Łowca czy ofiara?
Znużony swoim życiem łowca "z doświadczeniem" przeżywa noc za nocą według znanych schematów. Jego życie zmienia się dopiero, gdy z myśliwego staje się ofiarą...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Łowca czy ofiara?
Mężczyzna schował swoją broń. Jeszcze ciepła lufa przyjemnie rozgrzewała jego biodro. Tak jak dziesiątki, a może i setki razy przedtem spojrzał na leżące przed nim zwłoki. Wspomnienia niezliczonych nocy, identycznych jak te, przewijały mu się przez umysł. Robił to już zbyt wiele razy. Rutyna zabijała już nie tylko strach, ale i przyjemność, którą odczuwał kiedy dopiero stawiał pierwsze kroki w swojej profesji. Adrenalina nie wzbijała się już ponad poziom, który może wywołać nawet zwykłe przejście przez jezdnię. Wiedział, że to co robi jest ważne, ale nawet to nie pozwalało mu przestać przeklinać dnia w którym wszystko się zaczęło. Okoliczności podjęcia ostatecznej decyzji wyryły mu się mocno w świadomości. Wszystko wydawało się wtedy inne. Gdyby tylko wiedział, że wszystko potoczy się w ten sposób. Może prowadziłby normalne życie pełne zwykłych, codziennych trosk? Trosk, o których teraz nawet nie marzył? Miał poczucie, że wszystko co przeżyje w przyszłości będzie tylko powtórzeniem tego co już zna. Nawet aura tajemniczości i magii oraz uczucie obcowania z siłami niezrozumianymi w pełni przez żadnego z ludzi, które wydawały się takie wyraziste jeszcze tak niedawno zatarły się na dobre. Utarte schematy, identyczne rozmowy, te same zachowania, noc za nocą - rutyna, rutyna, rutyna. Cały czas sądził, że to go właśnie zgubi, o ile oczywiście to Oni pierwsi nie znajdą na niego jakiegoś sposobu. Czuł się jak stary wyjadacz - weteran wojny, która toczy się tuż pod oczami wszystkich już od wieków, a może i tysiącleci. Chłodny podmuch wiatru przerwał jego przemyślenia. Spojrzał w usiane gwiazdami niebo. Nieliczne chmury powoli przesuwały się po sklepieniu. Nawet natura nie mogła pomóc Vincentowi pięknem tej leniwej, październikowej nocy - jesienna pogoda zawsze tylko wzmagała jego melancholijny nastrój. Czekało go jeszcze dzisiaj zbyt wiele do zrobienia, aby mógł sobie pozwolić na dalsze zwlekanie. Pewnym krokiem podszedł do ciała. Siedem wystrzelonych kul tkwiło dokładnie tam, gdzie zostały posłane. Znów wszystko poszło podręcznikowo. Wyjął kołek i miarowymi, znienawidzonymi ruchami wbił go w serce ofiary.
Gdy tuż przed świtem pokonywał dobrze znane schody, a potem przechodził obok rzędów identycznych drzwi myślał już tylko o śnie ...
Lecz nawet sen nie dał mu ukojenia. Obudził się ledwo dławiąc krzyk. Przez chwilę myślał że to już koniec, ale znajomy widok mieszkania szybko przywołał realność. Koszmar, sekundy wcześniej tak żywy, zostawił po sobie już tylko zimny pot na całym ciele. Jedyną rzeczą która przychodziła mu teraz na myśl była mocna kawa. Kilka minut później siedział już przy swoim biurku mając przed sobą coś, co kiedyś nazywał z ironią „Swoją wersją śniadania kontynentalnego”, czyli gorący kubek kawy i rozpoczętego już papierosa. Gdy kawa była już w połowie przeszłością, a z papierosa został jedynie dym roznoszący się po mieszkaniu Vincent włączył komputer i przejrzał najnowsze wiadomości. Nagłówki rozpoczynające się od „Afera w...”, „Katastrofa ...” i „Skandal ...” były jak zwykle w zdecydowanej większości. Zawsze myślał o nich jako o smutnym ale i jak prawdziwym symbolu tego wieku. Po przeczytaniu o „Strasznych-w-skutkach-tragediach” i „Nieodpowiedzialnym-oraz-dziecinnym-zachowaniu-polityków” nadszedł czas na jeden z niewielu elementów dnia, które zawsze budziły w nim nadzieję (niestety jak do tej pory złudną). Włączony program pocztowy kończył odbierać e-maile. Oprócz wszechobecnego spamu, znajdowała się jedna ważna wiadomość, lecz niestety jej treść nie odpowiadała tej z jego skrytych marzeń. Znajome słowa-klucze: CEL - MIEJSCE - UWAGI, czyli to, co kiedyś tygryski lubiły najbardziej, a teraz perspektywa kolejnego dnia pracy, powoli wtłaczały się do jego świadomości. Spojrzał na zachodzące słońce i w myślach zaczął układać plan działań na dzisiejszą noc.
Gdy dojechał na miejsce księżyc wisiał już wysoko nad miastem. Vincent wyłączył silnik i siedząc z rękami na kierownicy rozpoczął swoją modlitwę. Wypowiadane noc w noc słowa dawno straciły swój charakter prośby kierowanej do Boga. Teraz było już w niej coraz więcej pogańskiego zaklęcia. Do standardowej formuły wyuczonej jeszcze w starych, dobrych czasach, gdy pracował ze swoim mentorem dołączały kolejne, na przykład słowa jego ulubionego bohatera książkowego: „Nie będę celował ręką, gdyż kto celuje ręką, ten zapomniał oblicza swojego ojca. Będę celował okiem. Nie będę strzelał ręką, gdyż kto strzela ręką, ten zapomniał oblicza swojego ojca. Będę strzelał umysłem. Nie będę zabijał bronią, gdyż ten kto zabija bronią zapomniał oblicza swojego ojca. Będę zabijał sercem.” Znajome słowa uspokajały go. Ostatni raz sprawdził magazynek, odbezpieczył broń i wyszedł w chłodną noc.
Ruiny starego kościoła odwiedzał z częstotliwością, która go samego zadziwiała. Nie wiedział dlaczego, ale One zbierały się tutaj z zadziwiającą regularnością i to zazwyczaj w sporych grupach. W tym miejscu było coś dziwnego, coś nad czym jednak nigdy dłużej się nie zastanawiał. Jego specjalnością był ołów, nie myślenie. Tej nocy cel miał być samotny. Vincent wybrał dogodną kryjówkę, skąd widział większość terenu. Usiadł za załomem stojącego jeszcze fragmentu muru i czekał na swoją ofiarę. Oczekiwanie na cel było chyba najgorszą czynnością powiązaną z jego profesją. Nierzadko godzinne wpatrywanie się w okoliczny krajobraz było nużące i często skłaniało do rozmyślań nad sensem tego, co robi. Dla przyjemności? Wyższego dobra? Poczucia spełnienia? Żadna z opcji nie wydawała się prawidłowa. Zanim wewnętrzna dysputa w umyśle Vincenta rozgorzała na dobre, na horyzoncie pojawiła się sylwetka poruszająca się szybkim, zdecydowanym krokiem w stronę ruin. Wysoki mężczyzna wydawał się być niczym nie zaniepokojony i pewny siebie. Gdyby był zwykłym człowiekiem zapewne miałby ciepłą, dobrze płatną posadkę, dom z ogródkiem i grupkę dzieci. Vincent postanowił poczekać, aż mężczyzna rozpocznie to, co miał tutaj do zrobienia i straci czujność. Tymczasem obserwowana postać wyjęła duży słój z ciemnym płynem i na dość dużym fragmencie muru starego kościoła zaczęła malować dziwnie wyglądający piktogram.
Gdy symbol był już dość rozbudowany i zajmował sporą powierzchnię muru Vincent wyszedł z załomu i wycelował w plecy swojej ofiary. Zawsze, gdy tylko miał dobry humor lubił się pobawić ze swoim celem. Postępował zgodnie z wypracowanych schematem - Najpierw uśmiechy, potem kłamstwa, dopiero na końcu kule. Czasami dawało mu to dużo rozrywki, innymi razy powodowało tylko nieprzyjemne komplikacje. Dzisiaj jednak Vincent chciał, żeby wszystko poszło szybko i bez najmniejszych problemów. Chciał mieć to za sobą jak najszybciej. Oddał trzy szybkie strzały w korpus i poczekał aż mężczyzna się odwróci. Na twarzy ofiary malowało się zarazem zdumienie, przerażenie i nienawiść. Nie dając mu czasu na pozbieranie się i skorzystanie z jakiejś sztuczki łowca utworzył na twarzy mężczyzny trzy dodatkowe otwory, kończąc ostatnim, regulaminowym strzałem w serce. Mężczyzna upadł na ziemię. Wypuszczony z rąk słój rozbił się na setki kawałków. Odgłos tłuczonego szkła wydał się anormalnie głośny. Vincent popatrzył ze spokojem na leżące przed nim ciało. Znów zaczęły dręczyć go pytania. Wyższe dobro? Gdzie miejsce na dobro w nieustannym zabijaniu? (Jeśli można mówić o zabijaniu już martwych.) Niszczenie czegoś, czego ludzie nie potrafią zrozumieć wydawało mu się bezsensowne, ale zarazem rozsądne. Jego życie było pełne takich paradoksów. Czyny nie były podporządkowanie jego filozofii, lecz kodeksowi. Ale raz dokonanego wyboru nie można zmienić. Przynajmniej nie w jego przypadku. - Jestem na to za stary - powiedział cicho sam do siebie wyjmując kołek. Nagle usłyszał świst przelatującego obok niego kamienia. Odwrócił się i zobaczył nastolatka z wykrzywioną w groteskowym uśmiechu twarzą. Jego oczy zdradzały że był jednym z nich. Zanim Vincent zdążył wyjąć ponownie swoją broń poczuł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Eol
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…