zniszczeń dokonały pięści Toma. - Podwójną proszę. – szepnął Frank. Barman płynnym ruchem chwycił szklankę i napełnił ją lekko ponad połowę. Postawił szklankę i odszedł na drugi koniec baru, gdzie zaczął czyścić bar i półki. Połowa whisky zniknęła w przełyku, rozgrzewając gardło i żołądek Franka. Sekundę później znów chciał odkryć sekret śmierci czarnowłosej dziewczyny. - Ciężko cokolwiek ujrzeć, szczególnie, gdy mordercą jest ktoś tak bardzo do nas podobny… Frank poruszył szyją tak szybko, iż miał wrażenie, że coś w niej zaskrzypiało. W rogu sali siedział mężczyzna, przed którym stała gruba szklanka wypełniona jakimś mlecznym płynem. Miał spokojne niebieskie oczy, w których gościł niezmącony spokój. Był przynajmniej dziesięć lat starszy od Franka, ale z pewnością nie doszedł jeszcze do sześćdziesiątki. Krawat, biała koszula, eleganckie spinki wraz z skrojonym na miarę garniturem sprawiały, iż tych dwóch mężczyzn dzieliła przepaść. Frank był nieuczesany, podczas gdy on wyglądał jakby przed chwilą wyszedł nie tyle od fryzjera, ale od stylisty. Skóra Franka była stara i znoszona, natomiast garnitur nieznajomego był warty więcej niż alkohol zgromadzony w całym barze Toma. Na końcu zauważył kapelusz, wraz ze zdobioną laską. Obydwie te rzeczy były żywcem wyjęte z fotografii sprzed 100 lat. Czarny melonik był wolny od jakiegokolwiek pyłku i przebarwienia, natomiast laska była starannie wypolerowana. Frank odniósł wrażenie, że jest to hrabia, którego dorożka stoi przecznicę dalej, a on sam przypadkiem trafił to tego brudnego baru. - Co pan powiedział? – wydusił z siebie Frank, zaskoczony pytaniem, a teraz i wyglądem nieznajomego. - Nazywał się Wolf, bardzo zależy mi na tym by jak najszybciej znalazł pan mordercę. - Dostałem zlecenie od… - Wiem, od kogo dostał pan zlecenie – przerwał mu Wolf – wiem również, iż nie może pan sobie z nim poradzić… - Dużo pan wie. Frank zaczął być podejrzliwy. Gość pojawił się znikąd, wwalał się butami w jego sprawę i zachowywał się jakby był jego szefem. - Mężczyzna, którego szukamy siedzi zamelinowany w jednym z podmiejskich blokowisk. Samochód czeka na zewnątrz. - Jedźmy zatem. – odpowiedział Frank, choć nie był do końca przekonany o słuszności swojej decyzji. Krople deszczu zaczęły bębnić o maskę i dach samochodu. Był to jeden z tych nowych Fordów mogących przejechać prawie siedemset kilometrów na jednym ładowaniu. Minęło prawie sześćdziesiąt lat XXI wieku, a ludzie dalej nie mieli latających samochodów, wszechobecnych robotów i hologramów mogących udawać lub zastępować prawdziwych ludzi. Nie wynaleziono żadnego antygrawitacyjnego gówna, fotonowych napędów ani zwykłych laserowych pistoletów. Dalej najskuteczniejszą bronią była kula, choć nie zawsze była zrobiona z ołowiu. - Jesteśmy na miejscu – powiedział Wolf po niemal godzinnym milczeniu. Deszcz wydawał się rzednąć a wraz z nim uczucie ciemna i zimna. Dochodziła północ i w pobliskich budynkach z wolna gasły światła kończąc kolejny dzien. Mężczyźni zbliżyli się do wejścia. Prosty zamek z zapadką i elektrycznym zamkiem dzielił ich od wejścia. Frank otworzył go niemal odruchowo. Wnętrze było ciche i niewiele jaśniejsze od mroków na zewnątrz. Wolf wskazał na schody i po chwili znaleźli się na piątym piętrze. Szczęściem nie użyli windy, bo zgrzyt, jaki wywoływała na pewno zdradziłby ich obecność. Gestem ręki wskazał drzwi na końcu korytarza, nad którymi świeciła się okrągła lampa. Frank zbliżył się nieco i od razu wyczuł, iż jego towarzysz ma rację. Za drzwiami musiał być ktoś dobrze znający ochraniające zaklęcia. Wyciągnął jedną ze swych monet, obrócił między palcami i wypowiedział formułę. Powietrze wokół jego ciała zadrżało jakby ktoś je mocno podgrzał. Wyciągnął broń i bardzo powolnym, jednocześnie cichym ruchem przeładował i odbezpieczył. Wycelował w drzwi i zaczął się zbliżać. Jego starszy towarzysz znajdował się niecałe dwa kroki za nim. Frank dał mu znak by ten nie zbliżał się zanadto. Drugą monetę przykleił do otwartej ręki mrucząc kolejne zaklęcie. Zbliżał się do drzwi trzymając w jednej ręce odbezpieczony pistolet, a w drugiej otwartą dłoń z monetą między palcami. Wyglądało to jakby jedną ręką chciał kogoś zastrzelić, a drugą chwile później odepchnąć. Doszedł do drzwi. Na środku nieco powyżej kamery wizjera przyczepiona była blaszka z wygrawerowanym numerem sto pięć. Frank przyłożył do nich dłoń z monetą. Drzwi wokół dłoni zaczęły się marszczyć i poruszać by po chwili stać się przeźroczyste, jakby były zrobione z płynącej wody. Kręgi robiły się coraz większe, aż objęły swym zasięgiem całe drzwi wraz z futryną. Światło dochodzące z wnętrza mieszkania sto pięć oświetliło nieco bardziej zaciemniony korytarz. Twarz Franka nieco się rozjaśniła. Zobaczył go. Siedział na fotelu wpatrzony w ekran zawieszony na przeciwległej ścianie. Miał najwyżej dwadzieścia-pięć lat, mocno zakrzywiony nos i był zupełnie łysy. Po chwili wstał i Frank zauważył, że jest niezwykle wysoki, jednocześnie bardzo chudy, przez co wyglądał jakby chodził na szczudłach. Minął drzwi niemal zahaczając o nie, następnie poszedł do kuchni i wziął jakiś napój z lodówki. Wracając znów minął przeźroczyste drzwi, które dla niego najwidoczniej wyglądały zupełnie normalnie. Rzucił się na fotel by dalej wpatrywać się w film lub jakiś program. Frank dał sygnał Wolfowi, by ten się cofnął sam natomiast zaczął kręcić dłonią opartą o drzwi zataczając nią coraz szybsze kółka. Przeźroczysty materiał drzwi zaczął coraz szybciej drżeć przybierając matowy odcień by w końcu całkowicie znieruchomieć. Całkowicie bezgłośnie rozpadły się na miliony drobinek nie większych niż ziarenko piasku. Zanim kurtyna drzwi opadła na podłogę, Frank wskoczył do środka celując w młodzieńca wciąż siedzącego w fotelu. - Nie ruszaj się i niczego nie próbuj! Wyczuję to na pewno! – wrzasnął Frank zanim piach drzwi opadł całkowicie, a chudy mężczyzna zdążył zorientować się w tym, co się stało. Celując w głowę wyciągnął kajdanki. - Uklęknij, i powoli połóż ręce na głowie. – powiedział
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jacekwojcik
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…