Wróć do katalogu

Kroniki Białogórskie - rozdział XII

Narada "tych dobrych".

Ciemnogrodzianin, opublikowano , 54 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Eryk otworzył oczy powoli. Najwolniej jak to tylko możliwe. Tak wolno, że minęło kilka sekund, nim powieki rozwarły się na milimetr. Ten milimetr wystarczył, by oślepiający promień światła poraził jego oczy, a ból podjął próbę rozsadzenia czaszki. Próbę raczej marną, gdyż sądząc po ciężarze, była wykonana z solidnego kawałka ołowiu. Dała się jednak poderwać do góry, gdy jakiś oprawca przewrócił kilka metrów dalej kartkę. Usiadł na łóżku, chcąc zakryć uszy, ale złapał się za wysoko. Jeszcze reagował jakby miał wilczy łeb. Aluminium trące o aluminium i szelest ortalionowej zasłony udowodniły, że codzienne odgłosy mogą jednak przekroczyć magiczny próg bólu. Czuł bolesny ucisk bandaży na piersi i łydce, do tego każdy pręt aluminiowej ramy łóżka zdawał się wbijać głęboko w ciało. Opadł na poduszkę, która zdawała się twardsza od żelaznej sztaby. Podniósł się lekko, czując, że zmysły powoli przestają wariować. Otworzył oczy, starając się rozpoznać rozmazane kontury. Rozmyty pastelowo-zielony świat kołysał się jeszcze chwilę, by w końcu dało się rozpoznać typowo szpitalny wystrój: łóżka z aluminiowymi ramami i kartami pacjenta, dzielące je parawany i jakiś aparat, popiskujący rytmicznie przy łóżku naprzeciw niego. Mdły odór leków mieszał się z kwaśną wonią środka odkażającego i ciężkim aromatem smaru. Nim myśl o tym gdzie jest, zdążyła porządnie zaświtać w głowie, przegoniła ją druga – jak się tu znalazł. Wróciło wspomnienie walki z Baalem zajmującym ciało byłego następcy tronu... Zerwał się na równe nogi, przypadł do ściany i omiótł pomieszczenie rozbieganym spojrzeniem. Był to długi pokój, pozbawiony łatwo dostępnych okien, przy dłuższych ścianach stało koło dwudziestu łóżek. Wielkie, dwuskrzydłowe drzwi zdawały się jedynym wyjściem. Ruszył powoli, starając się wzbudzić jak najmniej podejrzeń. Przy odrobinie szczęścia wezmą go za pacjenta idącego podwędzić płuca w palarni. Miał nadzieję, że nikt nie pilnuje drzwi. Pretoria mogła być bardzo ciekawa tego, co ma do powiedzenia w sprawie rozróby na Academicianie. Chociaż wtedy daliby mu pojedynczą salę. – Gdzie idziesz? – Głos Marii wyprowadził go nieco z równowagi. Chciał już złapać ją za rękę i wyprowadzić, ale gdy obrócił się i spojrzał na nią, o mało co nie zaczął się śmiać z własnej głupoty. Nie wyglądała na osobę uwięzioną lub choćby trzymaną pod kluczem. Fakt, była mocno poturbowana - prawą połowę twarzy zakrywał opatrunek, lewe ramię owinięte miała bandażem, ale spokojny ton głosu i książka na kolanach wskazywały raczej na to, że Czarna korzystała z chwili odpoczynku. Był mocno otępiały, skoro nie skojarzył zapachu smaru z lotniskiem. Wrócił spokojnie na łóżko. Maria w tym czasie wstała i podeszła do drzwi. Poruszała się z gracją, delikatnie kręcąc biodrami. Eryk przez chwilę patrzył na to, jak jej włosy falują w rytm kroków i zdziwił się, że nie czuł nic. Zamiast choćby minimalnej dawki pociągu, poczuł jakąś dziwną satysfakcję. Zamiast „Ale ładna laska” pomyślał „Moja krew”. Zdziwiło go to trochę, bo przecież nie miał na nią takiego wpływu, żeby uznać jakąkolwiek jej cechę za swoje dzieło. „Maria Franceska Arkadius”. Jeśli urządzą dziś libację, to będzie pierwsza rzecz, o którą zapyta. Usiadł na łóżku i spojrzał na pacjenta podłączonego do aparatury. Zdziwił go nieco widok nieprzytomnego Valentino Teratosso, ubranego w biały, szpitalny strój. Twarz szlachcica była blada, jakby wychudła. Eryk podejrzewał, że Baal wycofał się zupełnie z opętanego ciała, nie przywracając jednak prawidłowej pracy narządów wewnętrznych (czego zresztą demony nie zwykły robić, nawet po wypełnieniu kontraktu zgodnie z umową). Teratosso musiał wyrazić zgodę na uregulowanie gospodarki hormonalnej ciała przez Czarnych, więc musieli czekać, aż się wybudzi. Nie dadzą mu umrzeć. Obok niego, lekko pochrapując, leżał de Marcia. Nogę miał w gipsie, kilka plastrów na lewym przedramieniu i solidny bandaż na prawym. Eryk podejrzewał, że skoro nie ma przy Marku zatroskanej Alicji, to ktoś jej w tym przeszkodził. Na przykład porywając i składając w ofierze Baalowi... Chociaż wtedy Franco urwałby Erykowi uszy przy samej odbytnicy, więc chyba do najgorszego jeszcze nie doszło. Chyba... Maria, nieświadoma rozterek Eryka zapukała trzy razy. Drzwi otwarły się i do sali wkroczył Franco. Ubrany w oficjalny strój Wędrowca, prosty, czarny uniform z wyszytym na lewej piersi szarym godłem Lupusaidów, kroczył powoli w stronę Eryka z miną wyrażającą wielkie niezadowolenie. – Połóż się – rzucił, wyciągając spod łóżka składany stołek polowy. Rozłożył go jednym ruchem i spojrzał Erykowi w oczy. Nie musiał nic mówić, by Widłowski zrozumiał, co zrobił. Miał nadzieję, że Maria zdążyła ewakuować Alicję i Jętkę choćby przez tylne drzwi, korzystając z zamieszania wywołanego przez ten jego odlot. – Chcesz wiedzieć co się dzieje, czy będziesz tak siedział i się na mnie gapił? – Dawaj... – Gdy dostałeś ataku, Maria kazała de Marcii uciekać z dziewczynami przez tylne wyjście. – Mina Wędrowca mówiła niewiele. Taki sam wyraz twarzy towarzyszył suchym relacjom zdawanym przed Chanem. – Trzasnąłeś Baala po gębie, dogoniłeś Lee... – Kogo? – spytał Eryk, nie kojarząc przez chwilę, o kogo chodzi. Myślał, że mowa o opętanej przez żeńskiego demona kobiecie. – Ta łowczyni nagród tak się nazywała – wyjaśnił Franco, któremu nie umknęło drgnienie twarzy Eryka, gdy użył czasu przeszłego. – Potem Maria wyciągnęła Śpiocha i, nim dostała od ciebie po twarzy, posłała cię spać. Akurat wtedy z jakiegoś zaułka wyskoczyła banda nieumarłych pawianów. – Było ich trzynaście? – Pytanie nie było na miejscu, ale Eryk chciał wiedzieć czy trafił. Wolał myśleć o tym, a nie o Śpiochu, leku uspokajającym dla słoni. Kilka razy już mu go aplikowano. Wiedział więc, jak zareagowały jego zwieracze. I kto potem go umył. – Nie liczyli ich – odparł szybko Franco. – Pawiany dorwały Alicję Canissi i Jętkę... Jak ona ma właściwie na imię? – Nie wiem... – Moja krew... – mruknął smętnie Franco, wracając do tematu. Zdawało się, że już ochłonął, albo jego irytacja nie była powiązana z osobą Eryka. – Tak więc Czarni zgarnęli cię z ulicy, Maria chwilę odganiała Baala, trochę pawianów ubiła, ale w końcu padła. Masz szczęście, że zdążyli, nim Baal ubił cię, gdy chrapałeś. A wiedz, że było blisko... Dziewczyny wciągnęli do jakiejś furgonetki, gonili ich ludzie Hanksona, ale nie znają miasta i tamci im uciekli. – Która godzina? – Eryk chciał wiedzieć, ile czasu już stracili. – Dziesiąta. Trzy godziny temu uprowadzono kilka kapłanek Westy, potem ktoś porwał autobus z uczennicami jednej z tutejszych szkół dla panien z dobrych domów. Pretoria szaleje, w mieście roi się od ćpunów, bandytów, gwałcicieli i morderców z całej prowincji. Po mieście biega kilka bestii, które demony trzymały w ukryciu od setek lat. Mamy stan wojenny... – Co na to Czarni? – Eryk chętnie by się tym wszystkim zajął. I chyba się zajmie, bo wątpił, by Martinez dopuścił go do akcji odbicia porwanych. – Skupiają się na ceremonii. W granicach prowincji jest już cała Trzynastka. Dostaniemy pomoc zza Granicy. Sprzęt medyczny, amunicja, broń. Brama nie ma dość energii, by przerzucić choćby jedną żywą istotę. Eryk spojrzał na niego zdziwiony. Bramy były jedynymi miejscami, gdzie można było przekroczyć Granicę. Każde przekroczenie zużywało kumulującą się w nich moc, ale ta się szybko odnawiała. Owszem, przerzut człowieka czy innej istoty rozumnej pochłaniał jej nieco więcej, ale zwykle energii starczało dla plutonu wojska. A teraz nagle ani jednej osoby? – Co się stało? – spytał, nie rozumiejąc tej anomalii. – Nie wiem. – Franco wzruszył ramionami. – Olaf z Benedictem starają się to wyjaśnić, ale na razie przygotowują zaopatrzenie dla nas. Postarają się coś wyjaśnić i prześlą raport wraz z transportem. – Gdzie będzie dostawa? – Jak dotąd wiedział, że zza Granicy można wylądować albo w Parku Skrajnym (który porastał dość gęsty las utrudniający transport), albo na szczycie baszty zamku na wyspie (której to baszty od stu lat nie było). – Tutaj, mam ze sobą Kamienie Telamachiosa – odpowiedział Franco, wskazując na niewielki woreczek zawieszony u pasa. Eryk pokiwał głową. Dzięki tym kamieniom, a raczej: kamyczkom, mogli skierować transport w dowolne miejsce. Czyli zamiast na szczycie baszty w ruinach zamku Lupusa, cały ten kram pojawi się na przykład w hangarze. Ale do tego potrzeba dwóch Wędrowców. – Ściągniesz Olafa? – Widłowski nie był zachwycony perspektywą spotkania ze swoim przyrodnim bratem, ale mógł on otwierać Bramy bez narażania się na kłopoty ze strony Departamentu. Fakt, robił to z najwyższym wysiłkiem, podczas gdy Eryk otwierał je czasem niechcący. Ale był pierworodnym... – Nie – odpowiedział Franco. Zagryzł wargi, spojrzał badawczo na Eryka, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze robi, po czym wyjaśnił: – Chcę, żebyś pomógł mi otworzyć Bramę, dziś o północy. Eryk spojrzał na niego ze zdziwieniem. – A Departament? - spytał, nie dowierzając własnym uszom. - A Olaf? Chan będzie wściekły... Departament Bram był pełen formalistów, którzy woleli wiedzieć, kto otwiera i zamyka przejścia przez Granicę, Olaf Lupem jako pierworodny syn Wędrowca był jego formalnym następcą i mógł uznać to za zagrożenie dla swojej pozycji w testamencie ojca. Franco machnął ręką na te wątpliwości. – Zająłem się wszystkim – zapewnił. – Martinez o jedenastej przygotowuje naradę w trójce. Zjechali się Łowcy Nagród z całego kontynentu. Jakoś od kilku miesięcy ściągają do miasta wszystkie wampiry, to oni przyjechali za nimi. Tyle dobrego, bo Mercator dał nam namiary na co najmniej dwie setki ludzi, którzy w ostatnim dniu nagle zniknęli, a miał powody, by ich podejrzewać o związki z demonami. – Mercator? – spytał Eryk niepewnie. Wiedział, owszem, że ten program miał dane nie tylko o Lupusaidach, ale i o kilku demonach, ale nie sądził, że zacznie im pomagać. Może jakiś układ z Canissi każe mu ją chronić, ale raczej wyciągnie z tego jakieś bardzo wymierne korzyści. – Czego chce? – Wypróbować nowy sprzęt. Niby nowy, ale to jakiś odkopany sprzed iluś tam lat projekt wozu pancernego sterowanego przez komputer. Jest już tutaj. Odpocznij jeszcze tak z godzinę i przyjdź do trójki. Uważaj, zaaplikowali ci te wszystkie medykamenty Czarnych, więc możesz nie czuć bólu. Franco wstał i chciał wyjść, gdy Eryk postanowił wyjaśnić jeszcze jedną sprawę. – Skąd wiesz, że ta Łowczyni nazywała się Lee? – spytał niepewnie, lecz odpowiedź padła od strony drzwi. – Ja mu powiedziałem. – Salvator stał na progu ubrany na czarno, jedynym jasnym akcentem w jego stroju była wąska biała opaska na ramieniu. Wszedł, niosąc w jednej ręce złożone w kostkę ubrania a w drugiej buty z wysokimi cholewami. Położył je na skraju pierwszego z brzegu łóżka i zwrócił się do Franca. – Zakonnik chce omówić szczegóły transportu. Mówi, że przyda się ktoś, kto potrafi obsługiwać wasz sprzęt. – Już tam idę – zapewnił Lupem, ruszając w stronę drzwi.– Za godzinę w trójce... Wyszli obaj, Franco jeszcze zgasił światło. Maria dalej czytała, korzystając z lampki nocnej. Eryk położył się, ale myśli nie dawały mu spokoju. Salvator był wyjątkowo potężnym wojownikiem. Mógł się chcieć zemścić za śmierć akolitki. Eryk miał nadzieję, że powstrzyma się z tym do końca awantury z Baalem i resztą wesołej kompanii. Potem mogą się rozliczać między sobą. Najpierw jednak muszą się rozprawić z demonami. A to raczej nie będzie łatwe. Eryk słyszał o Trzynastce niewiele. Wiedział, że ostatnio zebrała się w nieco innym składzie w czasie rewolty gilotynierów. Wywołała zamieszanie wystarczające, by ukryć próbę uwolnienia Władcy Demonów. Wtedy zatrzymał ich oddział Czarnych wspierany przez zastęp anielski i prapradziada Eryka, Gharena. Wtedy na czele demonów stał Set, ale chyba został zdetronizowany. Jeżeli będą chcieli naprawdę urządzić taką ceremonię, będą musieli ściągnąć setki ludzi do ochrony. Zastęp anielski może się znajdzie, ale raczej trzeba planować tak, jakby było to niemożliwe. Inaczej wszyscy będą czekać na boską interwencję a tu figa... Spojrzał na ubrania przyniesione przez Salvatora. Myślał, czy ich nie przymierzyć, ale uznał, że ma na to czas. Przez myśl przemknęła mu idea, by trochę powypytywać Marię, ale nie chciał jej przeszkadzać w lekturze. Zerknął ukradkiem na okładkę czytanej przez nią książki. Uśmiechnął się lekko. Narysował kilka okładek dla „Fantasmagorii” - między innymi tę, która zdobiła stare wydanie „Wilków z Białogóry” - na początku projektu „Zaginione Ogniwo”. Franco nalegał wtedy, by zrobił coś, co wskazywałoby na wybitne uzdolnienia, dzięki czemu miałby szansę dostać stypendium rodu Canissi. Dostał je, kilka razy miał okazję zwizytować siedzibę rodową swoich mecenasów, którzy zafundowali mu naukę w tym samym liceum, w którym uczyła się ich córka. A że przy okazji tych wizyt podkradł nieco próbek włosów, dokumentów rodzinnych czy jakieś drzewo genealogiczne... Samych „Wilków...” nigdy nie czytał. Okładkę zamawiał spec od marketingu, który chyba też tego nie zrobił, a przynajmniej dobrze się z tym krył. Eryk jedynie zapoznał się z ogólnymi założeniami, narysował łeb, zgarnął kasę, pochwały i wziął się za wypisywanie wniosków o stypendium. Wiedział, że Starobrzeski ocierał się o wyrok śmierci ze strony Straży Rezerwatu (wyrok nieformalny, oznaczający tyle, co niemal stu-procentowe ryzyko śmiertelnego upadku ze schodów) i chyba tylko ukręcenie jego kariery przez uniwersytecki beton uchroniło go przed skręceniem karku. – Ciekawe? – spytał Eryk, siadając na łóżku. Chciał się rozruszać, nim wyjdzie na spacer po lotnisku. – Czytałam nudniejsze rzeczy. – Raczej nie był to żart. – Wolę książki przygodowe. I takie, których zakończenia nie znam. Spojrzał na jej twarz, dostrzegł bladoróżową końcówkę blizny nad wargami. Musiał ją mocno uderzyć, skoro po zastosowaniu tych wszystkich specyfików Czarnych jeszcze miała widoczne ślady. I tak miała szczęście, że była jedną z nich. Normalnie ciężko żyć bez którejś połowy głowy. – Przepraszam... że cię... poraniłem – wydusił z siebie, nieprzyzwyczajony do takiej konstrukcji zdania. Zwykle, gdy widział ślady swoich pazurów, nie było już kogo przepraszać. Czarna machnęła ręką. – Zagoi się – mruknęła. – Ale bolało... – Eryk nie dał się zbyć. Czuł się jak idiota. Nie tylko dlatego, że sam szukał powodów, dla których przeprasza, ale głównie dlatego, że chciał przeprosić. – Bywało gorzej – zapewniła Maria tonem wskazującym na chęć zakończenia tej dyskusji. Widłowski dał sobie więc spokój i postanowił przebrać się, by sprawdzić czy w czasie otwierania Bramy nic go nie będzie uciskać. Podszedł do ubrań i obejrzał je. Podkoszulek, bluza i skarpetki wykonane były z wełny, spodnie z solidnego, szytego jak należy dżinsu. Buty skórzane, z solidnymi, podkutymi podeszwami. Wszystko w odcieniu głębokiej czerni. Ukrył się za parawanem, tam przebrał się, starając się nie przewrócić. Wyszedł, wykonał kilka skłonów i przysiadów, przeszedł kilka kroków, by sprawdzić buty. – Wszystko pasuje – oznajmił, spoglądając na Marię. – Skąd wytrzasnęliście te ciuchy? – spytał po chwili, nie wierząc w taki zbieg okoliczności. – Nie wiem – oznajmiła Czarna. – Martinez musiał skądś mieć twoje wymiary. – Nawet wtedy ciężko dopasować ubranie tak, by nic nie było za krótkie, za długie czy żeby buty nie obcierały. – Eryk po raz kolejny czuł, że Martinez kombinuje nieco za dużo jak na zwykłego Czarnego. – Ja nic nie wiem – twardo ucięła dyskusję Maria, wracając do lektury. Widłowski uznał, że nie ma co siedzieć i wypytywać o głupoty, tylko trzeba się rozgrzać. Ruszył do wyjścia, zapukał trzy razy. Drzwi otworzyły się, pilnujący ich Czarny o imieniu Brittanik spojrzał obojętnie na Eryka i przepuścił go. Cały hangar tonął w mroku, jedynie niewielka, halogenowa lampka oświetlała drzwi na salę. – Poczekaj chwilę – rzucił Czarny, po uporaniu się z zamkami. – Pokaż nogę. Eryk przystanął, strażnik zaś przykucnął przy nim i ścisnął obiema rękoma obandażowane miejsce. Widłowski syknął z bólu. Brittanik miał ręce jak imadła i to solidne. – Dobra, środki znieczulające przestały działać – oznajmił Czarny, wstając. – Możesz iść, tylko jeszcze zapalę ci światło. Eryk ruszył w stronę majaczącego w przeciwległej ścianie wyjścia, gdy kilkanaście żarówek rozświetliło hangar. Cały zastawiony był przeróżnego rodzaju samochodami, wozami opancerzonymi, gdzieś bliżej wyjścia mignęła Widłowskiemu wieżyczka uzbrojona w działko wielolufowe. Mijał przeróżne maszyny – od prostych wozów wojskowych, poprzez wyposażone w pługi i kuloodporne osłony pojazdy gąsienicowe, po stojący pośrodku tego dość oryginalnego parkingu pokryty płytkami z ogniotrwałego materiału wóz z posrebrzanymi ostrzami sterczącymi z felg. Burty wszystkich maszyn zdobił któryś z trzech emblematów: zdradzająca obecność Łowców Bestii przebita kołkiem czaszka wampira, srebrny pocisk Świętych Strzelców lub podłużna tarcza Pogromców Pustyni. Eryk przez dobre piętnaście minut oglądał pojazdy, z naklejonych na drzwiach czy zderzakach odczytywał, ile posiadacz miał na koncie poszczególnych bestii. Z jednej strony chciał zobaczyć, z kim przyjdzie mu współpracować, z drugiej, zacinający deszcz wcale nie zachęcał do krótkiego choćby spaceru. W końcu Czarny uznał, że nie warto marnować prądu i wyłączył światło. Chcąc nie chcąc, Eryk wyszedł przed drzwi, przyjął uderzenie ściany wody i pognał czym prędzej w kierunku najbliższego widocznego hangaru. Mimo że był niezłym sprinterem, musiał uważać na głębokie koleiny, dotarł więc pod wrota całkiem przemoczony, ale stojący w nich imigrant tylko skinął głową w kierunku zadaszenia przy bocznej ścianie budynku. – Ty jeszcze nie – oznajmił, bez cienia złośliwości. Widłowski udał się więc pod daszek, ciesząc się z talentu, jakim Bóg obdarzył jego konstruktora. Nic nie kapało mu na głowę, dzięki czemu jakoś przeżył konieczność wciśnięcia się między dwa samochody terenowe i meleks. Po kilku minutach zastanawiania się nad tym, dlaczego jeszcze go nie wpuszczono, zobaczył wychodzącą zza rogu Beatę Pocahontas. – Mogę wejść? – spytał z nadzieją w głosie. – Chciałbym się ogrzać i wysuszyć. – Jeszcze nie – odparła spokojnym tonem imigrantka. – Odsuń się, nie chcę cię rozjechać – poprosiła, wsiadając do meleksa. Eryk rozsiadł się na masce jednego z samochodów. Pocahontas uruchomiła silnik i wycofała wóz, by skierować go w kierunku hangaru, z którego przyszedł. Eryk ześlizgnął się z maski i z rosnącą irytacją patrzył na oddalający się pojazd. Po kilku minutach zaryzykował i ponowił próbę dostania się do środka. Imigrant spojrzał na niego i, wskazując daszek, ze stoickim spokojem powtórzył: – Ty jeszcze nie. Tym razem Eryk dostrzegł za jego plecami spory tłum zbierający się z tyłu hangaru. Część rozsiadła się na skrzydłach upchniętej w kąt awionetki, część oglądała czołgopodobny pojazd pod ścianą. Kilku Czarnych uwijało się, nosząc skrzynie z emblematem Czarnej Straży w jeden z kątów. Więcej Eryk nie widział, kolejna fala deszczu zmusiła go do powrotu pod zadaszenie. Ale już coś wiedział. Nie przerzuci się za ścianę, za dużo ludzi, ktoś mógłby stanąć w miejscu, gdzie chciałby lądować. Mógłby ewentualnie pojawić się kilka metrów nad ziemią, ale lądowanie mogło nadwyrężyć zranioną łydkę. Poza tym pojawienie się nagle w pobliżu uzbrojonego po zęby tłumu nie zdawało mu się najlepszym pomysłem. W tłumie widział zarówno bandany Łowców Bestii, jak i nieco wschodnie stroje Strzelców. Pogromcy trzymali się w zwartej grupie, patrząc podejrzliwie na resztę. Martinez będzie musiał ich przekonać, że nie ma wśród nich rasistów ani właścicieli kopalń diamentów, inaczej gotowi są stanąć po przeciwnej stronie barykady. Strzelcy mogli krzywo patrzeć na Salvatora, który kilka razy z rozmachem interweniował na ich terenie, Łowcy zaś mogli krzywo patrzeć na Strzelców (za ich przywiązanie do zniesionego kilka lat temu podziału terytorialnego) oraz na Pogromców (za ich tendencję do uznawania za wrogów ludzkości niektórych białych). Gdy tak zastanawiał się nad możliwymi trudnościami, Eryk dostrzegł migoczące światła meleksa, wracającego z hangaru numer dwa. Po chwili maszyna zatrzymała się przed wrotami budynku, obok którego stał. Zza rogu Widłowski zauważył, jak wychodzą z niej Maria i de Marcia. Czarna zdjęła już opatrunki - blizny w końcu zniknęły i wyglądała równie dobrze jak dawniej. Dziewczyna pomogła wyjść Markowi, podała mu kule i trzymała nad nim parasol, dopóki nie skryli się w środku. Eryk wrócił na maskę samochodu. Beata Pocahontas odprowadziła wózek pod daszek, wyłączyła silnik i, widząc jego niezbyt zadowoloną minę, poradziła poczekać jeszcze pięć minut. – Na razie Martinez uspokaja rodziców panienki Canissi i pana de Marcii. A właściwie ich ojców, bo matki starają się sprowadzić pielęgniarki i jakiegoś chirurga – wyjaśniła, wychodząc z pojazdu. – Co oni tu robią? – Erykowi nie podobał się pomysł wciągania w to wszystko zarówno Sędzimira de Marcia, jak i Mścisława Canisii. Obaj byli mocno związani z rodziną cesarską, a co za tym idzie - z Fabiuszem. Ojciec Alicji zaś wydawał się Widłowskiemu podejrzany przez to, że po masakrze na Isla Paradiso i ujawnieniem prowadzonych tam eksperymentów nie odciął się od generała Santusa, odpowiedzialnego za ten cały burdel. Pocahontas jednak tylko pokręciła głową. – Ich krewna została porwana... – westchnęła, jakby nie wierząc, że tak oczywista rzecz umknęła uwadze Eryka. Po chwili skorzystała z tego, że deszcz zacinał na tylną ścianę hangaru i zniknęła za rogiem, zostawiając Widłowskiego sam na sam z myślami. To było długie pięć minut. Zastanawiał się, co kombinuje Martinez, do czego są mu potrzebni, dlaczego nie uciął sprawy wcześniej, czemu Bramy wariują i - ta myśl była najbardziej niepokojąca - co się stanie, jeśli zawiodą. Trzynastka, nawet osłabiona, była zdolna zebrać siły zdolne wyzwolić Władcę Piekieł, a to może oznaczać Piekło na Ziemi. I miało do tego nie dopuścić zgromadzenie gotowe wystrzelać się nawzajem... Flotylla czarnych myśli zbierała się nad jego głową, gotowa uderzyć serią najgorszych z możliwych scenariuszy, oskrzydlić go świadomością potęgi wroga, by na końcu wznieść nad nim atomowy grzyb niepewności, gdy pilnujący drzwi imigrant wychylił się zza rogu i skinął na niego. Eryk zszedł z maski i razem z nim dobiegł do wrót. Odźwierny wskazał mu zebrany pod awionetką i machiną bojową tłum i powiedział: – Czekają na ciebie. Eryk widział to i nie był zadowolony. Był cały przemoczony, nie miał kiedy spiąć włosów, których kilka kosmyków namolnie opadało na twarz. Odgarnął je, strząsnął błoto z butów, lecz nadal wyglądał jak siedem nieszczęść. Mimo że nieco by to pomogło, nie potrafił wymusić nawet obojętnego wyrazu twarzy. Ruszył w stronę zgromadzenia z miną seryjnego zabójcy. – Proszę przepuścić pana Widłowskiego. – Głos Martineza brzmiał bardzo donośnie, Eryk nie wiedział czy to efekt ciszy, jaka zapadła, gdy wszedł do hangaru, czy też dźwięk odbijał się echem od ścian. Jak na złość tłum rozstąpił w najgorszy możliwy sposób. Szeroki na metr korytarz kojarzył się Erykowi bardzo nieprzyjemnie. Podobny powstał osiem lat temu, gdy stary Chan nakazał dworzanom rozstąpić się i przepuścić półdzikiego przybysza z Arkadii. Martinez chyba zrobił to specjalnie. Możliwe nawet, że był tam tego dnia, zbyt dokładnie odtworzył trasę, jaką musiał wtedy przejść. Z małym wyjątkiem – wtedy po jego lewej był Franco, a po prawej Alfred, łącznik Czarnych. Teraz musiał sam wkroczyć w tłum, nie mając nawet tej prowizorycznej osłony przed wścibskimi spojrzeniami. A patrzyli wszyscy. Jedni z niepokojem, inni z niechęcią, kilka spojrzeń wręcz kipiało od żądzy mordu. Były i spojrzenia nie nacechowane złymi intencjami, lecz niektóre z nich niepokoiły Eryka bardziej. Cyniczne, chłodne, kalkulujące. Jedynie towarzysze Hanksona uśmiechali się przyjaźnie, jakby chcąc wesprzeć go w tej chwili. Spojrzenia nie byłyby tak uciążliwe, gdyby nie towarzyszące im szepty. Łowcy wymieniali między sobą uwagi w stu różnych językach, lecz wiele rozumiał. Wszelkie odmiany słów „bestia”, „potwór” czy „morderca” nie robiły na nim wrażenia. Bardziej drażniły go te wszystkie zwroty, których nie rozumiał, a które mogły mu wiele powiedzieć, czy choćby ostrzec przed atakiem. Na końcu przejścia czekał na niego Martinez. Ułożone na beczkach i pustakach deski tworzyły stół w kształcie nieco krzywego kwadratu. Przywódca Czarnych siedział pośrodku boku pod ścianą, ubrany w czarny habit z czerwonymi detalami. Po jego lewej, nerwowo bębniąc palcami po blacie, siedział Hankson. Dalej dumnie wyprostowana Beata Pocahontas, obok niej Cristiano, ocierający spocone dłonie. Siedzącej przy nim Marii, ubranej w odpowiednio wypukłą kamizelkę z kevlarowymi wzmocnieniami, za siedzenie służyła deska położona na gąsienicy wozu, który Eryk widział wcześniej. Teraz mógł zobaczyć go w pełnej krasie. Na potężnym, szerokim na dwadzieścia i długim na trzydzieści metrów podwoziu, umieszczono ruchomą wieżyczkę. Po obu jej stronach błyszczały wielolufowe karabiny maszynowe, tuż nad nimi umieszczono pojedyncze wyrzutnie rakiet. Z przodu sterczała długa na trzy metry lufa działa. Sądząc z kalibru, spokojnie można było załadować tam pocisk przeciwpancerny. Samo podwozie uzbrojone zostało w dwa miotacze ognia, a między gąsienicami znajdował się łańcuch, podobny do tych montowanych w piłach. Może nie było to standardowe wyposażenie pojazdu wojskowego, ale miało swoje zalety - można było nią ściąć drzewo, albo kilka wampirów. Obok Marii siedział Franco, starający się zachować zimną krew, choć z wyrazu twarzy i zaciśniętej pięści Eryk wnioskował, że za chwilę ktoś oberwie po twarzy. Lupem wstał i wskazał Widłowskiemu miejsce obok siebie. Siedzący na rogu Warus wstał, przepuścił go, jednocześnie zwracając uwagę na kable biegnące od niewielkiego panelu w burcie pojazdu do komputera szumiącego gdzieś pod stołem, na którym położono niewielki projektor. Nie widział klawiatury czy monitora, więc prawdopodobnie to Mercator zajmował się elektroniką. Gdy Eryk usiadł, Franco pochylił się ku niemu i szepnął: – To nie był mój pomysł z tą procesją. – Rozumiem – odpowiedział Eryk, nieufnie patrząc na osoby siedzące naprzeciw nich. Po prawicy Martineza, siedział Salvator. Był spokojny, zajęty dyskusją z siedzącym obok niego ciemnoskórym chudzielcem w krwistoczerwonej, skórzanej kurtce. Zaplecione w dredy włosy jego rozmówcy opadały na chudą, poznaczoną bliznami twarz. Na Eryka spoglądał z pewna dozą nieufności, choć gdy Salvator którąś wypowiedź podkreślił, pokazując dwa palce, Murzyn uśmiechnął się do Widłowskiego i skierował w jego stronę wyciągnięty w górę kciuk. Podobna rozmowa przydałaby się staremu Ippończykowi w srebrnym kimonie. Skośne oczy świdrowały Eryka, ręka ciążyła to ku rękojeści miecza u lewego boku, to ku przewieszonemu

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych