LOT NAD GENERALSKIM GNIAZDEM
POWSTANIE LISTOPADOWE - upadło z powodu głupoty generałów, czy zdrady? - refleksji nad Umiarkowanym POwstaniem w Granicach Prawa cz. III i ostatnia.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
UMIARKOWANE POWSTANIE W GRANICACH PRAWA
cz. III
Lot nad generalskim gniazdem
„Uczynna dziewczyna” niepierwszej młodości wsiada do autobusu i beznamiętnie mamlając gumę pyta: - Wszyscy jesteście stuknięci? Brak odzewu - cisza aż w uszach dzwoni.
Gdyby to był „Lot nad kukułczym gniazdem”- zagadnięci zerknęliby po sobie, po czym z lekkim zażenowaniem, ale i niejaką dumą potaknęli. Ale to nie ten autobus, nie ci pasażerowie. Tamci nie siedzieli obleczeni w przebogate mundury, ci tutaj owszem - to stu piętnastu polskich generałów z Powstania Listopadowego. Pytanie wywołuje konsternację: nie wiedzą, co odpowiedzieć, gdyż do choroby psychicznej, a tym bardziej do zwyczajnej głupoty nie wypada się przyznać, a kiedy zaprzeczyć - wyjdzie się na zdrajców, bo tertium od ponad półtora wieku non datur. Do opinii historyków nijak się odwołać: spory tłumek przyprószonych archiwalnym kurzem okularników czeka generałów, marznąc na przystanku Idiocin Wielki, a niemniej liczna brodata gromadka sterczy pod dziurawą wiatą w Zdradowicach Głównych, gdyż głowy dać gotowa (a nawet produkowane przez lat kilkadziesiąt fiszki), że tam właśnie miejsce generalicji.
Kłótnia o to, kto Powstanie Listopadowe przegrał: „generałowie idioci” czy „szamerowani zdrajcy” wybuchła tuż po samej klęsce i - sądząc z corocznych okolicznościowych wiązanek - do dziś nie została rozstrzygnięta. Króluje podejście najłatwiejsze: romantyczni podchorążowie wywołali powstanie, które przegrali nieudolni (czytaj: głupi) dowódcy. Ale czy generał w ogóle może być idiotą? Odpowiedź na to pytanie niestety nie może być bezwzględnie przecząca, jako że historii wojen „od zawsze” jest wiadome, iż generalski patent, broń Boże, nie wyklucza niczego, a głupoty w szczególności. Wprawdzie idiotów i wśród niższych szarż nigdy nie brakowało (i nie brakuje), ale dopiero generalski wężyk pozwala wojskowej głupocie w pełni rozwinąć skrzydła, a co dopiero buława marszałkowska!
Kroniki wojen zanotowały liczne przypadki ewidentnych chorób psychicznych wśród wyższych oficerów. Ot, choćby feldmarszałek Blücher (ten od Waterloo) zanudzający swój sztab informacją, iż zaciążył i niebawem urodzi słoniątko - nie o taką „głupotę” jednak tu chodzi. Mowa o braku kompetencji dowódczych, militarnym dyletanctwie z pozłacaną szpadą u boku. Mowa o wodzach-partaczach, którzy de facto są „dodatkowymi zawodnikami na boisku” armii przeciwnych.
Generał-głupiec, taki pełną gębą, nie wykorzystuje przewagi liczby, uzbrojenia oraz wyższości wyszkolenia, zaprzepaszczając taktyczne i strategiczne szanse na odniesienie zwycięstw. Kiedy należy uderzyć - zarządza odwrót, gdy konieczny jest pościg, by przeciwnik nie otrząsnął się z klęski - drepcze w miejscu. Miast koncentrować oddziały, rozprasza je, a słane przełożonym sprawozdania polewa sosem megalomanii i z patologiczną niechęcią traktuje rady oraz sugestie niższych stopniem fachowców. Patrząc na poczynania generała-idioty wypadałoby ryczeć ze śmiechu, gdyby nie fakt, że ceną za jego głupotę są śmierć, rany lub niewola setek, tysięcy ludzi. Śmiech więc zdycha na wargach, a pięści się zaciskają. Aż kostki bieleją, kiedy przypomnieć sobie, JAK nasi generałowie przegrali powstanie. By zwyciężyć, należało rozpocząć wojnę atakiem na trzęsącego w Wierzbnie portkami Wielkiego Księcia i przeciągnięciem na polską stronę Korpusu Litewskiego sformowanego z Białorusinów, Litwinów i Ukraińców, a dowodzonego w 90% przez Polaków. Książę Pan do spółki z „Ojcem powstania” perfekcyjnie zadbali, by do tego nie doszło. Konstanty zupełnie nie niepokojony wycofał się z Królestwa i aż po luty 1831r. (dwa i pół miesiąca!) nie było w Kongresówce ani jednego rosyjskiego żołnierza. Również i dlatego, że Chłopicki (chcąc przypodobać się Mikołajowi I, z którym za plecami rządu paktował) odesłał carowi kilkuset jeńców. Na domiar carskiego, Dyktator skutecznie storpedował mobilizację polskiej armii, a to, co miał pod komendą unieruchomił w pobliżu stolicy.
Kiedy dwa miesiące później nadczłapał Dybicz, zadbano, by przekraczającemu Liwiec krzywda się nie stała. I udało się! Zaraz potem Chłopicki wpadł na pomysł rozegrania tuż pod Warszawą bitwy remisowej taktycznie, a strategicznie zwycięskiej dla Rosjan. Można było inaczej, gdyż Chrzanowski (jeszcze w grudniu) proponował atak na armię carską koncentrującą się tuż za granicą Kongresówki, a Prądzyński postulował ofensywę aż po Niemen i Polesie. Oba plany odrzucono, ponieważ pulsowały rozmachem operacyjnym i rokowały pełne zwycięstwo. Petersburg mógł odetchnąć, mimo iż wyraźnie nie pasujący do towarzystwa Dwernicki stłukł niebawem Geismara pod Stoczkiem.
Aż do 17 lutego na przedpolach stolicy czekano bezczynnie na interwentów. Wreszcie dotarli i mógł pan generał Skrzynecki stoczyć bitwę pod Dobrem. Mimo przewagi liczby i pozycji skoncentrował się na odwrocie, by przypadkiem żołnierzy nie poniosło i nie pokonali wroga. Dwa dni potem pod Wawrem Żymirski i Szembek odrzucili Rosjan i mogli ich zniszczyć, ale odmówiono im posiłków więc po paru godzinach musieli się wycofać. I dobrze, bo przecież Moskale mogli przegrać i co wtedy? Przecież po rozbiciu rosyjskiej awangardy szanse na nasz sukces w kampanii zdecydowanie by wzrosły. Apage! Chłopicki postanowił spokojnie trzy dni zaczekać na koncentrację sił wroga, by ten miał większe szanse wygranej.
20 lutego Rosjanie z uporem maniaka szturmowali centrum polskiego szyku pod Grochowem - bezskutecznie, Polacy utrzymali pozycję. W takiej sytuacji najlepiej pomóc przeciwnikowi stercząc kołkiem w miejscu przez kilka dni, aż wreszcie wszystkie jego siły dotrą na pole bitwy. Tak też uczyniono i po trzech dniach nowy korpus rosyjski dodreptał do Białołęki, gdzie dzwoniła na mrozie zębami nasza brygada piechoty. Gen. Małachowski popełnił faux pas porównywalne z puszczeniem bąka w eleganckim towarzystwie. Nie rozumiejąc intencji przełożonych, zamiast obserwować i dać Rosjanom czas do rozwinięcie szyku - uderzył. Skutkiem tego skandalicznego postępku zarysowała się kolejna szansa zniszczenia sił moskiewskich, tym bardziej że do walki spontanicznie przystąpiła pobliska polska brygada pod Giełgudem. Nic z tego! Zawsze czujny Chłopicki zabronił kontynuowania ataku i dzięki temu Rosjanie zyskali czas, by się otrząsnąć a potem przejść do kontrataku, który cudem tylko nie skończył się pełnym sukcesem. Zapadła noc. Nad ranem carski dowódca postanowił się wycofać i wówczas na skłębione rosyjskie żołdactwo (wbrew rozkazom!) uderzyli nasi, gromiąc nieprzyjaciela. Chłopicki znów popisał się refleksem i zakazał pościgu. Spokojny o swe skrzydło Dybicz mógł już uderzyć całą mocą na Olszynkę Grochowską.
Gdyby nie konsekwentne dążenie powstańczego dowództwa do remisu, pewnie nie miałby Kossak czego uwieczniać, ale udało się i zaczęli Polacy malowniczo ginąć w rozstrzeliwanym carskimi pociskami zagajniku. Przez cały dzień bronili się bohatersko, by na koniec opuścić pozycję, przez co zamiast sukcesu militarnego odnieśli kolejne wspaniałe zwycięstwo moralne poprzez remis taktyczny. Z ofiarowania Rosjanom sukcesu strategicznego nic nie wyszło. Mimo iż w pełni zdolna do walki armia polska wycofała się do Warszawy, to drań Dybicz zawiódł nadzieje: wystraszył się forsowania Wisły pod ogniem naszych dział, nie miał za wiele amunicji, poza tym głód pętał kiszki jego wojakom. Mimo ofiarnej pomocy Chłopickiego Rosjanie pod Grochowem nie osiągnęli niczego i wycofali się. Źródła nie podają, czy z tego powodu dyktatora szlag trafił. Uczyniła to natomiast kula z armaty Jego Carskiej Wysokości i Chłopicki wypadł z gry, zwalniając pole jeszcze lepszemu od siebie „patriocie” - Skrzyneckiemu.
Ten to dopiero klasę pokazał! Z porażającą konsekwencją odrzucał wszelkie ofensywne plany. Jeśli zaś przyjmował, to czynił z nich ich własne karykatury. Można było likwidować rozproszonych Rosjan korpus po korpusie, ale nasz Wódz wciąż perfekcyjnie dbał o to, by w porę zdążyli się skoncentrować, albo też wysyłał w pole zbyt małe siły. Choćby pod Dębe Wielkie, gdzie dwa i pół pułku polskiej piechoty szturmowało cały korpus rosyjski, a trzymane na smyczy nasze siły główne obserwowały to bezczynnie z niewielkiej odległości. Dopiero pod wieczór Prądzyński wybłagał u Skrzyneckiego szarżę kawalerii. Po uporczywej walce z Rosjanami oraz własnym Wodzem Naczelnym, kosztem 400 trupów własnych rozbito cały korpus carski, ale przecież nie o to chodziło w całej tej zabawie.
Nie było też jej celem, jak się okazało, zajęcie Siedlec, w których Dybicz zgromadził całe swoje zapasy oraz polskich jeńców. Skrzynecki nakazał trzydniowy postój, by Rosjanie mogli zabrać wszystko co potrzeba i wycofać się. Na wszelki wypadek odebrano Prądzyńskiemu spod komendy sporą część wojska i skutkiem tego pod Iganiami siły rosyjskie były prawie dwa razy liczniejsze od naszych. Mimo to bezczelny budowniczy Kanału Augustowskiego zwyciężył i gdyby nie bohaterska - z carskiego punktu widzenia - postawa Skrzyneckiego, który jak tylko mógł spowalniał marsz sił głównych - okrążonoby Rosjan i doszczętnie zniszczono.
Kiedy tylko uszczęśliwieni Moskale cofnęli się nieco, by masowo mrzeć na cholerę, nasi na palcach odeszli, by im nie przeszkadzać. Mimo tych starań pod koniec kwietnia i tak sytuacja zrobiła się niebezpieczna. Przeciw 50 000 Rosjan stanęło 70 000 Polaków, ale nasz Wódz Naczelny finezyjnie odesłał część wojska w lubelskie, wyrównując szanse. Pozostał też w miejscu, ale zarazą trzebionym wrogom się nie naprzykrzał. Chóralne westchnienia ulgi dobiegające z rosyjskiego obozu musiały mu wystarczyć za podziękowanie. Dlaczego wrony widzące, co się święci i turlające się ze śmiechu nie pospadały z oblodzonych konarów, do dziś zastanawia ornitologów i historyków wojskowości.
I znów namolny Prądzyński przedłożył plan. Tym razem uroił sobie osobne zniszczenie gwardii carskiej oraz sił głównych Dybicza, a w efekcie finalnym wyrzucenie agresorów z Kongresówki. Skrzynecki trzymał jednak rękę na pulsie i tak manewrował, by Rosjanie zdążyli skoncentrować siły. Potem odesłał zapasy amunicji z dala od Ostrołęki i odpowiednio pokierował bitwą. Klęska powstańców była druzgocąca, co dziwić nie powinno. Historycy twierdzą, że feldm. Dybicz zmarł na cholerę, ale ja nie wykluczam zgryzoty, gdyż musiał rozumieć, iż wszystkie swe sukcesy zawdzięczał polskiemu wodzowi, a nie sobie samemu.
Gdy w miesiąc po ostrołęckiej klęsce pokonana armia polska szybciej odzyskała siły od zwycięskiej rosyjskiej, a maniak Prądzyński przedstawił kolejny pomysł rozbicia interwentów, Skrzynecki znów pokazał, co potrafi. Wniósł tak zasadnicze poprawki, że wykonanie powstałej karykatury planu groziło nam katastrofą przy której Ostrołęka to fraszka. Kiedy, równa liczbą naszej, armia Paskiewicza była o krok od Warszawy, wyszedł z niej, by prawie nie walczyć) 20-tysięczny korpus hochsztaplera Ramoriny. Dzięki temu łatwiej było potem po króciutkiej obronie skapitulować, zapewniając sobie alibi w postaci rzekomego samobójcy Ordona i ginącego kaleki Sowińskiego. Choć ciężko w to uwierzyć, ale ledwie jeden szturm (z pewnymi sukcesami) wystarczył, by generałowie zdecydowali o kapitulacji przed wrogiem prawie pozbawionym artyleryjskiej amunicji. Świetnie słysząc co w polskiej trawie piszczy, Paskiewicz odmówił rokowań z rządem, a poprzestał na generalicji i się nie przeliczył. Na czterdziestu tylko sześciu chciało bronić się dalej.
Jeśli spojrzeć na sposób prowadzenia tej wojny, to faktycznie wydaje się, że dowódcy nasi wyfrunęli na przepustkę z kukułczego gniazda, z oddziału dla szczególnie ciężkich przypadków i teza o ich idiotyzmie wydaje się zasadna. Gdyby tak wojowali pod Bonapartem, cesarz kazałby ich rozstrzelać.
No, właśnie. Czy możliwe, żeby generałowie wyedukowani w solidnej napoleońskiej szkole dowodzenia przez marne szesnaście lat stali się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Jarosław Kolasiński
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…