Wróć do katalogu

Marchewkowy pamiętnik

Dzień z życia nastolatki, która wplątuje się w kolejne nieprzewidziane sytuacje.

ghozty, opublikowano , 1 godz. 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

2014-09-22 | Radosław Duszyński Marchewkowy pamiętnik

Spanie to chyba jeden z najstarszych rytuałów w historii człowieka. Powiedz mi, jaki jest pożytek z psucia jego niepowtarzalnej magii? Kocham to wspaniałe uczucie, kiedy wieczorem można przytulić głowę do poduszki. Ten wszechogarniający człowieka błogostan, kiedy spokojnie można zamknąć oczy i nakryć się kołdrą po same uszy. Trzeba jeszcze tylko zapanować nad rodzącymi się w głowie pomysłami, których czasami, akurat w tym momencie jest spory natłok. Potem można już zatopić się w marzeniach sennych. Gwarantuję Ci, że gdybym mogła, spędzałabym na spaniu o wiele więcej czasu. Niestety, póki co, na taki luksus nie mogę sobie pozwolić. Durny budzik kupiony przez moją szanowną rodzicielkę – z pełnym namaszczeniem umiejscowiony w moim pokoju – jak co rano nie pozwala dokończyć fascynujących przygód rozgrywających się podczas kolejnych snów. Pomyśleć tylko, ile wspaniałych rzeczy tracę przez tego mechanicznego natręta. Nie myśl, że nie próbowałam się go kiedyś pozbyć. Był taki dzień, kiedy moje nerwy, napięte do granic możliwości, po prostu nie wytrzymały. W starciu z młotkiem ojca, to głupie urządzenie nie miało najmniejszych szans. Cały dzień chodziłam dumna jak paw. Jednakże po powrocie do domu i wdrapaniu się po schodach na piętro, całkowicie nowiutki budzik – identyczny z poprzednim – czekał już na szafce. Musiałam wyglądać dość osobliwie, stojąc nieruchomo w drzwiach pokoju i wpatrując się w niego jakby był żywy. Poczułam jakby ten nowy budzik chciał powiedzieć do mnie coś w stylu: Już nigdy się ode mnie nie uwolnisz. Brrr, aż ciarki przechodzą po plecach na samo wspomnienie tego dnia, chociaż minęło już całkiem sporo czasu. Tak, nienawidzę budzików. Była nawet kiedyś taka piosenka, „Śmierć Budzików”, „Martwe Budziki”, „Budzikom Śmierć”, a może „ Śmiertelny Budzik”. Teraz już tego nie pamiętam, ale to w sumie najmniej ważne. W każdym bądź razie, w pełni identyfikuję się z jej przesłaniem. Zawsze mnie zastanawiało, jakim trzeba być masochistą, żeby wpaść na wynalazek tak irytujący, jak zegarek z sygnałem dźwiękowym. Przecież ludzie uwielbiają spać. Mogę się założyć, że ty też, gdybyś tylko był człowiekiem. Ja na pewno uwielbiam spać. Powtarzam to sobie w myślach i jakoś nie jestem w stanie pojąć idei budzika i powodu jego wszechobecności. Dlaczego w środku nocy to urządzenie się po prostu nie zepsuje? O tak, to byłaby miła odmiana. W końcu, stoi u mnie już ponad rok. Chyba należy mu się chwila wytchnienia. – Czas wstawać, moja droga – mówię do samej siebie, rozcierając piąstkami na wpół przytomne oczy. Jak co dzień przypominam sobie, że już najwyższy czas zaopatrzyć się w kolejną paczkę fluorescencyjnych gwiazdek. Sufit jest nimi wręcz usiany, zupełnie jak bezchmurne niebo nocą. Gdzieniegdzie schodzą nawet na ściany. Brakuje ledwie kilkunastu sztuk abym mogła swoje dzieło uznać za zakończone. Zaledwie wczoraj, z łaskawych dłoni mojej drogiej mamusi otrzymałam kieszonkowe na ten tydzień, więc po lekcjach koniecznie muszę się przejść do sklepu. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że muszę to zrobić, zanim pieniądze znikną z bliżej nieznanych mi powodów. Najczęściej dzieje się to, kiedy spaceruję wokół Rynku lub przechadzam się po nowej Galerii. Dodam, że moje pieniądze wręcz uwielbiają mnie opuszczać w Galerii. W jakiś dziwny – tajemniczy wręcz i niewytłumaczalny – sposób strasznie upodobały sobie to miejsce. Pewne wystawy są po prostu skonstruowane w taki sposób, że wielką sztuką jest przejść obok nich obojętnie. Na pewno wiesz, o czym mówię. Gramoląc się spod ciężkiej kołdry, zastanawiam się, czy tak słabo rozpoczęty dzień będzie miał odwagę rozkręcić się jeszcze bardziej, czy pozwoli mi dotrwać do upragnionego wieczora w spokoju. Jestem przyzwyczajona nie za bardzo wierzyć w swoje szczęście, więc mam tylko nadzieję, że jakoś przetrwam każde niespodziewane wydarzenie. – Powodzenia, dziewczyno – szepczę cichutko, w taki sposób, żeby ani przeznaczenie ani boski plan nie mogły niczego usłyszeć. Szybki, letni prysznic stawia mnie na nogi. Podczas osuszania ciała ręcznikiem, pojawia się stara przyjaciółka – gęsia skórka. Sutki także żywo reagują na niespodziewane ochłodzenie organizmu. Z drugiej strony, być może twardnieją z powodu kontaktu z szorstką fakturą ręcznika. Tak czy inaczej, będą sterczeć łobuzersko jeszcze przez parę chwil, zanim nie przyodzieję ciała jakimkolwiek materiałem, gęstszym i lepiej izolującym od powietrza. Następnie w ruch idzie suszarka, prostownica oraz szczotka do włosów. Bez tego zestawu chyba nie wystawiłabym głowy za próg domu. W tym momencie chyba muszę Cię uświadomić. Moje włosy zdają się mieć całkiem ładny odcień jak na kolor rudy, ale okiełznanie tych dzikich loków, bywa najczęściej niesłychanie akrobatycznym wyzwaniem. Nie powinni za to dawać kobietom jakiegoś orderu? Do czasu zakończenia porannej toalety cała moja senność znika w odmętach zapomnienia. Jak zawsze woda zmywa każdy ślad, jaki mógł jeszcze pozostać po scenach zapamiętanych z sennych urojeń. Szkoda, bo jestem pewna, że niektóre z nich były tak piękne i realistyczne, że najchętniej i bez wahania zamieniłabym je w zamian za swoje obecne życie. Przechodząc przez pokój pod obnażonymi stopami czuję chłodną, aksamitną fakturę lakierowanego drewna. Zawsze uwielbiałam chodzić na boso i cieszyć się każdą chwilą kontaktu z różnorakim podłożem. Podejrzewam, iż niewiele osób to potrafi, ale założę się z każdym, że z zamkniętymi oczyma, jedynie za pomocą swoich stóp, rozpoznam każdy przedmiot. Tak wiem, to dziwne, ale ten osobliwy fakt z mojego życia znam tylko ja sama. Od tej chwili, tą informację przechowywać będziesz również ty. Dobrze byłoby, aby mój sekret pozostał w tym gronie. Nie jest to rzecz, jaką człowiek otwarcie chwali się w towarzystwie. Prawda? No, chyba że na imprezie mocno zakrapianej alkoholem, ale na takie nikt mnie nigdy nie zaprasza. Inna sprawa, że zapewne i tak nie zdecydowałabym się z takiego zaproszenia skorzystać. Uchylam drzwi szafy, jakbym miała w jej wnętrzu odkryć przejście do tajemniczego świata Narni. Jedno spojrzenie wystarcza, aby zorientować się, że znowu zapomniałam zrobić w niej porządek. Że też sterta ubrań trzyma się w pionie jedynie do czasu uchylenia drzwi, które ją podpierają. Przydałaby się jakaś siatka czy pasy, podtrzymujące tą ścianę najróżniejszych materiałów. – Zrobię w niej porządek, ale może później – rzucam od niechcenia i zabieram się do przekopywania przez kolejne kolorowe warstwy. Nurkując w tęczowym kalejdoskopie materiałów, udaje mi się natrafić na rzeczy, których niejednokrotnie nie mogłam znaleźć, kiedy były mi akurat niezbędne. Jak to zwykł mawiać mój tatuś: „Nie możesz czegoś znaleźć? Poczekaj aż przestanie być potrzebne.” Mógłbyś mi łaskawie wytłumaczyć skąd rodzice wiedzą takie rzeczy? Czasami mnie to przeraża. W końcu jak często można mieć rację? Granatowy, sportowy podkoszulek na ramiączkach pod spód, a na to luźny, jasno szary sweterek z dużymi oczkami, pozwalający zalotnie odsłonić jedno z ramion. Na tyłek wciągam granatowe, dopasowane dżinsowe rurki z brązowym skórzanym paskiem. Jak już będę wychodzić, na nogi założę brązowe kowbojki. Całości dopełni modna, skórzana kurtka kończąca się sporo przed pasem, powyżej talii. To będzie dzisiejszy zestaw dnia. Coś jak danie szefa kuchni, zaserwowane jako pożywka dla ciekawskich oczu szkolnych krytyków damskiej mody oraz przede wszystkim urody. Zupełnie jakby rzeczywiście się na tym znali. Moja ukochana toaletka wzywa i kusi tysiącami sposobów, na jakie mogę się dziś umalować. Przecież nie mogę się jej opierać. Nie potrzebuję wiele czasu, aby zrobić z tej szarej myszki całkiem ładną dziewczynę. Trochę pudru tu, trochę błyszczyku tam, co nieco tuszu, do tego jakiś delikatny cień i gotowe. Możesz mi wierzyć, że te paręnaście minut spędzonych na wpatrywaniu się w swoją twarz odbitą w tafli lustra i manipulowanie przy niej rękami potrafi zdziałać cuda. Ten czas nigdy nie jest stracony. To jest jak inwestycja w siebie i zawsze tak będę o tym myśleć. Bo cóż może być ważniejszego ode mnie? Szybkie spojrzenie na przytwierdzony czerwoną pinezką do korkowej maty plan zajęć, pozwala mi przypomnieć sobie, jaki dziś właściwie mamy dzień. Następuje analiza tego, co muszę dziś zabrać, zanim zamknę za sobą drzwi domu i ruszę do szkoły. Potem w przewieszanej przez ramię listonoszce ląduje kilka kilogramów martwych drzew, ściętych i przetworzonych specjalnie na ludzkie potrzeby. Zupełnie jakby nie mogły sobie spokojnie produkować tlenu i być nam przydatne w taki sposób, w jaki je stworzyła natura. Niestety, człowiek lubuje się we wszelkiego typu naginaniu wszystkiego do swojej woli. Natomiast ja, jeżeli pójdę nieodpowiednio zaopatrzona, wrócę ze szkoły z uwagą albo jakąś bardzo brzydką oceną, a tego nie da się później w żaden sposób nagiąć. Trzeba się będzie tłumaczyć. Niech sprawdzę jeszcze raz, wybudzanie – zaliczone, gramolenie się z łóżka – było, szybki prysznic – zaliczony, przyodziewek – jest, makijaż dzienny – gotowy, książki i zeszyty – zapakowane. Cóż, teraz muszę jeszcze zejść na dół, do oficjalnej części domu i zapolować w kuchni na przygotowane dla mnie kanapki. Bez nich nie wiem czy przetrwam dzisiejszy dzień. Raczej wydaje się to wątpliwe. Zazwyczaj do czasu długiej przerwy słyszę już, jak mi w brzuchu burczy. Potem kanapki zostają niemalże wchłonięte, zaś kolejne kęsy – popychane aksamitnie-aromatyczną kawą z najbliższego automatu – wesoło spływają do przetwórni. Wiesz chyba, że bez takiego śniadania, biada mi, oj biada. Kilka kroków i mijam próg. Gdy mam już zamykać drzwi mojego małego sanktuarium w mojej głowie zaczyna wyć syrena alarmowa. – O mały włos, a bym o tobie zapomniała Pankracy. Nikt inny nie wyprowadziłby cię na zewnątrz, abyś mógł w spokoju spełnić moje najważniejsze potrzeby – wzięłam głęboki wdech. – Bez ciebie byłabym taka samotna. Wracając do pokoju, myślałam tylko o tym, jak niewiele brakowało żebym zapomniała o moim ukochanym Pankracym. Nie mogę go przecież zostawić zamkniętego w domu na cały dzień. Czułby się tutaj taki samotny, leżąc na szafce w cichym i pustym domu. Co z tego, że nadaję imiona rzeczom, które posiadam? Możesz się śmiać, ale mój iPod jest naprawdę niezbędny tam na zewnątrz, w tym nieprzyjaznym, groteskowym świecie. Kiedy urządzenie w końcu ląduje w kieszeni spodni, czuję ogromną ulgę. Słuchawki zawieszam na szyi i już wiem, dlaczego chwilę wcześniej poczułam się tak nieswojo. Moje przyzwyczajenie zmusiło organizm do reakcji, zanim zdążyła zadziałać pamięć. Zadowolona z siebie, z lekkim uśmiechem na ustach zbiegam po schodach, prowadzących wprost do kuchni. To właśnie stąd do mojego organu węchu dociera woń, mogąca przyprawić głodnego o najstraszliwsze męki. Nie widzę tego, ale gdy zamykam powieki, wyobrażam sobie wędrującą w górę po schodach, lekko rozmytą smużkę dymu, wesoło unoszącego te wszystkie zapachy. Zgaduję, że Mama smaży dla Taty jajecznicę. Codziennie przygotowuje mu śniadanie, zanim ten wybierze się do pracy. Cóż za piękna scenka. Wręcz idylliczna. Przynajmniej mogłaby taka być dla osoby obserwującej to wszystko z boku. Zaledwie tydzień temu Mama wylądowała na pogotowiu po dotkliwym pobiciu przez Ojca. Cóż, może i dobrze mu płacą, ale pracę ma dość stresującą i zdarza mu się niekiedy za dużo wypić. Wtedy łatwo traci panowanie i wychodzi z niego prawdziwy potwór. Coś pokroju Hulka, tyle że mniej zielone i nie aż tak umięśnione. Nie wiem, dlaczego wyobrażając to sobie parsknęłam śmiechem, bo jeszcze tydzień temu zupełnie nie było mi do śmiechu. Nadal mam do Taty ogromny żal i na pewno mu tego tak łatwo nie odpuszczę. – Weronisiu, schodzisz już, czy masz zamiar się dzisiaj spóźnić? Kochana Mamusia, zawsze myśli o tym, co najmniej istotne. Są takie dni, kiedy potrafi być strasznie irytująca. Co najmniej jak mój budzik. – Złaź na dół, Ruda, zabieraj swoje śniadanie i migiem do szkoły! Jak słychać, mój ojciec potrafi wyrazić się krótko i zwięźle. Jest tylko jeden problem, tą właśnie cechę odziedziczyłam po nim ja. To, plus wrodzona kobieca złośliwość, komponowało się w prawdziwie wybuchowy temperament. Tylko przyjrzyj się uważnie, co się będzie zaraz działo. – Jak tego nie zrobię, mnie też pobijesz? Kątem oka zerknęłam na opatrunek przysłaniający lewą skroń Mamy. Przez ułamek sekundy mogłam obserwować to, jak zastyga w bezruchu i szeroko otwiera oczy. W tym momencie wolała uniknąć kontaktu wzrokowego z którymkolwiek z nas. Ojciec za to, wziął głęboki wdech i nabrał do płuc potężną ilość powietrza. Czekała mnie teraz poważna rozmowa. Ratunku! – Jak śmiesz głupia smarkulo – energicznie wstał od stołu i skierował do mnie swoje kroki, strasznie się przy tym usztywniając. – A ty, to co? Uważasz, że wolno ci wszystko, skoro wyrosłeś taki duży i silny, prawda? Zostaw mnie w spokoju! – Przestańcie – wyszeptała mama, chyba bardziej do siebie, niż do nas. – Jeżeli natychmiast mnie nie przeprosisz, pożałujesz tego jeszcze dziś! – Nie masz prawa mnie pouczać, bokserze za dychę – mówiąc to specjalnie zrobiłam krok w jego stronę, żeby pokazać, że się go nie boję. – Opanuj się bezmyślna dziewczyno – wyrzucił z siebie, rozkładając ręce. – Przestańcie – tym razem nieco głośniej. – Dopóki mieszkasz pod moim dachem, nie będę tolerował takiego zachowania – dodał po chwili. – I co zrobisz – prowokowałam go. To głupie, ale nie potrafiłam odpuścić. – Sprawdzasz mnie? Chcesz wiedzieć, do czego jestem zdolny? Nawet się nie spodziewasz, na jakie poświęcenie musiałem się zdobyć, aby dać wam to wszystko, co mamy. Jeżeli nie okażesz mi należnego szacunku, stracisz o wiele więcej niż jakieś głupawe iPody i modne fatałaszki. – Myślisz, że zależy mi na twoich zawszonych pieniądzach? Nie bądź śmieszny. Skoro tak ci ich szkoda, to przestań je na mnie wydawać i nie szantażuj mnie, jakbyś był małym dzieckiem. Nie była to oczywiście do końca prawda, ale nie chciałam dać za wygraną. To nie jest w moim stylu, ot tak się poddawać. Szczególnie, kiedy jestem w samym środku szalejącego huraganu. – Przestańcie – Mama zaczynała podnosić głos i wstała zza stołu. – Jesteś pusta i rozpuszczona. Zawsze powtarzałem twojej matce żeby nie traktowała cię ulgowo. Gdyby mnie posłuchała, wiedziałabyś gdzie twoje miejsce. – Jasne, więc teraz jesteś jeszcze specjalistą od wychowania. Przecież ciebie nigdy nie było w domu, kiedy byłeś naprawdę potrzebny. Co ty możesz wiedzieć o relacjach pomiędzy mną a mamą? Śmiać mi się chce. – Koniec tego dobrego! Od dziś masz szlaban na tydzień. Jak się nie poprawisz i nie przeprosisz, przedłużę tą karę. Będę to robił do czasu, kiedy zrozumiesz, jaka hierarchia obowiązuje w tym domu. – Gadaj zdrów, ojczulku – parsknęłam na niego. Do tego czasu, twarz Ojca przybrała barwę dojrzałego buraka. Gdzieś w środku czułam, że to wszystko nie może się skończyć dobrze, ale jakiś wewnętrzny głos nie pozwalał mi odpuścić. Ego, honor, nieważne jak to nazwiesz. Chciałam z nim walczyć, mimo że nie miałam najmniejszych szans na wygraną. Po ostatnim zdaniu chciałam odejść, ale nie pozwolił mi na to. Zagrodził drogę i szarpnął za przedramię żeby mnie zatrzymać. Chciał coś zrobić, albo coś powiedzieć, ale nie dostał takiej szansy. Uprzedziła go Mama energicznie wskakując pomiędzy nas i krzycząc najgłośniej jak tylko mogła. – Przestańcie w końcu! – Z oczu płynęły jej łzy, zostawiając na policzkach ciemne smugi rozmytego tuszu. Ojciec natychmiast zwolnił chwyt, próbując zapanować nad nerwami. Postanowiłam dłużej nie wdawać się w nieprowadzącą do niczego, całkowicie bezsensowną dyskusję i ominęłam rodziców szerokim łukiem. Po drodze chwyciłam woreczek z kanapkami i jak najszybciej skierowałam się do drzwi wyjściowych. Zdążyłam jedynie usłyszeć jak Ojciec wykrzykuje do Mamy, że nie ma zamiaru utrzymywać darmozjada, który go nie szanuje i dodatkowo uważa szkołę za cyrk. Mama ledwo powstrzymywała się od płaczu. Cały Ojciec – pomyślałam. Szkoda mi było Mamy, ale wiedziałam, że nic tam po mnie. Będą musieli rozwiązać swoje problemy sami, we dwójkę. Teraz pragnęłam oderwać swoje myśli od ciężkiego poranka i wypełnić głowę czymś bardziej pozytywnym. Minęłam rząd willi i pośpiesznie skręciłam w lewo, aby móc zniknąć pomiędzy drzewami pobliskiego parku. Całe szczęście, że najkrótsza droga do szkoły biegnie akurat tędy. Dzięki temu nie muszę słuchać warkotu silników samochodów, kręcących się akurat w pobliżu Tesco. Nie jestem też zmuszona do wdychania ich śmierdzących spalin. Pod nogami zaszeleściły rdzawe liście. Jesień dawała z siebie ile tylko była w stanie. W ciągu kilku ostatnich dni, pogoda łamała się coraz bardziej. Zniknęło całe ciepło lata. Jego miejsce zajęły chłodne podmuchy powietrza, a słupki rtęci widocznie zmalały. Wszystko to działo się tak nagle, jakby warunki atmosferyczne już od dawna czekały, na zmianę pór roku. Niestety, to przypominało mi, że już niedługo temperatura spadnie poniżej zera i zacznie padać śnieg. Już nie mogę się doczekać, kiedy drzewa zamienią usychające liście na delikatny, biały puch i cienką warstwę przepuszczającego promienie słoneczne lodu. Ten moment zimy zawsze był dla mnie magiczny i pozwalał przymknąć oko na ilość warstw ubrań, jaką trzeba było na siebie założyć. Ty na pewno też masz coś, co lubisz w zimie, mimo że bywa przeraźliwie nieprzyjemna, a mróz potrafi nieźle dać człowiekowi w kość. Sięgając ręką do kieszeni odszukałam odpowiednie przyciski na Pankracym i chwilę później mogłam się cieszyć płynącą ze słuchawek melodią. Pierwszą piosenką na liście była – jak zawsze zresztą – moja ukochana ballada, która działała niczym najlepszy środek na uspokojenie. Jej poszczególne nuty, docierając przez przewody słuchawek, wwiercały się w moją świadomość, za każdym razem wywołując uczucie mrówek biegających po całym ciele. Był to utwór „Shelter” z repertuaru jakże genialnej, choć zaledwie szesnastoletniej Jasmine van den Bogaerde. Dziewczyna znana szerokiej publiczności pod dźwięcznym pseudonimem Birdie miała magiczny głos, który w połączeniu z dostojnym brzmieniem fortepianu, od pierwszego razu zrobił na mnie spore wrażenie. Zastanawiało mnie także, jakie szczęście ma ta dziewczyna. Ja będąc jej rówieśniczką, nie widzę dla siebie możliwości zrobienia takiej kariery. Na pewno nie mieszkając tu gdzie teraz. Kolejne kroki stawiałam powoli, nieśpiesznie. Chciałam jak najdłużej cieszyć się tajemniczym klimatem parku oraz niepowtarzalną harmonią muzyki. Wsłuchując się w następujące po sobie liryczne utwory, udało mi się sprawić, że złe uczucia uleciały niczym niechciane wspomnienia. Jeszcze przed ostatnimi dźwiękami pierwszej piosenki, wyparłam z pamięci całą kłótnię z ojcem. Dalej było już tylko bardziej magicznie i odprężająco. Na pewno przyjdzie czas, że wrócimy do tematu dzisiejszego burzliwego poranka, ale w tej chwili myślenie o tym nie było mi do niczego potrzebne. Minęłam pierwsze wzniesienie oraz stary plac zabaw, wybudowany w małej dolince. Plac ten, pomimo że podupadał i przydałby się mu generalny remont, cieszył całe mnóstwo dzieciaków. Rodzice ze swoimi pociechami, lub babcie z wnuczętami chętnie odwiedzali to miejsce. Latem, okoliczne drzewa dawały przyjemny cień, a poza tym było daleko do najbliższych ulic i w miarę łatwo dało się obserwować, co robią dzieci. Mnie samej nadal zdarza się tu gościć, kiedy razem ze znajomymi nie mamy pomysłu na to, co danego dnia ze sobą zrobić. Zawsze uważałam, że każdy z nas powinien mieć miejsce, do którego może się udać, aby oderwać swoje myśli od rzeczy nieprzyjemnych. Te, było z całą pewnością moje. Po wdrapaniu się na kolejną górkę, widziałam już mały wiadukt, ku któremu prowadził – przecinający cały park – główny chodnik. Zbiegały się w nim wszystkie okoliczne dróżki oraz wydeptane ścieżki. Każda osoba przemierzająca park, musiała pod tym wiaduktem przejść, chyba że chciała wspiąć się na wał i przeciąć tory. Mój wzrok automatycznie powędrował w prawo, gdzie znajdowało się prowizoryczne boisko, zwane przez miejscowe dzieciaki „Łemblej”. Zawsze wydawało mi się to śmieszne, ale w zasadzie nigdy mnie nie obchodziło, jak to miejsce nazywano. To i tak najmniej ważna rzecz w moim życiu, a zapewne także i na świecie. Nie uważasz, że skoro ich to bawi, to boisko może się nazywać jakkolwiek? Za boiskiem ziemia powoli wznosiła się do góry, gdzie stał stary pomnik, zniszczony w głównej mierze przez upływ czasu i znudzoną młodzież. Lubiłam się mu przyglądać i wymyślać związane z nim wydarzenia. Nie mam pojęcia, jaka była historia tego miejsca, ale trafiłam kiedyś na starą fotografię, zrobioną zapewne jeszcze w czasach jego świetności. Wtedy był porośnięty kolorowymi kwiatami i pnączami, co tworzyło niesamowity efekt. Będziesz musiał mi uwierzyć na słowo, ponieważ to już przeszłość. Obecnie można sobie popatrzyć jedynie na stertę brudnych, zaniedbanych kamieni. Jedyną „ozdobą”, pozostawała radosna twórczość lokalnych wandali, którzy za punkt honoru obrali sobie wymalowanie sprayem każdego niezajętego przez innych kamienia. Bezmózgie wyrostki zaopatrzone w grzechoczące puszki myślą, że mogą sobie mazać gdzie im się tylko zechce. Smutne, ale prawdziwe. Na pomniku siedziała jakaś grupka młodzieży. Nie znasz ich, ale ja bez większego problemu, nawet z daleka poznałam, kim byli. Ich sylwetki nie dawały mi niekiedy spać spokojnie, powracając w kolejnych sennych koszmarach. Na pewno dobrze wiesz, że w każdej szkole, a nawet w każdej klasie znajdują się osoby, które czegoś ci zazdroszczą. Z czasem zazdrość przeradza się w złośliwość, a oni wszyscy, ze wszystkich sił dążą do tego, aby zamienić twoje życie w piekło. Ta grupka od początku robiła wszystko, aby pokazać, kto jest górą. Tych kilka osób miało zapisane na czele swojej listy, właśnie moje nazwisko. Nienawidzili mnie i starali się uprzykrzyć mi każdy dzień. Czasami wydawało mi się, że sami nie za bardzo wiedzą, dlaczego to robią. W ten sposób, sama z czasem nauczyłam się nienawidzić ich z całych sił. Nie zmieniało to oczywiście faktu, że mieli nade mną liczebną przewagę. Pięć osób, z którymi nienawidziłam się do szaleństwa. Dziewczyny mają pierwszeństwo, więc od nich zacznę. Na początek, Kamila i Beata – dwie wylaszczone zdziry, za którymi oglądała się większość chłopaków w „dwunastce”. Jak dla mnie bardziej sztuczne od większości produktów spożywczych, jakie ostatnio królują na sklepowych półkach. Nigdy nie słyszałam, aby z ich ust padło cokolwiek bardziej sensownego niż słyszy się w telewizyjnych reklamach. Z drugiej zaś strony, z tego, co udało mi się podsłuchać, do ich ust trafiały ostatnimi czasy bardzo konkretne rzeczy. Strasznie tępe dzidy. Następni są Jakub i Marek – dwóch zidiociałych chłopców, mających o sobie zbyt duże mniemanie. Jedyne co potrafią, to pić i przeklinać, w tym nikt im chyba nie dorówna. Czasami zastanawiam się, czy nie są bardziej durni niż dziewczyny. Co prawda udają twardzieli, ale ja doskonale wiem, że gdyby pojawiło się najmniejsze zagrożenie, zniknęliby w mgnieniu oka. Nigdy nie widziałam, żeby zrobili cokolwiek pożytecznego. Nie wiem, jak można im zaufać, a już na pewno nie jestem w stanie zrozumieć, jak można się z nimi przyjaźnić. Rafał – wysoki, dobrze zbudowany sportowiec, o kwadratowej linii szczęki. On był z nich najgorszy, a pozostała czwórka była w niego całkowicie zapatrzona. Kiedy on mówił, że mają podskoczyć, oni pytali jak wysoko. Bezmyślne roboty, posiadające jednak na tyle dużo instynktu samozachowawczego, żeby żerować na jego popularności. Od samego początku Rafał napawał mnie obrzydzeniem. Z całej piątki na pewno jest najgorszym okazem. Cham i prostak, gdybym miała określić go w dwóch słowach. Jednak, najgorsze w nim jest to, że większości ludzi to nie przeszkadza. Jego oczywiste wady przysłania im dynamiczny rozwój jego kariery sportowej. Jest na tyle obiecującym piłkarzem, że to zapyziałe miasto już zaczyna robić z niego bohatera, mimo że, jego sława jeszcze nie dotarła do granic naszego województwa. Czy nie uważasz, że to bardzo ciekawa gromadka? Często dziwi mnie fakt, w jaki sposób taki stereotypowy zestaw osób odnajduje się w różnych społeczeństwach. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wątpię też, żeby ta odpowiedź była dla mnie zadowalająca. Niestety, jako dziewczyna wywodząca się z dość bogatego domu, nie mogłam liczyć na to, że wszyscy będą mnie lubić. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. W tej kwestii nigdy nie próbowałam się oszukiwać. Zawsze była szansa, że połowa ludzi wokół mnie, bardziej lubiła pieniądze moich rodziców, niż mnie samą. Druga połowa gardziła nimi, przenosząc to uczucie na jedyną dostępną dla nich osobę – na mnie. Przez to właśnie odcięłam się od otoczenia. Kiedy o tym pomyślę, sama się sobie dziwię. W końcu opowiadam Tobie o bardzo intymnych sprawach z mojego prywatnego życia. Z nikim dotąd w taki sposób nie rozmawiałam. Nigdy. Ale ty różnisz się od nich wszystkich. Jesteś kimś wyjątkowym. Nie do końca wiem dlaczego, ale czuję to gdzieś głęboko w środku. Wracając do tematu, nawet z posiadaniem koleżanek i kolegów jest u mnie ciężko. Tak naprawdę, to chyba nie chcę ich mieć, może ich nawet nie potrzebuję. Kiedyś próbowałam nawiązać kilka znajomości, ale zazwyczaj kończyły się one totalną katastrofą. Zbyt wiele razy byłam głupia i naiwna, przez co pozwalałam się zranić. Ostatnio staram się być o wiele mądrzejsza, niż dawniej. Wiedząc, jak potrafią zachowywać się ludzie, nauczyłam się na to odpowiednio reagować. Jednakże, zawsze kiedy wydaje mi się, że już do tego przywykłam i umiem się przed nimi bronić, zdarza się coś, co przypomina mi, że na każdym kroku powinnam się pilnować. Zawsze. Tym razem wcale nie było inaczej. Zanim zdążyłam dotrzeć do małego tunelu prowadzącego pod torami, grupka z pomnika ruszyła w moim kierunku. Ja tymczasem starałam się sobie przypomnieć, która z moich stóp zaraz po przebudzeniu pierwsza dotknęła podłogi. Założę się, że była to właśnie lewa. – Kogóż to moje piękne oczy widzą? – usłyszałam, gdy grupka znajdowała się kilka metrów ode mnie. – Mieliście rację, ona chodzi tędy do szkoły. – Mówiłem ci, Rafał. Codziennie przechodzi przez nasz park, a nie pamiętam, aby kiedykolwiek poprosiła o oficjalne pozwolenie. – Czego tym razem ode mnie chcecie, łachy? – Nie pozwoliłam im zbyt długo czekać na moją reakcję. – Bezczelna, jak zawsze, co? – Dla was nie robię wyjątków. Żegnam! – Ruszyłam do przodu. Jakub i Marek szybko zagrodzili mi drogę pod wiadukt. Dziewczyny stały tylko, obserwowały i szeptały coś pod nosem, chichocząc denerwująco. – Nie tak szybko, ruda szmato – odezwał się jak zawsze szarmancki Rafał. – Nie załatwiliśmy jeszcze wszystkich formalności. – Dajcie mi przejść, debile i skończmy tą błazenadę. Park jest dla wszystkich. – No i właśnie tutaj się mylisz, zapyziała marchewo. Park jest dla najsilniejszych, a ty do nich nie należysz. Czyż nie? – Na pewno nie, kiedy was jest pięcioro, a ja sama. – Przecież ty zawsze jesteś sama. Nie masz żadnych przyjaciół, a z tego, co mi wiadomo, twój ojciec to pijak – Rafał uśmiechnął się złośliwie, reszta prychnęła. To zabolało. Poczułam jakby zimna stal przeszywała moje serce. Skąd on mógł o tym wiedzieć? Może widział ojca gdzieś na mieście. Co za okrutny niefart. – Proszę, proszę. Ktoś zaniemówił z wrażenia. Czyli jest sposób na zamknięcie tej niewyparzonej, krzywej gęby. Głośne plaśnięcie przerwało wypowiedź Rafała. Na jego twarzy odznaczył się czerwony, pięciopalczasty ślad mojej dłoni. Widać było jak krew zawrzała mu w żyłach. Napiął chyba wszystkie mięśnie, o jakich wiedział, a jego oczy zapłonęły złością. Chwilę później zgięłam się wpół i osunęłam na ziemię, kiedy jego potężny cios dosięgnął mojego brzucha. Na chwilę straciłam panowanie nad własnym ciałem, czując jak wnętrzności przemieszczają mi się w nowe miejsca. Klęczałam, wspierając się rękami na ziemię i o mało nie zwymiotowałam. W jakiś sposób udało mi się złapać utracony oddech. – Sprawiło ci to przyjemność, jaskiniowcu? – Mówiłam przez zaciśnięte zęby. – Jak najgorszy tchórz, lubisz bić bezbronnych? – Zajebię tą sukę – krzyknął, lecz nie zdążył już niczego zrobić. Pod wiadukt, od jego drugiej strony, koziołkując wtoczył się niewielki kamień. Echo, zwielokrotniło ilość jego odbić. Uderzył o ścianę i zatrzymał się pośrodku przejścia. Dało się słyszeć szybko stawiane kroki. Chwilę później, w poszukiwaniu kamyka, pod wiadukt wbiegł pies. Tego szarego Sznaucera poznałabym wszędzie. Często widziałam go i jego właściciela, spacerujących parkowymi uliczkami. Nie znaliśmy się, ale doskonale kojarzyłam ich z widzenia. Pomyśl, jaki to niewiarygodny zbieg okoliczności, że akurat w tej chwili byli na spacerze. – Jeszcze wrócimy do naszej rozmowy – powiedział Rafał wycofując się razem ze swoja świtą, kiedy właściciel psa pojawił się na drugim końcu tunelu. – Co za matoły – powiedziałam bardziej do siebie, niż do nich, wstając z ziemi. Otrzepałam brudne ślady z kolan i ruszyłam dalej jakby nic się nie stało. Powinnam już być pod szkołą – pomyślałam. Być może, gdyby ojciec mnie nie poganiał, nie spotkałabym ich. Jak myślisz? Mijając psa, chciałam go pogłaskać. Wiedziałam, że nie zrozumie podziękowania, ale chciałam w jakiś sposób zaznaczyć to, że wybawił mnie z opresji, przybywając w ostatniej chwili, prawie jak filmowy bohater. Ten jednak, był zbyt zajęty pilnowaniem swojej upragnionej zdobyczy, która teraz wesoło odbijała się pomiędzy jego zębami i pobiegł dalej, nie zwracając na mnie swojej uwagi. Minął mnie także jego właściciel, niewysoki chłopak, z długimi włosami spiętymi gumką u podstawy karku. To, co mnie w nim intrygowało, to fakt, że zawsze chodził ubrany na czarno. Za każdym razem, kiedy go spotykałam, zastanawiałam się, czy ma w swojej szafie jakiekolwiek inne ubrania. Chociażby w kolorze brązowym, szarym czy granatowym. Nigdy nie widziałam go w kolorze innym jak czerń. Nie wydaje ci się to ani trochę dziwaczne? Pozostałe kilkaset metrów drogi do szkoły pokonałam już bez nieprzyjemnych przygód. Stawiałam kroki dość pośpiesznie, zerkając na boki, w obawie, że grupa Rafała nadal jest gdzieś w pobliżu. Nie pojawili się, ale dopiero po przekroczeniu drzwi szkoły mój puls zaczął się uspokajać, aby dać odpocząć sercu. Przez chwilę zakręciło mi się w głowie i straciłam równowagę, ale oparłam się o ścianę i poczekałam, aż to uczucie minie. Chwilę później wdrapałam się na pierwsze piętro i skierowałam prosto do sali, w której już zdążyły zacząć się zajęcia. Nie chciałam zwrócić na siebie zbyt wielkiej uwagi, ale nic z tego nie wyszło. Stara sprężyna głośno rozprężyła swoje zwoje, kiedy nacisnęłam na klamkę. Drzwi ustąpiły i zaskrzypiały wtórując jej w najbardziej złośliwy sposób. Poczułam, jak każdy włos na moim ciele staje na baczność. – Jednak zdecydowała się panienka zaszczycić nas swoją obecnością? – Dzień dobry i przepraszam – wydukałam spuszczając wzrok. – Dobrze, dobrze. Zajmij swoje miejsce i nie przeszkadzaj więcej. Dość już tego, że swoim wejściem zepsułaś całe moje skupienie i wybiłaś mnie z rytmu. – Nie specjalnie. To drzwi… - nie dokończyłam zdania. – Oczywiście, że to drzwi są winne. W końcu nie mogą się bronić, czyż nie? Cała klasa zachichotała. Miałam ochotę im wygarnąć, ale w porę doszło do mnie, że dość już mam dziś kłopotów. Zajęcia z języka polskiego prowadziła, na oko pięćdziesięcioletnia, zapatrzona w dzieła rodzimej literatury, pani Maria Łukomska. Zawsze podziwiałam jej zapał, ale jednocześnie nienawidziłam, jako wymagającej pani profesor. Miała taką dziwną tendencję, do udowadniania ważności tego, co robiła. Wszystko z otaczającego nas świata, mogłoby dla niej nie istnieć, dopóki pozostałaby literatura i program nauczania języka polskiego. Kolejne trzydzieści pięć minut minęło mi na strasznej nudzie. Pod koniec zajęć, nie wiedziałam już, jakie szlaczki rysować na marginesach, aby nie zasnąć. Na niewiele się to zdało, ponieważ oczy same mi się zamykały. W pewnym momencie poczułam jak moja głowa opada, ześlizgując się z podpierającej ją dłoni. Zanim zdążyłam otworzyć oczy i zareagować, było już za późno. Potężne plaśnięcie znowu przerwało trans nauczania. Moja twarz, spotkała się z blatem ławki z taką prędkością, że w głowie zahuczało mi co najmniej sto wybuchających jednocześnie min przeciwpiechotnych. Nie widziałam tego, ale jestem całkowicie pewna, że wszyscy w klasie podskoczyli najwyżej jak potrafili. Kiedy pani Maria upewniła się, że nic wielkiego mi się nie stało, pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było zaprowadzenie mnie pod gabinet dyrektora – Stanisława Makowskiego. Miałam nadzieję przetrwać kolejne lekcje i oddalić się od szkoły jak najdalej się da, niestety jak widzisz skutecznie to sobie utrudniałam. W zasadzie wystarczyłoby położyć się nieco wcześniej poprzedniego dnia. Może nawet w ciągu całego minionego tygodnia mogłam się więcej wysypiać, ale miałam na głowie ważniejsze rzeczy. W końcu, wszyscy wyśpimy się po śmierci. Nie mam racji? Gdy dyrektor w końcu zaprosił mnie do swojego biura, nie był w najlepszym humorze. Nie wyglądał ani na przyjaźnie nastawionego, ani jakby jego dzień rozpoczął się lepiej od mojego. Surowa mina doskonale komponowała się z jego oficjalnym, grafitowym garniturem. Cierpliwie poczekał aż zajmę miejsce na krześle naprzeciw jego biurka. Jak zawsze zerkał spod swoich okularów, nie unosząc głowy znad sterty papierzysk zalegających na jego biurku. Swoją torbę położyłam niedbale na podłodze, obok niezbyt wygodnego krzesła, na którym po raz kolejny przyszło mi siedzieć. Czekałam, aż się odezwie. Minęła dość długa, trochę nudna i całkowicie milcząca chwila, zanim zdecydował się odezwać. – Drogie dziecko, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jesteś w najlepszej sytuacji? – Zapytał swoim niskim głosem, utrzymując kontakt wzrokowy wyłącznie ze swoimi dokumentami. – Myśli pan, że jestem głupia? – Wiedziałam, że tak zwrócę jego uwagę. – Właściwie, to coraz częściej sama nam wszystkim to udowadniasz. – Ciekawe jak – odchyliłam się do tyłu i splotłam ręce na klatce piersiowej. – Notoryczne spóźnienia, pogorszenie się średniej ocen, nieposłuszeństwo, niewyparzony język – tutaj przerwał cmokając wymownie. – Mogę wymieniać dalej, jeśli tylko zechcesz. – Gdyby w szkole było ciekawie, zapewne przychodziłabym jeszcze przed czasem. Średnia ocen natomiast, ma się nijak do mądrości. Określa jedynie moje wyuczenie i oczytanie, obliczone przy pomocy waszych przestarzałych metod. Nie uznaję także za odpowiednie, być posłuszna osobom, które nie słuchają nikogo poza samym sobą. Jeżeli zaś chodzi o mój sposób wysławiania się i szczerość, odziedziczyłam ją po moim drogim ojcu. Wszelkie reklamacje proszę składać bezpośrednio do niego. Coś jeszcze? Pan Makowski w końcu oderwał wzrok od papierów i podniósł głowę. Spojrzał na mnie i chyba oceniał to, co usłyszał. Czułam jak prześwietla mnie na wskroś swoimi ciemnymi oczami. Na pewno układał sobie w głowie dobrą odpowiedź. – Nikt nigdy nie mówił, że szkoła ma być placem zabaw i przyjemnością. Ona ma was jedynie przygotować do życia w prawdziwym świecie. A ten świat nie jest ani przyjazny, ani zabawny. Na twoje nieszczęście, szkoła jest obowiązkowa. Natomiast o średnią martwię się, ponieważ wiem, że stać cię na więcej. Jesteś bystra i utalentowana. Szkoda tylko, że nie umiesz współpracować i odpowiednio wykorzystać swoich talentów. Z drugiej strony, nauczyciele mają z założenia być wymagający i stawiać przed wami coraz trudniejsze wyzwania. Mają się skupić na przekazaniu wam swojej wiedzy i nauczyć jak zdobywać ją później samemu. Na koniec, oni rozliczają was, a ja rozliczam ich. Jeżeli wyniki rozliczeń nie są zgodne z oczekiwaniami, pojawiają się kary. Nie zrozum mnie źle, cenię sobie twoją szczerość, ale powinnaś nauczyć się pokory i potrafić powściągnąć nerwy, kiedy sytuacja tego wymaga. Nie jest to proste ani łatwe, ale wierz mi, bardzo często pomaga. – Świetnie, teraz zagada mnie pan i przy okazji zanudzi na śmierć. Czy w ten sposób już zaczynam odbywać swoją karę z powodu niesprostania oczekiwaniom? A może ma pan coś bardziej błyskotliwego w zanadrzu? Coś, co na pewno zmusi mnie do myślenia. – Nie chcesz sobie pomóc, więc będę zmuszony zaprosić na spotkanie twoich rodziców. Może oni będą wiedzieć, co zrobić i podadzą jakieś światłe pomysły. – Co!? – Zaprotestowałam. Tego ruchu się nie spodziewałam. – Skoro – jak już ustaliliśmy – oni są winni tego, kim jesteś, będziemy musieli to omówić wspólnie. Razem na pewno wymyślimy odpowiednią terapię dla zbuntowanej damy twojego pokroju. Zgodzisz się ze mną? Ten pomysł przeważył szalę. Przegrywałam i nie było możliwości tego zmienić. – Co mam zrobić, aby tego uniknąć? – Zapytałam, zaciskając zęby. – W końcu zaczęliśmy rozmawiać jak ludzie – jego usta wykrzywił dziwny uśmiech. – Założę się, że damy radę uniknąć radykalnych środków. Jesteś mądrą dziewczyną, a ja właśnie takiej potrzebuję. Jego wzrok powędrował w dół, wracając do skanowania kolejnych dokumentów, których nie zdążył nawet odłożyć. Byłam w podziwie, jaki był spokojny i opanowany. Myślisz, że te cechy przychodzą z wiekiem, czy z wykonywanym zawodem? Tego chciałabym się dowiedzieć. – Chciałbym abyś wyświadczyła mi niewielką przysługę. Myślę, że jej charakter przypadnie ci do gustu. – Zamieniam się w słuch – odpowiedziałam ironicznie od niechcenia. – No, z takim podejściem możemy popracować – spojrzał na mnie z bardzo poważną miną i tym razem poczułam, jakby utkwił swój wzrok głęboko w mojej czaszce. – Jak zapewne wiesz, w naszej szkole rozprowadzane są nielegalne środki uzależniające. Przez chwilę poczułam jak włoski na całym ciele stają mi dęba. – Nic o tym nie wiem. – Proszę, nie zaprzeczaj. To, że w tych murach powstał mały rynek zbytu dla różnego rodzaju świństw, jest dla mnie tak samo oczywiste, jak twoje coraz częstsze wizyty w moim gabinecie. Jak się domyślam, ty nie masz z tym nic wspólnego. – Nic a nic. Przysięgam. – Nagle zrobiło mi się dziwnie ciepło. – Dlatego właśnie – pomimo swoich wad – możesz się okazać bardzo pomocna. Wystarczy jedynie trochę dobrych chęci z twojej strony i część z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych