Kruchy grunt - część II
Kontynuacja części pierwszej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział trzeci – Paulina
Od kiedy pamiętał, była jego przyjaciółką. To zabawne, że gdy zobaczył ją po raz pierwszy, nie zapałali do siebie sympatią. To chyba dobrze. Szybko to nadrobili. Jako szwagierka była miła i wyrozumiała. Rozumieli się znakomicie. Ona jedyna akceptowała jego wizje. Często pytała, co widział ostatnim razem, a on długo i szczegółowo opowiadał. Można by rzec, doskonały słuchacz. Jedyne, co mu w niej nie pasowało, to to, iż była narzeczoną, a wkrótce stała się żoną największego dupka, jakiego znał – jego brata. Zaczynało go to irytować. Pewnego dnia na głos wypowiedział się w tej kwestii i awantura wisiała na włosku. Całą sytuację uratowała właśnie ona. Paulina. Czyż nie była wspaniała? Nie była piękna. Urodę miała jedynie znośną. Zielone oczy, zadbane brwi, ciut przyduży nos i blade usta. Na dodatek piegowata twarz i bardzo rude włosy tworzyły z niej osobę, którą na pierwszy rzut oka traktowało się z rezerwą. Nie należała jednak do tego grona rudzielców, którzy cechowali się wrednym charakterem. Uprzejmość była jej drugim imieniem. Ona zawsze potrafiła znaleźć odpowiednie wyjście z trudnej sytuacji. Łagodziła waśnie między braćmi i, co najważniejsze, świetnie gotowała. W zamian chciała tylko prawa głosu, równej pozycji w hierarchii rodziny. Podsumowując, była niemal święta. Tyle, że ten dupek, jej mąż, nie potrafił tego do końca docenić. Prawda, kochał ją, ale tę kobietę powinien po stopach całować za to, że w ogóle pojawiła się w jego życiu. Ciekawe, że tacy właśnie figuranci trafiają na takie skarby wcielone. Z powyższego mogłoby wynikać, że Hugo kochał tę dziewczynę. I tak było. Kochał ją jak siostrę. Tak, jak powinien kochać brata. Była jego przyjaciółką. Zawsze. A on obiecał, że odwdzięczy się jej równie silną przyjaźnią. Więc teraz, gdy jego brat gdzieś przepadł, postanowił jej pomóc. I naprawdę, bardziej zależało mu na tym, by ta kobieta była szczęśliwa, niż by odnalazł się jego brat. Niestety, w tym przypadku, by zdobyć pierwszy cel, musiał najpierw osiągnąć ten drugi. Pożyczył od dyrektora pieniądze na taksówkę. Nie, to nie prawda. Próbował wybłagać je w taki sposób, na jaki było go stać. Czyli był miły do czasu, aż stracił cierpliwość. Osiągnął swój cel jedynie za poręczeniem Waltera, który obiecał, że w razie czego odda swoje pieniądze, które zarobi na puszkach. Przy okazji dyrektor doszedł do wniosku, iż pozbywa się na jakiś czas tego nieznośnego awanturnika. Tym przyjemniej mu było patrzeć na odjeżdżającą taksówkę. – Zrób, co trzeba – powiedział przed odjazdem Walter – i, na Boga, spróbuj dogadać się z bratem. Przytułek, to nie miejsce dla ciebie. – Nie jadę do brata, tylko do bratowej, Pauliny. A kto wie, czy on, ten wspaniały, wszystkowiedzący człowiek, jeszcze żyje. Walter nie próbował komentować tej wypowiedzi. Wiedział, że Hugo zawsze ma ostatnie słowo, nawet, jeżeli miałoby ono być najokrutniejszym, jakie zna. – Ruszamy – nakazał Hugo wskakując do taksówki. – Może, przynajmniej zamknie pan drzwi. Trzask! Kierowca posłał pasażerowi ostrzegawcze spojrzenie. – Dokąd? – syknął. – Róży, sześć. I, proszę – Jego oczy zabłysły ironią. – niech pan jedzie tak szybko, jak tylko potrafi. Mężczyzna odwrócił głowę i skupił się na drodze. Po pierwszym kilometrze, Hugo doszedł do wniosku, że cena jaką zapłaci będzie niewspółmierna do jakości usługi. Facet nawet nie wysilał się, żeby docisnąć gazu na pustych, ani prostych odcinkach. Wyglądało to tak, jakby człapał się specjalnie, wręcz złośliwie. Hugo przewidywał, że jazda potrwa, co najmniej pół godziny. Bardzo długie pół godziny. Gdy pierwszy raz ujrzał Paulinę, uznał ją za pewnego siebie rudzielca. A że miał skłonność do pochopnego oceniania ludzi, nieźle mu się za to oberwało. Był ciemny, zimny dzień. Kilka godzin wcześniej odpuścił mróz, a temperatura za oknem wahała się w granicach dwóch stopni Celsjusza. Hugo – jak niemal zawsze – miał podły nastrój. A szalę przeważały krople kapiące na parapet z przyklejonych do rynien sopli. Dziwiło go, skąd te sople brały się pod rynnami, bo według logiki nie powinno ich tam być. Siedział w kuchni, po raz kolejny walcząc z otumanieniem. Parę godzin wcześniej obudził się z jednego ze swoich, hipnotycznych snów. Nawet teraz, ta wizja nie dawała mu spokoju. Była taka piękna. Spotkał w niej swoją wielką miłość. Był z nią twarzą w twarz i rozmawiał. Był miły. Dla niej potrafił być miły, ponieważ była jego marzeniem. W każdym śnie miała inne imię, ale zawsze wyglądała tak samo. Czerwona sukienka zakrywająca piękne ciało i urok, niespotykany urok. Nie zawsze jego wizje nagradzały go takim spotkaniem. Zdarzało się, że musiał długo czekać, by spotkać ją ponownie. Wizje, w których jej nie było nazywał pustymi. Jak piękne by nie były, były puste – tylko z jej powodu. Odnosił wrażenie, iż to właśnie dlatego tak rzadko ją widywał, ale nie mógł nic na to poradzić. A teraz? Gapił się w leżącą na stole łyżkę, próbując przesunąć ją siłą woli. Im bardziej się starał, tym bardziej utwierdzał się w jednej świadomości: z efektu nici. W tej dokładnie chwili, przed domem zatrzymał się piękny model Forda. Jego brat zawsze miał fioła na punkcie tej marki. „Niech to będzie ostatni złom”, mawiał, „ale zawsze będzie miał znaczek Forda. Inaczej nie wsiądę.” I masz; piękny metalik, a do tego nowy. Braciszek rozkręcił interes z meblami, to i zaczęła się forsa. Skoro jest forsa, to jest też samochód, a skoro jest samochód, jest i… – Hugo – wpadł do mieszkania jak burza. – Skoro już jesteś to poznaj tę oto – zawiesił głos, po czym sfinalizował z ubóstwieniem w głosie – Paulinę, którą kocham. Wtedy właśnie pojawiła się pierwszy raz. Niewysoka, ruda i piegowata. Uśmiechała się przyjaźnie. Hugo zmierzył ją od stóp do głów, po czym rzucił z fałszywym zachwytem: – Aha – i tyle. Znów skupił się na łyżce, tym razem mrucząc do siebie: – Istnieje, nie istnieje, istnieje, nie istnieje… – Hugo. Mina jego brata naśladowała groźną. Spojrzał na swoją dziewczynę i mrugnął jej oczko. Ruszył w kierunku stołu. Równie szybko zatrzymał się stwierdzając, iż Hugo przenika go wzrokiem. – I co? Spróbujesz wbić mi trochę wychowania, o czym mama całkowicie zapomniała? O przepraszam. Twojej kulturze osobistej przysłużyła się w stu procentach. – Cholera! Czy ty zawsze musisz być takim szajbusem!?! Mógłbyś choć raz porzucić swoją ignorancję i przywitać się jak człowiek! – Ty krzyczysz. Co na to twoja przeciętna laska? Mężczyzna obrócił się. Dziewczyna stała z niepewnością wymalowaną na twarzy. Na pewno czuła się dziwnie. Nie uśmiechała się. Już nie. Teraz była smutna. No cóż, żadna kobieta nie lubi być oceniana, jako przeciętna. – Odczep się od niej – nakazał z groźną miną. – Nie dbam o to, czy ci się podoba, czy nie, ale nie życzę sobie, byś ją obrażał. – Masz rację. Źle ją oceniłem. Musi coś w sobie mieć, skoro ją poderwałeś. Wiesz, ostatnio przeczytałem w gazecie ciekawy aforyzm. – Co? – Aforyzm. No wiesz, taką mądrość odautorską. „Są tacy, którzy autorytet kojarzą z autem” – to mówiąc, uśmiechnął się sarkastycznie do dziewczyny. Jej blada twarz zbielała. – Tego już za wiele! – krzyknął brat, rzucając się w jego kierunku, by dać mu nauczkę. Przed ostateczną reakcją powstrzymał go krzyk Pauliny. – Przestańcie obaj! Tobie, Hugo i tak nic nie mogę narzucić, ale ty, skarbie, nie będziesz robił żadnych burd. Mimo, że jesteś w swoim mieszkaniu. Hugo obserwował minę swojego brata. Nie był zadowolony z obrotu sprawy, ale postanowił ustąpić. Zrobił to tylko z myślą o „przeciętnym” rudzielcu. Nie ukrywał tego. Odwrócił się, podszedł do swojego obiektu westchnień. Pocałował ją i coś szepnął do ucha. Pieguska pokiwała twierdząco głową i również coś szepnęła. Przez chwilę wymieniali się szeptami. Szepnął on, szepnęła ona, aż ta cała szeptanina zaczęła denerwować Hugo. Chwycił łyżkę i rzucił ją do odległego o dwa metry z hakiem zlewozmywaka. Wpadający do niego metalowy przedmiot, narobił niewiele hałasu, ale to wystarczyło w zupełności. Młodzieniec wstał i zwrócił się do pary. – Przepraszam, że przerywam tajemniczą rozmowę. Brat zwrócił się ku niemu z miną mordercy. – Tak więc, nie przeszkadzajcie sobie. Rozmawiajcie na głos. Ja, intruz we własnym domu, idę na górę, by wreszcie pobyć sam – bez nieproszonych gości. Podszedł do lodówki, wyciągnął z niej serek homogenizowany i ruszył na piętro. Pokonując załom, usłyszał szept nowej zdobyczy brata. – On nie może być taki zły – zapewniła swojego rozmówcę. – Sama taka byłam. Uwierz mi. Coś mi mówi, że się nie mylę. Godzinę później leżący na łóżku w swoim pokoju i gapiący się w sufit, Hugo usłyszał pukanie do drzwi. – Kto tam? – Paulina. Mogę wejść? – Nie, pogadajmy przez drzwi. Przez kilka sekund trwała cisza, zagłuszana jedynie zsuwającym się – raz na jakiś czas – lodem z dachu, który rozbijając się o ziemię trochę hałasował. Hugo uśmiechał się do siebie. Zawsze lubił być wredniakiem. Wrednym wredniakiem. Teraz dawał upust swojemu hobby. Dziewczyna nie wytrzymała długo i wreszcie nacisnęła klamkę. Drzwi jednak były zamknięte. – Czekaj! – krzyknął wspaniałomyślnie. – Otworzę ci. Cała czynność zajęła mu około minuty. Najpierw ziewnął, potem wyciągnął się. Gdy upewnił się, że jego organizm działa poprawnie, wstał, spojrzał na świat za oknem, i bez zbędnego pośpiechu podszedł do drzwi i otworzył je. Twarz, którą zastał po drugiej stronie nie przejawiała miłości. Była zła. Być może nawet wściekła. Ale nie jemu było to oceniać. – Wejdziesz? Czy będziesz zadzierać nosa? Bez słowa przeszła obok niego zdobywając niedostępną dotąd świątynie pielgrzyma fantazji. Wbrew pozorom, to, co zobaczyła okazało się być zwykłym, niewyróżniającym się pokojem; niedużym, aczkolwiek jasnym i przytulnym. Hugo sam go sobie wybrał spośród reszty, twierdząc, iż nie znosi salonowego przepychu. W rogu, przy oknie ustawił wygodne obszerne łóżko, a po przeciwnej stronie wielką, trzydrzwiową szafę. Ziemię zdobiła czarno biała wykładzina, a sufit niewielka lampka. Czarne, typowe biurko było trzecim z trzech mebli. Dopiero teraz, Paulina dostrzegła anomalię tego pomieszczenia. Brak w nim było telewizora czy też jakiegokolwiek sprzętu grającego. Podeszła do biurka. – Mogę tu usiąść? – wskazała na krzesło obrotowe w kolorze biurka, przy którym stało. – Nie. Usiadła ignorując odpowiedź. Obróciła się na nim zatrzymując tak, by móc mieć wgląd na całe pomieszczenie. Wciągnęła do płuc powietrze spoglądając na jakiś pusty punkt na suficie. – Trochę tu u ciebie smutno – stwierdziła. – Zawsze możesz wyjść. Hugo coraz bardziej odczuwał uciążliwość tej sytuacji – „sam na sam”. Ku jego zdziwieniu, gość nie zraził się tym, co powiedział. Młody chłopak stał przy drzwiach z coraz większym uczuciem zagubienia. Jego pewność siebie odpływała. Tylko dlaczego teraz, gdy była tak bardzo potrzebna. Nie wiedząc, co robić, palnął co mu ślina na język przyniosła. – Nadal uważam, że jesteś przeciętna. Uśmiechnęła się, dając mu do zrozumienia, iż nie robi to na niej większego wrażenia. Jak to możliwe? Rudzielec wchodzi do jego pokoju, jak do własnego i na dodatek natrząsa się z jego dzierżawcy. Nie mając na to większego wpływu, Hugo opuścił wzrok. Czuł zażenowanie i starał się wyjść z obecnej sytuacji obronną ręką. – Czego chcesz? – A jak myślisz? Pogadać. Zamknij drzwi i usiądź. Nie chcę, żeby twój brat nas słyszał. Hugo kompletnie zgubił wątek. Po co ona przyszła? Dlaczego rozmowa ma być tajna? Czy to podstęp? Na pewno! A jeśli już doszedł do tego wniosku, stwierdził, że nie zaszkodzi pograć niewiniątka. Tyle, że sam nie był do końca pewien, czy potrafi grać. Postanowił poddać się tej nachalnej piegusce. Zamknął dokładnie drzwi i przekręcił mechanizm. Obserwował w tym czasie reakcję swojego gościa. Można je było podsumować jednym słowem: brak. Była, albo bardzo zrównoważona, albo nieźle się maskowała. Chociaż, co on mógł jej zrobić? Przecież jej nie zgwałci. Co gorsza, zaczynał odczuwać lekką obawę. Ruszył w stronę łóżka. Po drodze potknął się, lecz szybko skorygował krok. Usiadł na skraju zaścielonego mebla starając się patrzyć wszędzie, tylko nie w oczy dziewczyny. – To ciekawe – zainicjowała. – W moim przypadku było trochę inaczej. Nie lubiłam światła. Przeszkadzało mi. Uważałam, że zasłony są od tego by zasłaniały okno, jak sama nazwa wskazuje. Dziwi mnie, że lubisz światło. – Nie znoszę – wtrącił. – Przeszkadza mi, gdy chcę wpaść w trans. – Ale teraz masz odsłonięte. Dlaczego? – To kara – warknął – że znowu mnie zdradziły. Pokiwała głową. Na jej twarzy nie było ani śladu fałszywości. To, że wyglądała na zamyśloną, musiało łączyć się z tym, iż była zamyślona. Twarz miała przerażająco szczerą i można było odnieść wrażenie, że taka była zawsze. To musiało wiązać się z ogólną uczciwością jej, jako człowieka. W takim razie musiało być jej cholernie ciężko w życiu, w którym kłamstwo jest chlebem powszednim. Teraz, trawiła to, co usłyszała. W pewnym momencie podniosła głowę i wymusiła kontakt wzrokowy. – Karzesz swoje marzenia, bo nie pokazały ci tego, co chciałeś zobaczyć? – Nie. Za to, że pozwoliły wrócić mi na jawę. Rzeczywistość zawodziła mnie zawsze. Dzieciństwo, brak przyjaciół, rodzice zajęci sobą i moim starszym bratem, ich śmierć. Przyczynili się do tego, że nienawidzę ich i brata; do tego, że nie mam przyjaciół, do tego, że wciąż jestem sam. Rzeczywistość to jedno wielkie gówno. Nawet to, że z tobą rozmawiam jest gówno warte. Wiesz dlaczego? Bo gówno o mnie wiesz. – Nadużywasz słowa „gówno”. – Gówno prawda. Westchnęła. – W wieku siedemnastu lat byłam dość zagubioną osobą. Nie znosiłam swojego wyglądu, ani szczerego aż do bólu charakteru. Miałam takiego doła, że nawet dwudziestometrowa drabina nie pomogłaby mi się z niego wygramolić. Wtedy to, gdy po szkole wróciłam do domu, padłam na łóżko jak nieżywa. Przyglądałam się żyrandolowi zastanawiając się, jak umocować na nim linę, na której się powieszę. Myślałam, kombinowałam i doszłam do wniosku… że nie potrafię wiązać pętli. Mój plan wziął w łeb. Wtedy właśnie wpadłam na lepszy pomysł. Wyobraziłam sobie, że istnieje lepszy świat. Świat, w którym odnalazłabym swój cel. W którym wszystko byłoby fajne. Tak więc skupiłam się i zaczęłam tworzyć swoje nowe życie. To było piękne. Spełniałam swoje marzenia. Po pewnym czasie wizje zaczęły stawać się coraz wyraźniejsze, pełniejsze. Jeszcze później zaczęły żyć własnym życiem, a mój wpływ na kreowanie w nich wydarzeń zmalał niemal do zera. Droczyły się ze mną do tego stopnia, że zaczęłam je nienawidzić. Cóż, mój piękny świat zamienił się w koszmar, od którego byłam uzależniona. Wtedy pojawił się w moim życiu piękny szatyn o imieniu Roch. Był wspaniały i pomógł mi. Dzięki niemu porzuciłam moje wizje, choć nie było to łatwe. Potem… on zginął w wypadku motocyklowym. Miał fioła na punkcie tych dwukołowych maszyn. Kto by przypuszczał, że da się namówić na wyścig po autostradzie? Szkoda, że mój braciszek nie jeździ motocyklami, pomyślał złośliwie Hugo. – Ze względu na pamięć po nim, nie wracałam już do moich marzeń. Jednak z nimi nie można tak do końca zerwać. Zaczęły nachodzić mnie we snach, ale to już było nie to. Gdy się budziłam, nie odnosiłam już tego przytłaczającego uczucia zawiedzenia. Do dziś czuję się jak alkoholiczka walcząca z nałogiem. Czasami, gdy próbuję się zrelaksować, nachodzi mnie wielka ochota ucieczki. Nie robię tego, bo dzisiaj już wiem jak do tego nie dopuścić nie przerywając swojego relaksu. – Bzdura! – wrzasnął Hugo, niszcząc intymną atmosferę. – Nie można od nich uciec! Nie ma ucieczki od marzeń! I po co w ogóle od nich uciekać? Przecież… są takie piękne. – To złudne piękno, które będzie cię niszczyć. Spróbuj to zrozumieć. Nawet, jeżeli do tej pory myślałeś, że tylko tobie zdarzają się tego typu seanse, to zrozum: mnie też się to przytrafiało, i ja też myślałam, że jestem pod tym względem jedyna. – Nie potrafię. Tam jest Ona. Kocham ją… – Hugo zasłonił usta dłonią, tak, jakby strzelił wielką gafę. Nie wierzył, że Paulina doprowadziła do tego, że powiedział jej o tym. – Czemu to robisz? I bez tego mi ciężko. – Chcę, żebyś wiedział, że nie jesteś jedynym, który ma ten problem. Ja też go mam. A, jeszcze jedno. Nie mów o tym mojemu chłopakowi, nie chcę żeby wiedział. – Mam na ciebie haka. – Masz. Po raz kolejny Hugo stracił orientację. Dziewczyna powierzyła mu tajemnicę. Czemu? Przecież był nieuprzejmy. Czyżby widziała w nim coś dobrego? Na pewno. W końcu o tym przekonywała jego brata, gdy Hugo wchodził na piętro z serkiem homogenizowanym w ręku. Teraz jednak prosiła o dochowanie tajemnicy. – Zaufałaś mi. Może uznasz mnie za frajera, ale wierzę, że ten sekret jest prawdziwy. Powiedz tylko, dlaczego mi go powierzyłaś. Jej twarz rozpromieniła się. – Ponieważ oboje jesteśmy dotknięci tą samą chorobą. Wynika z tego, że musimy trzymać się razem. Jeżeli już tu jestem, to chcę żebyś wiedział, że nie mam zamiaru się tu panoszyć. Nie będę ci niczego narzucała. Po tej rozmowie twierdzę, że niezły z ciebie kumpel. Twój brat z kolei jest mężczyzną, który skradł mi serce. Będziemy mieszkać pod tym samym dachem, więc nie przeszkadzajmy sobie. Jeżeli tylko zechcemy, może nam być jak w raju. Jakkolwiek tandetnie to nie zabrzmiało, Hugo wierzył, że wyszło to prosto z jej serca. – Chcesz zostać moją… przyjaciółką? Podjechała krzesłem do niego i położyła swoją, małą dłoń na jego, spoczywającej bezwładnie na kolanie. Zacisnęła ją. – O niczym innym nie marzę. Od tamtej pory przyjaźnili się coraz bardziej. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, iż jego stosunki – i tak niezbyt dobre – z bratem zaczęły się progresywnie pogarszać. To ciekawe, że im lepiej rozumiał się z nią, to tym gorzej z nim. Dzięki niej przejrzał na tyle na oczy, że przestał winić świat za wszystkie swoje niepowodzenia. Zaczął winić za nie brata. Z dnia na dzień był na niego coraz bardziej wściekły. Co najgorsze, nie miał pojęcia, skąd ta złość się brała. W pewnym momencie tej szarpaniny doszedł do wniosku, iż tak musiało być i tyle. Nauczył się nawet ignorować zdanie Pauliny w tej sprawie, przez co męczyły go wyrzuty sumienia. Nic na to nie mógł poradzić. Im bardziej się starał to naprawiać to w większe bagno wpadał, a w tym przypadku, wiercenie się nie byłoby najlepszym pomysłem. Pewnego dnia, po prostu wyszedł z domu by więcej do niego nie powrócić. Był on własnością jego brata, więc był zły. Odchodząc czuł, że ratuje swój, wystarczająco upodlony honor. Zrobił to, oglądając się przez ramię i wypatrując braciszka lub Pauliny wybiegających za nim, proszących by wrócił i obiecujących, że teraz wszystko wróci do normy. Normy? Przecież to była norma!
Nikt wtedy nie wybiegł, więc przysiągł sobie, że cokolwiek się stanie, nie wróci do tego domu. Nigdy. Tak bardzo w to wierzył. A teraz właśnie zajeżdżał pod to znienawidzone miejsce w kilka tygodni po ucieczce od niego. Kilka tygodni? Miał wrażenie, że minęły lata. Wlepiając oczy w znajomy architektonicznie kształt, nie bardzo wiedział, co zrobić. Przyglądał się równo ściętemu, lśniąco zielonemu trawnikowi za drewnianym ogrodzeniem; wybrukowanemu chodniczkowi, prowadzącemu do drzwi; dwóm mistrzowsko wyłożonych klepką ścieżkom kończącym się w garażu. Jego dom. Nie! To już nie był jego dom! Teraz jest tu, co najwyżej gościem. – Czternaście, dwadzieścia – podał cenę za przejazd kierowca taksówki. – Czy wszystko w porządku? Proszę pana… – Tak, tak – Hugo wyrwał się z transu. – Zamyśliłem się. Wyciągnął z kieszeni dwudziestkę i rzucił taksiarzowi. Nie czekając na resztę, wyszedł z auta. Stojąc przed furtką do domu brata, nasłuchiwał oddalającego się warkotu silnika. Ogarnął go zapach świeżej trawy i rozwiewających się spalin. Podszedł bliżej ogrodzenia i spojrzał w okno kuchenne domku. Ku swojemu zaskoczeniu, napotkał tam wzrok kobiety. Spojrzenie zielonych, nienaturalnie błyszczących oczu, znanego mu rudzielca – Paulina płakała. Teraz nie zostało mu już nic, jak tylko wejść. Furtka zaskrzypiała lekko, gdy ją otwierał. Nie zabrzmiało to, jak „dzień dobry”, raczej jak „skoro musisz, to wchodź”. Gdy był już w środku, dziewczyna rzuciła mu się w ramiona, dając upust swojej rozpaczy. Ściskała go mocno, nie pozwalając by przesunął się nawet o milimetr. Stali w jasnym, mahoniowym przedpokoju, pogrążając się w smutku. Ku swojemu zaskoczeniu, Hugo poczuł, iż dziewczyna zaczyna gładzić go po plecach. Niby delikatnie i niezauważalnie, ale on to zauważył i poczuł się nieswojo. Wyrwał się z uścisku i cofnął. Podniósł ręce w geście mówiącym: wyluzujmy. Paulina stała dziwnie otępiała i obserwowała szamotającego się ze swoimi myślami Hugo. Domyślał się, że jej zachowanie mogło wynikać z emocji, jakie zagościły w jej życiu. Nie miał zamiaru w żaden sposób go rozpamiętywać. – Dobra – zainicjował. – Czy już coś wiadomo? – Nie, nic. Zawsze wracał punktualnie do domu. Ostatnio nie układało się nam najlepiej, ale w domu zawsze był o szesnastej. Ewentualnie dzwonił, że się spóźni. A teraz… Wczoraj zadzwonił, że nie wyrobi się na obiad, więc nie szykowałam nic i poszłam do koleżanki. Gdy od niej wróciłam jeszcze go nie było. Gdy położyłam się też go nie było. To samo rano. Zadzwoniłam do niego do pracy. Powiedzieli mi, że nie zjawił się i pytali czy wiem, co się dzieje. Hugo, on od wczoraj nie daje znaku życia. Pojechałam na komisariat. Spisali moje zeznanie i obiecali, że zrobią wszystko, co w ich mocy. – Spuściła wzroki i wzruszyła ramionami. – Jakoś im nie wierzę. Hugo zastanowił się. Wczoraj był z bratem w parku rozrywki. Czyżby nie powiedział jej o tym? Co tu się dzieje? Nagle Paulina uśmiechnęła się przez łzy. – Czy widziałem na twojej twarzy uśmiech? – zapytał zdziwiony nagłą zmianą jej zachowania. – Twoje spodnie. Przysięgłabym, że wczoraj identyczne wyprasowałam i włożyłam do twojej szafy. Zawsze wierzyłam, że wrócisz. – Mówiąc ostatnie słowa ponownie się rozpłakała. Wyjęła chusteczkę i przyłożyła ją sobie do ust. Tym razem to Hugo podszedł i przytulił ją. Ręce wciąż trzymała na wysokości klatki piersiowej, a głowę położyła na ramieniu chłopaka. Musiało być jej ciężko. W jednym momencie znika jej towarzysz życia, a w drugim pojawia się oczekiwany od dłuższego czasu przyjaciel. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy smucić. Powinna się smucić. – Chodźmy do kuchni. Coś ci powiem. Dała się poprowadzić za rączkę, jakby była dzieckiem. Kto by przypuszczał, że staje się taka bezradna w obliczu nieszczęścia? Ostatecznie, to nie dziwiło Hugo. Wiedział, na czym polegało uczucie, które sprawiało, że ich małżeństwo trwało. Przywiązanie – oto recepta na sukces. Były takie dni, że nie potrafili się od siebie oderwać. W takim razie, co się stało z ich związkiem? Jak doszło do…? Tutaj rozmyślania Hugo przerwał dziwny widok. Kuchnia nie była oddzielnym pomieszczeniem. Zajmowała większość parteru i poza małym przedpokojem przy wejściu, to ona pełniła rolę hollu, salonu i w końcu kuchni właściwej. Opuszczając przedpokój, Hugo stwierdził, iż w tym przestronnym wnętrzu, na parapecie przy zlewozmywaku leży jakaś gęsta, puchowa kula. – Kot? – Tak – odpowiedziała Paulina siadając na krześle. – Perski, wabi się Śnieżynka. – Trafny wabik. Nie wiedziałem, że lubisz zwierzęta. Otarła łzy z policzka. – Ta kawa jest dla ciebie. – Wskazała kubek z czarnym napojem, stojący na stole. – Wiem, że lubisz czarną, więc zaparzyłam ją, jak tylko obiecałeś, że przyjedziesz. Pewnie już wystygła. – Nie szkodzi – zapewnił ją podnosząc kubek do ust i uchylając trochę zawartości. – Fakt, gorąca nie jest, ale nie wystygła na amen. Nie odpowiedziałaś mi na pytanie. – Tak. Gdy ja i twój brat zaczęliśmy, wiesz, kłócić się, zaczęłam odczuwać pustkę. Już nie przytulaliśmy się jak kiedyś, warczeliśmy na siebie z byle powodu. To było takie głupie, a najgorsze w tym było to, iż ani ja ani on nie wyszliśmy z inicjatywą, żeby to naprawić. Cztery lata wzajemnego zrozumienia poszło w błoto. Zapomnieliśmy już, jak było nam wspaniale. Poprosiłam go, żeby podarował mi jakieś zwierzątko, żebym miała dla kogo żyć. W swojej naiwności myślałam, że zrozumie, o co mi chodzi. Cóż, niewiele myśląc, wspaniałomyślnie zakupił mi tego, oto, perskiego kotka. Jest piękny i przynajmniej on mnie kocha. Dla niego liczyło się jedynie to, że był cholernie drogi. Siwy kłębek rozwinął się i rozkosznie rozciągnął. Na chwilę z końców jego przednich łapek wynurzyły się grube pazurki. Usiadł dumnie. Ogon położył na tylnich łapkach. Jego lśniąca, siwa sierść wprowadziła trochę optymistycznego światła do wnętrza. Mimo, iż się wyprostował nadał był krągłym puszystym stworkiem. Wyjrzał za okno, rozejrzał się wokoło, po czym jego pionowe, turkusowe źrenice utkwiły na Hugo. Tak długo trzymał kontakt wzrokowy, aż chłopak się speszył. Kot zeskoczył leniwie z parapetu, podbiegł do niego i wskoczył mu na kolana. Rozłożył się na nich i wrócił do swojej drzemki. Widząc to, Paulina parsknęła cichym śmiechem, porzucając na chwilę smutek. – Ma cię w garści. Zawsze tak robi, gdy zobaczy kogoś nowego. Terroryzuje go wzrokiem, a potem zdobywa go jak łup wojenny. Zapadła cisza. Hugo sięgnął delikatnie po kubek, żeby nie przeszkadzać kotu w spaniu i upił nieco kawy. Obserwował twarz Pauliny. Wyglądała, jakby postarzała się o dziesięć lat. Piegowata cera jeszcze bardziej wyblakła. Usta straciły swoją magiczną moc. Z jej oczu zniknęła ta żelazna siła, która powalała wszystkie silne charaktery. Włosy bezładnie spływały na ramiona. Stała się zwyczajną dziewczyną, która zgubiła gdzieś większość swojej atrakcyjności. Jednak Hugo zawsze wychwytywał z jej wyglądu to, co najlepsze. Resztę pomijał i dlatego w jego oczach nic się nie zmieniła. Wciąż była piękna, ponieważ była sobą. Pogłaskał kota po łebku. – Szkoda, że w takich okolicznościach, ale dobrze cię widzieć Paulino. – Tak. Ciebie też.
– Muszę ci powiedzieć o wczorajszym dniu. Jej spojrzenie na nowo wyostrzyło się. Skinęła, dając mu w ten sposób znak, że może mówić. – Wczoraj do mnie zadzwonił. Odnalazł mnie w miejscu, w którym – sądziłem – że nie będzie mnie szukał. – W przytułku. Od tygodnia wiedział, że tam jesteś. Planował do ciebie zadzwonić. Chcesz powiedzieć, że widziałeś się z nim wczoraj? I nic mi o tym nie powiedział? – Skąd bym miał to świeże ubranie? Namówił mnie na mały spacerek. Wpadliśmy tutaj, żeby się przebrać. Moje stare ubranie leży w szafie. Miałem zamiar wrócić i z powrotem przebrać się w nie. Pamiętaj, że nadal byliśmy pokłóceni. Niczego od niego nie chciałem. – To nie zmienia faktu, że widziałeś się z nim i nic mi o tym nie powiedziałeś! Kot na kolanach Hugo obrzucił Paulinę obraźliwym spojrzeniem, po czym odwrócił się i schował głowę pod puszystym ogonem. – Przecież ci mówię. – Hugo zachował cierpliwość. – Nie mieliśmy okazji porozmawiać o tym wcześniej. Jeszcze dzisiaj byłem pewien, że to była jedynie moja wizja. Dopiero mój kumpel z ośrodka mi powiedział, że moje wczorajsze spotkanie z braciszkiem zdarzyło się na jawie. Uległem namowie i wybraliśmy się do parku rozrywki. Starał się namówić mnie do powrotu. Widocznie mu na tym zależało. – I nie namówił cię. – To nie tak. Bawiliśmy się wspaniale i być może doszlibyśmy do porozumienia, ale nastąpił dziwny zwrot akcji. Wracając zaszliśmy do salonu gier, choć nie wiem, czy można to tak nazwać . Oferowano tam symulację życia codziennego. Wyobrażasz sobie. Ja i moje wizje, na które nie mam wpływu, mogłem dowolnie zaplanować swoje marzenia. – Wirtua – Seans. – Słyszałaś o tym? Więc wiesz, na czym to polega. Z tego, co pamiętam, pod koniec projekcji wszystko zaczęło się walić. Akcja przerwała się w miejscu, gdy przestałem odnosić sukcesy. Wtedy właśnie pojawił się on – mój braciszek. Dołączył do symulacji, żeby umożliwić mi bezpieczne wybudzenie się. Prawdopodobnie do programu został zaaplikowany wirus. Zaczął działać pod j e j postacią. Wiesz, kogo mam na myśli? – Kobieta, o której marzysz? To przykre. Od razu wiedziała, o kogo chodziło. Za to ją kochał. Znali się jak stare konie. – Być może, ale nie to było najgorsze. Ona, w tej symulacji zabiła go. Zabiła mojego brata i nie wiem, jaki to mogło mieć wpływ na jego psychikę. Nie wiem, być może dlatego zniknął i nie wiadomo, co się z nim dzieje. – Chcesz powiedzieć, że może działać pod wpływem szoku? – Nie wiem – pokręcił głową. – Nic nie wiem. Nawet tego, jak się znalazłem z powrotem w przytułku. Chociaż, nie! Walter mówił, że przywiózł mnie tam wysoki szatyn nowiuśkim BMW. – Gabriel! – Właśnie. Pamiętasz, że kiedyś ode mnie oberwał. Trzeba go… – Czekaj. Przecież niczego nie jesteśmy pewni. Zadzwońmy do niego. Hugo musiał przyznać jej rację. Nie ważne, jak bardzo go nie lubił. Te oskarżenia były zbyt poważne. Jak zwykle dał się ponieść emocjom. Być może wpłynął na to widok za oknem, gdzie wielka chmura zakryła słońce. Jej cień padł na miasto i zapowiadało się na okropną ulewę. W tym przypadku, Hugo wolał dzwonić niż jeździć po ludziach. Podniósł kota i wstał. Położył go na krześle, na którym siedział. Zwierzak obraźliwie zakręcił się. – Masz do niego numer? – Do kogo? Gabriela Tremy? Jasne. Jest w notesie, przy aparacie. – Trema? – zaciekawił się. – Cholernie stresujące nazwisko. Ciekawe, że mój braciszek się z nim zaprzyjaźnił. Paulina wstała z miejsca. Z jej miny wynikało, iż coś ją zaintrygowało. – Hugo? – Tak? – Czemu go tak tytułujesz? – Jak? – Chłopak doskonale wiedział, o co jej chodziło. Starał się jednak, uniknąć tego tematu. – No wiesz. „Brat”, „mój brat”, „braciszek”. To dziwne, skoro jesteście skłóceni. I w ogóle nie używasz jego imienia. Czemu? Stał patrząc na telefon. Nie wiedział, co z sobą zrobić. Mógł skłamać, wykręcić się, ale wiedział, że ona to wyczuje. Była jego przyjaciółką, zasługiwała na prawdę. – Ja… Ja nie pamiętam jego imienia. To chyba przez tę symulację. – O Boże, Hugo. Dziewczyna podskoczyła do niego i przytuliła mocno. Poczuł się nieswojo. Było mu przykro, ale nie znosił sytuacji, gdy ktoś się nad nim litował. Łatwiej mu przychodziło litowanie się nad innymi. Usłyszał jej delikatny głos. – Czy chcesz, żebym…? – Nie. Prędzej, czy później, to samo wróci. Trzeba... zadzwonić. Uwolnił się stanowczo z objęć i ruszył w kierunku telefonu. Aparat stał na jasnej, brązowej szafce z jedną szufladą na trzech czwartych jej wysokości. Jak mówiła Paulina, notes w skórzanej okładce leżał obok niego. Hugo podniósł go i wyszukał nazwisko, które go interesowało. Trema, pomyślał. Ciekawe, właśnie to czuję. Wystukał numer. Miał cichą nadzieję, że nikogo nie zastanie albo usłyszy głos elektronicznej sekretarki i będzie mógł spokojnie się wyłączyć. Niestety, uzyskał połączenie już po drugim dzwonku. – Słucham – zabrzmiał delikatny, aczkolwiek nieco zmęczony głos kobiecy. – Nazywam się Hugo Rajski. Czy dodzwoniłem się do domu państwa Tremów? – Tak, tu Edyta Trema. Czym mogę służyć? To ciekawe. Mógłby przysiąc, iż raz udało mu się porozmawiać z tą kobietą na osobności. Zdarzyło się to na urodzinach jego brata. Nim wyszedł, nie chcąc w nich uczestniczyć zdecydował napić się kawy. Gdy nalewał ją sobie do kubka, Edyta – wtedy jeszcze nie wiedział, jak miała na nazwisko – podeszła do niego i zapytała, czy jej też naleje. Spełnił jej prośbę nie przyglądając się jej i wywiązała się miła rozmowa. Być może Hugo był wtedy nieco sztywny, ale przynajmniej starał się zachować pozory dobrej zabawy. Ale jak to mogło być możliwe, jeżeli całe dolne pomieszczenie zajmowali nudni biznesmeni, rozmawiający jedynie o przekrętach podatkowych. Może, gdyby dopisała pogoda, zabawa przeniosłaby się do ogródka. W końcu Paulina urządziła go typowo rekreacyjnie. Niestety, na zewnątrz było wilgotno i chłodno, więc żaden ze „szmalastych” nie miał zamiaru wychodzić. Nawet na chwilę. Szczególnie nieprzyjemne było to, iż ludzie ci nie wychodzili nawet, żeby zapalić papierosa. Hugo przyglądał się im powtarzając slogan z plakatu, który niedawno widział: Papierosy są do dupy. Zawsze tak twierdził. Z samego założenia, przestawał lubić ludzi rozkoszujących się tym siwym dymem. Po godzinie, atmosfera nieznośnie się zagęściła. Nie, ta impreza niezbyt mu odpowiadała. Stanowczo za dużo kręciło się w niej ludzi uzależnionych od zysków i nie tylko. Sam Hugo marzył o sukcesie finansowym, jednak nie znosił żadnych, cholernych szczegółów. Na szczęście, towarzyszka od kawy również nie wyglądała na szczęśliwą z powodu swojego uczestniczenia w imprezie. Już nie pamiętał, o czym rozmawiali. Wynikało z tego, że o niczym ważnym. Jedyne, co zapamiętał, to w miarę zgrabną sylwetkę i tonę makijażu zakrywającą zmartwienia dnia codziennego. Jednak, co dziwne, wyglądała wtedy na szczęśliwą. Co chwilę odwracała się w kierunku skupiska ludzi i wypatrywała twarzy swojego męża. Wtedy, na jej twarz powracał uśmiech. Jej głos w słuchawce niewiele różnił się od tego, który zapamiętał. Tyle, że nie był już wesoły. – Edyta? Tu Hugo. Zdarzyło nam się porozmawiać u mojego brata na urodzinach. – Bardzo możliwe. W jakiej sprawie dzwonisz, Hugo? Im bardziej się wsłuchiwał, tym bardziej płaski wydawał mu się jej głos. Może była naćpana. Ku własnemu zaskoczeniu, nie wykluczył tej możliwości. Zaczął nawet w nią wierzyć; był przekonany o słuszności swojego podejrzenia. Osoba majacząca pod wpływem alkoholu brzmiała całkiem inaczej niż będąca na haju. Nie raz, w przytułku słyszał pijaczków wykłócających się o możliwość noclegu. Na próżno. Przepisy ośrodka mówiły jasno: nie przyjmować osób pod wpływem alkoholu. Skąd wiedział, że nie byli naćpani. Większości bezdomnych, zwyczajnie nie stać na narkotyki. Zaspokajają oni swoje potrzeby tanim winem lub, w ostateczności denaturatem. Ci ostatni, w większości skazywali się na rychłą śmierć wynikającą z zatrucia organizmu. Nawet w tym przypadku, nigdy nie potrafił znaleźć usprawiedliwienia dla tego – jego zdaniem – bezmyślnego nałogu. To jest jednak smutny i niewdzięczny temat. Niezaprzeczalnie, Edyta była naćpana. Ciekawe tylko, kto ją do takiego stanu doprowadził? – Czy twój mąż jest w domu? – Gabriel? W biurze. Przekierować cię do niego? – Byłbym wdzięczny. Paulina z zapartym tchem, oczekiwała na, choćby nikłe wiadomości o mężu. Chyba, że tak dobrze grała. Hugo szepnął jej, że czeka na rozmowę z Gabrielem, więc tylko nerwowo przytaknęła, cisnąc w ręku chusteczkę. Robiła to z taką siłą, że na kostkach jej dłoni pojawiły się białe odbarwienia skóry. – Gabriel Trema – odezwał się głos w hałaśliwym, ulicznym tle. – A! Tak. – Wyrwał się z otępienia. – Tu Hugo Rajski. Pewnie wiesz, w jakiej sprawie dzwonię. – Chcesz wiedzieć, jak dostałeś się do tego – pożal się Boże – przytułku. W Hugo aż się zagotowało. – Nie – syknął. – Chcę wiedzieć, gdzie jest mój brat. – A gdzie ma być? Nie ma go w domu? – Nie, i t y ostatni go widziałeś! – Czy chcesz powiedzieć, iż twój brat zniknął i myślisz, że ja mam coś z tym wspólnego? Po to zadzwoniłeś? – Chcę znać prawdę. – Więc posłuchaj, gówniarzu. Człowiek, o którym mówimy, jest moim serdecznym przyjacielem. I ty, jego wyrodny brat, nie będziesz oskarżał mnie o kidnaperstwo! Przywiozłem cię wczoraj tam, gdzie chciałeś się znaleźć – do twojego przytułku. Zrobiłem to razem z twoim bratem, ponieważ prosiłeś o to majacząc. Twój brat miał łzy w oczach spełniając twoją prośbę. Ci technicy zapewniali, że nic ci nie grozi i dali mu rachunek. Odwiozłem go później do jego samochodu i to wszystko! – Rozłączył się. Swoją drogą, ciekawe, czy dadzą mi odszkodowanie za utratę pamięci, pomyślał Hugo. Oraz za ścigające go dołujące wspomnienia z symulacji. Z resztą, udowodnienie tego zajęłoby lata. Delikatnie odłożył słuchawkę. Obserwował zachowanie Pauliny. Czuł się odpowiedzialny za wynik tej rozmowy. Nie powinien dopuszczać do jej przerwania, tym bardziej, że rozmawiał z człowiekiem, którego podejrzewał o uprowadzenie brata. Już chciał coś powiedzieć, gdy rozdzwonił się telefon. Odebrał energicznie. – Słucham. Przez dłuższą chwilę w telefonie słychać było tylko niepokojący szum uliczny. Wypełnił go spokojny głos Gabriela. – Nie wiedziałem, że dzwoniłeś z jego mieszkania. Możesz mi dać Paulinę? Podał słuchawkę dziewczynie. Rozmawiała przez około minutę. Zapewniała, że nic jej nie trzeba i podziękowała. Po skończonej rozmowie, zwróciła się do Hugo. – Obiecał, że zadzwoni, jak tylko czegoś się dowie. – Wierzysz mu? – To jego najlepszy kolega. Hugo poczuł się skonsternowany. Powinien wziąć pod uwagę, że jego nienawiść do tego człowieka nie miała nic wspólnego z całą sprawą. Jeżeli był w stanie pomóc, to w obowiązku Hugo leżało zakopanie topora wojennego. Cieszył się, że na razie nie musiał się przed nim płaszczyć. Ale, gdyby sytuacja tego potrzebowała, zrobiłby to – dla Pauliny. – Co teraz? – Poczekamy. Najlepiej w kuchni. Tak zrobili. Siedzieli i czekali. Raz na kilka minut Paulina pytała, czy Hugo nie zjadłby czegoś. Raz odmówił, potem drugi. Wreszcie skusił się na kolejną kawę. Starał się nawiązać jakąś dłuższą rozmowę, ale nic mu z tego nie wychodziło. Paulina odpowiadała na każde jego pytania zdawkowymi „tak” lub „nie”. Nie wyglądało to najlepiej. Gdy tak analizował jej zachowanie, zastanawiał się, co będzie, jeżeli jego brat przez dłuższy czas nie da znać o sobie. Ratowała go nadzieja, że jest gdzieś tam, cały i zdrowy, tyle, że bez możliwości zawiadomienia jej o tym. Hugo nie dziwił fakt własnej apatii wobec jego losu. Takie już miał podejście. Obiektywizm ponad wszystko. To proste. Nie uważał osób zmarłych za rozgrzeszonych ze swoich win. Niby dlaczego miałoby się mówić o nich dobrze? Był taki jeden skurwielem, bił żonę i dzieciaki, i nagle, gdy umarł wszyscy wspominają go w samych superlatywach. Czyż to nie ewidentna paranoja? Z tą dewizą podchodził również do zaginięcia brata. Nie pokochałby go tylko dlatego, że mogła stać mu się krzywda. Martwił się tylko o Paulinę. Jego zdrowie równało się jej spokojowi. I tyle. Śnieżynka zerwała się nagle ze słodkiego letargu. Zeskoczyła z parapetu i przebiegając przez całe pomieszczenie zniknęła w przedpokoju. Oczy chłopaka śledziły cały proces jej opętańczego biegu. Z pytającą miną popatrzył na dziewczynę. – Jest punktualna jak w zegarku – westchnęła beznamiętnie. – W przedpokoju jest jej piaskownica. – Chciała siusiu? – Właśnie. Przez chwilę milczeli. Ich twarze wykazywały wzrost napięcia emocjonalnego. Każde z nich chciało powstrzymać ten naturalny odruch. Ostatecznie nie wytrzymali i oboje parsknęli głośnym śmiechem. W tym momencie wszystko przestało się liczyć. Świat mógłby się palić polany tonami napalmu. Oni mieli przerwę od zgryzot. Paulina wycierała łzy z powiek. Czuła jak płoną jej mięśnie brzucha. Hugo zakrył dłońmi twarz. Rozluźnienie towarzyszyło im dwojgu. Nie myśleli o tym, czy to jest słuszne, czy nie. Śmiech zawładnął nimi, tak jak wcześniej smutek. Dzwonek telefonu sprawił, że oboje w jednej sekundzie spoważnieli. Paulina myślała z przerażeniem o ostatnich sekundach bezinteresownej radości. Co będzie, jak teraz dowie się o tragicznych skutkach nieobecności swojego męża? Jak sobie spojrzy w oczy? Telefon wciąż dzwonił. – Chcesz, żebym odebrał? – zapytał Hugo. – Nie. Poradzę sobie. Odchrząknęła i wstała. Lekko chwiejnym krokiem ruszyła w kierunku aparatu. Hugo wstał gdy go minęła. Obserwował z odległości około dwóch metrów, jak podnosi słuchawkę i przykłada ją do ucha. – Halo? – zapytała drżącym głosem. – Tak. Dobrze się pan dodzwonił. Co?! Wypadek?! Gdzie? – Chwyciła długopis leżący przy notesie. Otworzyła notes na pierwszej lepszej stronie i zaczęła nerwowo notować. – Tak, zrozumiałam. Szpital w Gai. Kim pan jest? Nie. To nie ważne. Muszę wiedzieć. Policja będzie się dopytywać. Nie! Proszę się nie rozłączać. Halo?! Odłożyła słuchawkę. Wypuściła z ręki długopis i chwyciła nią notes. Drżał razem z jej ręką. Na twarzy malowała się jej ledwie zauważalna ulga. Trzymała notes jak przedmiot triumfu. To on pomógł jej zapamiętać tak ważne szczegóły. Hugo cierpliwie czekał na informacje. Zaglądnęła do zeszyciku. – Miał wypadek. Jest w Gai, w szpitalu świętej Teresy. Mężczyzna, który dzwonił, to sprawca wypadku. Nie chciał się przedstawiać. Mówił, że mojemu mężowi nie stało się nic groźnego. – Miał wasz numer. To trochę podejrzane. I skąd może wiedzieć, czy nic mu nie jest, skoro on wylądował w szpitalu. Odwiedzał go, czy co? Trzeba to sprawdzić. Gaja jest niedaleko. Dojedziemy tam w ciągu dwóch godzin od wyjazdu z miasta. Nie traćmy czasu. Ruszajmy. Hugo sam był zaskoczony swoim konkretyzmem. Paulina podchwyciła go. Przygotowała kotu karmę na noc i przekierowała rozmowy telefoniczne do aparatu w samochodzie. Hugo zdziwił fakt, że w BMW znajduje się telefon. Wytłumaczyła mu, że jego brat zdecydował się na niego niecały tydzień wcześniej. Skoro tak, to czemu nie zauważył go wczoraj? Wieczór zalewał miasto. Kropił lekki deszcz, który sprawiał, iż asfalt odbijał światła latarni niczym lustro. Było ciemno i chłodno. Wiał delikatny, acz zimny wiaterek. Wychodzących z domku Hugo i Paulinę owionęła woń mokrej trawy i ziemi. Istnie eteryczne wrażenia pogrążały ich w silnym zdeterminowaniu. Otworzyli garaż. Hugo wskoczył do wozu i wyprowadził go na ulicę. Tam wsiadła do niego dziewczyna trzymając pod pachą czarną, skórzaną torebkę, bez której nigdzie się nie ruszała. – W końcu mam okazję bezkarnie nim pojeździć – stwierdził wrzucając jedynkę. – Nie szarżuj. Jedziemy po twojego brata. – Mina rudowłosej kryła obawę o los męża. – Wiem, że nic mu nie jest – zapewniała samą siebie. Deszcz rozpadał się na dobre, gdy opuścili miasto. Zaczął dudnić w dach i zalewać szyby wielkimi strugami, z którymi ledwie radziły sobie wycieraczki. Zagłębili się w rzadki las, który minęli po około dwudziestu minutach. Za nim rozpoczęły się wielkie pola pszenicy – złotego zboża. Wtedy nasilił się wiatr. Jazda w takich warunkach wymagała szczególnej ostrożności. Hugo o tym wiedział, ale ufał również komputerowi pokładowemu wozu. Kilka minut później mrok zgęstniał do konsystencji atramentu. Jedyne, co teraz widział na drodze to światła mknących w przeciwnym kierunku aut. Śledził wzrokiem najdalszy punkt na jezdni. Deszczowy pejzaż sprzyjał uczuciu senności. Kierowca zauważył, że mijało go coraz mniej pojazdów. Cóż, nie była to odpowiednia pogoda na wycieczki. Zbyt niebezpieczna, zbyt ponura, zbyt refleksyjna, hm… Grzmot piorunu wyrwał go z otępienia. Zrozumiał, że o mało nie zasnął. Przestraszył się. Spojrzał na Paulinę. Obserwowała drogę. Światła latarni i pojazdów niemal rytmicznie rzucały swoje refleksy na jej spokojną twarz. Czyżby nie zauważyła, że o mało nie zjechali na któreś z pobliskich drzew? Nie tym była zajęta. Pewnie myślała o mężu i o jego wypadku. – Rozmawiaj ze mną – poprosił. – Czuję, że udziela mi się pogoda. – Włączę radio. – Nie chcę radia. – Racja. Paulina przypomniała sobie o jego stosunku do muzyki i rozrywki w ogóle. Nie przepadał za nią, uważał za ogłupiającą. Potrafił bawić się przy niej, ale robił to niezwykle rzadko. Zbyt częste wypady na dyskoteki uważał za niebezpieczne dla równowagi psychicznej. To była jedna z anomalii jego psychologii życiowej. Poniekąd, właśnie to się jej w nim podobało. Tym różnił się od brata. Ten z kolei lubił głośną, muzykę rockową, którą Hugo uważał za potrójnie ogłupiającą – szczyt kretynizmu. – W takim razie, może opowiedziałbyś mi, co się z tobą działo, po tym, jak opuściłeś nasz dom. – Muszę? – Ciekawi mnie to. Poza tym, podziała to na ciebie jak swoiste zapałki na oczach. Po prawdzie, Hugo nie odmówiłby tej kobiecie nawet skoku w ogień, ale historia, którą miał jej opowiedzieć, po pierwsze: była niezbyt ciekawa; a po drugie: nie były to jego ulubione wspomnienia. Szczerze, nie miał ochoty wracać do tych wspomnień. Jednak z miny dziewczyny wynikało, że dobrze jej zrobi oderwanie się od natarczywych myśli o tym, co może ich spotkać w szpitalu w Gai; chwilka bez obaw. – To nic długiego. Gdy wyszedłem z domu, poprzysiągłem sobie, że już nigdy do niego nie wrócę. Byłem o tym przekonany. Chyba. Obejrzałem się przez ramię. To była chwila niezdecydowania. Zrewidowałem osiedle, w którym do tej pory mieszkałem, ale nie zobaczyłem tam niczego, do czego byłoby warto wracać. Nie zrozum mnie źle. Nie patrzyłem na ludzi. Chodziło mi o skojarzenia wywołane widzianymi przeze mnie rzeczami. Uwierz, że nie spostrzegłem żadnych pozytywów. Ruszyłem w miasto. Nigdy dotąd nie szedłem w tak wielką pustkę. Byłem zdeterminowany, a zarazem przerażony. Wkrótce wylądowałem w centrum. Zmarzłem i zgłodniałem. Co prawda wziąłem ze sobą niewielką sumę pieniędzy, ale rozumiałem też, że muszę oszczędzać. Chodziłem po sklepach, hurtowniach szukając pracy. Nie znalazłem jej. Wreszcie usiadłem na ławce i oddałem się letargowi. Nie udało się. – Wzruszył ramionami wpatrzony w ciemność za szybą. – Marzenia nie przychodziły. Opuściły mnie. Wtedy podszedł do mnie jakiś oberwaniec i zapytał, czy nie mam zbędnego piątaka. Zlustrowałem go wzrokiem i ku swojemu zaskoczeniu stwierdziłem, iż człowiek ten nie był ani piany, ani śmierdzący. Wiedziałem, że należał do grona bezdomnych, ale był jednym z tych, którzy nie poddają się – chcą żyć godnie. Trzymał na ramieniu worek pełen zmiażdżonych puszek. Gdy powiedziałem, że nie mam pieniędzy, zapytał, czy wszystko ze mną w porządku. Nie oddalił się bez słowa, czy po zdawkowym „dzięki”. Został i zainteresował się mną. Wiesz, że nie jestem sentymentalny, ale ten facet nagle okazał się być bratem, którego nie miałem – Paulina skrycie starła łzę z policzka. – Porozmawialiśmy. Nie przyznałem się do tego, iż sam stałem się bezdomny, ale zapytałem czy zna jakiś lokal, w którym mógłbym przenocować. Długo nie odpowiadał, aż rzucił słowo: przytułek. Przydusiło mnie to. Ja, w przytułku? Ja?! Nigdy! Opisał mi to miejsce i powoli zacząłem się przekonywać. Chłód z kolei mówił mi, że ta noc może się okazać najdłuższą w moim życiu. Postanowiłem. Poszliśmy coś zjeść – za kasę na nocleg – a potem zaprowadził mnie do tego, cholernego ośrodka. Wiesz, co jest najdziwniejsze? Jak wszedłem, a była to dosyć późna pora, stwierdziłem, że jedna trzecia łóżek jest pusta. Ciekawiłem się dlaczego. To było bardzo proste. Na terenie ośrodka nie mogło być mowy o alkoholu. Nawet lekko zachwiany krok delikwenta dyskwalifikował jego szanse na nocleg. W ten sposób, każdy porządny bezdomny i tylko taki mógł tam przenocować. Obraz za oknem nie zmieniał się. Ciemno, mokro i smutno. Grzmiało i padało. Niezmiennie. To naprowadziło umysł Hugo za kolejną refleksję. Milczał blisko minutę, zrywając swoją historię. Oszołomiona jednostajnością ciszy Paulina, dopiero teraz to zauważyła. – Hugo? – zapytała spokojnie. – Dlaczego za mną nie wyszliście? Jej twarz poczerwieniała. – Mieliście nie dopuścić do mojego odejścia. Szczerze wierzyłem, że mnie powstrzymacie. Jak mogliście mnie tak zawieść? – Nie wiedzieliśmy, kiedy wyszedłeś. Nie wiesz nawet, co się działo gdy ciebie nie było. Zamartwialiśmy się. Baliśmy się o twoje życie. Zgłosiliśmy twoje zaginięcie na policję, a sami jeździliśmy po mieście szukając tam twojej sylwetki. – W przerwach pracy mojego braciszka? Wbił w nią swój wzrok, zapominając na chwilę o drodze. Speszona, odwróciła głowę. Nagle w jej oczach zaświtało przerażenie. – Człowiek na drodze!!! Hugo wcisnął kurczowo hamulec. Wiedział, że nie uniknie już zderzenia z biegnącą przed nim postacią. Zabrakło kilku metrów. Człowiek podcięty zderzakami padł na przednią szybę samochodu, zmieniając ją z trzaskiem w pajęczynę, po czym odbił się od niej i padając na ziemię przeturlał się bezwładnie kilka metrów. Deszcz uderzał o dach. Krople roztrzaskiwały się na przedniej szybie. Hugo mocno ściskał kierownicę. Wstrząsało nim głośne bicie serca. Wpatrzony otępiale w leżące przed samochodem ciało, starał się zmusić do jakiejkolwiek reakcji. Wolno odwrócił głowę do Pauliny. Trzęsła się. Drżały jej wargi. Prawie w ogóle nie poruszała powiekami. Oczy zwiększyły się jej dwukrotnie. Lśniły od strachu. Hugo włączył energicznie światła awaryjne. – Dobrze – szepnął spokojnie. – Ty wystawisz trójkąt ostrzegawczy. Ja zobaczę co się z nim stało. Spojrzała na niego. Panika zagościła na jej twarzy. – Nie! Trzeba mu pomóc! On może… Hugo chwycił ją za ramiona i potrząsnął. – Będzie, jak mówię – mówił tonem nakazu. – Ty wystawiasz trójkąt, ja oceniam stan ofiary. Paulina? Rozumiesz mnie? – Tak. – No to, do roboty. Wcisnął dziewczynie pęk kluczyków od wozu i wyszedł. Na zewnątrz, momentalnie uderzyło go uczucie chłodu. Silny wiatr i gęsty, zimny deszcz spełniały swoją powinność w dwójnasób. Bawełniana bluzka, w którą był ubrany, natychmiast zaczęła nasiąkać wodą, a wiatr przyciskał ją do ciała. Hugo nie myślał o tym. Podbiegł do ofiary leżącej twarzą do ziemi i przycisnął dwa palce do jej aorty. Nie miał pojęcia, czy czuje puls, czy nie. Nigdy nie potrafił tego rozpoznać, choć uczono go tego, co najmniej już dziesięć razy. Pragnął pomóc, ale walczył jednocześnie z wściekłością. Co ten facet robił na środku autostrady w taką pogodę? – zapytał się w myślach. Przecież nie uprawiał joggingu! Nie przyglądając się mu obrócił na plecy i przystawił ucho do jego ust. Nie usłyszał oddechu. Nic dziwnego, wiatr i deszcz robiły wystarczająco dużo hałasu by przeszkodzić takim doświadczeniom. Mokry i zmarznięty postanowił spróbować perswazji. – Proszę pana! Czy nic…? – Zaniemówił. Rozpoznając twarz ofiary odskoczył padając na plecy. Podparł się rękami i cofał niespokojnie w kierunku samochodu. W tym momencie oślepiły go światła mijającego go innego samochodu pędzącego autostradą i próbując zasłonić oczy znów padł na ziemię. Czuł, że przesiąka nim bród mokrego błota i pyłu niosącego się po asfalcie. – Nie on, nie on – szeptał do siebie w paranoicznym strachu. Obok niego przebiegła Paulina. Była cała mokra i roztrzęsiona. Nachyliła się nad ciałem, po czym wstała i wydała z siebie głośny, zawodzący wrzask. – Jak mogłeś?! – krzyknęła w kierunku Hugo. – Jak mogłeś zabić właśnie jego?! Nie miał siły, żeby się dłużej podpierać. Padł na plecy, pozwalając, by ostre krople deszczu raniły mu twarz. Czuł, że się załamuje; że wpada w depresję. Usłyszał głośny płacz. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że płacze on sam.
– Uważaj! Hugo opanował wyrywający się spod jego kontroli samochód. W tym samym momencie zauważył wyprzedzającego go z dużą szybkością Forda. Wóz pomknął w noc i po kilkunastu sekundach zniknął mu z oczu. – Wariat – rzuciła z przesadną złością w głosie Paulina. – Kto o tej porze i przy takiej pogodzie jeździ z taką prędkością? Tylko wariat. Trzymał kurczowo kierownicę starając się utrzymywać obecną prędkość. Miał pustkę w głowie. Jednak ten luksus potrwał zaledwie chwilę. Dotarło do niego to, co przed chwilą przeżył. Zabił człowieka. Rozjechał go. A nie był to zwykły człowiek. Nie dla niego. Człowiek ten zgniótł mu maskę i rozbił przednią szybę, a sam poszybował na spotkanie z asfaltem. A może nie. Czy to się w ogóle wydarzyło? Jeżeli nie, to jakim cudem nadal jadą drogą? Przecież nie byłby w stanie marzyć i prowadzić jednocześnie. To fizycznie niemożliwe. Wóz był cały. Nic nie było uszkodzone. Ani draśnięcia na przedniej szybie. Spojrzał na Paulinę. Obserwowała go. W mroku kabiny ledwie dojrzał wyraz jej twarzy. Było jej przykro. Ciekawe z jakiego powodu. Wrócił wzrokiem na ulicę. – Przykro mi, Hugo – szepnęła łamiącym się głosem. – Po prostu nie zauważyliśmy, kiedy wyszedłeś. Zbyt długo przesiadywałeś w swoim pokoju. Nie przepadałeś za wizytami. Musieliśmy być w tym czasie w ogródku. Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy. Ponownie spojrzał na nią. Tym razem jej oczy lśniły od łez. – To ja przepraszam. – Jego słowa przejęła chrypa, więc odchrząknął i dokończył myśl czystym głosem. – Nie powinienem wywlekać tego tematu. Mój żal nie jest taki wielki, jak to mogło zabrzmieć. Przepraszam. – Masz prawo do pretensji. Powinniśmy to zauważyć. – Proszę, zakończmy ten temat. – Dobrze, ale obiecuję ci, że zrobię wszystko, żebyśmy znowu stali się rodziną. Marzenia, rzeczywistość. Rodzina, udręka, horror. Zimny deszcz i silny wiatr. Za nic w świecie nie wyszedłby na zewnątrz. Bał się ugody z bratem. Bał się tego stadium marzeń, w który teraz wszedł. Dlaczego to wszystko spada na jego głowę? Dlaczego teraz? Od tak. Jak wytłumaczyć wizję, której doświadczył? Zaczęła się mniej więcej w momencie rozmowy o domu – jego domu rodzinnym. Wypadek i śmierć ofiary. To trwało około pięciu minut. A może pięć sekund. Czy to możliwe, że wydarzenia w jego głowie dzieją się szybciej? I to dużo szybciej. Z prędkością światła. Paulina nie zauważyła, że w ogóle odleciał, a przecież zawsze zauważała najmniejszy nawet odlot. Czy to znaczy, że coś się w tym wszystkim zmieniło? Na pewno. Bo jak to możliwe, że ta dość rozbudowana akcja w rzeczywistości trwała tyle, co mrugnięcie okiem? Nie mogła trwać dłużej. Paulina zauważyłaby, a ona nawet nie „mrugnęła okiem”. – Myślę, że nie powinienem prowadzić. – Zatrzymamy się? – Nie. Chodzi mi o to, że powinniśmy się zamienić. Nie czuję się na siłach. Boję się, że spowoduję wypadek. Nie chcę tego, więc proponuję byś przejęła kółko. Pokręciła przecząco głową. – To niemożliwe. Nie potrafię, jestem na środkach uspokajających. – Cholera – zaklął. Jednocześnie przypomniał sobie o czymś. – Jak to możliwe, że mój braciszek kupił BMW? Z tego, co pamiętam, od zawsze zakochany był w fordach. – Ja z kolei za nimi nie przepadam. Kupił go dla mnie. Uparłam się na BMW, ponieważ to jedyna marka poza fordami, jaką znam. Wiem, że to dziwnie brzmi. Ale on miał okazję kupić go po okazyjnej cenie, a ja go namówiłam, żeby zrobił to dla mnie. Obiecał, że będzie mnie nim woził, gdy tylko będę sobie tego życzyła. – Teraz wszystko jasne. Boże, ale mnie łamie. Na pewno nie możesz prowadzić? – Weź się w garść. Będziemy rozmawiać i jakoś dojedziemy. W końcu już niedaleko, prawda? – Nie wiem. Przez ten deszcz niewiele widzę. Myślę, że jesteśmy gdzieś w trzech czwartych drogi do celu. – Możemy przyśpieszyć? – Zobaczę, co da się zrobić. Powoli, acz konsekwentnie Hugo dociskał pedał gazu. Badał, jak samochód będzie się zachowywał. Wjeżdżali właśnie na dość rozległy garb. Z tego, co pamiętał, miał on około trzech kilometrów długości. Półtora w górę i półtora w dół. Nie był to zbyt bezpieczny teren do robienia pomiaru szybkości, ale przy szczególnej ostrożności nic złego nie powinno się wydarzyć. Gdy docierali do szczytu, samochód jechał sto czterdzieści pięć kilometrów na godzinę. Nie wariował. Trzymał się drogi dość mocno. Za kilka sekund zacznie się zjazd i polepszy widoczność, pocieszał się Hugo. – Hugo, tam coś leży! Hugo ledwo powstrzymała się od kurczowego wciśnięcia hamulca. Wyostrzył wzrok. Kilkaset metrów przed sobą dojrzał białą plamę. To musiał być człowiek. Przed oczami mignęła mu twarz ofiary wypadku z jego wizji. Nadal nie akceptował jej tożsamości. W tym przypadku postanowił zachować spokój. – Spokojnie – powiedział punktowo wciskając hamulec. – Spróbuję go ominąć. Zredukował bieg dodając gazu. Przycisnął hamulec i jeszcze raz zredukował. Nie wierzył, że ABS wyciągnie go z opresji, więc stosował metodę, którą pokazał mu ojciec. Była to jedyna wartościowa umiejętność, którą od niego nabył. Stracił już szansę na to, że zatrzyma się przed osobą leżącą na asfalcie. Prędkościomierz wskazywał siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, gdy byli w jej zasięgu. Hugo zjechał delikatnie na pobocze, żeby ją ominąć. Jednak grząski grunt ściągnął wóz z drogi. – Boże! – krzyknęła przerażona Paulina. Samochód przemierzał na wskroś pole pszenicy i nie dawał się przekonać o mocy hamulca. Przed oczami Hugo pojawiły się drzewa wieńczące pole i w sekundę później wylądowali na jednym z nich. Wstrząs nie był zbyt wielki, więc pasy spełniły swoją powinność doskonale. – Ktoś będzie musiał wyciągnąć stąd wóz – powiedział do dziewczyny. Nie uzyskując odpowiedzi, spojrzał na nią i wypełniło go uczucie przerażenia. – Paulina! Dziewczyna siedziała na końcówce fotela. Jej głowa spoczywała na schowku, a ręce bezwładnie opadały na podłogę. Po jej ramieniu spływała krew. Nie zapięła pasów. Uderzenie okazało się dla niej katastrofalne w skutkach. Hugo uwolnił się ze swoich pasów, chwycił dziewczynę za ramiona i delikatnie oparł o fotel. Przyłożył ucho do jej ust. Ona nie mogła być ofiarą! To nie ją widział w swojej wizji! Oddychała. Usłyszał to. To był jej oddech. Słaby, ale był. Przegarnął jej włosy z twarzy. Miała rozcięty policzek, trochę krwawił. Nie stąd jednak wzięła się krew na ramieniu. Nie wiedział skąd, aż nie spojrzał na swoją rękę. Była rozcięta na przedramieniu. Rozcięcie miało ten sam kształt, co plama krwi na ramieniu Pauliny. Dzięki Bogu, to nie z jej rany, pomyślał. Próbowała otworzyć oczy. Szeptała coś. Nachylił się. – Nic mi nie… jest. – Ręce jej drżały oparte o koniec fotela. – On… on może… żyć. – Nie zostawię cię – zaprotestował. – Trzeba mu po… pomóc. Nic mi… nie jest. Sięgnął do tylnego okna po apteczkę. Zlał tampon wodą utlenioną i delikatnie przeczyścił rozcięcie na jej policzku. Zacisnęła wargi. Piekło ją. To dobry znak. Nakleił w tym miejscu plaster. Nie mógł dopuścić do infekcji. – Nie ruszaj się stąd – nakazał opuszczając oparcie jej fotela prawie do poziomu. Sam zamknął apteczkę i klamkę drzwi. – Odpoczywaj, zaraz wracam. Było ciemno. Deszcz nie był tak zimny, jak mu się wydawało, jednak bluzka zaczęła nim szybko nasiąkać. Wiatr na skraju lasu wiał jakby słabiej, ale być może to było tylko jego wrażenie. Nie rozważając tego zagadnienia ruszył biegiem przed siebie. Ziemia na tym polu była tak grząska, że zapadały się w niej buty i bał się, że któryś z nich utkwi w niej na dobre. Jak to więc możliwe, że samochód poruszał się po niej, jak po lodowisku? Fizyka? Tak, to fizycznie niemożliwe. Nadużywając tego twierdzenia, Hugo nie miał pojęcia, jak ono się ma do otaczającej go rzeczywistości. Nie myślał o tym. Nie znosił fizyki. Te wszystkie wzory działały mu na nerwy. Po co to komu? – pytał. Czy ja chcę budować bombę jądrową? Tak bardzo ją znienawidził, że aby to w sobie umacniać, powtarzał owo powiedzenie przy każdej nadarzającej się okazji. To, iż przypomniał sobie o tym w tej właśnie chwili pozwoliło mu bez większych przeszkód pokonać drogę do autostrady. Wbiegając na pobocze, poczuł pod nogami zapadający się piasek. Nie lubił tego uczucia. Nie lubił żadnych skojarzeń z bagnem, czy przepaściami. W swoich najgorszych koszmarach spadał. Spadania bał się najbardziej. Czy w dole była woda, czy lita skała, zawsze wyrywało go to z transu. Każdy taki przypadek pozostawiał w jego psychice skazę. Pogłębiał jego lęk. Był gotów przeżyć każdy horror z zimną krwią, aby miał swe miejsce na twardym gruncie. Od dziecka miał lęk wysokości i z wiekiem ten lęk się w nim tylko pogłębił. Postanowił biec brzegiem drogi. Około trzydziestu metrów przed nim leżał człowiek. Leżał na prawym pasie. Po lewej stronie Hugo. Biegł przyciskając do siebie apteczkę. Widział go coraz wyraźniej. Jego białe ubranie zszarzało od deszczu i brudu. Zaraz mu pomoże, na tyle, na ile będzie to możliwe. Zrobi wszystko, co będzie mógł. Dla niego. Dla Pauliny. Po drodze widział, co najmniej trzy samochody przejeżdżające obok tego leżącego człowieka, ale żaden się nie zatrzymał. Czy nikt mu nie chciał pomóc? Podbiegł do ofiary i nachylił się nad nią. Leżała twarzą do ziemi. Hugo miał obawy. Bał się zobaczenia tej samej twarzy, którą widział w swojej wizji. Po chwili doszedł do wniosku, że tamto to była wizja, a to jest rzeczywistość. Musiał podjąć jedyną słuszną decyzję i próbować ratować tego człowieka. Przygotował się na większy wysiłek, żeby go obrócić. Chwycił jedną ręką za nogawkę, a drugą za początek rękawa i szarpnął. Nie był przygotowany na taką ewentualność. Zwykła czynność odwrócenia ofiary na plecy skończyła się przerzuceniem jej nad głową. Hugo padł na drogę uderzając o nią łokciem. Przetoczył się po ziemi czując ostry ból. Wstał i podszedł do ofiary. Przyjrzał się jej. Była uśmiechnięta. Nie. Śmiała się! Sarkazm aż spływał po jej szmacianej twarzy. Ktoś porzucił na autostradzie kukłę i odjechał. Hugo w swojej bezsilności opadł na kolana. Przez tego palanta Paulina jest ciężko ranna! Mogli przez niego zginąć. A te samochody, które przejeżdżały obok? Czy kierowcy znali już ten bezduszny kawał? Czy nikt nie zorientował się, jakie to jest niebezpieczne?! Hugo zaczął się trząść, bynajmniej nie z powodu zimna. Był zły i bezradny wobec sytuacji, w której się znalazł. Chciał krzyczeć, niszczyć, zabić, byle tylko wyrzucić z siebie złość. Wstał z ziemi i z trudnością panując nad równowagą, wbiegł na środek ulicy. – Boże! – krzyknął kwestię często używaną przez jego ojca. – Widzisz i nie grzmisz! W chwilę po tej skardze doszedł do wniosku, że niebo było niemal wypełnione piorunami. Rozwścieczony do granic możliwości nie dał za wygraną. – Tylko grzmisz?!
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Spajder
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…