Wróć do katalogu

Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.II

Adres do pierwszej części: http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78458

FMDudzinski, opublikowano , 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Legenda o pierwszej wiedźmie CZ.I: http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78458

----------------------------------------------------------------------------

Powietrze było rześkie po wczorajszej burzy, już nie padało, lecz niebo nadal skrywały ciemne chmury. Rzędami stały połamane pnie drzew, nie przetrwały starcia z wichurą. Dłoń Wiven zacisnęła się zgarniając przy okazji część leśnej ściółki. Dziewczyna była oszołomiona. Pamiętała wczorajsze wydarzenia jak przez mgłę, nadal była słaba po utracie krwi. Spojrzała na swoją nogę. Od cholewki buta, aż po sam opatrunek pokrywał ją wielki popękany skrzep krwi. Przeraziła się, oparła głowę o pęknięty pień drzewa. Próbowała oczyścić myśli. Nic z tego, te uderzały ją z każdej strony. Zaklęła – pomogło jej to na chwilę. - Teraz spokojnie Wiven, spokojnie mała – szeptała by się uspokoić. Udało jej się ogarnąć natłok myśli. - Co teraz? Co teraz Wiven? Spokojnie po kolei – wzięła głęboki wdech. O ile wcześniej była w tragicznej sytuacji to teraz było dużo gorzej. Aż brakowało jej słów na określenie swojej pozycji. Musiała teraz przemyśleć wszystko dokładnie, co dalej przecież nie mogła tu zostać. Teraz dopiero zauważyła... gdy spała padało, a więc sen choć częściowo się spełnił. Może to i dobrze deszcz oczyścił jej obdarty bok, który ucierpiał podczas całego wypadku.

Wiven spróbowała wstać łapiąc palcami za szczelinę w pękniętym pniu podciągnęła się trzymając cały czas drzewa. Była w stanie utrzymać się na zdrowej nodze, lecz nie mogła iść bez pomocy drugiej. Musiała znaleźć cokolwiek co mogłoby jej posłużyć za prowizoryczne podparcie. Czekało ją jeszcze zejście ze wzgórza.

***

Odkąd się obudziła minęło już sporo czasu. Nadal wiał silny wiatr i przegonił chmury, które jeszcze rano ostały się po burzy. Wiven szła, a właściwie kuśtykała podpierając się suchym dębowym kijem, który wydawał się wystarczająco mocny aby posłużyć jej w wędrówce przez kilka dni. Spojrzała na drugi brzeg rzeki. Rozciągała się tam łąka czerwona od polnych maków, tuż za nią był gęsty las. Rosły tu te same drzewa co w okolicy jej rodzinnego grodu, jednak było w nic coś odmiennego, obcego. Ten fakt zaczął jej zaprzątać głowę. Przestała przyglądać się tamtej stronie rzeki i zaczęła patrzeć pod nogi, gdyż ziemia pod nimi robiła się coraz bardziej błotnista i kij, którym się wspomagała zapadał się coraz głębiej.

Wiven odkąd się obudziła nie zdejmowała prowizorycznego opatrunku ze swojej nogi, sądząc, że tak będzie lepiej. Na pewno gdy uda jej się odnaleźć jakąkolwiek osadę, znajdzie się ktoś kto opatrzy jej ranę. Znów przypomniała sobie obcość lasu po drugiej stronie rzeki. Zaczynała się domyślać dlaczego wzbudzał w niej to uczucie. To już nie były jej rodzinne strony, a rzeka wzdłuż której szła nie była tą rzeką płynącą przez jej rodzinny gród, a raczej tą bezimienną przepływającą w pobliżu osady założonej przez jej stryja. Mimo to nadal nie mogła mieć pewności, że idzie w dobrym kierunku, choć nawet jeśli nie to dojdzie do Komarzyc, a tam na pewno otrzyma pomoc. Rana znacznie ją spowalniała, teraz nie była w stanie pokonać nawet połowy tej drogi, którą w zwykłych okolicznościach dałaby radę. W okolicach opatrunku noga była mocno opuchnięta, dlatego większość ciężaru swojego ciała musiała opierać na znalezionym kiju.

Zdrowa noga paliła niemiłosiernie. Bywały momenty w których wolała znieść ból płynący z rannego kolana niż stanąć na wymęczonej stopie. Co nuż patrzyła to w niebo to w ziemię. Starała się robić wszystko, byle nie myśleć o zmęczeniu. Jej czarne jak węgiel włosy nie były już jak wcześniej – teraz powlekał je popielatoszary trud drogi. Nie tylko na nich odbiły się jednak trudy podróży. Oczy. Wielkie i zielone … Nie biło z nich już to dawne, bystre spojrzenie. Teraz były przymrużone, opuchnięte. Jej wzrok błagał o pomoc. Tak szła wzdłuż bezimiennej rzeki.

Co chwilę wybierała sobie nowy cel, do którego miała dotrzeć zanim zatrzyma się i da odpocząć strudzonym stopom. - No już Wivenka, na szczyt tego wzniesienia. Na szczycie odpoczniesz… to jeszcze nie szczyt… teraz z górki – mamrotała nie była już nawet wstanie poprawnie wypowiadać słów. Nie wytrzymał z impetem zwaliła się na zarośnięte ostem, pokrzywami i odrobiną wiosennego miłka; niewielkim wzniesieniu. Zakręciło jej się w głowie, jednak po chwili ogarnęła cały mętlik. Pić… „Głupia” – pomyślała, coś w tym jednak było, gdyż rzeka płynęła półtora sążnia pod nią u stóp zarośniętego wzniesienia. Powoli zsunęła się do koryta rzeki. Kilkoma wielkimi łykami ugasiła pragnienie. Podparła się rękoma splatając za plecami palce obu dłoni. Zaczęła rozglądać się po okolicy. Teraz już nie traktowała jej jako wroga, mało tego widziała w niej coś na swój sposób pięknego. Dziewczynie szybko poprawił się humor. Zaczęła zrywać liście szczawiu, w tej chwili może i nie była głodna, ale kto wie kiedy znów będzie okazja. Przeżuwała lekko kwaskowe, zielone liści. Część z nich umieściła w skórzanej torbie, którą nadal miała przy sobie. Spojrzała na wypaloną na jednej ze ścianek swargę. Symbol wieczności, odradzania się i życia, wieczny cykl natury. Osiem ramion z ostrzem skierowanym w prawą stronę. Niektórzy też mawiali, że znak nieśmiertelnego ducha i szczęścia. - Jakiego szczęścia? – zakrzyknęła z wyrzutem – Może i szczęścia, ale nie dla mnie… nie tu i na pewno nie teraz. Rzuciła torbę pod rosnącą nieopodal leszczynę. Ze łzami w oczach znów spojrzała na wartko płynącą rzekę. Znienawidziła ją, zapomniała, że tylko ona może jej pomóc. Nienawidziła też wzgórza pod którym leżała, nienawidziła tego obcego lasu po drugiej stronie znienawidzonej rzeki i poprzedzającej go polany. Z rozmachem rzuciła się w gęstą trawę. Ranę w kolanie przeszył ostry, niespodziewany ból. Wiven poczuła się jeszcze gorzej. Dlaczego nie przewidziała i tego, teraz była zła też i na siebie. Ledwo powstrzymywała się od płaczu. Poderwała z ziemi swój dębowy kij. Podeszła do leżącej pod leszczyną torby. Złapała za skórzany pas i cisnęła nią jeszcze dalej niż wcześniej. Łzy płynęły jej po policzkach. Chciała też połamać kij na którym się opierała… zrezygnowała. Zadarła głowę do góry patrząc w niebo. Jedno krótkie spojrzenie wydało się jej jakoby wiecznością. Czuła jak ze złości wali jej serce, jak pulsują jej wszystkie tętnice. Czuła płynącą krew w żyłach, lecz chmury na niebie wydawały się ospałe, powolne… spowodowały swojego rodzaju otumanienie w jej głowie. Oddech dziewczyny powoli zaczął się uspokajać. Opuściła z powrotem głowę, wpatrując się w odległy już nie znienawidzony obcy las. Napad złości minął, musiała na nowo pozbierać myśli. Z trudem jej się to udało, mimo to nie chciała pozostawać w tym miejscu. Wstała i weszła na niewielką górkę, która wcześniej znajdowała się za jej plecami. Wzniesienie liczyło sobie około trzy sążnie wysokości. Chciała się rozejrzeć po okolicy, liczyła, że akurat z wysokości zauważy coś co może jej pomóc. Nie myliła się. Przy najbliższym zakolu rzeki znajdowało się małe ziemne urwisko, stworzone przez samą rzekę, podmywającą grunt pod pomniejszym pagórkiem. Mogło posłużyć za schronienie na najbliższą noc i pozwolić na dłuższy wypoczynek. Słońce górowało jeszcze na niebie i do zmierzchu upłynie jeszcze wiele czasu, który mogła poświęcić na dalszą drogę. Jednak nie chciała ryzykować powtórki z wydarzenia, gdy zraniła nogę, schodząc ze szczytu wzgórza, na które weszła tylko z powodu braku schronienia. Do tego mając dużo więcej czasu niż potrzebowała uda jej się lepiej przygotować do dalszej drogi i będzie miała czas na przyjrzenie się zranionej nodze.

***

Wiven dorzuciła większą gałąź do ognia. Ilość opału, jaką uzbierała w wolnym czasie pozwalała jej podtrzymać całkiem pokaźnych rozmiarów ogień przez całą noc. Do tego udało jej się znaleźć wyrzuconego przez rzekę na brzeg pstrąga, którego dziewczyna już wcześniej przygotowała i zjadła. Taka ryba była całkiem miłą odmianą od jedzenia głównie liści i łodyg co niektórych mniej lub bardziej jadalnych roślin. Ostatnią mięsną potrawa jaką miała okazje zjeść był słabo przypieczony, znaleziony zając. Powoli zaczynało się ściemniać. Po drugiej stronie rzeki widziała dwie przemykające wzdłuż polany dzikie kuny. Nigdy nie miała okazji przyjrzeć się tym zwierzętom bliżej, a wiedziała że są ludzie, którzy te zwierzęta udomowili i trzymają je w swoich chatach. Wiven stawała się senna, czuła, że tej nocy w końcu się wyśpi. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach przekwitającej wody. Pozwoliła sobie zamknąć oczy i zasnąć.

***

Czarnowłosa dziewczyna zalała jeszcze tlące się ognisko. - Czas w drogę Wiven – zakrzyknęła, jakby dodając sobie motywacji. Podpierając się na dębowy kiju, wstała, przerzuciła skórzaną torbę z wypaloną nań swargą. Nie pozostało nic jak nadal iść wraz z nurtem bezimiennej rzeki. Dzień zapowiadała się nad wyraz dobrze. Było ciepło choć słońce zakrywały chmury, dzięki czemu nie było gorąco, do tego zawiewał lekki, chłodny wiatr, zapewniając znakomite warunki do marszu. Wiven była wypoczęta i najedzona, byłoby idealnie, gdyby nie, bolące kolano. Lniany opatrunek zbyt mocno ściskał teraz opuchniętą ranę. Dziewczyna próbowała już wcześniej poluzować przekrwiony materiał, lecz to tylko powodowało ból i ponowne krwawienie.

Idąc pokonała kolejne zakole rzeki i stanęła jak wryta. Po jej drugiej stronie rozciągało się wyrąbisko drzewa. Oceniła je na około pięć morg, choć nie zdziwiłaby się gdyby miało ono i większą powierzchnię. Wyrąb tak wielki nie mógł się obyć bez obozowiska i to całkiem pokaźnego. Wiven stojącej dość daleko od niego udało się naliczyć blisko tuzina szałasów, do tego prawie pół mendla pozostawionych

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych