Wróć do katalogu

LAS

Opowiadanie, w którym las jest pewną alegorią ludzkiego życia.

JacekMoraopublikowano 1 stycznia 202616 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:times}

Był przepiękny letni dzień. Minęło już sobotnie południe a niestrudzone słońce w dalszym ciągu nie szczędziło sił, aby wydobyć z cienia każdy zakątek gęstego, wprost tętniącego życiem lasu. Szerokim duktem, raźnym krokiem szedł młody chłopak. Jaśko go wołali. Miał czternaście lat, ale wyglądał na starszego. Wyrośnięty, szeroki w barkach a jednocześnie wąski w talii. Dzień był upalny, toteż chłopak kroczył z koszulą przepasaną wokół pasa. Resztę odzienia dopełniały krótkawe portki, sięgające mu zaledwie do połowy łydek. Widać było na nich lata noszenia, bo to jakieś łatki przyszyte, jakieś dziury pocerowane. Butów nie miał żadnych, co też wcale na wsi dziwne nie było. Pod opaloną skórą na nagim torsie widać było pięknie wyrzeźbione mięśnie, co w tak młodym wieku budziło powszechne zdumienie. Zwłaszcza wielkości ramion mogło mu pozazdrościć wielu dorosłych mężczyzn. Tylko głowa jakoś nie pasowała do reszty ciała. Twarz miał bardzo delikatną, wręcz dziecięcą, bez śladu jakiegokolwiek zarostu. Długie, jasne włosy opadały mu gęstymi, niesfornymi lokami na ramiona. W twarzy chłopca wyróżniały się oczy. Duże i tak błękitne, jakby pogodne niebo się w nich odbijało. Matka, którą nazywał Matulą mówiła, że w tych oczach utopi się kiedyś jakaś dziewczyna. Jaśko mieszkał w niewielkiej chacie na skraju małej wsi, tuż pod lasem, z Matulą i młodszym o cztery lata bratem Maćkiem. Ojca nie było. Jakieś sześć lat temu poszedł do lasu i już nie wrócił. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Matula najpierw dwa dni czekała a później namówiła kuma Jendrzeja, żeby poszedł ojca szukać. Kum skrzyknął kilku młodych parobków i przez kilka dni szukali, ale bez powodzenia. – Jak kamień w wode – powiedział kum Jendrzej do Matuli. Zgłosili też zaginięcie do Stójkowego w pobliskiej wiosce, ale policji chyba nawet nie chciało się ojca szukać, bo Stójkowy tylko ze śmiechem powiedział: – Eee... tam. Znalos se pewnikiem śwarnom babe i jus nie wróci. I faktycznie, nie wrócił. Żyli odtąd we troje, chociaż nie było łatwo. Żaden kawaler, czy wdowiec, nawet o Matuli nie pomyślał. Bo to ani mężatka, ani wdowa. Chociaż ładna była i niestara. Jaśko ojca dobrze pamiętał. Wysoki był, postawny, silny. I to nie, że Jaśkowi tak się wydawało, bo był mały. Wszyscy tak go pamiętali. Może to po ojcu Jaśko taki wyrośnięty i silny był. A może przez to, że od roboty, nawet ciężkiej nie stronił. Trzeba było przecież Matuli pomóc. A przez to, że robotny był, to i gospodarze chętnie dawali mu jakieś zajęcie. Albo leśniczy robotę w lesie. Ojj, las to Jaśko lubił bardzo. Pewnie przez to, że rodzic często go tam zabierał. Ojciec też dużo w lesie pracował i głównie z zarobionych tam pieniędzy żyli. Poza tym las dawał drewno na opał, grzyby, jagody. Jak myśliwi najęli ojca do nagonki, to i mięso przyniósł. Sam nigdy nie polował a kłusowników nie lubił. Często przynosił do domu znalezione w lesie wnyki i potrzaski, żeby je zniszczyć. Opowiadał, jak cierpi zwierzę, które wpadnie w taką pułapkę. Czasami udawało mu się jakiegoś nieszczęśnika uratować z sideł i puścić wolno. Rzadko się to zdarzało, bo to jednak śmiertelne narzędzia były. I ta jego dobroć w domu też była. Nigdy głosu, ani tym bardziej ręki na dzieci nie podniósł. Podczas tych wędrówek z ojcem, Jaśko dość dobrze poznał i pokochał las. I to zarówno topografię okolicy, jak i naturę lasu. Uwielbiał obserwować toczące się tam życie. Tę krzątaninę, można powiedzieć jak u ludzi. Zabieganie o codzienną strawę dla siebie i rodziny, wychowanie potomstwa. A wcześniej przecież budowanie domu, tego gniazda rodzinnego. A jeszcze wcześniej szukanie partnerki, żeby ta krzątanina, to życie miało głębszy sens. Można powiedzieć, że Jaśko uczył się życia na przykładzie tego, co zobaczył w lesie. Przemoc wśród zwierząt rozumiał, ale pamiętał też nauki ojca, że nie wszystko można przenieść na życie ludzi. Zwierzęta zabijają, bo muszą a człowiek to robi ze złej woli. Te wędrówki po lasach tak weszły w krew Jaśkowi, że wykorzystywał na nie każdą wolną chwilę. Może też podświadomie miał nadzieję, że kiedyś uda mu się odnaleźć ojca? W każdym razie, jak tylko nie było roboty, Jaśko szedł w las. Matula początkowo była zła na te jego wędrówki. Z czasem przyzwyczaiła się i tylko napominała go, by uważał a i za dnia do domu wracał. Nie zawsze mu się to udawało. Z początku zjawiał się w domu tuż po zapadnięciu zmroku, później zdarzało się koło północy a pewnego dnia, zastukał do drzwi chaty jak kur zaczął piać. Oj, wtedy to Matula zdenerwowana była a i Jaśko skruszony. Ale las nocą nie tylko chłopaka nie przerażał, ale wręcz przyciągał. Chociaż pogrążony w ciemnościach, nabierał nowych, baśniowych kolorów. Las w nocy również był pełen życia. Tylko aktorzy na jego scenie byli trochę inni lub występowali w innych rolach. Jaśko uwielbiał dalekie wędrówki. Chciał poznawać nowe tereny, coś ciekawego zobaczyć. I nie chodziło o ludzi, bo tych, pomny ostrzeżeń ojca i Matuli unikał, ale o dziką, nieodkrytą przyrodę. Kiedy wracał po zmroku, przepraszał Matulę i obiecywał poprawę, ale... różnie z tym bywało. Przez to też migał się od chodzenia w niedzielę do kościoła, który był w sąsiedniej, większej wiosce. Trzeba było iść do niego pieszo pięć kilometrów. I tu Jaśko często miał wymówkę, a to zmęczony był bardzo po robocie, a to nogę sobie skaleczył. Wszystko, żeby nie iść z Matulą i Maćkiem do kościoła tylko, jak oni znikną za sąsiednimi domostwami, chyłkiem pobiec do lasu. Miał wtedy cały dzień, żeby penetrować najdalsze jego zakątki. Ale od pewnego czasu coś się zmieniło i Jaśko zaczął wręcz z pewną niecierpliwością oczekiwać niedzielnej wizyty w kościele. Chłopak, do tej pory nieczuły na piękno płci przeciwnej, nie dbający o to, czy naprawdę w jego modrych oczach utopi się jakaś dziewczyna, teraz stracił głowę. Podczas pewnej mszy świętej Jaśko nagle ją zauważył. Pewnie widywał ją wcześniej, tylko nie zwracał na nią żadnej uwagi. Ale w tej chwili został jakby rażony piorunem, jakby ktoś czar na niego rzucił. Sam nie umiał wytłumaczyć, co się stało? Co sprawiło, że ta dziewczyna owładnęła każdą jego myślą, jego oczami, słuchem. Stał przez całą mszę wpatrzony w nią, jak w święty obrazek, głuchy i ślepy na wszystko, co się dookoła działo. Powtarzał tylko bezwiednie jej gesty i ruchy, więc nikt się nie zorientował, że w sumie, to na mszy Jaśko był nieobecny. Miała śliczną twarzyczkę, którą ozdabiały przepiękne, niebieskie oczy i czarujący, niewinny uśmiech. Długie ciemne włosy, ozdobione wiankiem z jasnych, drobnych kwiatków, zaplecione były w dwa grube warkocze opadające na nieskazitelną biel pięknie haftowanej, świątecznej koszuli. Poniżej wianka, delikatne, drobniutkie uszy. Wszystko w jej wyglądzie, w jej postaci wydawało się chłopcu wręcz idealne. Od parobków z sąsiedniej wioski dowiedział się, że miała na imię Rózia i chyba też czternaście lat. Ale sam, mimo szczerych chęci i postanowień, że na następną niedzielę to zrobi, nigdy nie ośmielił się podejść do niej, by cokolwiek powiedzieć, chociaż przedstawić się. Ich spojrzenia spotykały się czasami, bo i dziewczyna zdaje się zauważyła Jaśka. Ale zaraz oboje spłoszeni opuszczali oczy a później spoglądali na siebie tylko ukradkiem. I tak wzdychał dniami i nocami, aż Matula zaczęła się o niego martwić: – Co ci Jaśko? Choryś? – Nie Matulo. Zdrowym – odpowiedział chłopak. – Przeca widze, że cosik ci je – drążyła mama. Ale matczyne, kobiece serce domyśliło się powodu zgryzoty syna. – Jaśko, a moze jako dziołcha wpodła ci w oko? – zapytała uważnie obserwując syna. Jego reakcja powiedziała jej wszystko. Chłopak zmieszał się i zaczerwienił. Matka poszła do komory i wyjęła ze skrzyni sznur korali. Zaniosła je chłopcu i powiedziała: – Na, weź. Dosz jej to. Jak weźmie, to znok, żeś tyż jej wpod w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych