Łowy
Rzecz o istocie wampiryzmu...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Łowy"
Roman Walczyński zaprzestał prób powstrzymywania łez. Siedząc w głównym salonie swej wielopoziomowej willi wybuchnął płaczem. Był to niecodzienny widok, gdyż, jak sam zwykł powtarzać, w jego żyłach płynie błękitna krew przodków żyjących jeszcze za panowania pierwszych Piastów, co zobowiązuje mężczyznę do godnego przyjmowania na siebie przeciwności losu. Nawet członkowie uciskanej służby widząc go w takim stanie zaczynali odczuwać współczucie. Arystokrata nie zważał jednak na, jakby z pewnością określił takie zachowanie, hańbę i dorzucił kolejną chusteczkę do stosu, który piętrzył się na pobliskim stoliku. Nie potrafił zrozumieć czym zasłużył sobie na tak okrutną karę bożą. Bo musiała być to, według niego, zemsta niebios, gdyż nie potrafił wyobrazić sobie ludzkiej istoty zdolnej do tak podłego występku. * * * Józef Młynarz od niedawna piastował urząd komendanta stołecznej policji i już na wstępie został uraczony tak dziwnym przypadkiem. Zniknięcie w ciągu pięciu dni wszystkich pięciu córek jednego z najbogatszych ludzi w Polsce to sprawa zaiste niezwykła. Tym bardziej, że jego najlepsi policjanci nie znaleźli absolutnie żadnych śladów porwania, zupełnie nikt nie odezwał się z żądaniem okupu, a córki żyły w znakomitej komitywie z ojcem. Żadnych poszlak. Naprawdę dziwna sprawa. * * * Wschodzące słońce odbijało się od metalowej przyczepy miejskiej śmieciarki tworząc wokół niej soczystą pomarańczową aureolę. To był jeden z gorętszych poranków tego lata, dlatego śmieciarze często dodawali sobie energii do pracy klnąc siarczyście. Dwóch młodych chłopców odbijało plażową piłkę nad trzepakiem nieopodal śmietnika. - Te, Mietek! - zawołał jeden ze śmieciarzy. - Chodź no tu na chwilę! - Czego?? - odparł mocno zachrypnięty głos. - O kur...!! Dwaj mężczyźni stanęli przy jednym ze śmietników i nie wiedzieli zupełnie co powiedzieć. Mietek ocknął się pierwszy. - Chyba musim zadzwonić na policję... * * * - Nie przesłyszał się pan, panie komendancie. Znaleźli ją w śmietniku jacyś dwaj śmieciarze - zabrzmiał przez telefon zadowolony głos Mariana Nieszczęsnego, którego w jednostce nazywali agentem P. - Właśnie wiozą ją do kostnicy, ale na pierwszy rzut oka widać, że to ona. Porównałem ze zdjęciem. - Zaraz przyjeżdżam - odparł pospiesznie komendant. Ręce trzęsły mu się delikatnie. To z wrażenia, pomyślał, po czym niezwłocznie zatelefonował do Walczyńskiego. * * * Nie oznakowany policyjny opel przeciął skrzyżowanie na sygnale. Dwaj najlepsi detektywi komendanta Młynarza mknęli przez śródmieście niezgodnie z kierunkiem ruchu, jednak profesjonalizm pozwolił im w tym czasie prowadzić przyjacielską konwersację. - Właściwie dlaczego musimy używać tych durnych pseudonimów? - zapytał Nieszczęsny. - To proste - odparł Andrzej Pawłowski, zwany agentem K. - Jest to jeden ze środków ostrożności, jakich należy używać w naszym fachu. - Chyba nie do końca jeszcze łapię po co - kolejne pytanie zaserwował agent P. Miał do tego prawo. Był młodszy. - Dzięki temu bandyci, z którymi mamy do czynienia, nic o nas nie wiedzą i możemy, jeśli już poznają nasze pseudonimy, zmienić je na inne i wciąż anonimowo inwigilować światek przestępczy. Marian ze zrozumieniem pokiwał głową. * * * - Och! Moja biedna Andżelika - rzekł Roman Walczyński odwracając wzrok od ciała martwej córki. - Czyli rozpoznaje pan zwłoki - zapytał czule komendant, lecz szybko odsunął się w stronę zacienionego kąta, gdy spostrzegł przepełnioną bólem twarz arystokraty. Zapadła chwila nieznośnego milczenia, która, zdawać by się mogło, odbijała się echem od sterylnie białych ścian warszawskiej kostnicy. Martwa, osiemnastoletnia dziewczyna leżała na oświetlonym stole przykryta od stóp po szyję białym prześcieradłem. Opis jej zewnętrznego wyglądu można by, nie pomijając wiele, skrócić do dwóch słów: atrakcyjna blondynka. Ciszę pierwszy odważył się przerwać agent K. Odważył się na taki krok, ponieważ oczom jego ukazał się pewien interesujący szczegół. - Patrzcie! Ona ma na szyi dziwne ślady. - Rzeczywiście - odezwał się agent P. - Ona ma na szyi dwie malutkie dziurki. Czterej mężczyźni z zaciekawieniem pochylili się nad martwą Andżeliką. Cztery zamyślone twarze w skupieniu analizowały sytuację. - Czytałem o tym kiedyś - odezwał się w końcu Walczyński. - Czytałem w pewnej niezwykłej książce... . Panowie, wiem co zabiło moją córkę! - spojrzeli na niego zdziwieni i zaciekawieni zarazem. - Potrzebny nam będzie łowca wampirów. * * * Józef Młynarz siedział zamyślony w swoim gabinecie. Nie został komendantem policji po to, by uganiać się za wymysłami ekscentrycznych milionerów. Zaczął bawić się pluszową maskotką przedstawiającą Kubusia Puchatka. Dostał ją od swej sześcioletniej córki, żeby przynosiła mu szczęście. Jak dotąd przynosiła. Wampirów się zachciewa temu nadętemu arystokracie. I do tego jeszcze wymyślił sobie jakiegoś łowcę wampirów, z którym musimy współpracować. Przecież gdy inni komendanci się dowiedzą, na pewno wyśmieją jego "metody działania". Niemniej jednak nie odważy się odmówić Walczyńskiemu, gdyż arystokrata jest bardzo wpływowym człowiekiem, a on, Józef, na stanowisku komendanta pracuje zaledwie trzeci tydzień. * * * Drzwi gabinetu komendanta warszawskiej policji otworzyły się nagle ukazując postać pani Kasi, uroczej młodej sekretarki. Józef Młynarz szybkim ruchem schował pluszowego misia do szuflady i powitał ją miną zawstydzonego chłopczyka, który udaje, że nie wie kto zmoczył w nocy prześcieradło. Dziewczyna uśmiechnęła się przyjacielsko i zapowiedziała dwóch gości. Komendant zaskoczony nieoczekiwaną poranną wizytą zaprosił mężczyzn do środka. Okazało się, że był to Walczyński w towarzystwie nieznanego mężczyzny. Arystokrata ubrany był w wykwintny czarny garnitur, czarną koszulę i fioletowy krawat. Nieznajomy jegomość miał bujną czuprynę, a jego twarz otaczały gęste bokobrody. Miał na sobie wojskową koszulę i spodnie moro. Po kolorze skóry bystry policjant wnioskował, że nieznajomy pochodzi z któregoś z ciepłych krajów. Mężczyźni przywitali się podaniem dłoni. - Oto Francisco Gonzales - przedstawił gościa Walczyński, gdy komendant potrząsał dłonią nieznajomego. - jest jednym z najwybitniejszych łowców wampirów w Hiszpanii, a może i w całej Europie. - Miło poznać. Przyjechał jak tylko mógł - przywitał się przybysz nie ukrywając iberyjskiego akcentu. - Pan Gonzales zna niemal wszystkie europejskie języki - ciągnął arystokrata - co jest niezwykle pomocną umiejętnością w poszukiwaniu tych podłych stworzeń. Podróżuje po starym kontynencie i tropi bestie. Ten zawód to tradycja jego szanownego rodu, który jest nieodłącznie związany z historią hiszpańskiej inkwizycji. - Gonzales uśmiechnął się nieznacznie. - Pomoże nam schwytać wampira grasującego w stolicy. Prosiłbym pana, panie komendancie o pełną współpracę z naszym gościem. Młynarz westchnął, przytaknął skinieniem głowy i gestem zaprosił przybyłych by usiedli. Łowca rozsiadł się wygodnie w fotelu i założył nogę na nogę. - Pozwoli panowie, że rozjaśnię nieco sytuacja. Zapewne nie wiedzą zbyt wiele o wampiry - rozpoczął wykład. - Ja co nieco słyszałem - ironicznie odpowiedział komendant. - Mają długie kły, za pomocą których wypijają z ludzi krew, boją się słońca i można je zabić jedynie wbijając osikowy kołek w serce. Walczyński potraktował policjanta karcącym spojrzeniem. Francisco uśmiechnął się tylko. - Pan widzi, nie wierzy w wampiry - popatrzył pobłażliwie na Młynarza. - To się często zdarza, normalne. Jednak ja chciałby dać wykład na temat wam pory, by nieco poszerzyć racjonalne horyzonty pana. Pan pozwoli? - Oczywiście - ze skruchą odparł komendant zerkając przepraszająco w stronę arystokraty. - Otóż wampiry to przebiegły stwory. Zapewne wyda się to panom zaskakujące, ale to one wymyśliły wszelki te opowieści i przesądy. Zrobiły to by zwieść naiwny ludzi. Wymyśliły strach przed słońce, by chodząc w dzień odsuwać od siebie podejrzenie. Historia z kołek osikowy to też ich sprawka. Otóż korek wbity w serce wampiry nic nie działa. Wampir pije krew po to, by napełnić tętnice i żyły. Jego serce zbyteczne, bo nie pompuje. Krew sama płynie, bo w żyły jest specjalne narząd popychające, który wyścielają ich ścianki. Czosnek to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Lukier
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…