Wróć do katalogu

Listonosz

Jedna z trzech części powieści "Listonosz" na bieżąco aktualizowana.

Deld, opublikowano , 12 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

I

Uciekałem. Nie oglądając się za siebie, biegłem wśród nagich drzew. Na grząskiej ziemi leżała cienka warstwa białego puchu. Nie miałem pojęcia, czy to pierwszy listopadowy śnieg, czy może ostatni marcowy pogłos mijającej zimy. Nogi przy każdym kroku zagłębiały się w błotnistej masie. Z każdym przebytym metrem grzęzły jakby odrobinę bardziej. Próbując zwiększyć tempo, ze strachem spojrzałem w górę. Niebo było czarne jak kruk, zwiastujący złą nowinę. Nie mogłem dostrzec nawet pojedynczej gwiazdy świecącej słabym blaskiem. Kilkanaście metrów za mną rozległ się trzask łamanej gałęzi. Oglądnąłem się za siebie, próbując zlokalizować kogoś lub coś, co wywołało hałas. Straciłem równowagę i poleciałem jak długi twarzą w błoto. Upadając uderzyłem o coś twardego prawym kolanem, ale wtedy nie zwróciłem na to uwagi. Adrenalina całkowicie stłumiła ból. Leżałem na boku, z głową w błocie, łapczywie wciągając powietrze do płuc. Tkwiłem w tej pozycji kilka bardzo długich sekund... Wokół panowała nienaturalna cisza. Nie potrafiłem, a przede wszystkim nie miałem odwagi, się poruszyć. Jakby mając pewność, że jakakolwiek czynność nie przyniesie nic dobrego trwałem w bezruchu. Kilka minut później gdy uspokoiłem oddech i słyszałem już tylko odgłos własnego serca i świst zawodzącego wśród gałęzi wiatru zapytałem w myślach sam siebie - „Przed czym uciekam”? Przede mną – szepnął cicho beznamiętny głos nad moim lewym uchem.

II

Przebudziło mnie potworne ćmienie w głowie. Jakby mózgowie było zbyt duże i nie mieściło się pod czaszką. W ustach nie czułem ani kszty wilgoci a żołądek był przewrócony na drugą stronę. Kac. Jeden z wielu, które towarzyszyły mi przez ostatni rok. Nie otwierając oczu wyciągnąłem lewą rękę w poszukiwaniu wody, której butelkę jeszcze kilka odległych miesięcy temu, zwykłem kłaść na łóżku. Nagle poczułem szarpniecie w nadgarstku. Rozchyliłem powieki i spojrzałem mętnym wzrokiem na rękę. W pomieszczeniu panowała ciemność ale mimo tego nie sposób było nie zauważyć, że całe ramię było posiniaczone, dłoń pokryta zaschniętą krwią a w okół lewego nadgarstka biegła stalowa obejma. Srebrno-szary metal miał grubość około pół cala i szerokość dwóch. Dwa końce obręczy spotykały się na grzbiecie dłoni zaginając się pod kątem 90 stopni. Przez otwory w obu płaskich fragmentach obejmy przechodziło pierwsze ogniwo napiętego łańcucha, którego drugi koniec nikł w ciemnej głębi pokoju. W ciągu pierwszych kilku sekund nie czułem zupełnie nic. Beznamiętnie wpatrywałem się w czerń, która zawładnęła drugą częścią pomieszczenia. Nagle, w ciągu ułamku sekundy, przez moje ciało przepłynęła fala wszechogarniającego strachu. Niemalże czułem przerażenie mknące przez moje żyły i tętnice. Mimo koszmarnego bólu całego ciała, stoczyłem się z łóżka i z łoskotem runąłem na drewnianą podłogę. Pierwsze gruchnęło prawe kolano. Spustoszenie w moim ciele będące następstwem uderzenia, było tak wielkie, że gdy sygnał bólu dotarł do mózgu, przed moimi oczami zapadł całun ciemności...

III

Nie potrafię określić ile czasu byłem nieprzytomny. Może było to tylko kilku sekundowe zamglenie, a może wielogodzinny sen. Chwili, w której się ocknąłem i otworzyłem oczy, towarzyszył specyficzny zapach, którego nie potrafiłem określić. Mimo tego byłem pewny, że znam ten aromat. Jego woń była tak subtelna, że nie mogłem przyporządkować jej do miłych, drażniących czy nawet obojętnych zapachów. Wywoływała u mnie uczucie bierności i czystości umysłu. „Czy tak pachnie spokój?” zapytałem sam siebie. Pomieszczenie skąpane było w bladym świetle. Jego źródłem była goła żarówka, zwisająca na cienkim kablu, z sufitu zawieszonego na wysokości trzech i pół metra. Na pierwszy rzut oka sala mogła mieć powierzchnię trzydziestu, być może trzydziestu dwóch metrów kwadratowych. Około pięć metrów szerokości i sześć długości. Wszystkie ściany były śnieżnobiałe, bez żadnej skazy, jakby ktoś wczoraj wszystkie wyrównał gładzią szpachlową. Najbardziej zdziwiło i jednocześnie przeraziło mnie to, że w pokoju nie mogłem dostrzec drzwi ani nawet małego okna, czy lufciku. Przez głowę przeszła mi straszna myśl. „Czy ja się tu uduszę?” Z głupiej przezorności, uspokoiłem oddech, starając się zużywać jak najmniej tlenu. W pomieszczeniu znajdowało się jedynie łóżko. Stało ono wzdłuż krótszej ze ścian. Pozostałe były kompletnie nagie. Bez ani jednej ozdoby czy nawet rysy. Sterylność tego pokoju przyprawiała o dreszcze. Pierwszą myślą dotyczącą możliwego miejsca pobytu był dołek przy dworcu Świebodzkim. Przez ostatni rok byłem tam gościem co najmniej kilkanaście razy. Wszystkie powiązane były z upojeniem i aktami wandalizmu, wywołanymi alkoholem. Jednak to zdecydowanie nie mógł być areszt. Przede wszystkim ze względu na sterylność pomieszczenia i obecność tylko jednego łóżka. Pokój po prostu nie wyglądał jak cela. Poza tym w aresztach, do jasnej kurwy, są drzwi! Z tego powodu wytrzeźwiałką też bym tego nie nazwał. Przez moją głowę leciały setki przedziwnych myśli. Każda kolejna bardziej abstrakcyjna od poprzedniej. Myślałem o porwaniu przez izraelskie służby specjalne lub przez terrorystów. Przypominałem sobie informację dotyczące tajnych baz CIA. Może to zwykli wrocławscy członkowie półświatka? Nie... taki sposób działania jest dla nich dalece zbyt wysublimowany. KGB? Nie, oni już chyba nawet nie istnieją. A może to głupi żart Mateusza? To trochę w jego stylu. Ale nie, nie wierzę w to. Nawet on nie jest do tego stopnia popierdolony. - KURWA!!! - Krzyknąłem, tak głośno, że gardło zapiekło mnie żywym ogniem. - Gdzie ja jestem do kurwy nędzy?! - odpowiedziała mi jedynie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych