Wróć do katalogu

Kroniki Białogórskie - rozdział XI

Rozdział XI. Białogórę ogarnia chaos, który podziwiamy z perspektywy niemłodego komisarza Turskiego.

Ciemnogrodzianin, opublikowano , 43 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

– Rzuć broń... – ryknął Turski, wpadając do zaułka. Wycelował swój nie-całkiem-regulaminowy rewolwer w jednego z łysych drabów, otaczających jakiegoś nieszczęsnego młodziaka w modnych ciuchach. Napastnicy jakoś nieszczególnie się przejęli wycelowanym w nich skrzyżowaniem pistoletu i armaty. Jeden odwrócił się i pogroził komisarzowi dubeltówką, coś tam szepcząc pod nosem. – Rzuć tę broń, mówię... – powtórzył Seweryn, zwracając się i do tego z dubeltówką i do jego pięciu kolegów z kijami i łomami. Widząc, że nie reagują, strzelił w powietrze tuż nad ich głowami. Huk, jakby wypaliła prawdziwa armata, odbijał się od ścian. Nawet nie drgnęli, dalej tylko wpatrywali się w swą ofiarę, szemrząc między sobą. Łysol z dubeltówką spojrzał się na Turskiego spode łba, wymierzył w niego broń i chrapliwym głosem ryknął: – Won! W tym momencie jeden z jego kumpli podniósł kij, by uderzyć napadniętego. Seweryn nacisnął spust. Trafił bezbłędnie w nadgarstek. Uskoczył tuż przed tym, jak pocisk z dubeltówki zaświszczał mu nad głową. Trafił strzelca w brzuch, ten jednak tylko lekko się zgiął. Jego koledzy nagle stracili zainteresowanie napadem i rzucili się na Seweryna bezładną kupą. Na czele gnał, jakby nie czując bólu, wysoki chudzielec bez prawej dłoni. Turski strzelił jeszcze raz w tego z dubeltówką, tym razem bezlitośnie trafiając w głowę. Po tym strzale rzucił się do ucieczki, mając nadzieję dobiec do Pradziada Wszystkich Aut. Wypadł z zaułku i skręcił gwałtownie w prawo. Pierwszy ze ścigających zatrzymał się gwałtownie, jego koledzy wpadli na jego plecy, waląc się całą piątką na ziemię. Dało to Sewerynowi czas na dopadnięcie do drzwi samochodu i wciśnięciu się do środka. Gdy tylko zablokował drzwi, łom uderzył w szybę, zaraz potem na dach spadł kij bejsbolowy. Napastnicy obsiedli auto ze wszystkich stron, któryś wspiął się na dach i zaczął walić gazrurką po przedniej szybie. Bez zbędnych skrupułów, Seweryn przekręcił kluczyk i wcisnął gaz. Łysole zostali z tyłu, ten z dachu bardzo ryzykowanie upadł na potylicę. Turski miał wielką chęć odjechać, ale ten młodziak z zaułka pewnie dalej tam siedział. Zahamował, piszcząc oponami. Poczuł, jak przednie koła schodzą z krawężnika. Bał się teraz cofnąć, a wątpił, by samochód zdołał nabrać odpowiedniej prędkości by, staranować skutecznie bandytów. Zamiast tego zaczekał, aż znowu opadną oni samochód. Tym razem nikt nie właził na dach. Seweryn odczekał, aż znajdą się w optymalnej pozycji, jedną ręką chwycił rewolwer, a drugą wcisnął przycisk, którego właściwości wcześniej zaprezentował Hożej. Drzwi otwarły się z impetem, odrzucając trzech łysoli na bezpieczna odległość. Seweryn dałby głowę, że słyszał trzask łamanej kości. Nie miał czasu się jednak zajmować badaniem stanu rannych. Ostatni stojący na nogach wlazł od strony drzwi pasażera i próbował pchnąć Seweryna ściętym ostro końcem gazrurki. Komisarz, nie myśląc długo, wypalił mu prosto między oczy. Głowa napastnika walała się po całej tapicerce Pradziada. Turski chciał wykopać resztę zwłok z samochodu, gdy ktoś zarzucił mu na szyję pętlę i zaczął dusić od tyłu. Zaskoczony Turski wypuścił broń z ręki, starając się chwycić konopny sznur, wpijający się w gardło. – Giń, kurewny psie... – warknął dusiciel. – Za wszystkie krzywdy... Dobrym lu... Dalszą wypowiedź zagłuszył huk wystrzału. Seweryn rzucił się do przodu, porwał z podłogi rewolwer i wypalił w stronę wstającego z klęczek bandyty. Trafił go w środek pleców. Dopiero wtedy uznał, że może spróbować oddychać. Szybko wyliczył, że został jeszcze jeden bandyta. Zerwał się, wychodząc z samochodu. Przy okazji wyrzucił z niego zwłoki. Po drugiej stronie porysowanej i pogiętej maski stała Hoża, pobladła z nerwów. Mundurową marynarkę miała całą przemoczoną, gdzieś straciła lewy epolet. Podejrzewał, że szabrownik, którego ścigała, siedzi teraz przykuty do jakiejś barierki. – Nic panu nie jest? – spytała nadkomisarz, odciągając od drzwi samochodu łysego bandytę z niewielką raną wlotową na lewej skroni i sporą wylotową na prawej. – Nic mi nie jest, Młoda – odsapnął Turski, podchodząc do ostatniego z napastników. Jego kij złamał się, prawdopodobnie przy uderzeniu drzwi. Teraz koniec broni sterczał z zalanych krwią pleców na wysokości serca. Pod nim deszczówka zbierała się w szkarłatną kałużę. – Zawsze wiedziałem, że to niebezpieczne narzędzia... – skwitował to komisarz. – Czego chcieli? – spytała Zofia, rozglądając się po okolicy. – Chyba trzeba jakoś wyjaśnić przed pretorem pięć trupów... – Sześć – poprawił Seweryn. – Nie wiem, czego oni chcieli, jak do mnie strzelali, Młoda. Ale jeden do mnie strzelał. To podpada pod „obrona konieczna”. Sprawdź, czy żyje tamten pod ścianą... – Wskazał bandytę, który spadł z dachu Pradziada. Hoża podeszła do niego, pokręciła głową i wzięła się za przeszukiwanie zwłok. Wróciła, niosąc w plastikowym woreczku rozmazaną przez krew i deszczówkę legitymację szkolną i dwie naszywki na plecak. Jedna dotyczyła protestów przeciw wycinaniu lasów tropikalnych, druga miała nadruk z nazwą jednego z kwartyjskich liceów. Turski zaklął cicho pod nosem, widząc jak młodziak, którego uratował przed śmiercią, ucieka w kierunku budynku pobliskiej szkoły. Jak na złość, było to liceum. – Jeszcze jakieś wezwania? – spytał się, zasiadając za kierownicą. Hoża obeszła samochód, spojrzała na zdobiący przednią szybę krwawy zaciek, oceniła wzrokiem pochodzenie kości leżącej na przednim fotelu, po czym usiadła na tylnym siedzeniu. – Patrol na Academicianie, ulica Hubertusa – westchnęła, czując, jak kropla krwi skapuje jej na włosy. Pozamykali wszystkie drzwi. Turski jeszcze spytał się Hożej, czy nie chce dobrej dubeltówki. Po minucie pani nadkomisarz ładowała nowe naboje, korzystając z pasa znalezionego tuż obok zwłok. Musieli przyznać, że mieli do czynienia z całkiem nieźle wyposażonym przeciwnikiem. Silnik zawył i Pradziad Wszystkich Aut ruszył w drogę. Teoretycznie i przepisowo nie powinni byli zostawiać zwłok na ulicy. Tyle że sytuacja była praktycznie nieprzepisowa. Od dwóch godzin jeździli po Łęgach, Academicianie i Universitas, wspomagając siły interwencyjne, które nie potrafiły zapanować nad nagłym wzrostem przestępczości w tej okolicy. Nagle, jak spod ziemi we wszystkich północno-wschodnich dzielnicach miasta pojawiły się bandy młodszych, starszych, lepiej lub gorzej uzbrojonych wandali, rabusiów i zwykłych gnoi. Seweryn podejrzewał, że nie był pierwszym, ani ostatnim, pretorianinem, który dziś kogoś zastrzelił. Podejrzewał też, że za kilka minut wpadnie tu brygada szturmowa i liczba ofiar po obu stronach znacznie wzrośnie. Jechali jeszcze przez w miarę spokojną okolicę, tylko z rzadka mijając wybitą szybę wystawową czy spalony samochód. Dopiero gdy przekroczyli granicę Academiciany, zaczęło się robić niewesoło. Turski miał ochotę wygarnąć garstce smarkaczy piszącej na murze „HWDP”, że są bandą chorych pedałów-nieuków, ale zbyt się spieszyli, a młokosy były nieuzbrojone. Mieli poważniejsze kłopoty. Turski skręcił w Hubertusa, obstawioną domkami jednorodzinnymi, krętą uliczkę, pełną nieprzepisowo zaparkowanych, płonących samochodów. Turski wysiadł z samochodu, chcąc lepiej rozeznać się w sytuacji. Smród palonej benzyny, plastiku i lakieru nie dawał oddychać, w oczy gryzł czarny, gęsty dym. Płomienie huczały, jednak przebijały się przez nie huki wystrzałów. Dochodziły on z pobliskiego domu jednorodzinnego. Za nadpalonym, pokrytym pianą osobowym samochodem kryło się dwóch ludzi. Chusty zakrywały im twarz, w ręce bruneta błyszczała polerowana lufa strzelby, ostrzyżony na jeża blondyn odpalał szmatę wetkniętą w butelkę. Na trawniku przed domem leżał martwy mężczyzna z bujnym wąsem. Miał może koło czterdziestki. Tuż obok leżała gaśnica. Nadal wydobywała się z niej piana, mieszająca się z krwią zabitego. Zza przestrzelonej szyby komisarz słyszał płacz dziecka. Turski podszedł do bandytów na odległość celnego strzału. Nie zauważyli go, zajęci celowaniem i rozdmuchiwaniem opornego płomienia. Seweryn strzelił najpierw w głowę bandyty ze strzelbą, potem w rękę trzymającą butelkę z benzyną. Odłamki szkła wbiły się w brzuch napastnika, który zawył żałośnie. Za mało żałośnie, by go ocalić. Komisarz podszedł do niego, chwycił jedną ręką za kołnierz i podniósł. – To boli, kurwa! – zajęczał piskliwym głosem zabójca, patrząc błagalnie szarymi oczyma. Turski splunął mu w twarz i szarpnął go w stronę płonących wraków. – Boli? – spytał, dysząc ciężko. Bolało tak, że blondas stracił przytomność, choć prawie wcale nie krwawił. – Zaraz będzie boleć. Komisarz rzucił go bardzo blisko płomieni, które chyba tylko przez zwykłą złośliwość nie podpaliły oparów benzyny, jaką cuchnął blondas. Nagle Turski dostrzegł coś, czego wcześniej nie zauważył. W jednej chwili odciągnął go na trawnik, kładąc tuż koło zabitego wąsacza. Podbiegła do niego Hoża, do tej pory siedząca w samochodzie i ze zgrozą przypatrująca się poczynaniom komisarza. – Już myślałam... – wydyszała, zasłaniając usta rękawem. Z domu wybiegło dwóch pretorian. Jeden zaraz skierował się w stronę komisarzy, drugi chwycił za gaśnicę i poszedł gasić jakiś samochód. Za nimi z domu wypadła ubrana w niebieską, odświętną sukienkę kobieta w średnim wieku. Podeszła wolno do zwłok wąsacza i wybuchnęła płaczem. Jakby dla towarzystwa, niebo znów wypluło z siebie kolejną falę deszczu. – Zajmij się nią, Młoda – polecił Turski, klękając nad blondasem. Nadkomisarz odeszła spokojnie, choć był niższy stopniem. Wiedziała jednak, że będzie o wiele lepszym wsparciem dla wdowy niż komisarz. – Pański stopień? – Starszy sierżant, Marco Ligurski. – Pretorianin wyprostował się i zasalutował. Prawą nogawkę spodni miał nadpaloną, but stracił sznurówki, których stopione resztki przywarły do ogniotrwałej reszty obuwia. Jeden epolet miał zerwany, drugi wisiał luźno pogięty śrutem. – Co tu się stało? – spytał komisarz, podciągając ubranie zatrzymanego, by zobaczyć jego brzuch. Nie widział żadnych poważnych ran. Za to „jego” zaokrąglona sylwetka wiele komisarzowi mówiła. W kieszeni spodni dostrzegł zarys portfela. Oglądał uważnie jego zawartość, wysłuchując relacji pretorianina. – Dostaliśmy wezwanie do podpaleń. Jakaś banda małolatów, strzeliliśmy dwa razy w powietrze i uciekli. To ten tu, rzucił się gasić samochód. Wtedy pojawili się ci dwaj i go z miejsca, bez żadnych ostrzeżeń... Po prostu zobaczyli i strzelili. Schowaliśmy się w domu i stamtąd prowadziliśmy... odmianę ognia... – Wymianę... – mruknął Turski, oglądając legitymację studencką. – Proszę mi przynieść dokumenty zabitego. Turski sprawdził puls i zajrzał w oczy nieprzytomnego bandyty. Musiał być bardzo mocno naćpany. Wyszarpnął z drżącej dłoni pretorianina pomiętą legitymację studencką. Wiedział, co byłoby dalej, gdyby nie przyjechali. Pretorianie nosili przy sobie jeden magazynek. Po wystrzelaniu mogliby tylko czekać, aż któryś gnojek tam wejdzie i urządzi im masakrę. Powinni byli oszczędzać amunicję, ale nie miał siły ich teraz uczyć podstaw. – Gdzie wasz radiowóz? – spytał komisarz, wstając. Spojrzał jeszcze raz na legitymację wyjętą z portfela blondyna i na numer domu, wyryty w kamiennym podmurowaniu domu zabitego. Gdyby chociaż był przybity, mógłby pomyśleć, że jedna cyfra odpadła i leży teraz gdzieś w krzakach. – Za rogiem... – odparł Ligurski, wskazując kierunek, skąd przyjechali komisarze. – Zawieziecie tę młodą do szpitala. – To było jasne polecenie, lecz pretorianin się mocno wzdrygnął. – Jak to? – spytał oburzony. – Przecież to morderca... Jaką „młodą”?! Turski syknął cicho i spojrzał mu w oczy. Musiało być to bardzo wredne spojrzenie, bo Ligurski zaraz spuścił z tonu. – Tej kobiecie tam zabito właśnie męża – powiedział komisarz, wskazując próg domu, gdzie Hoża właśnie podawała świeżo upieczonej wdowie szklankę wody. – I nie chcę, by straciła córkę... Po ostatnim słowie odchylił chustę zasłaniającą twarz rannej. Miała może dwadzieścia lat, łuk brwiowy i lewy płatek nosa ozdobione rzędem kolczyków. Pretorianin westchnął bezsilnie i skinął na kolegę. Zaraz potem zabrali dziewczynę i zniknęli za rogiem. Turski spojrzał na Hożą pytająco. Ta powiedziała coś cicho do kobiety i podeszła do niego. – Nie powinna tu zostawać – uznała nadkomisarz. – W domu jest dziecko, dwa lata. Pomieścisz ich? Podwieźmy ich na Wiejską. – Jasne... – Turski rozejrzał się po okolicy. Z domu naprzeciw wychodziła właśnie starsza, chuda starowinka, osłaniająca się parasolem w kolorze żałobnej czerni. Zdawała się bardzo spokojna, jakby wkoło nie płonęły samochody, a jej sąsiad nie został zabity. Minęła bez większych emocji zastrzelonego bandytę, wykonała jakiś dziwny gest przy zastrzelonym wąsaczu i podeszła do komisarzy. – Państwo są z pretorii? – spytała pewnym, drżącym ze starości głosem. – Tak – odpowiedziała Hoża. – To proszę przenieść pana Fitucciego do mojego domu – poprosiła bardzo grzecznie staruszka, jakby nie było to nic wielkiego. – Ale dlaczego? – spytał zaskoczony Turski. – Bo chodzi o tego tu... denata? – Tak... – potwierdziła starsza pani. – Obok mojego domu jest kaplica, mamy warunki do przechowywania zwłok. Mój nieboszczyk-mąż był przedsiębiorcą pogrzebowym... Wystarczy tylko położyć ciało na katafalku. – Rozumiem – odparł Seweryn, kiwając głową. – A ile ciał możecie pomieścić? – Jedno – odparła staruszka, widząc, że komisarz patrzy na zwłoki bandyty. – Ja wiem, że to morderca... – wyjaśnił Turski. – Ale chyba jakiś szacunek się należy... Był to za słaby argument. Przenieśli do kostnicy jedynie ciało ojca dwójki dzieci i dziadka jednego wnuka do kostnicy i ułożyli je na jednym z trzech katafalków. Doczesne szczątki Ulricha Leibziga, studenta Politechniki Białogórskiej przykryli jedynie prześcieradłem, pozostawiając go na ulicy, pięćdziesiąt metrów od jego domu przy Hubertusa XII. Panią Fitucci zajęła się ta sama staruszka, która zaopiekowała się zwłokami jej męża. Twierdziła, że w razie czego, jej dom ma szyby antywłamaniowe i pancerne drzwi. – Pan nie wie, ilu ludzi jest gotowych zabić za złote zęby zmarłego dziadka – wyjaśniła zdziwionemu komisarzowi, gdy ten wsiadał z powrotem do samochodu. Widząc resztki mózgu na tapicerce, podała też numer do firmy zajmującej się „sprzątaniem po zmarłych”. – Inaczej wóz pójdzie na straty, a bardzo dobry model. – Dziękuję bardzo... Chętnie skorzystam – zapewnił Turski, zamykając drzwi. W międzyczasie Hoża odebrała kolejne wezwanie. Tym razem serce Academiciany, Wydział Nauk Społecznych. Jeden zabity pretorianin. Na miejscu dwa radiowozy, zaraz miała dojechać suka z posiłkami, ale każda pomoc jest cenna. Turski wycofał i opuścił ulicę Hubertusa, bez większego żalu. Miał nadzieję nigdy tu nie wracać. Hoża zauważyła, że komisarz jest bardzo zadumany, cop było do niego niepodobne. Spytała o przyczynę, licząc na to, że mężczyzna wygada się i mu przejdzie. – Powiedz mi, Młoda: jak to jest? – spytał Seweryn, skręcając na główną ulicę. – Dwójka dzieciaków z jednej ulicy podpala wozy, zabija ojca jednego z nich i nadal się śmieją. Gdy rozwaliłem kolesia tej gówniary, ona tylko narzekała, że boli. Nie pomyślała, że ten skurwysyn właśnie zastrzelił jej ojca... Naćpana? Czy co... – Może – mruknęła pani nadkomisarz, wodząc wzrokiem za parą podobnych małolatów bazgrzących na murach jakieś dziwne symbole. Nie mieli broni, ani nawet butelek z benzyną. A jednak Seweryn przyspieszył na ich widok. Milczeli, jadąc przez uniwersytecką dzielnicę, zwaną przez tutejszych „Najpiękniejszą”. Trudno będzie ten tytuł utrzymać po tym, co z tutejszymi ogrodami, knajpami i pomnikami zrobili wandale. Wszędzie walały się śmieci, ławki leżały połamane i pogięte nawet na środku ulicy. Tu i tam płonęły książki, ułożone na stos przed księgarnią czy biblioteką. Nie zachowała się chyba żadna szyba wystawowa, ogródki piwne albo zostały rozniesione w pył, albo huczały od ognia. Woda zbierała się w miejscach, gdzie wyrwano z chodników płyty i kamienie brukowe. Seweryn uzmysłowił sobie, że to, co widział do tej pory, było dziełem jedynie niewielkiej bandy, tędy zaś przeszła armia, dziki zagon barbarzyńców niszczących wszystko na swojej drodze... Armia, w kierunku której teraz zmierzał... Banda uzbrojonych w strzelby, kije i pistolety małolatów, nieodróżniających samych siebie od postaci z gry komputerowej. I teraz ta cała horda jest pod wydziałem, na którym studiowała jego córka... Wcisnął pedał gazu, starając się odepchnąć ponure wizje. Dwa radiowozy, w każdym trzech, czyli sześciu, bez tego jednego zabitego pięciu. Pewnie zabarykadowali się w budynku... Inaczej nie mieliby tyle czasu, by wezwać pomoc. Może i niewiele im pomoże, ale na pewno załatwienie go zajmie im trochę czasu. Minęli wypaloną śmieciarkę i płonącą restaurację, przed którą leżały zwłoki w uniformie kierowcy. Zignorowali grupę ludzi pakującą do czarnej furgonetki worek ze zwłokami. Seweryn miał teraz inne priorytety. W końcu minęli dwa zdemolowane radiowozy, obok których, w kałuży krzepnącej krwi leżały zmasakrowane zwłoki w pretoriańskim mundurze. Minutę później zobaczyli budynek wydziału. Na obszernym placu przed jego frontem zebrał się spory tłum, słuchający jakiegoś szajbusa, stojącego na dwumetrowej wysokości cokole zajmowanym zwykle przez posąg Caliksta VIII. Większość była ubrana tak samo – skóry, ćwieki, kolorowe przypinki i chusty na twarzach. Mimo zacinającego deszczu nikt się niczym nie osłaniał, jak gdyby nie zauważyli. Ktoś nadal próbował sforsować kraty w oknach na parterze, co chwila w stronę oblężonego wydziału leciał wyrwany z bruku kamień. Niektóre fragmenty ścian były osmolone, lecz nie widać było większych pożarów. Seweryn przypomniał sobie, że w piwnicach znajduje się jakiś bogaty księgozbiór, więc jakiś tam imperialny instytut ufundował solidne zabezpieczenia na wypadek włamania. Jak na razie sprawdzało się to też w wypadku oblężenia. Komisarz otworzył okno, by lepiej słyszeć przemowę szajbusa, drącego się przez megafon. – Ludzie! – ryczał skrzekliwym głosem ubrany w łachmany prowodyr. Sięgający pasa zarost krzykacza zwisał bezładnie, ciężki od deszczu. – Czas skończyć z systemem! System nas oszukuje! Okrada nas! Tłuste ryje przejadają owoce naszej pracy! Banki planują, jak mamy żyć, co jeść i z kim spać! Czy jesteśmy jeszcze wolni, skoro od małego wmawia się nam, że naszym panem jest pieniądz? I kto dba o to, by uciszać tych, co mogą wyjawić prawdę o systemie? Pretoria! Psy na usługach cesarza i Aurian! Mordercy i gwałciciele! – To mi się nie podoba.... – mruknął Turski, cofając powoli wóz. – Zaczekajmy na wsparcie. Hoża przytaknęła mu ochoczo. Nie mieli szans z takim tłumem. A wątpliwe było, by ten rozszedł się pokojowo, przyjmując z pokorą ustne upomnienie. Tymczasem szajbus na cokole kontynuował: – Ale dziś się na nich zemścimy! Złapaliśmy jedną! Córeczka psa z pretorii! Studiuje tu sobie za nasze pieniądze, choć jej tatuś mógłby sam zafundować jej te studia! Za pieniądze zarobione na zabijaniu naszych braci, proletariuszy! Wiecie co z nią zrobić! – zaryczał brodacz, podnosząc w górę zaciśniętą na kamieniu pięść. – Po waszym trupie... – mruknął Turski, wciskając nagle pedał gazu. Tłum rozstąpił się, jak tylko się dało, jedynie raz ktoś napatoczył się i lekko otarł się o maskę. Tylna szyba pękła, rozbita kamieniem, karoseria huczała od gradu ciosów kijów bejsbolowych i gazrurek. Mimo to Pradziad dzielnie dobrnął do środka zgromadzenia, gdzie dwóch drabów z kamieniami stało nad związaną i zakneblowaną taśmą Sylwią Turską. Draby czmychnęły na widok wystawionej przez okno lufy strzelby, zakładniczka zaś zerwała się szybko, jak przystało na kapitankę wydziałowej drużyny siatkarskiej. W mgnieniu oka Seweryn wyskoczył z wozu, pomachał rewolwerem w kierunku motłochu i pomógł córce wejść do samochodu. Na szczęście, przerażony widokiem broni tłum osłupiał na tyle, by dać im czas skryć się w wozie. Jednak nic więcej. Zaraz karoseria i szyby przyjęły zmasowany atak pięści, kamieni, kijów i gazrurek. Seweryn usiadł za kierownicą, Hoża zaś zajęła się rozplątywaniem więzów Sylwii. Było to trudne, gdyż musiała chwycić solidne konopne liny owinięte wokół rzucającego się ciała, ponadto Sylwia mocno rzucała głową, a we włosach miała jeszcze sporą zapinkę. Gdy Pradziad szarpnął, Hoża ledwo uchyliła się przed kolejną falą kruczoczarnych włosów niosących niebezpieczny bibelot. Turski starał się wycofać, ale tłum był zdecydowany mu przeszkodzić. Chyba wszyscy starali się zatrzymać samochód, waląc po nim, czym popadnie, wskakując na maskę i dach. Widząc, że nie da rady wycofać, Seweryn wcisnął ręczny i przydepnął gaz do dechy. Zapiszczały tylne opony, palona guma śmierdziała gorzej niż mózg na tapicerce. W końcu, komisarz zwolnił ręczny hamulec i Pradziad wystrzelił jak z procy, taranując dwóch napastników, którzy zniknęli pod przednim zderzakiem. Komisarz z radości krzyknął i ruszył najszerszą widoczną ulicą. Tłum ryknął wściekle, próbując ścigać uciekinierów, zaraz jednak pojawił się dla niego nowy problem. Pradziad o metr minął się z pędzącą na sygnale suką z purpurowymi literami IHP na burcie i masce. – A to co? – spytał Turski, hamując. W tym samochodzie z ledwością zmieści się dwudziestu pretorian, wściekły tłum liczył sobie koło dwóch setek ludzi. Komisarz zatrzymał samochód, by widzieć co się dzieje. – I czym, u diabła, jest IHP? – IHP? – spytała Sylwia, podnosząc się i siadając na fotelu pasażera. Całą bluzkę miała we krwi, lewe oko podbite, na rękach i nogach sińce. Spojrzała z obrzydzeniem na kawałki mózgu i skrzepy krwi na tapicerce wozu ojca. – Tak, IHP... – potwierdziła Hoża,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych