Wróć do katalogu

Książęce Plany

O tym, co sie może zdarzyć, przy nauce historii... ;)

Atranta, opublikowano , 48 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Księżycowi udało się rozerwać kajdany zasłon i swobodnie rozlewał swe blaski po całej sypialni. Bezwstydne światło wciskało się do każdego kąta i ignorując protesty mroku wdarło się do kolejnego pokoju. Doberman leżący na kanapie uniósł głowę. Coś zaczynało się dziać, a jemu wcale się to nie podobało. Ktoś zachichotał.

***

Anka z westchnieniem klapnęła na kanapę obok swego psa i otworzyła książkę od historii. Kolejna zarwana nocka. - Wykończą mnie...Ja nie chcę klasówki... – Jęknęła otwierając podręcznik na stronie 142. – „Średniowieczne męstwo” – przeczytała tytuł – Męstwo...A czemu nie kobiecość? – Rzuciła w przestrzeń i, ku jej zdumieniu, otrzymała odpowiedź, nie dokładnie na jej pytanie, ale odpowiedź. - Dowiedz się, dlaczego.- Cieniutki głosik dochodził chyba z...Zewsząd? - Eee...Ale jak? - Tak! – Maleńka istota wystrzeliła w jej kierunku jak torpeda śmiejąc się opętańczo. Pies zawył.

***

- Jak dorwę tego cholernego skrzacika, czy co to tam było, to mu skrzydełka powyrywam. – Warknęła Ania rozcierając sobie plecy. Otłukła je sobie padając na... Korzeń drzewa? Spojrzała uważnie dookoła: - Ojacięniemogę!- Krzyknęła. – Co to za las!? Wydaje mi się? Tak, na pewno mi się wydaje. To pewnie ze stresu... To tylko sen... Spokojnie, Aniu, weź się w garść... Ale z drugiej strony, to dość realne, to wszystko... – Anka dotknęła drzewa. Było prawdziwe. To była kropla, która przepełniła czarę - Ja mam sprawdzian z historii! Jak się nie nauczę, to co powiem? Że mnie skrzat do lasu porwał!? – Rozejrzała się ponownie. Nic tylko gęste krzaki, koszmarnie wysokie drzewa i zero ścieżki. – Super! Po prostu super! –Wrzasnęła, lecz nagle zamilkła, bo usłyszała jakiś tęten i hałas.- Konie? – Zapytała samą siebie. Wtem z zarośli wybiegł imponujących rozmiarów, kary rumak z, równie imponującym, jeźdźcem na grzbiecie. - Stój, stój! – Zawołał ze śmiechem nieznajomy. Anka nie wiedziała, czy on woła na konia, czy na nią, więc na wszelki wypadek stanęła jak wryta. Koń zrobił to samo. Dziewczyna z pewnym zainteresowaniem stwierdziła, że chłopak jest przystojny, mimo swego dość dziwacznego (dla niej) stroju, czyli wysokich butów, jasnych spodni i białej koszuli. Za szeroki pas zatknięty miał sztylet, a przez ramię miał przewieszony kołczan z łukiem. Do tego długie, czarne włosy. Czarny zarost, no i chuchro też z niego nie było. Ania poczuła zdradziecki rumieniec wkradający się jej na twarz. Obcy zsiadł ze swego wierzchowca i zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się, sama nie wiedząc, czego się boi. - Spokojnie, nie chcę zrobić ci krzywdy. – Powiedział ciepłym, głębokim głosem. Lecz Anka ciągle się bała. Zrobiła jeszcze jeden krok w tył. On także się cofnął i uniósł ręce: - Nie będę cię do niczego zmuszał. – Uśmiechnął się i dodał niespodziewanie: - Przypominasz mi elfa, wiesz? - Elfa? – Anna zbaraniała, delikatnie mówiąc. – Jakiego elfa? - Istoty mieszkające w tym lesie. Nie znasz ich? Utrzymują dość przyjazne stosunki z Dworem. – Powiedział wielce zdziwiony. Dziewczyna chciała dowiedzieć się czegoś jeszcze, ale znów rozległ się tęten i na polanę wpadła grupa mężczyzn, również na koniach, lecz na o wiele mniejszych. - Książe! Jak możesz tak znikać!? Wszyscy się niepokoją! – Jeden ze sług był bliski histerii. Jednak książę wcale nie wyglądał na zachwyconego ich nagłym pojawieniem się. - Nie musicie mnie niańczyć! Sam sobie doskonale dam radę. – Odwrócił się w stronę Ani, lecz jej tam już nie było. Uciekała w panice mrucząc do siebie: - Nie dość, że przystojny i miły, to jeszcze książę, a ja muszę zwiewać! Czego ja się boję? Ja to mam naprawdę pecha! – Wtem ziemia uciekła jej spod stóp, a raczej wpadła razem z nią. Do głębokiego dołu. - Wrrr! Ja się poćwiartuję! Jestem najbardziej pechową babką w całym tym zakichanym Świecie! – Wrzeszczenie na całe gardło oczywiście nie uszło uwadze mieszkańców Puszczy. Zaraz dookoła dziury zaroiło się od postaci. Jedna z nich wskoczyła do Ani. To był elf. Na pewno. To się po prostu czuło. I to bardzo ładny elf. Płci męskiej, o długich do pasa blond włosach, zgrabnej, szczupłej sylwetce, szarych oczach i, rzecz jasna, szpiczastych uszach. Jego wygląd zainteresował dziewczynę, lecz jeszcze bardziej zainteresowała ją włócznia wycelowana w jej serce. - Kim jesteś? – Zapytał. – I co robisz w pułapce na niedźwiedzie? - Może ty mi się najpierw przedstawisz? Jak przystało na dżentelmena? – W Ankę wstąpił bojowy duch. – I co to za głupi pomysł, żeby kopać doły tam, gdzie ktoś mógłby w nie wpaść? Elfa zamurowało. Kompletnie nie spodziewał się takiego przywitania. - Ja... To znaczy... – Odchrząknął – Nazywam się Nartehalikemnate – rzekł z niejaką dumą, pewien, że dziewczyna nie będzie w stanie powtórzyć jego imienia. Mylił się. - Miło cię poznać, Nartehalikemnate. Ja jestem Anna. Czy mógłbyś zabrać tę wykałaczkę – wskazała na włócznię - i wydostać mnie stąd? Gdy tylko wygramoliła się na górę, otoczył ją pierścień ostrzy. Spojrzała na ich właścicieli. Była to dość spora gromada, choć zauważyła tylko dwie elfki. Nagle rozległ się cichy gwizd. Elfy uniosły broń i uśmiechnęły się do Ani dość przyjaźnie. Nartehalikemnate wziął ją za rękę i wraz z towarzyszami poprowadził w głąb Puszczy.

***

- Skrzacikowi musiało się coś pokręcić. To tylko wygląda jak średniowiecze. Tak naprawdę, to jakaś zacofana, pokręcona kraina z wojownikami, elfami i tymi...No tymi takimi małymi, co tak biegają i wrzeszczą...O, krasnoludkami. Nie znajdę tu odpowiedzi na żadne pytanie... – Poinformowała Ania jakiś patyk, który znalazła na drodze. Szli już od dłuższego czasu. Gęsty, zielony las zdawał się nie mieć końca. To było przytłaczające. W dodatku elfy patrzyły na nią ze zdumieniem i lekkim przestrachem. Dowiedziała się, dlaczego. „Patyk” wyrwał jej się w pewnej chwili z ręki i chlasnął po twarzy długimi, cienkimi pazurkami. Dziewczyna krzyknęła i upuściła stworzonko, które nagle dostało nóżek i uciekło w krzaki. Piękni, jak nazywała ich Ania, wybuchnęli perlistym, wrednym śmiechem. Wszyscy, oprócz jednego, ciemnowłosego, o chmurnych oczach i nieco drapieżnych rysach, uzbrojonego w łuk. Zdawał się być najmłodszy z nich, znaczy się miał około 200-300 lat. Pocieszające, co nie? - Nic ci się nie stało? – Zapytał. - Pogło cię? Jakiś... jakiś... badyl drapie mnie po gębie, a ty się pytasz, czy nic mi nie jest? – Powiedziała. Zabrzmiało to tak, jakby miała dostać wścieklizny. - To rutynowe pytanie, jakie należy zadać osobie poszkodowanej. – Wyjaśnił, a w jego oczach skrzył się śmiech, gotowy lada chwila wybuchnąć. Anna westchnęła. - No dobra, nic mi nie jest. To tylko zadrapanie. – Mruknęła. - Cieszy mnie to. – Mrugnął do niej i zwrócił się do reszty. – Idziemy, czy będziemy tu tak stać? – Elfy nadal się śmiejąc ruszyły w bezimienny las. „Ma u nich taki posłuch? Dziwne...” – Pomyślała.

*** - Moje nogi... – Jęknęła siadając (wreszcie) na jakimś zwalonym pniu. – Czy wy nigdy nie odpoczywacie? – Elfy chyba uznały, że to pytanie retoryczne i dalej zajmowały się rozpalaniem ogniska. – No pięknie...- Warknęła. - Czasami na odpowiedź trzeba poczekać. – Rzucił jeden z nich. - Tyle, że ja czekam na około dziesięć odpowiedzi! - Właśnie...Za dużo pytasz, zamiast zaczekać, przyjrzeć się i zrozumieć. Ale z drugiej strony – dodał niespodziewanie – ludzie i tak niczego nie widzą, nie rozumieją i nie umieją czekać. Bezmyślnie wycinają Puszczę, a... - A ty nie powinieneś obrażać naszego gościa... – Ciemnowłosy wyrósł jak spod ziemi. – Przepraszam za niego. – Zwrócił się do Anny. – Dawno nie rozmawialiśmy z ludźmi. - Ale książę mówił, że utrzymujecie z Dworem dość przyjazne stosunki. – Rzekła zdziwiona. - Bo tak jest. Ale to nie oznacza, że często z nimi rozmawiamy. Odpocznij. Po posiłku ruszamy dalej. – Elf nie rzucał słów na wiatr. Gdy tylko przełknęli coś ciepłego już zwijali obóz. W sumie, podczas całego dnia marszu mieli tylko dwa postoje. Położyli się spać po zmierzchu. Ania zasnęła od razu i spała jak kłoda aż do następnego dnia. Zbudzono ją jeszcze przed świtem. Elfki pomogły zapleść jej ciemne włosy w warkocz i przyniosły śniadanie złożone głównie z zieleniny, tj. warzyw. Po szybkim posiłku zebrali się i ruszyli w dalszą drogę.

***

W kominku płonął ogień, oświetlając wiszące smętnie na ścianach trofea łowieckie i drewniane boazerie. Na kamiennej posadzce leżała rozciągnięta niemiłosiernie skóra niedźwiedzia, o budzącym litość wyrazu pyska. Praktycznie tak samo wyglądała stojąca przy drzwiach osoba. Niesamowicie wysoka i szeroka, i o tak samo budzącej litość postawie zastraszonego zająca przyłapanego przez myśliwych podczas załatwiania potrzeby fizjologicznej. W głębi sali widać było zarys postaci siedzącej w fotelu tuż przed paleniskiem. - Co z nią? - Porwały ją elfy, panie. - Wysłałeś kogoś? - Tak, panie. - Kogo? - To zaufany człowiek. Był w Pusz... Siedzący człowiek przerwał mu. - Kto to?! - Zerkon. Mieszka blisko Puszczy, w Edani. – Służącemu serce mocniej zabiło ze strachu. - Hmm... Dobry jest? Skuteczny? - Tak, panie. Przez trzy lata zadawał się z elfami. Nie powinny mieć podejrzeń. - Może nie powinny, ale mogą mieć. W razie czego, Dwór całkowicie się od niego odcina. Nie wiemy, kim jest, skąd pochodzi, dlaczego wędruje po Puszczy. Zrozumiano? - Tak, panie. - Doskonale. Możesz odejść. Kamerdyner chwiejnie opuścił komnatę. Nie lubił rozmawiać z księciem. Był taki...Księciuniowaty i rozpuszczony. Dostawał wszystko, co tylko chciał, a on, biedny sługa, musiał na wszystko ciężko zapracować. Nawet na zachowanie życia.

***

- Zrób to, śledź tamtego. Idź, nie idź, daj, przynieś, oddaj! Jak ja kocham mojego pana i Władcę. Szlachetnego, mężnego i jakże sprawiedliwego księcia Arela! – Zerkon szedł już od godziny po gęstej, zielonej, Puszczy zmierzając w kierunku elfich siedzib. – Po co ja się w to pakowałem? – Powiedział płaczliwie – Nie chcę tego robić... Lubię elfy i nie chcę się z nimi kłócić. - A musisz się kłócić?! - Muszę. Książe wydał rozkaz. Albo go wykonam, albo zginę. Obok najemnika dreptał krasnoludek. (To takie małe i wrzeszczące.) Co rusz nie było go widać, gdy potykał się wśród gęstego poszycia i z tego powodu wybuchał wiązanką przekleństw. Uroczy widok... - Nie przejmuj się! Dasz radę! A co masz zrobić?! – Zainteresował się nagle. - Odnaleźć jedną taką, co ją księciunio w lesie zdybał, ale mu uciekła. Dziewczyna ma rozum... Krasnal parsknął hałaśliwym śmiechem. Zerkon nie lubił z nim rozmawiać. Wszystkie stworzonka jego pokroju musiały wrzeszczeć, żeby ludzie je usłyszeli. To było bardzo męczące i denerwujące.

***

- Król powinien odznaczać się... - Dalej. - Obowiązkami Króla są... - Dalej. - Król musi... - Dalej. - Prawem Króla jest... - Czytaj. - Echem. Prawem Króla jest ustanawianie nowych praw, ustaw, reform i dekretów. Może też skazywać na śmierć zdrajców i winnych ciężkich zbrodni, po udowodnieniu im winy przez Sąd... – Na ustach księcia Arela wykwitł niebezpieczny uśmiech. Sąd był najbardziej skorumpowaną instytucja w tym państwie, a jakieś dowody zawsze się znajdzie. –...lub też uniewinnić takiego przestępcę. Wolno mu też wystawiać bale i pikniki, organizować polowania i gonitwy lub inne, ale w czasie powyżej wymienionych zabaw nie może dojść do zaplanowanego – Wdech. - przez Monarchę skrzywdzenia psychicznego lub fizycznego jakiegokolwiek człowieka, chyba, że, ten człowiek zagraża w jakiś sposób państwu i zostanie to wcześniej ustalone przez Radę. – Arel skrzywił się i wywrócił oczami. Radę trudniej jest przekupić. – Król również ma możność nadawania tytułów, takich jak: baron, lord, hrabia, książę, księżna, diuk, magnat. – Wdech. - Decyduje też o tym, czy żona, mąż tytułowanych, patrz wyżej, ma otrzymać taki sam tytuł jak jej nowy mąż, żona. – Wdech. - Monarcha... - Wystarczy. – Warknął książę machając ręką. – Odejdź. Dygnitarz skłonił się i opuścił komnatę. Dopiero za drzwiami odważył się odetchnąć głębiej. - No, dzisiaj mi się udało. – Mruknął do strażnika. Tamten kiwnął głową ze zrozumieniem. Wszyscy uważali, że wielkim szczęściem jest wyjście cało z rozmowy z Następcą tronu Gedali. Szambelan poprawił ubranie i podążył szybkim krokiem do kuchni. Przygotowania do niedalekiego balu dyplomatycznego szły pełną parą i należało mieć wszystko pod kontrolą. Niezliczone zastępy kucharzy, kucharek i kuchcików mrowiły się po ozłoconym ogniem pomieszczeniu. W centrum stały dwa długie stoły zastawione surowym mięsem, warzywami i, ogólnie rzecz biorąc, półproduktami. W głębi przycupnął potężny piec z mnóstwem drzwiczek różnej wielkości. Obok niego rozpierała się kuchenka z zadziwiającą ilością fajerek, czekających, aż zapłonie pod nimi ogień. Tak, tutaj wszystko dobrze. Trzeba jeszcze sprawdzić stan sali balowej. Sługa przemknął cichutko po kamiennych tunelach i z trudem otworzył wielkie, rzeźbione drzwi. - Czy tu wszystko musi być takie wielkie i ciężkie? – Sapnął. Rzeczywiście. Cały zamek urządzono w rozmiarze XXL. Wielkie odrzwia, trzykrotnie przewyższające człowieka, sklepienia na niebotycznych wysokościach, szerokie korytarze, komnaty tak obszerne, że ich kąty były wieczne ciemne, nie oglądane przez wymęczone grubymi szybami światło. Przytłaczające. Pod względem rozmiarów sala balowa nie różniła się od reszty pałacu. Mogła swobodnie pomieścić paręset tańczących par, orkiestrę. Stoły z jedzeniem ustawiano w sąsiedniej komnacie, do której prowadziły, a jakże by inaczej, olbrzymie drzwi. Na zachodniej ścianie, ciskał kolorowymi iskrami w jasną, drewnianą podłogę, witraż. Pastelowe ściany wznosiły się łagodnie ku mahoniowemu, rzeźbionemu sklepieniu. Kryształowy żyrandol dzwonił cichutko, gdy przez smukłe okna wpadał lekki wietrzyk. Jedna ze służących polerowała z zapałem kandelabry. Sala śniła słodko o przyszłych i przeszłych balach. Nie miała pojęcia, co przyjdzie jej niedługo zobaczyć, ale gdyby wiedziała, to wolałaby zamienić się nawet z miejskim wychodkiem.

A w tym samym czasie, gdy szambelan sprawdzał czystość okien, w książęcych komnatach panował chaos. - Jak to nie ma!? - Wy... wy... wybacz, pa... a... nie. A... ale n.. nie mo... mogłem g... go zna... aleźć... - Przestań się jąkać!- Książe wzniósł rękę, by zdzielić roztrzęsionego sługę pogrzebaczem.

***

Na wydartym Puszczy skrawku ziemi, stało miasto elfów. Troskliwie otoczone cyklopowych rozmiarów szarym murem, najeżonym smukłymi wieżami obronnymi oraz fosą. W wąskich otworach strzelniczych widać było czujnych łuczników. Jedyne oficjalne wejście do grodu stanowiły czarne, szerokie wrota okute metalem i osłonięte żelazną kratą. Do odrzwi nie prowadził jednak żaden trakt, ani nawet ścieżka. Most zwodzony był podniesiony. Cała budowla sprawiała dość przytłaczające wrażenie dobrze ufortyfikowanej warowni, oczekującej na bitwę. Objawiało się to również w zachowaniach Stróżów Bramy. Zanim przybyszom udało się dostać za obręby kamiennych ścian, zmuszeni byli wyjaśnić, kim są, po co i skąd przyszli. Ledwo się wybronili przed oddaniem broni. Na wszystkie pytania odpowiadał Taron, czyli Ciemnowłosy. Anny to już nie dziwiło. Uznała, że musi on być kimś ważnym, ponieważ to od jego decyzji zależało, w którą stronę mają iść i gdzie rozłożyć obóz. Przewodnik nie wyglądał na zaskoczonego, tak ostrą procedurą, ale wypytywał strażników o Anbiona i Radana. Ance te imiona nic nie mówiły.

- Witam w Manranie. – Taron uśmiechnął się. W końcu udało się im przejść przez Bramę - Manran, to jedno z największych naszych miast i utrzymuje dość ożywiony handel z ludźmi. Zobaczysz ich tu dość sporo, ale z nastaniem mroku muszą opuścić miasto. Właśnie z tej przyczyny musimy udać się do Urzędu do spraw Ludzi. – Tłumaczył elf. – Reszta pójdzie ulokować się w jakiejś przyzwoitej gospodzie. - Rzucił Nartehalikemnatowi sakiewkę i ująwszy Annę za ramię ruszył w stronę dość okazałego budynku nie oglądają się na pozostałych towarzyszy.

Wnętrze urzędu wyglądało jak jakiś duży bank ze „Świata Ani”. Bogate płaskorzeźby zrobiono z czegoś, co przypominało żółty piaskowiec, a ściany, kolumnadę i posadzki z niebieskiego kamienia. Za biurkiem siedziała ludzka kobieta. Taron uśmiechnął się do niej i powiedział: - Jestem tu w sprawie tej oto młodej damy. – Wskazał na Anię. – Bardzo panią proszę o wydanie jej zezwolenia na przebywanie w mieście po zmroku. – Urzędniczka skrzywiła się. Widocznie mężczyzna prosił o wiele. - Mogłabym to zrobić, ale potrzebuję zgody osoby stanu wyższego. – Odrzekła. Elf bez słowa wyjął zza pazuchy pierścień i pokazał jej. Był to srebrno-biały sygnet rzeźbiony w dziwne spiralne wzory. Kobiecie rozszerzyły się oczy ze zdumienia. – Życzę państwu miłej nocy w mieście. – Powiedziała wręczając Taronowi jakąś kartkę i uśmiechając się życzliwie. - Dziękuję. - Odpowiedziała Ania i dała się wyprowadzić z urzędu. – Coś ty jej pokazał?- Syknęła do swego towarzysza, gdy byli już na zewnątrz. - O mało jej oczy ze zdziwienia nie wypadły. – Tamten zaśmiał się szczerze, głośno i rzekł: - Na razie nie musisz się tym martwić. – To „na razie” sprawiło, że przeszły ją dreszcze. No, ale cóż robić? Poszła posłusznie za elfem do rzęsiście oświetlonej gospody.

Wnętrze karczmy było zadymione, ale ciepłe i przytulne. W głębi głównej sali płonął jasny, wesoły ogień, a wzdłuż jej zachodniej ściany biegł długi, oblężony istotami bar. Praktycznie całą przestrzeń pomieszczenia zajmowały stoliki obsadzone rozgadaną ciżbą popijającą różne trunki i palącą fajki. Za istną zasłoną dymną majaczyły schody na piętro i różnego rodzaju drzwi. „Idealne miejsce do odpoczynku.” Pomyślała z ironią Anka przepychając się przez tłumy gości, głównie elfów, lecz zdarzały się też zastygające co chwilę w bezruchu, olbrzymie enty, tajemnicze strzygi i licha oraz przerażające wilkołaki, siedzące samotnie po kątach. Salwy śmiechu wzbudzał piętnastoosobowy oddział wróżek zmagający się z jedno litrowym kuflem piwa. Po podłodze biegały mnogo krasnoludki, powodując co chwilę potknięcia różnych stworzeń, owocujących wybuchem przekleństw i śmiechu zebranych. Ania dziwiła się, jakim cudem nie trzeba co rusz zeskrobywać z klepiska zmiażdżonych lub rozmazanych krasnali. Popasały tu również poważne krasnoludy podążające w sobie tylko znanym kierunku, odziane w skóry i wilcze płaszcze. Tak samo nieskorzy do zabawy byli wysocy, czarnowłosi, bladoskórzy wojownicy. W ich oczach nie można było rozróżnić białek tęczówek i źrenic. Były całkowicie czarne. Obok nich stały smukłe, jasne włócznie. Pochodzili z plemienia Meranów, niedawno zdziesiątkowanego przez Smoki Złote. To pewnie było przyczyną ich melancholii, smutku i zamyślenia. Rozmawiali cicho, ze skupieniem, w jakimś obcym, śpiewnym języku. Dziewczyna zapragnęła dosiąść się do nich. Ci ludzie byli bardzo niebezpieczni, to się czuło, ale promieniowali spokojem i mądrością. Ania spojrzała na Tarona. Wiedziała, że on także chciałby posiedzieć, choć małą chwilkę, przy Meranach, ale najwyraźniej miał bardo ważne powody, by zaprowadzić ją do pokoju i zabronić z niego wychodzić. On także zamknął się w swojej izbie. Anka zrozumiała, że czeka ją długa noc spędzona na rozmyślaniach...

Ania, spacerując po facjatce oglądała swój nowy strój, który dopiero teraz zauważyła. Miała na sobie ciemnozieloną suknię z żółtymi wykończeniami, składającą się jakby ze spódnicy i luźnego gorsetu z rękawami. Przy rąbku spódnicy i rękawów widniał delikatny, również żółty haft. Przód gorsetu wiązało się rzemieniem, a tył zdobiony był wyszywanym złotą nicią ornamentem. Dziewczyna położyła się na łóżku i spojrzała w sufit. - Uporządkujmy fakty... – Mruknęła do siebie. – Jestem w elfim mieście, w pokoju obok siedzi sobie Taron, który musi być kimś bardzo ważnym w elfiej hierarchii i, także w sali obok, piją wilkołaki, strzygi, krasnoludy, wróżki i co-to-tam-jeszcze-jest. Ech... A tak po za tym, to spotkałam jeszcze księcia w lesie, ale uciekałam przed nim i jego sługami, wpadałam do pułapki na niedźwiedzie, podrapał mnie patyk z nóżkami, jestem ledwo żywa ze zmęczenia po całodziennej wędrówce z elfami, z jednym z nich się pokłóciłam, jestem w jakimś obcym świecie, a przeniósł mnie tutaj zwariowany skrzat, za parę dni mam sprawdzian z historii, jeśli go obleje, to będę miała na koniec niezbyt miłą ocenę i... I... I nie chce mi się z tego świata odchodzić. – Dodała niespodziewanie i uśmiechnęła się. – Podoba mi się tutaj. Chciałabym pogadać z tymi smutnymi ludźmi, zapoznać się z entami i nakłonić krasnoludy, żeby pokazały mi drogie kamienie. Na pewno jakieś mają. – Westchnęła i przetarła dłońmi zamykające się oczy – No, może jednak się prześpię... – Ściągnęła wierzchnie ubranie i otuliwszy się kołdrą, zasnęła. A w pokoju Tarona toczyła się burzliwa dyskusja...

- Dlaczego mamy zaprowadzić ją przed oblicze Anbiona i Radana? Dlaczego?! - Nartehalikemnate, uspokój się! Nie czas teraz na kłótnie. On może jej szukać. Musimy być ostrożni. Nie ufajmy nikomu, poza Ostatnimi. – Taron wyglądał na wzburzonego. Mimo jego usilnych starań elfy nie chciały iść dalej. Nie widziały sensu w eskortowaniu jakiejś ludzkiej istoty do jednych z najważniejszych osób na Drabinie. – Słuchajcie, to ważne. Wiem, że nie wiecie za bardzo dlaczego ona z nami idzie, ale to naprawdę poważna sprawa. Pomożecie mi? – Jego towarzysze milczeli. – To będzie długa noc... – Mruknął do siebie Taron siadając na krześle i pocierając twarz dłonią. – No dobra. – Powiedział głośno. – Kto ma coś przeciwko temu, żeby ona z nami szła? – Podniósł się elf, z którym Anna pokłóciła się na popasie w Puszczy. Po nim wstawały następne i następne, aż podniosła się cała kompania oprócz dwóch elfek. Po chwili ciszy jeden ze stojących mężczyzn odezwał się: - To człowiek, my jesteśmy elfami. Nie zaprowadzimy jej do Braci. Ona nie jest godna zaufania. – Rozległ się pomruk aprobaty. Zachęcony poparciem pobratymców, mówił dalej. – Skąd wiesz, że nie została nasłana przez Niego? – Wzdrygnął się teatralnie. – A ty załatwiłeś jej nocleg w mieście. To będzie cud, jeśli ona wszystkich nie wymorduje. – Taron zmarszczył brwi i rzekł cicho: - Twe słowa świadczą o ignorancji, niczym więcej. Jak niby nie posiadająca broni, nie znająca magii, ludzka kobieta mogłaby wyciąć w pień dobrze uzbrojone elfie miasto? Zastanów się nad tym. Przemyślcie również to, co teraz powiem. Zaprowadzę tę człowieczą istotę do Anbiona i Radana z wami, lub bez was. Jeśli mi się nie powiedzie, będzie to miało katastrofalne skutki dla wszystkich ras zamieszkujących ten świat. – Zamilkł na chwilę. – Niniejszym życzę wam dobrej nocy. – Stanął twarzą do okna i nie patrzył na swych towarzyszy, gdy ci w ciszy opuszczali jego izbę. Jednak słowa elfa wzbudziły jego wątpliwości. Może ona rzeczywiście była nasłana przez Niego?

***

- Dobrze, tylko spokojnie... – mruczał do siebie książę odkładając pogrzebacz na miejsce. Sługa odetchnął z ulgą. Może dzisiaj obędzie się bez poważniejszych ataków wściekłości? Przyczyną złości Arela było zaginięcie Anarola, miecza, który król dostał od swego ojca, jego ojciec od swego ojca, a ojciec ojca ojca od swego ojca. (Nadążacie?) Według tradycji miał mieć go przy sobie, na każdej uroczystości, królewski pierworodny, lub sam król. A teraz osławione ostrze zaginęło. Książe wiedział, że będzie miał poważne kłopoty, jeżeli Anarol się nie znajdzie. Następca odprawił swego sługę mówiąc mu przedtem, że albo odnajdzie miecz, albo on zabije całą jego rodzinę, a jemu wyłupi oczy. Propozycja nie do odrzucenia. Następnie zawezwany został Zerkon. Po wysłuchaniu jego raportu książę usiadł w fotelu. - Niemożliwe... Poszli do miasta? Ale, po co? Nigdy tak nie postępowali. Coś się musiało stać... - Masz rację książę, to do nich nie podobne. Próbowałem czegoś się dowiedzieć w ich siedzibie, ale musiałem być ostrożny... - Tak, ostrożność... One nie mogą nabrać podejrzeń. – Westchnął. – Co się tam stało? Może jest tam jakiś bal, targ, albo elfy wymyśliły sobie składanie krwawych ofiar z ludzi. – Arel zagłębił się w fotelu. - Myślę, że jednak nie, panie. Za pozwoleniem, oczywiście. Elfy nie zabijają ludzi, chyba, że na…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych