Wróć do katalogu

Kroniki Białogórskie rozdział 6

Najnowsza część. Akcja się rozkręca. Chyba. Aby zrozumieć, przeczytaj poprzednie rozdziały.

Ciemnogrodzianin, opublikowano , 26 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Rozdział VI.

- Naprawdę dało się to zrobić delikatniej. - Hoża była nieprzejednana. Ciężko było jej wyjaśnić, dlaczego wyrzucenie kierowcy z samochodu i zepchnięcie wozu do rowu nie jest postępowaniem zgodnym z regulaminem. - Nauczy się młokos szanować pojazdy uprzywilejowane - prychnął Turski. – Na miejscu tego strażaka staranowałbym tę furę i kazał zwrócić koszty naprawy wozu. - Jednak... Lepiej nie narażać się kolejnym Rodom. - Dobra, dojeżdżamy. Pradziad Wszystkich Aut zatrzymał się na betonowych płytach podjazdu. Lekka mżawka toczyła przegraną walkę z wycieraczkami. Komisarz nacisnął jakiś guzik na desce rozdzielczej i przednie drzwi otworzyły się z impetem. W założeniu miał to być system odpędzania natrętów, ale Turski chciał się pochwalić nowymi możliwościami Pradziada. Efekt był taki, że nawet po błyskawicznym puszczeniu klamki, Hoża z ledwością utrzymała się fotela. - Chcesz tym kogoś zabić? - spytała, gramoląc się z wozu. Trzasnęła drzwiami, wyżywając się na nich, zamiast na uśmiechniętej paszczy Seweryna. - Nie, tylko odepchnąć na jakieś dwadzieścia metrów. Albo wywalić z wozu, jak mi będzie smędził o regulaminie. - Turski zamknął samochód i ruszył w kierunku stróżówki. Zbity z blachy falistej budynek stanowił jedyny niezardzewiały element okalającego lotnisko ogrodzenia. W środku siedział wysoki imigrant z Równin z przygotowaną do strzału wiatrówką. - Czego? - spytał, podnosząc się. - Nadkomisarz Zofia Hoża i komisarz Seweryn Turski z Pretorii. - Mignęli z przyzwyczajenia legitymacjami. - Pańska godność? Coś błysnęło w ręce stróża. - Imperator Hubert Gladi – przedstawił się. - Poszli won albo naślę na was Gwardię Cesarską. Ewentualnie możecie państwo okazać swoje legitymacje wyraźnie, jak należy. Turski z lekką irytacja podał swoją kartę. Hoża chwilę się wahała, ale w końcu i jej odznaka znalazła się na biurku. Stróż przeglądał je dobre pięć minut, nim zwrócił je i wykonał krótki telefon. Po kolejnych pięciu minutach nadjechał wózek bagażowy. Prowadziła go szczupła kobieta o dumnym wyrazie twarzy i kruczoczarnych włosach. Zatrzymała się tuż przed ich stopami i rzuciła krótkie: „Proszę ze mną.”. Hoża usiadła koło kierowcy, Seweryn zaś z dumą zajął miejsce bagażu. - Beata Pocahontas Siódma - rzuciła, kierując wózek w kierunku jednego z obskurnych hangarów – Przepraszam za Chucka, jest nieco znużony ciągłym siedzeniem na stróżówce. Równie biegle, jak on po widlańsku mówię tylko ja. Tyle że ja mam dość pracy biurowej i na niego spadają najnudniejsze obowiązki. Państwo tak w ogóle, w jakiej sprawie? - Wolelibyśmy mówić z kierownikiem. - oznajmił Turski, starając się zapamiętać drogę powrotną. Może nie będą musieli szybko uciekać, ale mogą kogoś obrazić i być zmuszeni do wracania piechotą. - Ja tu jestem tłumaczem, więc raczej będziecie musieli ze mną porozmawiać. - Pocahontas Siódma zwolniła widocznie, może chcąc się skupić na rozmowie, może chcąc dać swoim czas na pochowanie paczek z napisem „srebrny śrut”. - Szefem klubu jest mister Ganiegne Tomason. Państwo w jakiej sprawie? - W sprawie rozmowy z waszym szefem - burknął Turski – Można go dzisiaj zastać? - Oczywiście. Jest w trójce. - Imigrantka wskazała palcem jeden z hangarów z krzywo nakreślonymi trzema małymi „i”. - Państwo numerowali hangary? - spytała Hoża, lekko się uśmiechając. - Tak, - odparła Pocahontas - gdy przyjechaliśmy, był tu taki bałagan, że nawet numeracji na hangarach nie było. Jeden z nas omal nie zginął, bo ogrodzenie było pod napięciem, a tabliczka gdzieś znikła. Potem okazało się, że jakieś smarki zwinęły, bo uważały że to będzie dobry dowcip. Skąd pani wiedziała, że to my numerowaliśmy? - Cyfry auriańskie pisze się dużymi literami. - Ton odpowiedzi był lekko kąśliwy, co nie spodobało się Turskiemu. Podejrzany obrażony, szczególnie kobieta, to podejrzany podejrzliwy. - Dziwi mnie, że osoba tak obeznana z naszym językiem popełniła tak szkolny błąd. Zaczęło padać. Jak na złość zadaszona była tylko kabina kierowcy. - Już dojeżdżamy. - Pani Beata Pocahontas była już nie spokojna a oziębła. Seweryn miał ochotę zrugać Hożą. - Języka uczyłam się przez rozmowę z profesorami na Uniwersytecie w Cheetatawah. - Słyszałam o tej uczelni. - Zofia jak na złość kontynuowała. - Na jakim kierunku pani się uczyła? - Pracowałam tam. - przyznała tłumaczka, mocno przyspieszając, choć do hangaru było już całkiem blisko. - Sprzą... ? Zahamowała dość gwałtownie, tak że Hoża ledwo nie wypadła przez przednią szybę a Turski uderzył twarzą w kabinę kierowcy. Na Beacie Pocahostas Siódmej nie zrobiło to większego wrażenia. - Proszę do środka - rzuciła, wychodząc z meleksu.. Seweryn miał za to pretensje do Hożej. - Kuźwa, musiałaś się bawić w babskie złośliwości... Mam nadzieję, że coś tu znajdziemy i moje siniaki nie pójdą na marne. Główną atrakcją tego hangaru była awionetka w fazie pokrywania farbą. Trzech ludzi w białych (przynajmniej pierwotnie) kombinezonach nanosiło właśnie na włókno szklane rysunek sokolego łba. W odpowiedniej odległości od czerwonej chmury stał mężczyzna w koszulce z logo klubu i krótkich spodenkach. Miał na pewno ze dwa metry wzrostu, ciemną karnację i toporne rysy twarzy. Długie, czarne włosy związał kawałkiem sznurka. Tłumaczka coś krzyknęła przez szum rozpylaczy. Mężczyzna w koszulce podszedł i spojrzał na nich, jakby pies sąsiada właśnie narobił mu na wycieraczkę. Skrzyżował ręce na piersi i uniósł wysoko głowę. Tłumaczka stanęła obok niego i spytała komisarzy: - Z czym państwo tutaj przyszli? - Szukamy człowieka nazwiskiem Hankson – wyjaśniła Hoża, spoglądając na pracowników malujących awionetkę. - Konkretnie William Hanson Starszy. Miny imigrantów sprawiły, że Turski miał ochotę klasnąć, wykonać salto mortale i wylądować pięknym telemarkiem. Zaraz jednak padła z ust Tomasona odpowiedź, która sprawiła, że wrócił na ziemię, i to jeszcze nim jego towarzyszka zakończyła tłumaczenie. - Pan Hankson opuścił zespół kilka miesięcy temu. Odzyskał udziały i wyjechał z Konfederacji bodajże w ... marcu. Turski podrapał się po głowie. Pół roku – sporo, ale jeśli chce się zabić kogoś tak chronionego jak auriański szlachcic i to na jego własnej ziemi, to tego czasu nie było wiele. Jeszcze ten śrut, pewnie ktoś go wykorzystał do wyrównania porachunków. Jeśli to jakaś sekta to marna – prawdziwi fanatycy załatwiali wszystko między sobą, bez angażowania najemników. - Czy wiecie państwo coś na temat jego sporów z … Tomasson wyrzucił z siebie bardzo stonowany monolog, akcentował słowa wyrzutami prawej reki, czasem spoglądał na tłumaczkę, by przypomniała mu jakieś nazwisko, czy datę. Były to jedyne chwile gdy przerywała bardzo dokładne tłumaczenie. - Teratosso? Oczywiście. Ten młody skurwiel, Guliano? Mylą nam się już te małpiszony... Tak – Guliano zadzwonił tuż po pogrzebie do niego i opowiadał, ile mu się należy za dostarczanie towaru młodemu Billowi. Psisyn chciał fortuny, a Will mu odpowiedział, że ma dla niego tylko kilkanaście gram ołowiu. Gdyby zrobił coś takiego u nas, znaleźliby go z wyprutymi flakami. Tego Teratosoo, nie Williama oczywiście. Powinno się go zamknąć kilka lat temu, chłopcy w celi daliby mu do wiwatu... Wie pan, jak on odnosił się do kobiet? Bodajże dwa lata temu... Tak, występowaliśmy wtedy gdzieś pod Knaufsbergiem., stary Will z nami i dziewczyna Billa przyjechała go odwiedzić, a ten idiota omal jej nie zgwałcił! Tuski pokiwał głową i przerwał. - Czy pan Hankson informował was o obecnym miejscu pobytu? - spytał komisarz, dla czystej formalności. - Nie, - odparła Pocahontas - ale mogliśmy się spodziewać, że tu przyjedzie. W końcu każdy normalny człowiek wyręczyłby was w wymierzeniu sprawiedliwości temu bydlakowi. Hoża kaszlnęła, ciesząc się w duchu, że nie zabrali ze sobą sprzętu do nagrywania, bo już mieliby materiał na pięć nowych teczek. - Kto mógł wiedzieć? - spytała, zerkając na zegar wiszący na ścianie hangaru. Prawnik Bartnika za godzinę miał być w jego mieszkaniu. A tutaj albo dowiedzą się rzeczy tak prawdziwych, jak bajka o szczurołapie z Himmelm, albo będą musieli czekać na jakieś nieostrożne słowo. - Na pewno Teratosso. I wasza Służba Graniczna. - Pocahontas przyglądała jej się uważnie, pewnie zauważyła, że się spieszy. Stąd też pewnie postanowiła poprawić sobie humor i lekko pogorszyć go Hożej, w efekcie czego ironicznie dodała. - Pytajcie tego, kto ma lepszy dostęp do waszych baz danych. Coś jeszcze? - Nie, już nic. - Turski wyciągnął z kieszeni kartkę służącą mu za kronikę towarzyską i długopis. - Ale poproszę państwa namiary. Ponadto byłbym wdzięczny, rzekłbym nawet potwornie wdzięczny, gdyby nas państwo poinformowali, gdyby pan Hankson dał o sobie znać. Gdyby jednak się odezwał, a państwo by to zataili, to bez obaw - mamy na to paragraf. Z radością odnotował lekkie uśmieszki na obu twarzach. Zazwyczaj ten żart niewiele osób bawił. Przyjął z powrotem kartkę i nie patrząc na nią, ulokował w kieszeni spodni. Hoża z lekką dezaprobatą pomyślała, jak to później odczytają – pomięte, zaplamione i odręcznie pisane na kolanie. Pożegnali się i ruszyli do samochodu. Tym razem pani Pocahontas Siódma nie szalała za kierownica meleksa. Gdy drzwi Pradziada Wszystkich Aut zamknęły się, Turski pokręcił głową. - Oni coś kręcą. Ten ich cały szef niby nie zna słowa po widlańsku, a z moich dowcipów chichocze. Niby nie wie nic o Hanksonie, a o Teratosso gada jakby przyjechał tylko po to, by wywieźć stąd ich głowy w baku samolotu. Niech ich Curvis Clavis! Jedźmy do tego Bartnika, może tam się coś wyklaruje. Hoża podniosła spod siedzenia jakaś starą, efektowne oprawioną książkę, zerknęła tylko na trzecią stronę, przeczytała nic niemówiący jej tytuł, po czym wsadziła ją do schowka i zapięła pas. - Schowek ci się rozlatuje - ostrzegła, mimo iż teraz zdawał się trzymać całkiem dobrze. - Bartnik mieszkał w Villa Aurora, przy Via Campi. Jedź przez Academicianę, to unikniemy patroli z drogówki. Zmieńmy temat, co ty na to? - Odpoczynek służy zarówno umysłowi jak i duszy. - Jego córka, studiująca historię, kiedyś nauczyła go tej sentencji po auriańsku, ale teraz potrafił sobie przypomnieć tylko jej widlański odpowiednik. - Ciekawe te „Kroniki Białogórskie”? - Hoża jakoś znalazła temat bez trupów, mordów i szlachty. Seweryn lekko się zdziwił. - Jakaś nowa gazeta milicyjna? - spytał Turski, odpalając silnik. Cofnął samochód i wjechał na szosę. - Nie, w schowku masz takie grube tomiszcze oprawione w skórę i… Turski machnął ręką. - Pewnie Sylwia znowu mi podrzuciła, żebym oddał do biblioteki. Jak będziemy wracać na komendę, to będziemy mieli po drodze.

Maria wracała do bunkra z pętem trzydziestu kiełbasek i garnkiem bigosu. Gdy Wybuchowy Kapral usłyszał, że Eryk zamawia jednak „standardzik na porobocie” uśmiechnął się i wskazał przygotowany zawczasu zestaw. Lekkie to nie było, ale nie po to jest się Czarnym, by się przejmować takimi głupotami jak wytrzymałość mięśni. Grawitacja i wilgotność podłoża to jednak była inna sprawa. Zapadała się po kostki w błocie, tylko dzięki wysokiej cholewie buta żaden przedstawiciel fauny wodnej nie pływał jej wokół stopy. Choć wyczyszczenie delikatnej skórki zajmie pewnie dobre pół godziny. Szła przez las, ciamkając, paćkając i mlackając. Jakimś cudem nie musiała wydobywać się z bagna łopatą. Jakimś wyjściem było chodzenie po korzeniach wystających znad rozmiękłej ziemi, ale gdy pomyślała o oplecionych nimi minach i niewybuchach, wolała korzystać z wytyczonych szlaków. Klucząc pomiędzy drzewami, zastanawiała się, jak daleko jest stąd do Rezerwatu. Pewnie niewiele. Chętnie by się kiedyś tam wybrała po zakończeniu służby w Czarnych. Kawał historii... Usłyszała za sobą cichy szelest. Gdy odwróciła głowę, z bajora wynurzał się łeb wielkiego gada. Czerwone ślepia wpatrywały się w nią hipnotyzująco. Obróciła się przodem do bestii. Ta podniosła się, ukazując całe swe cielsko. Błoto spłynęło po szaro-zielonej skórze opiętej na wychudłym korpusie, długie patykowate nogi i kościsty ogon powiedziały jej wszystko. Nie musiała czekać, aż na grzbiecie podniesie się tuzin biegnących wzdłuż kręgosłupa rzędów kolców. Gdy najeż wystrzelił pierwsze dwanaście pocisków, była już za najbliższym drzewem. Zadźwięczał przebijany na wylot garnek. Nie mogła dać się choćby lekko zadrasnąć. Jad wytryskujący z każdym wystrzelonym kolcem zabijał wołu już po kilku minutach. Jej w przypadku zatrucia groził tylko paraliż, jednak najeż, po kilku wiekach głodówki, zapewne samym unieruchomieniem się nie zadowoli. Wypatrzyła złamane przez wiatr drzewko. Skupiła się na nim. Po sekundzie wymieniło się ono…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych