Wróć do katalogu

Marian Wszechmogący.

O Marianie co moc miał.

Petrusso, opublikowano , 20 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zanim Marian odkrył moc był całkiem zwyczajny, nazywał się Perzyna i mieszkał przy drodze, w półdomu. Drugie pół porąbał i po kawałku zawiózł bratu, co chciał żeby go spłacił, bo poszedł na żony. Ale Marian pieniędzy nie miał. Dwie noce i dwa dni rąbał wzdłuż okna, co wypadało na środku. Gdy skończył zaprzągł starą Kiśkę, na wóz nakład ile się dało i krzyknąwszy: „Ejta, wio!” ruszył. Pół dachu, pół drzwi, pół sufitu i pół podłogi woził do południa. Potem odpoczął. Jak słońce przestało grzać zawiózł resztę: pół stołu, pół krzesła i połówki talerzy. Potłukł gliniane garnki, miski, poprzedzierał prześcieradła i obrusy. Na koniec przerąbał wóz i starą Kiśkę wzdłuż grzbietu. Brat postukał się w głowę i kazał mu się wynosić. Marian zabrał swoją połowę wozu, część kobyły, która mu się należała i zaciągnął do siebie. Usiadł na schodach i westchnął z ulgą: „No to brata spłaciłem”.

Marian z bratem zostali sierotami przez szatany. Ojciec z matką myśleli, że to prawdziwki. Nasmażyli całą patelnię, zjedli i w strasznych boleściach pomarli. Marian miał wtedy czternaście lat a Wacek osiemnaście. Na krótko śmierć ich połączyła. Niedługo potem Wacek zaczął pić. Spraszał do domu kolegów na libacje a dziewczyny na macanie i te rzeczy, których Marian strasznie się wstydził, chociaż nie wiedział czemu. Jak zamykali się w pokoju, to słyszał tylko sapanie, przez dziurkę od klucza widział nogi i gołe półdupki. Jak skończyli, Marian czasem próbował się podpytać Wacka, co takiego robi, że się przed nim zamyka. Wacek wtedy krzyczał: „Ty gówniarzu smarkaty, za mały jesteś na takie rzeczy!” albo jeszcze gorzej: „Zjeżdżaj ośli bobku, bo ci kulasy połamię!.” Któregoś razu Wacek był tak pijany, że zapomniał o drzwiach. Wtedy wszystko zobaczył. Zrozumiał, że jego brat nie jest całkiem człowiekiem. Ma w sobie coś z psa. Jak pies wspina się na kobietę i jak pies przy tym dyszy wywalając język. Znienawidził go i bał się, że Wacek jak wściekły pies może go kiedyś pogryźć.

Mieszkał Marian w półdomu i wcale mu to by nie przeszkadzało gdyby nie droga. Marianowi nie o kurz, ani nawet o hałas chodziło. Najgorsi byli ludzi a najbardziej ich oczy. Czuł je na sobie, w dzień i w nocy. Któregoś razu nie mogąc zasnąć dostrzegł na sobie wzrok. Oczy patrzyły gdzieś z góry, jakby z chmur. Były duże, Marian pomyślał, że to Bóg się mu przygląda i upadł na kolana. Oczy z góry patrzyły się przez jakiś czas, aż przestały. Zamknęły się i wszystko wróciło do normy. Oprócz Mariana. Nie mógł spać. Czuł w sobie wielką siłę, z którą nie wiedział co począć. Siłą była w nim i ciągle rosła. Czuł, że mógłby wszystko i wszystkich. Buzował w nim ogień, w miejscu, gdzie zwykle u ludzi bywa serce, żarzył się rozpalony do czerwoności węgiel. Nie chciało mu się jeść ani spać, nie czuł zmęczenia ani bólu. Chodził w kółko i myślał. A że nie był wielkim myślicielem nic nie wymyślił, usiadł i siedział.

Niedługo potem we wsi wydarzyła się tragedia. Ktoś a może coś zatruło w jeziorze wodę. Krowy, które się wody napiły zdechły. Leżały puchnąc w lipcowym słońcu. Ludzie bali się do nich podejść, tylko Marianowi jakiś głos mówił: „Idź!”, „Idź!”. Marian zawsze był posłuszny, więc poszedł. Zatrzymał się nad pierwszą, biało-czarną krasulą Borowych. Wyciągnął ręce, poszeptał coś, potem dotknął łba. Krowa z rykiem zerwała się i wierzgając racicami pobiegła, jak wściekła. Marian podchodził do następnych. Wyciągał ręce, szeptał, ledwie dotykał a zwierzę jak rażone prądem zrywało się całkiem zdrowe, chociaż trochę niespokojne. Zbiegła się cała wieś. „Cud, cud”, niosło po jeziorze echo. Kobiety rzuciły się na Mariana obcałowując go, mężczyźni ściskali mu ręce i klepali po plecach. Marian zawstydzony, nie potrafił wytłumaczyć jak to się stało, dlaczego gdy dotyka padłe, ożywa, jak to w ogóle możliwe. Glos zabrał jako najstarszy, sołtys. -Przecież o takich rzeczach nigdy nie słyszano, o takich rzeczach pisało Pismo, ale to było dawno. Tego, co to robił, ukrzyżowano i miał wrócić dopiero, gdy się czas wypełni. -Skąd wiecie sołtysie, czy czas się nie wypełnił. Może dni, które miały być, już były? – zarechotał rudy Janek Gręda. -Znaki by jakieś na niebie były, a tu nic, tylko Marian... – zatrwożył się ktoś w tłumie. -A może Marian jest znakiem? -Jak Marian może być znakiem, kiedy on jest Marianem. Przecież wiemy kto on! – oburzył się sołtys. – Gdyby Marian był jakimś znakiem, to by się chyba dało zauważyć? Oczy miałby jakieś błędne, a on patrzy normalnie. -Kim jesteś Marianie i skąd przybywasz? – zapytała Zawadzka padając na kolana, żegnając się i bojaźliwie zerkając w górę. Marian po ludzku zaczerwienił się. -Ja Marian, ja stąd, znacie mnie od małego, tam jest moje półdomu... -Faktycznie, przecież to Perzynów Marian. Zawsze tu mieszkał, jak tylko się urodził. -Klękajcie, ludziska na kolana – Zawadzka zaczęła krzyczeć i załamywać ręce – Ludzie, przecie jego ojciec był Józwa i też ciesielką się trudnił. Nie rozumiecie on przyszedł ponownie. To Mesjasz! -E, ględzicie babo! Jak on może być mesjasz jak jego matka Cecylia. -Cecylia, Cecylia, ale na drugie jej było Maryśka. Jezu zmiłuj się nad nami. -Cicho. Nie skrzeczcie tak stara, jaki tam z niego Jezus. – Sołtys podrapał się po brodzie. – Jak Marian jesteście Jezus, to się po jeziorze przejdźcie. -Marian no idźże! – odezwali się inni. Marian od dziecka bał się wody. Zimny pot oblał mu czoło, dreszcze wstrząsnęły ciałem, ale poszedł. Przez chwilę wydawało się, że nogi Mariana suną po wodze niczym chrystusowe. Przez krótką chwilę w tłum wstąpiła radość, że oto Mesjasz Pan zstąpił na ziemię, i to nie na jakąś tam żydowską, tylko na ich własną. Zaraz potem Marian zaczął się zanurzać, a że dno z brzegu było muliste zapadł się i trzeba było go wyciągać. Zawadzka poprawiła chustkę i ociągając się wstawała z klęczek krzycząc w stronę Mariana. -Tfu, zgiń przepadnij maro piekielna. Krowom życie przywracasz a po wodzie chodzić nie umiesz? Kim jesteś? -Ja Marian, ja stąd, ja nie chciałem, tylko ten głos, to on mi kazał. -Cichojta. Co ci kazał? – sołtys uciszył zgromadzonych. -Kazał iść. Mówił „Idź!” -Głupiś Marian, może ci się co przesłyszało – zaśmiała się Samslowa. – Może gorzałki się napiłeś, chuchnij no tu zaraz. Marian chuchał każdemu, kto tylko zechciał. Niewielu podeszło, bo Marianowi z ust cuchnęło, wszystkim tylko nie gorzałką.

Wrócił Marian do swojego półdomu a moc była w nim. Nie dawała mu spać. Nagle ktoś zapukał. -Kto tam? - zapytał Marian nie wiedząc, czy słyszy czy mu się zdaje, że słyszy. -Bądź pozdrowion o Marianie! Na schodach stała Zawadzka taszcząc na plecach worek. -Nie trujcie dupy babo. Czy nie mówiliście nad jeziorem: ”Tfu, zgiń przepadnij maro piekielna.”? -Mówiłam, mówiłam, ale urazy do mnie nie chowajcie. Ja tak przed ludźmi, żeby się nie poznali. Na mocy waszej. -Moja moc, moja sprawa, nic wam do tego. -Pewnie, że nic. Ale ja się na tych sprawach znam. Wy jesteście święty człowiek, macie pojedzcie sobie, przyniosłam wam kiełbasy. -Nie jestem głodny. -To może się siwuchy napijcie? Sami pędzilim. Takiego bimbru to nawet świętej osobie nie wstyd podać. No spróbujcie! -Jak tak prosicie. Marian przepił, przekąsił mając nadzieję, że baba sobie pójdzie. Nie poszła. Przyglądała się coraz bardziej. -Porządne z was chłopisko. -Idźcie już, co po nocy łazicie, domu nie macie? Co wy tam w tym worku? -Marianie, ja mam córkę. -I co z tego? -Jej szesnaście roków. Przyślę ją do was. -Do mnie? -Młode to i głupie, ale ugotować umie, posprząta. -Sam sobie sprzątam. Sam pobrudzę, sam posprzątam. -Chłop nie może być sam, chłopu potrzebna baba. -A na cóż to niby? -Bogać tam, nie wiecie, takie rzeczy mam tłumaczyć? Po stodołach z dziewkami nie chodziliście? -Nie chodziłem. Dajcie, mi spokój, co wy w tym worku? Bo widzicie Marianie prosiak mi zdechł. Zawadzka zaczęła płakać, wyciągając z worka padłe zwierzę. -Zdrowiutki był jako ten koziołek. Nawet sraczki nie miał. I zdechł. Pomóżcie Marianie! -I co, znów się wyśmiewać będziecie? -Przenigdy. Córkę wam przyślę. Zobaczycie dziewczyna jak łania, piersi się jej puściły, że ho ho. Nie będziecie żałować. -Kiedy nie wiem... -Czego nie wiecie? -Czy potrafię. Nie słyszę głosu. -Potraficie. Zostawię was z truśkiem samego, nie będziecie się mitygować. Wyciągnął Marian ręce, nie zdążył dotknąć prosiaka, gdy rozległo się radosne kwiczenie. Zawadzka rozpromieniona ucałował obu. Wyszła pokrzykując, że z samego rana córkę przyśle.

Mariolka przyszła o świtaniu. Jeszcze kury nie zapiały, jeszcze noc całkiem nie odeszła, gdy stanęła na progu Marianowego półdomu. -Przysłali mnie matula do was, Marianie, śpicie? -Matula was przysłała a ja Marian was odsyłam. Nie potrzebna mi jesteście. -Matula powiedziała, że mnie zbije jak wrócę a i tatulo pasa nie pożałuje. Marianie ja wasza. -Idźcie pókim dobry. -Jajek wam usmażę. -Mówię do was! -Jak chcecie to ja pod kołdrę wlezę, nogi tylko umyje. Nie myślcie, że ja taka głupia jestem, ja z chłopami to nieraz spałam, po młocce u Rogalów to nawet z trzema. Ja wszystko wiem, co trzeba, spodoba się wam Marianie, umyje nogi, co? -Jajek lepiej usmażcie!

Smażyła Mariolka jajka na tłustym boczku a buzia jej się nie zamykała.

-Mówią we wsi, że ty święty człowiek. A mi tam nie różnica. Święty czy diabeł. Chłop to chłop, w spodniach jednaki. Zresztą, jaki z ciebie święty, nawet domu całego nie masz, garnki wszystkie potłuczone, śmieci pełno. Gówno z ciebie a nie święty. Ty jesteś Marian zwykły kocmołuch, a że ty krowom życie przywracasz, że prosiaka padłego uratowałeś to inna sprawa. Ja tam w te matcyne gadki nie wierzę, mi się zdaje, że jej się co w głowę zrobiło. Bo jakbyś ty był święty, to być ci się nad głową takie światełko latało, a tobie przecież nie lata. I brody nie masz, a święty każdy na obrazie brodę ma i szaty długie. No powiedz, czy jesteś ty Marianie święty. -Jak na ciebie wołają? -Mariolka. -Mariolko zawrzyjcie dziób, bo was w kozę zamienię. -Spróbujcie, tak wam zacznę beczeć, że we wsi usłyszą. Zlecą się wszystkie i powiedzą: „Marian z kozą żyję!”…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych