Marta
Przeżycia dziewczynki, które wydarzyły się naprawdę około 25 lat temu, ukazane we wspomnieniach.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Miałam mówić do tej kobiety: babcia. Jednak uważam, że ten przypadkowy, nic nie znaczący, zestaw liter z prawdziwą babcią nie miał nic wspólnego. Znam wizerunek prawdziwej babci, bo miałam jeszcze jedną. Kontrast był niesamowity. Być może nie powinnam się dziwić, gdyż to nie była moja rodzona babcia. Przyłatano mi ją, gdy byłam mała. Zaistniała w moim życiu jako matka mojego ojczyma. Najgorsze było przebywanie z nią, w dodatku w jej mieszkaniu. Trafiałam do niego zazwyczaj wtedy, kiedy rodzice chcieli się zabawić. Często wtedy wyjeżdżali w góry lub nad morze na kilka dni. Zamiast chodzić do szkoły spędzałam czas z tą kobietą. Tak, bo musicie wiedzieć, że wtedy byłam już uczennicą drugiej, może trzeciej klasy. Ta irytująca osoba miała na imię Marysia. Nie, ona nie miała ani rysia ani innego kota. Nie mogła mieć. Z takiej to przyczyny, że nie umiałaby się zająć żadnym zwierzątkiem, tak jak nie umiała zapiekować się dzieckiem. Po uchyleniu drzwi od mieszkania znajdującego się w bloku miało się ochotę uciec. Jak wiadomo mieszkania w starych blokach są dość małe. Nie jest to jednak problemem w przypadku kiedy potrafi się je urządzić. Niestety, to nie był ten przypadek. Otwierając drzwi odnosiło się wrażenie teleportacji do świata umarłych, bądź pogrzebanych za życia. Na powitanie otaczała nas ciemność. Na zewnątrz słoneczny dzień, a tu panowała ciemność. Przedpokój był maleńkim pomieszczeniem, z którego wchodziło się do łazienki, toalety i pokoju. Dwa pierwsze pomieszczenia oddzielały drzwi, zaś pokój był widoczny od razu, a raczej po dłuższym wpatrywaniu się w otwór drzwiowy, ponieważ wzrok musiał się przyzwyczaić do ciemności. Kiedy już cokolwiek dało się zobaczyć mogliśmy stwierdzić, że przyczyną mroku są czarne zasłony zaciągnięte na jedyne, duże, czteroskrzydłowe okno. Widok ten był dość przygnębiający i z miejsca wywoływał u mnie negatywne odczucia, jak również niezrozumienie. Jednak nie, nie wolno było się tak od razu poddawać i uciec. Wręcz przeciwnie. Trzeba było z przymusu, a także grzeczności wejść dalej. Kiedy mama mnie tam zaprowadzała na szczęście natychmiast po wejściu odsłaniała te koszmarne zasłony. Dzięki temu robiło się widno i można było rozejrzeć się po pokoju, który również nie był duży. Pod oknem stał stół, cztery krzesła, tuż obok wersalka pod ścianą, w rogu szafka, wąska i długa, tzw. komin. W szafce tej były same precjoza, oczywiście w mniemaniu mojej babci, mianowicie ... leki. Leki... to dopiero było coś! One nie leczyły już od dawna, one zaspokajały jedynie głód. Kiedy babci chciało się jeść, jadła leki. Ba, nawet kiedy chciało się pić, też jadła leki, popijając obficie wodą. Tak, więc szafka pełna była medykamentów na różne dolegliwości, z wielkim naciskiem na relanium i polopirynę s. Tej ostatniej szło jedno opakowanie dziennie, czyli dwadzieścia tabletek. Podobnie sprawa się miała z lodówką. Stała ona w pokoju między szafką a wejściem do kuchni, ponieważ w tym pomieszczeniu się nie mieściła. Otóż, na lodówce znajdowało się całe mnóstwo lekarstw, które należało bardzo często brać. Wedle łaknienia, wedle nastroju, wedle humoru, z nudów, z braku nudów, i z wielu jeszcze innych przyczyn. Tuż obok lodówki stał fragment segmentu. Więcej się nie zmieściło na tej ścianie, dlatego druga część wraz z szafą stała na ścianie przyokiennej, przeciwległej do wersalki. A właśnie, powróćmy na chwilę do wersalki. Nie, o nie, to nie była zwykła wersalka, służąca jedynie do spania. Ta była zawsze złożona. Na noc nikt jej nie rozkładał. Do spania babci służyła tylko połowa złożonej wersalki. Na drugiej połowie zaś „spały” ciuchy. Tak, nie ubrania tylko ciuchy. Zostały one nabyte w dość oryginalny sposób, albowiem w pobliskich supersamach sieci „kosz”. Tak. Babcia przynosiła te rzeczy z okolicznych śmietników. Po czym układała je (nie przesadzając), aż pod sufit, jak już wspomniałam, na wersalce. Widok był dość osobliwy. Spała z nimi już od dawna, lecz trzeba Wam wiedzieć, że odzież ta nigdy nie była prana, więc można do tego doliczyć wszelkiego rodzaju żyjątka, które Marysi nie przeszkadzały. Każdą noc, a także część dnia przesypiała w ten sposób, z podkulonymi nogami, z wysoko poukładanymi poduszkami pod głową, nakryta kocem. Pościeli nie miała w ogóle. Kiedy ja przyjeżdżałam, z racji dzielenia łóżka z babcią, ciuchy były przekładane w różne inne dostępne miejsca, choć było ich coraz mniej, bo tego typu asortymentu wciąż przybywało. Często zastanawiałam się jak to możliwe, że babcia może spać w ten sposób, ponieważ mnie, osobie dużo mniejszej było niewygodnie i ciasno. Babcia była wysoką, szczupłą, aczkolwiek z wydatnym brzuchem osobą. Sylwetkę miała nieco chłopięcą. Poruszała się ociężale. Podczas chodzenia nie prostowała nóg w kolanach, ale za to miała całkiem wyprostowane plecy. Co wyglądało dość komicznie i karykaturalnie. Była w posiadaniu bardzo wyraźnie zarysowanej twarzy o gładkiej cerze, jak na swoje babcine lata. Nie czyniło to niestety milszego wrażenia. Włosy, którymi zawsze się zachwycała podczas czesania były już siwe. W jej mniemaniu siwiejąc uzyskały piękny kolor, charakterystyczny dla blondynek. Często, podczas ich układania, przypominała mi o tym mówiąc : Brunetki, kiedy się starzeją, siwieją w szary, pstrokaty, brzydki sposób. Włosy blondynek stają się piękne, niemal białe. Ja byłam brunetką. Każdego dnia ubierała te same spodnie z kantem, do tego przypadkowo wybraną bluzkę. Nie zmieniała tych ubrań zbyt często. Chodziła w nich i spała przez dłuższy czas. Kilka dni, nieraz tygodni. Najczęściej przebierała się dopiero wtedy, gdy moja mama zainicjowała takie działanie. Nie kąpała się nigdy, myła tylko czasami. Na nogach tworzyła się niekiedy spękana skorupa brudu. Jednak kiedy wychodziła z domu czesała się zawsze starannie i szminkowała usta. Bardzo jaskrawą pomadką, intensywnie kontrastującą z bladą cerą. Kąpać się nie mogła, ponieważ w niewielkiej łazience, w której mieściła się tylko wanna znajdowało się zbyt wiele ciuchów (oczywiście z tego samego źródła, co pozostałe). Mianowicie cała wyżej wymieniona wanna pełna była odzieży, (tym razem też nie przesadzając) aż po sufit! Nie było takiej możliwości, aby się wykąpać. Wchodząc do łazienki można było się mocno zdezorientować, bądź nieźle wystraszyć. To miejsce nie przypominało łazienki w żaden sposób, jak również nie spełniało jej funkcji. Tuż obok znajdowała się toaleta. Otwierając drzwi... i tu Was zaskoczę, o dziwo nie było żadnych łachów ułożonych po sufit. Ufff...co za ulga, można było skorzystać z tego pomieszczenia we właściwy sposób. Wokół muszli zostały poupychane ciuchy, buty ze śmietników, jednak nie przeszkadzało to w załatwianiu podstawowych potrzeb. Tu również pragnę Was zaskoczyć, gdyż, mimo, że babcia nie przestrzegała zasad higieny to z tego pomieszczenia jednak korzystała. W zasadzie było to jedno z jej głównych zajęć. Dzień starszej pani przebiegał w zasadzie podobnie do kolejnego. Wstawała, szła do toalety, czesała się, szminkowała usta i wychodziła do sklepu. Po powrocie i ubogim śniadaniu, składającym się z chleba i mleka, lub chleba i wody łykała cały arsenał leków. Po czym siadała na części łóżka, która jeszcze nie została zapełniona i zakładając nogę na nogę najczęściej nią bujała, co doprowadzało mnie do szału. Brała do rąk różaniec, czasem modlitewnik i godzinami się modliła. Często szeptem. W przerwie chodziła, żeby rozprostować nogi, w tą i z powrotem po pokoju, lub gdzieś dalej, czyli do toalety. Podczas tych wędrówek zatrzymywała się przy lodówce, łykała kolejne leki, następnie kontynuowała modlitwę. Panowała przy tym ponura i przygnębiająca atmosfera. Mnie pozostawało znajdywanie sobie zajęć, aby nie popaść w depresję, podczas tych codziennych rutuałów. Zdarzały się niekiedy nieco inne dni. Różniły się popłudniowymi, wieczornymi, niekiedy nocnymi spacerami po okolicznych śmietnikach. Zamykała mnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil liona
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…