Wróć do katalogu

Krzyż

Horrorek z lekkim humorkiem

maciej.biernat, opublikowano , 31 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Krzyż

- niesamowite - co takiego? - Młodszy z braci podszedł do okna, kiedy dwa wielkie cienie na moment starały się przysłonić świecący w pełni księżyc - powrócili - starszy odwrócił się od okna i chwycił mocno za ręce swojego młodszego brata. W jego oczach widać było iskierki podniecenia. - to chyba źle, nie? - Młodszy próbował wyśliznąć się z mocnego uścisku. - nie tym razem braciszku - starszy poprawił okulary na nosie - tym razem to dobrze - puścił brata i zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem powtarzając pod nosem - tym razem to bardzo dobrze. Młodszy usiadł w fotelu koło akwarium, w którym ryby pochowały się do swych kryjówek zrobionych z połówek kokosa. - jak to? Nie pamiętasz, co się stało poprzednim razem jak przybyli do naszego domu? - młody ledwo krztusił słowa przez łzy, - to wtedy ostatni raz widzieliśmy mamę i tatę. - tak wiem - starszy zatrzymał się przed nim i uklęknšł. Błysk w oczach stawał się coraz wyraŸniejszy. - a tym razem bardzo się z tego cieszę. Młodszy zamknął oczy jakby chciał zatrzymać wszystkie łzy dla siebie. Serce zdawało mu się rozsadzać klatkę piersiową uderzając coraz mocniej. Nie udawała mu się ta sztuczka z zamykaniem oczu od ostatniej wizyty tych "złych ludzi" w ich bloku. I tym razem krople wyciekały spod powiek. Starszy wstał i podszedł do szafy. Dużej, rzeźbionej z ciężkimi drzwiami. Zaskrzypiały, gdy je otwierał. Przerzucił wzrokiem przez półki i schylił się po dużą, ciężką walizkę, która leżała na dnie szafy. Wsunął pod siebie i stanął na niej by dosięgnąć ostatniej półki, która nawet dla niego była za wysoko. -, czego szukasz? - zapytał młody, otwierając oczy, które zdążyły już nieźle spuchnąć. Starszy nic nie odpowiedział tylko pomruczał przez chwilę naciągajšc się by chwycić ręką to, czego tak bardzo przez całe życie chciał się pozbyć. Te wspomnienia dręczyły go od dawna. Teraz bez rodziców nie potrafił zwišzać końca z końcem. Kiedyś byli dla niego oparciem i otuchą w ciężkie dni. Gdy odeszli trzy lata temu miał osiemnaście lat a jego młodszy brat zaledwie cztery. Ten ledwo pamiętał ich twarze. Chyba, dlatego co wieczór przeglądał rodzinny album ze zdjęciami, na których głównie był jego starszy brat. Album ze zdjęciami z jego dzieciństwa zniknął. Dokładnie trzy lata temu. - mam! - wykrzyknął starszy i szybko zeskakując z walizki wsunął przedmiot do kieszeni tak żeby mały tego nie zobaczył. Starał się wyzuć go z całej nadziei na powrót ich rodziców do domu. Jeśli mały wiedziałby, co starszy znalazł na półce w szafie, nadzieja by wróciła. Lecz niewiadomo było czy rodzice wróciliby do domu. Ktoś na pewno wracał, czego znakiem były cienie poruszające się na tle księżyca w pełni. I starszy był pewien, kto to jest.

*** Czerwony samochód z piskiem opon zatrzymał się pod blokiem. Dwupiętrowy dom z lekko nachylonym dachem zasłaniał wschodzšcy w pełni księżyc. Tylko mieszkańcy narożnych mieszkań mogli oglšdać ten codzienny cud natury. Gdy ktoś teraz podjeżdżał na parking pod blokiem nr 73 jak zrobił to właściciel czerwonego samochodu, wjeżdżał w cień wschodzącego stróża nocy. Tak właśnie zaparkował czerwony opel, czego dowodem był chrupot najeżdżanych kamieni wysypanych na świeżo wykonanym parkingu. Przyciemniane szyby ukrywały kierowcę i pasażera zarówno w dzień i w nocy. Lecz mieszkańcy siedemdziesiątki trójki wiedzieli dokładnie, kto to jest. Dziwna para spod ósemki. Łysy, bez karku, szeroki mężczyzna wysiadł z samochodu. Zerknął na pierwsze piętro, gdzie w oknie osłoniętym do połowy żaluzją, siedział rudy kot. Rudy współlokator w mieszkaniu numer cztery. Łysy pociągnął nosem wdychając mroźne nocne powietrze i obszedł samochód dookoła. Chwycił za klamkę drzwi pasażera i otworzył. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmieszek, gdy usłyszał cichy szczek małego ratlerka. Wziął go z rąk swojej towarzyszki i otworzył szerzej drzwi pomagając jej wysiąść. - chodź mała, już późno - odezwał się grubym niskim głosem. Mała wyprostowała się i trzasnęła za sobą drzwiami opla. Otworzyła szerzej dziurki nosowe pozwalając wieczornemu powietrzu wtargnąć do płuc. - późno, ale bardzo przyjemnie - popatrzyła na łysego i wzięła od niego pieska. - weź zakupy z bagażnika i chodź do domu. Puściła oczko. - czekam na ciebie. Ten przyspieszył kroku i prawie podbiegł do bagażnika. Mała już otwierała bramkę, gdy pierwsza poświata wysunęła się zza sciany budynku i oświetliła szperającego w bagażniku łysego. - pospiesz się! - usłyszał gdy już znikała na klatce schodowej - pospiesz sssssie... - jakby echo odgłosu małej dotarło do niego. Klapa bagażnika lekko się poluzowała i uderzyła go w głowę. - cholera! - zaklął i pogładził zranione miejsce na gołej czaszce - szlag by to trafił! Podniósł, zablokował bagażnik i zaczął ponownie sięgać po siatki z zakupami. Księżyc ładnie przyświecał jego poczynaniom. Przez moment przykrył się cieniem, by po chwili ponownie przyświecić człowiekowi mocującemu się z zakupami. - tyle zakupów, nie pomoże..., nie zapyta się nawet... - mamrotał pod nosem. Przełożył siatki do jednej ręki czując jak ich uszy wrzynają się w palce całym swoim ciężarem, a drugą sięgnął w górę zamknąć klapę bagażnika. Zwykle, kiedy to robił, zamykająca klapa odsłaniała mu kojący widok. Trzy drzewa stojące po drugiej stronie ulicy. Klapa zatrzasnęła się a Łysy wypuścił siatki pełne żywności z ręki. - o kur... - zdšżył powiedzieć i osunął się na siatkę ogrodzeniową pchnięty czymś tak ostrym, że kiedy opadł na ziemię głowa wisiała jedynie na kręgach szyjnych odsłaniając wszystkie cuda anatomii ludzkiego przełyku. Tryskające krople krwi uderzały o świeżo umytą karoserię czerwonego opla nadając jej jeszcze krwistego wyglądu. Dosłownie krwistego. Coś lub ktoś ponownie przesłoniło padające na samochód światło księżyca i podniosło siatki z zakupami. Tylko dwa kruki siedzące na środkowym drzewie obserwowały całą sytuację, co chwila odzywając się w swym skrzekliwym ptasim języku by ostrzec okolicę. Nie było odgłosu kroków ani zgrzytu otwieranych drzwi wejściowych. Siatki lekko obijały się jedna o drugą, kiedy znajdowały swoją drogę na drugie piętro. Na pierwszym światło przyciemniało i można było usłyszeć jedynie lekki suchy odgłos uginanej deski, gdy wielka postać powoli pojawiała się na kafelkowanej podłodze drugiego piętra. Do uszu siatek powoli przypinały się palce i te nie były już zawieszone w powietrzu. W dali znów zabrzmiało skrzekliwe ostrzeżenie ptaka. Łysy, wysoki lokator ósemki z zakupami w prawej ręce lewą chwycił za klamkę i otworzył drzwi. Nic nie mówiąc, nawet nie zaznaczając swojego powrotu do domu, zamykał za sobą drzwi od mieszkania, gdzie słychać było lejącą się wodę pod prysznicem.

***

- słyszałeś? - mały pobiegł obudzić brata. Ten spał w fotelu obok akwarium cały czas przyciskajśc do siebie zaciśnięte pięści. Kawałek rzemyka wystawał pomiędzy palcami. - co? - zerwał się starszy - co się stało Jasiu? Jaś stał nad nim z przerażeniem w oczach. - już są - powiedział otwierajšc szerzej i tak już duże niebieskie oczy - Witek, oni są na górze. - skąd wiesz? - Witek spokojnie wstał z fotela, gdzie przysnął. - słyszałem krzyk - podniósł palec - ta pani z góry krzyczała, byłem w ubikacji i usłyszałem... - zaczął łapczywie łapać oddech starając się wszystko opowiedzieć starszemu bratu. - spokojnie mały. Jesteś pewien? Ten popatrzył na niego szeroko otwartymi oczami. - tak, jak nigdy w życiu. Witek chwycił go za rękę i pociągnał do małego pokoju. Kazał położyć się pod łóżko i leżeć cicho. - nie odzywaj się - powiedział przykładając palec do ust - i pod żadnym pozorem nie wychodź. - chyba, że ty mnie zawołasz? - Jasio wychylił się spod łóżka - prawda? Zawołasz mnie? Witek zmrużył brwi i wstał. - pod żadnym pozorem Jasiu - powiedział - dopóki księżyc nie zajdzie i nie zobaczysz pierwszych promyków słońca. - dobrze braciszku - usłyszał Witek, kiedy Jasio chował się z powrotem pod łóżko. Zerwał pościel i poduszkę i wcisnął bratu by ten nie zmarzł. Chodź zapowiada się gorąca noc. - nie bój się, wrócę. - wiem - cichy, stłumiony przez poduszkę głos dotarł do Witka. Obiecuję, przeszło mu przez myśl. Lecz nie były to jego słowa. Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał od mamy, kiedy poszła szukać ojca. - obiecuję, wrócę. Nie martw się - powiedziała przez łzy. Tak samo jak on teraz kazała im schować się pod łóżko. Słyszał dokładnie zgrzyt zamykanych drzwi, kroki na klatce schodowej. I ciszę. Długą, złowrogą ciszę, która przerwał krzyk. Kobiecy. Wychodząc na korytarz spojrzał na zegarek. Dochodzi jedenasta.

***

Dwanaście godzin wcześniej na zegarku pisarza spod dwójki wybiła godzina jedenasta. Jeszcze tylko jedna godzina do południa. W lewej kieszeni płaszcza alarm wibracyjny komórki informował o spotkaniu. Karol Witel nie musiał zerkać na wyświetlacz. Od dłuższego czasu nie miał dodatkowych zaplanowanych spotkań. Za godzinę miał spotkać się z wydawcą. Trochę, a nawet bardzo nie było mu to na rękę. Spóźniał się oddaniem ostatnich rozdziałów swojej ostatniej powieści. W głowie myśli już nie tłoczyły się jak dawniej. Nie zbierały się w komórkach i nie ścigały się połączeniami komórkowymi jak kiedyś. Po dziesięciu książkach wydanych w ciągu 12 lat wypalił się wewnętrznie. Od roku nie zapisał żadnego swojego snu. Od momentu jak się wprowadził do nowego mieszkania, nic. Pustka. Twórcza Pustynia. - cześć wujku Karolu - usłyszał chłopięcy głos i podniósł głowę. Z okna na drugim piętrze mieszkania numer pięć mały Jasio wystawiał głowę i szczerzył w uśmiechu białe zęby do pisarza. - cześć Jasiu. Jak się masz? - wiedział doskonale że maluch mieszka ze swoim starszym bratem i że codziennie zagląda nich babcia sprawdzić czy wszystko w porządku. No i czy lodówka chłopaków nie świeci pustkami. Czasami nawet on zakosztował specjałów pani Antoniny, kiedy zdarzyło mu się pilnować młodszego z braci. - wszystko łokej - krzyknął malec i zniknął w pokoju. Witel zatrzasnął drzwi od punto i schował klucze do kieszeni, w której leżała komórka z przypomnieniem o spotkaniu. Przespacerował się chwilę wzdłuż żwirowatego parkingu licząc w myślach samochody, które go zajmowały. Raz dwa trzy. Raz dwa trzy. Przystanął na chwilę, obrócił się i popatrzył w słońce, które miał przed momentem za plecami. Zamknął odruchowo oczy i pozwolił, aby odblaski słonecznej tarczy tańczyły mu pod powiekami. Jestem na dnie, pomyślał i wyjšł z kieszeni płaszcza komórkę. Obrócił się i wszedł w menu. Wyszukał numer do swojego nadawcy i nacisnął ok. - Paweł? Jakiś głos odpowiedział w słuchawce - nie przyjadę dziś do Ciebie. Paweł, muszę dopisać jeszcze jeden rozdział - skłamał - coś mi przyszło do głowy. Paweł zapytał czy przypadkiem nie kłamie. - nie kłamię. Karol odsunął słuchawkę od ucha i zaczerpnął powietrza. - na następny piątek będziesz miał kompletny tekst, dobra? Paweł przytaknął i powiedział, że na dwudziestego na pierwszą ma być u niego w biurze z teczką pełnych kartek maszynopisu. - ok. Karol miał dopiero dwieście stron maszynopisu. Był pewien, że jeśli tylko znajdzie go natchnienie, te ostatnie sto zwali czytelnika z nóg. Męczył się nad jedenastą powieścią już od pół roku. Wyjałowiony z pomysłów zaczął pisać o swoim życiu. Liczył, że to, co teraz tak dobrze się sprzedaje trafi w tego, kto go żywi. W jego czytelnika. Na pierwsze spotkanie autorskie przyszło ich pięciu. Na ostatnim było już blisko sto osób. Był kimś i dobrze o tym wiedział. Był pisarzem. - coś nie tak panie Karolu? - Z zadumy wyrwał go... - cześć Witku, - kiedy się odwrócił zobaczył sąsiada, brata Jaśka - wracasz do domu? - tak, majster dał nam dzisiaj wolne. Roboty nie ma, wie Pan jak to jest - Witek podrapał się po głowie i skierował się w stronę klatki schodowej. - poczekaj - krzyknął za nim Karol, lecz ten już dawno wbiegał po schodach. Witel włożył ręce do płaszcza i poszperał za kluczami do mieszkania. Kiedy zabrzęczały miedzy palcami pokiwał głową i ruszył w stronę furtki. Nie musiał wspinać się po schodach by znaleźć się w swoich przytulnych czterech ścianach, które przejął tak niedawno. Samo mieszkanie stało puste przez trzy lata. Po tragicznych, można by nawet rzec makabrycznych morderstwach, jakie miały miejsce cztery lata temu nikt nie chciał się wprowadzić do tego bloku. O dziwo jedynymi mieszkańcami pozostali dwaj chłopcy, których rodzice zaginęli podczas tragicznych wydarzeń tamtej nocy. Wpierw uznano że morderca, który zabił prawie wszystkich mieszkańców tego bloku, oprócz dwójki chłopców porwał ich rodziców. Później niejaki podinspektor jakiś tam wydumał, że prawdopodobnie zdążył zakopać ciała w ogrodzie okalającym budynek. Podążając za tym pomysłem, blisko tuzin policjantów przekopał ogródek przyczyniając się do spulchnienia ziemi, dzięki czemu nowa rodzina spod jedynki już drugi rok miała świeże i ponadnaturalnie duże pomidory. Nie znaleziono rodziców, tym bardziej nie znaleziono ich ciał pomimo różnorodnych pomysłów śledczych. Nie znaleziono również mordercy. Rok temu, po trzech latach śledztwa, sprawę umorzono. Gazety przestały o tym pisać po roku i przy okazji decyzji o umorzeniu umieściły jedynie lakoniczną informację. Karol nadział się na tę informacje całkiem przypadkowo przerzucając poranną prasę. Na stronie z nieruchomościami z uśmiechem na twarzy znalazł numer do właściciela budynku, tak sławnego w całym mieście. Zadzwonił od razu i już następnego tygodnia podłączał telewizor i kładł na biurku laptopa. Powieść, którą zaczał trzeba było skończyć.

***

- uciekaj! - krzyknął Karol do Witka kiedy ten stał nad zwłokami pozbawionymi głowy. - Panie Karolu, to jest... - tak wiem, Witek idź stamtąd. Karol stał przy ogrodzeniu patrząc na chłopca i zwłoki bez głowy po drugiej stronie siatki. - Panie Karolu, dziś nie ma już gdzie iść. Wrócili. Pisarz wstrzymał oddech starając się domyslić, o co chodzi Witkowi. Ten podszedł bliżej swojego martwego sąsiada i przyjrzał się dokładnie cięciu na szyi. Takie samo. Dokładnie identyczne jak cztery lata temu. Widział dobrze dzięki światłu księżyca. Już dawno nie świecił tak mocno. Już dawno nie było tak jasnej nocy. Karol patrzył na Witka jak ten kuca nad łysym z ósemki. Podniósł wzrok i przyjrzał się dokładnie cieniom, jakie rzucali w tym miejscu. Trzy. Faktycznie było ich trzech. On. Witek. Leżący pod siatką bezgłowy trup, który nie powinien rzucać cienia, ponieważ... Witek gwałtownie podniósł się z kuców patrząc na pisarza z przerażeniem w oczach. - panie... Karolu... - wykrztusił. Karol nie obracał się, lecz patrzył jak cień, który nie należał do żadnego z nich poruszał się i stawał coraz mniejszy. Coraz bliższy. Pisarz był już stuprocentowo pewny, że coś lub ktoś idzie w ich stronę. Nie musiał się odwracać by sprawdzić, który to z sąsiadów chce z nimi pooglądać trupa. Spojrzawszy na chłopca wiedział, że to, co zobaczy nie będzie sąsiadem i jak chłopcu również mu się nie spodoba. W oczach Witka przewijało się jak na celuloidzie naprzemian przerażenie, ból i rozpacz. - panie Karolu - szepnął - niech pan się nie odwraca tylko szybko biegnie w kierunku klatki schodowej. - czemu? - Karol już chciał odwrócić głowę. Zżerała go czysta ludzka ciekawoąć, która jak mówią Anglicy, zabiła kota. Witek spojrzał na pisarza i Karol zrozumiał, że chłopak nie żartuje. - szybko - szepnął - ja biegnę za Panem. Karol posłuchał i zaczął biec. Kątem oka spojrzał w kierunku tego czego zabroniono mu widzieć. Krzyknął i przyspieszył o…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych