"Kuferek pełen tajemnic"
Falstaff, płatny zabójca, wykonując kolejne zadanie spotyka swoją dawną, bliską znajomą.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}„Kuferek pełen tajemnic”{/b}
- Naprawdę mi się to nie podoba, naprawdę. Wiesz, gdybym miał władzę, od razu wylądowałbyś na szafocie. Bez zbędnych ceregieli typu gorące żelazo, hiszpańskie buty albo szczypce. Nie musiałbym cię tu trzymać. Jesteś jak cholernie uparty wrzód, wiesz? Naprawdę cholernie uparty. Nie trzeba było szpiegować naszego cnotliwego kupca, cóż on ci zrobił? Szlachcic zacmokał i podniósł długi zakrzywiony sztylet, leżący na stole. Falstaff uśmiechnął się krzywo, zaś węzły, którymi był przywiązany do krzesła, zatrzeszczały. - Nazywają was meurtierami... O ile się nie mylę, to znaczy ni mniej, ni więcej jak zabójca. Cóż, trafne określenie, ale po co tak wyszukane? Powiedz mi, Falstaff, dlaczego ludzie ciągle szukają pięknych określeń dla okropności? Dla elfów, gnomów, wiedźminów, zwykłych zbójców, którzy zyskują miana bardziej wyszukane niż my, rządzący krajem? Nie pojmuję tego.
Nie doczekawszy się odpowiedzi, szlachcic porzucił temat. - Nie należysz do rozmownych, jak widzę. - A czy pan należysz do gościnnych? Przez chwilę panowała cisza, po czym szlachcic uśmiechnął się bardzo złośliwie. - To nie zależy ode mnie, panie zabójco. Tak się składa, że to ty wpakowałeś się w bagno, które bez wysiłku cię wessie przy najbliższej okazji. Ja mam cię jedynie pilnować... przez pewien czas – ponownie przez moment milczał. – Patrzcie go, złapany a narzeka na gościnność. - Widzisz, Denhov – meurtier nie spuszczał wzroku ze szlachcica – przynajmniej nie muszę udawać, że jestem kimś. A narzekać, i owszem, mogę. Pachołkowie niespokojnie się poruszyli. - A co, według ciebie, udaję? – szlachcic dalej bawił się nożem. - Prawda może być dla ciebie zbyt bolesna, zaś dla mnie jeszcze bardziej. - Ależ nie, co ty gadasz, byłem, jestem i będę zawsze przychylny ludziom szczerym. - Jasne. Skoro chcesz...
Falstaff wziął głęboki oddech. - Jesteś ważniejszy od innych szlachciców, ponieważ twoje włości to najlepszy teren na organizowanie tajemnych spotkań i zlotów. Ty zaś, dobrze wybierając miejsca na takowe i mając do czynienia z „rządzącymi krajem”, zachowujesz się niczym wielmoża. Wiesz, czemu nim nie jesteś? Zacznijmy od twoich pachołków, którzy starają się uchodzić za przyboczną gwardię czy inną straż osobistą. Wytłumacz mi proszę, dlaczego nie nająłeś kogoś bardziej doświadczonego? Te chuchra które tu stoją to nic innego jak zwykłe, zawszone chłopy, nadałeś im inny wygląd, strojąc w cudaczne kurtki i buty z wysokimi cholewkami. Wystawiasz się na pośmiewisko, toż to srom i hańba mieć przy boku takich wieśniaków i obwiesi. Już od dawna po kątach się baby śmieją z waszej świty, niedługo zaczną się śmiać dzieci. – Falstaff zaśmiał się sucho. Chciał kontynuować, jednak zauważył, iż jego wysiłek nie poszedł na marne. Jak łatwo urazić tych ludzi, pomyślał, zupełnie jak dzieci...
Pomocnik szlachcica stojący najbliżej więźnia splunął, podszedł i z rozmachem zamierzył się na meurtiera. Ten błyskawicznie uchylił głowę przed ciosem i odbił się od podłogi razem z krzesłem. Uderzył z barku, przeszedł w obrót i poprawił siedziskiem. Nim dwóch pozostałych pachołków wyjęło pałki, już był przy nich, po drodze podcinając nogi uciekającemu szlachcicowi. Pierwszego, stojącego o krok dalej od drzwi kopnął w kolano, drugiego zwalił na worki z pszenicą i skoczył na niego. Przez chwilę się szamotali, rozpylając dookoła kurz i pył, aż Falstaff wyswobodził rękę z krępujących go sznurów i ogłuszył przeciwnika. Wstał, wyzwolił drugą rękę i resztką krzesła powalił tego, którego kopnął w kolano. Poprawił pięścią po czym związał obydwu. Dopiero teraz zauważył, że szlachcic leży bez ducha obok stołu, zapewne zahaczywszy o niego głową. Zakrzywiony sztylet leżał daleko od niego. Jedyną ciągle przytomną osobą w pomieszczeniu, oprócz Falstaffa, był pomocnik szlachcica, który starał się jak mógł udawać nieprzytomnego, jednak marnie mu wychodziło.
***
Godzinę później straż wpadła do izby, w której niedawno więziony był Falstaff. Gruby dowódca przepychał się przez zwarty krąg tłumu, aby zobaczyć co przyciągnęło uwagę jego ludzi i miejscowych obywateli. Nie szczędził przy tym przekleństw i wyzwisk pod adresem tych, którzy nie chcieli się usunąć. Tego za wiele, pomyślał ze złością podciągając portki, po tym, gdy parę osób popchnęło go tak mocno, iż upadł z hukiem na podłoże. - Odsunąć się, psiakrew! Odsunąć się, zrobić przejście dla sierżanta! Cholerna wasza mać, bo jak nie to wszystkich do lochu powsadzam!
Groźba zadziałała i zrobiło się na tyle luźno, że mógł przejść. A kiedy doszedł, naszła go wielka ochota by wrócić. Jego pan trwał w pozycji półsiedzącej związany sznurem i oparty o ścianę, rzucając rozpaczliwe spojrzenia na swoich poddanych, zaś jego pomocnik wisiał obiema nogami przywiązany do belki podtrzymującej strop budynku, wierzgając cicho i wydając przy tym płaczliwe jęki. Przed nimi siedziało wielkie, kudłate czarne psisko szczerząc kły, warcząc i śliniąc się przy tym okrutnie, powodując iż nikt nie ważył się podejść do szlachcica bliżej niż dziesięć kroków.
Jasna cholera, pomyślał sierżant, to bydlę może pozagryzać większość moich ludzi. Toż to prawie wilkołak! Nie miał jednak wyboru, bowiem mógł stracić względy u swego chlebodawcy, więc rzucił ukradkowe spojrzenie na kilku uzbrojonych pachołków należących do jego oddziału i rzucił komendę: - Na niego, bij wrednego kundla! Co tak stoicie? Nie jesteście od tego, żeby się gapić, gamonie! Do ataku! A niech was cholera, jak nie będziecie przez kilka dni dostawać żarcia to może wróci wam ochota do wykonywania rozkazów. Nie widząc efektu, sierżant przełknął ślinę. Wiedział, że sam będzie musiał rzucić się na wielką bestię, jeżeli jego ludzie tego nie zrobią. Spróbował jeszcze raz, myśląc o żonie i dzieciach, których tak naprawdę nie kochał, ale myśl o nich dodawała mu sił i odwagi. - Nie widzicie, że wasz pan w niebezpieczeństwie?! Nikt nie ruszy rzyci? A bodajby was gangrena zmogła! Na niego, chłopy!
Nikt się nie ruszył, zaś „wredny kundel” zaczął zwracać uwagę na wrzeszczącego grubasa. Kiedy sierżant cały oblany
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pippin
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…