Martwe miasto cz. 2
Historia łącząca w sobie elementy kryminału, fantastyki i opowiadania psychologicznego. Klimatem nawiązuje do znanej nam z autopsji, szarej, polskiej rzeczywistości.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Kochanie ? - Mhmm. – wymruczał Sawicki. Poruszył delikatnie ustami drażniąc nagi sutek. - Gdzie byłeś wieczorem ? Wydawało mi się, że wychodziłeś. Podniósł głowę, spojrzał na zegarek. Była pierwsza piętnaście. - Nieźle. Zaczęliśmy o wpół do pierwszej. Całkiem nieźle…- pomyślał i wypiął dumnie pierś. - Byłem u Pawła. Kobieta skwitowała jego odpowiedź milczeniem. - Martwię się o niego, wiesz ? - Wiem kochanie…- objęła jego szyję, złożyła głowę na spoconym torsie. Przytulił twarz do jej włosów. Pachniały tak jak zawsze. Majowym bzem. Zapachem, który kojarzył mu się z dzieciństwem spędzanym w wiejskim domu dziadków. I z nią. Działała na niego jak narkotyk, pobudzając wszystkie zmysły. Dostawał czasem świra, kiedy żona wyjeżdżała na delegacje a on zostawał w domu sam na sam z jej zapachem. Chodził wtedy otępiały, głaskał jej szlafrok albo wąchał perfumy jakie zostawiała w toaletce. Uspakajał się dopiero kiedy wracała. - Minęło już kilka lat, ale widzę, że on dalej nie może dojść do siebie. W pracy niby zachowuje się normalnie. Ale… Już nie jest taki sam. Znów nie odpowiedziała. Policjant wiedział, że odpowiedź na pierwsze pytanie zaspokoiła ją w pełni. Nie oczekiwała rozwinięcia tematu. - Nie wyobrażam sobie co ja bym zrobił gdyby wam się coś stało. – rzekł jeszcze ciszej, a jego myśli pomknęły lotem błyskawicy piętro wyżej, do sypialni jego dwójki pociech. Do starszego chłopca, z którym codziennie grał w piłkę, albo bawił się samochodami. I do Lili, młodszej, prześlicznej dziewczynki, którą nosił na barana, a ona piszczała tak, że oboje z żoną musieli zatykać uszy. - Yhym. – wymruczała i zacisnęła delikatnie dłoń. Sawicki westchnął - Kocham cię. - Mmmm. Ja ciebie też. A teraz idź już spać.
***
Śnił mu się wypadek. Klatka po klatce przewijało mu się przed oczyma tych kilka chwil, które zburzyły cały jego świat. Obudził się, akurat wtedy, gdy strażacy zaczęli rozcinać wrak ich samochodu. Przetarł dłonią kark. Duża kropla potu spłynęła z czoła przez całą długość policzka na ramię, potem wsiąkła w prześcieradło. Za oknem deszcz bił w okno. Ulewa straciła z intensywności i katowała teraz miasto monotonnym rytmem kropel. Cienie trącanych wiatrem gałęzi wierzby tańczyły obłędnie na sypialnianym dywanie. Sapiecha zamknął oczy i wezwał do siebie Morfeusza. Nie przychodził długo.
***
Obudziła się kiedy świtało. Szaruga panująca na zewnątrz nie pozwalała określić dokładnej godziny, ale wiedziała, że nie przyszła jeszcze jej pora na pobudkę. Usiadła na łóżku, potrząsnęła głową, pobudzając do życia długie, kręcone jak węże włosy. Wizja, która nie pozwalała kontynuować jej dalszego spokojnego snu, dopraszała się przypomnienia. Pukała do drzwi umysłu, a potem tępą igłą wbiła jej się w serce. Ponadczasową tradycją snów przypominanie szło opornie. W kilka chwil, z labiryntu skojarzeń udało się jej uzyskać tylko dwa wyraźne obrazy. Pierwszy to przystojny mężczyzna w średnim wieku. Mężczyzna ze smutną miną, ubrany w długi płaszcz i czarny kapelusz. Drugim był mały chłopczyk stojący w otwartych drzwiach pokoju. Jego włosy miały kolor idealnie żółtego siana. W ręce trzymał kartkę z wydrukowaną pośrodku dużą literą „S”. Przebiegł ją dreszcz, schowała nogi pod kołdrę. Mimo tak krótkiej chwili zdołały już skostnieć. Nie wiedząc czemu spojrzała do salonu. Pierwszym co zobaczyła był fortepian.
***
Pierwsze co rzucało się w oczy patrząc na Filipa były jego jaśniutkie włosy. Zależnie od natężenia światła zmieniały się z żółtych w prawie całkiem białe, zabarwione tylko gdzieniegdzie blond pasemkami. Filip miał pięć lat ( pięć i pół, jak sam mówił unosząc dumnie głowę) i bał się ciemności. Zawsze kiedy układał się do snu w swoim malutkim pokoiku, musiał wiedzieć, że jego rodzice są gdzieś obok. Jeżeli widział mdłe, kuchenne światło, słyszał głosy sączące się z telewizora, lub pracujący w pokoju obok komputer, zasypiał w spokoju. Panująca dziś cisza i ciemność przygniatała go ogromem przestrachu, takiego, którego doświadczyć może tylko dziecko. Bezradny bachor umiejący wyimaginować sobie najkrwawsze bestie i budzące się w mroku potwory, a nie potrafiący jeszcze dobrze się ubrać. Tej wietrznej i deszczowej nocy, nie słyszał głosów swoich rodziców. Wiedział, że nie ma ich w domu. Listopadowy deszcz wybijał staccato na jego oknie, zagłuszając potok niecenzuralnych słów dobiegający z sąsiedniego pokoju. Filip poruszył się niespokojnie, rozkopując kołdrę, ale uważając, żeby nie otwierać mocno zaciśniętych oczu. Lewe podudzie zakuło tępym bólem, chłopczyk skrzywił się. Duży siniak, który wyrósł mu na nodze, zaraz po tym jak jego brat wymierzył mu celny cios pięścią, promieniował. Puchło. Krwiak nie szpecił; Filip, jak większość dzieciaków w jego wieku, miał dużo pamiątek po nieszczęśliwych wypadkach, ale ten był wyjątkowo nieprzyjemny. Uniemożliwiał spokojne ułożenie się na łóżku w pozycji w jakiej zwykle zasypiał. Tego wieczora dostało mu się dwa razy. Oba z całkiem banalnych powodów. Pierwszy raz starszy brat skarcił go, gdy Filip krzywił się jedząc kolację. Uderzenie nie było aż tak mocne, ale nienawiść jaka zalśniła w oczach Kamila przeraziła go nie na żarty. Skulił się i rozpłakał. Uniknął tym samych, co prawda, jedzenia owsianki, ale cena okazała się nieadekwatnie wielka. Tą ceną była nienawiść. Drugi raz zdarzył się jakąś godzinę potem. Siedział wtedy przed starym telewizorem i z zapalczywością godną archeologa grzebał w nosie. W telewizji emitowali właśnie starą disneyowską bajkę, która śmieszyła Filipa do łez. Jego brat wszedł do pokoju znienacka, zmienił stację i kazał iść mu do siebie. - Wynoś się do siebie, bachorze. Chłopiec siedział chwilę w konsternującym milczeniu, a potem sięgnął do odbiornika i obraz przeskoczył, ukazując animowaną postać, wspinająca się po rynnie. Podudzie bolało do teraz.
***
Pięciolatek leżąc sam w ciemnym pokoju starał się nie płakać. Mazał się, mrugał powiekami nie pozwalając, żeby łzy wypłynęły na jego rumiane policzka. Cienie drgały na biurku, wprawiając w ruch kolorowe zabawki. W świetle dnia były wesołe i piękne, teraz zmieniły się w umyśle malca nie do poznania. W krwiożercze bestię, które lada chwila będą chciały podkraść się do jego łóżka. Schował głowę pod kołdrę, naśladując naiwność strusia. W młodziutkim umyśle pojawił się obraz roześmianej mamy, a zaraz potem ojca, który z zatroskaną miną wracał do domu z odwiedzin w szpitalu. Nie wiedział, czy ich kocha. Dziecięce rozumowanie tego słowa dla dorosłych, którzy ten okres mają już dawno za sobą, jest całkowitą abstrakcją. Nie jest to uczucie jakiego można się gdziekolwiek nauczyć. Tym co malec czuł do rodziców była emocja trwała, nie będąca podziękowanie za nic innego, jak tylko za sam fakt bycia. Nie wiedział co to znaczy kochać, ale wiedział za to na pewno, że gdyby ktoś z dorosłych był tego wieczora w ich domu, to Kamil nigdy nie ważyłby się go uderzyć. Wyciągnął głowę. Pluszowy miś trzymający tabliczkę z napisem „I love you” zeskoczył właśnie z półki i pełzł po dywanie w jego stronę. Chciał krzyknąć, ale ze ściśniętego gardła wydobył się tylko cichy jęk. Łzy zalśniły w kącikach oczu.
Wypity alkohol działał. Chyba właśnie teraz, kiedy stał nad brudną muszlą klozetową, usiłując panować nad strumieniem moczu, odprężenie sięgnęło zenitu. Ciepło rozlało się po ciele, dokładnie jakby ktoś rozbił mu w żołądku butelkę pełną narkotyku, a ten wszystkimi zakończeniami nerwowymi przenikał do każdej, najmniejszej cząstki jego ciała. Myśli wyostrzyły się. Granice między tym co mógł zrobić, a tym czego się bał rozmyły się całkowicie. Niemożliwe stało się faktem. Niezgrabnie zapiął rozporek. Spojrzał w lustro, zapierając się rękami o podniszczoną umywalkę. Przez chwile patrzył niewidzącym wzrokiem w swoje odbicie, a potem zaśmiał się gardłowo na wspomnienie wydarzeń sprzed tygodnia.
***
Mniej więcej tydzień wcześniej, na podwórzu jakiegoś nieznanego mu osiedla spotkali młodego mężczyznę. Kamil, podobnie jak zgraja zabijaków, ubranych w czapeczki i bufiaste dresy był pijany w sztok. Skończyli właśnie demolować osiedlowy plac zabaw, kiedy go zauważyli. Facet przechodził wąską uliczką pomiędzy dwoma blokami, zerkając na nich ukradkiem i nerwowo przyspieszając kroku. Dopadli go przy wylocie dróżki. Niby przez mgłę pamiętał, jak wyglądał osobnik skomlący o litość. Krzyczał pomocy, a banda łysych rozbójników z tym większym zapałem usiłowała wtłoczyć mu te słowa z powrotem do gardła. Bity skulił się do pozycji embrionalnej, a pokiereszowanym rękoma starał się odbijać ciosy, tak, aby chronić głowę i brzuch. Po pięciu minutach katowany zaczął wymiotować krwią. Zostawili go chwilę później. Następnego dnia Kamil przeczytał w gazecie, że młody lekarz idący do mieszkania narzeczonej został brutalnie pobity. Policja jasno przyznała, że nie znalazła żadnych świadków zdarzenie, że nikogo nie podejrzewają. Pobity zmarł dzień później. Kamil śmiał się, czytając ten artykuł.
***
Przerażony Filip znieruchomiał. Kolejne pluszaki zaczęły się zmieniać. Duży lew z majestatycznym ogonem szczerzył złowrogo swoje białe kły, czarny pingwin machał nerwowo płetwami, jak gdyby chciał odlecieć, długoręka małpa wpatrywał się w niego świdrującym wzrokiem guzików. W chwili, gdy chłopiec miał już z krzykiem zerwać się z posłania i uciec do pokoju brata, niespodziewanie usłyszał muzykę. Dziecinną kołysankę, jaką zawsze śpiewała mu kochająca matka, a on rozmarzony usypiał natychmiast, wtulony w jej pierś. Głos, który słyszał teraz, był słodszy nie tylko od głosu mamy, ale i od wszystkich głosów, które mógł kiedykolwiek usłyszeć. Głęboki i uspakajający.
„W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast Gwiazdy miastom dają znać…”
Spojrzał w okno usiłując tym samym zlokalizować źródło muzyki. Pomiędzy cieniami liści, za przejrzystą firaną dostrzegł bladą twarz młodej kobiety. Jej usta zdawały się na zmianę uśmiechać dobrodusznie i poruszać leniwie, mrucząc słowa kołysanki. Zeskoczył z łóżka kopiąc przy okazji leżącego na podłodze miśka. Odsłonił firankę i stanął na wezgłowiu. Przyglądał się zafascynowany.
„Ach śpij, kochanie Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz – dostaniesz…”
Uśmiech rozpromienił jego pucate oblicze, bielutkie zęby błysnęły pośród mroku. Odpowiedziała tym samym. Nieświadomie, całkowicie bez udziału zmysłów poczuł jak otacza go miłość. Uczucie które żywił do tej pory tylko do rodziców, wylewało się teraz z głębi nieznajomej, odciśniętej na oknie jego pokoiku.
„Ach śpij, bo nocą Kiedy gwiazdy się na niebie złocą Wszystkie dzieci, nawet złe Pogrążone są we śnie…”
Kiwnął głową na znak zgody. Znów zeskoczył na ziemię, szparkim krokiem zmierzał do drzwi. Zabawki znów były tylko małymi rzeczami leżącymi na półkach. Strach uleciał jak rozwiana, poranna mgła.
***
W pokoju obok było pusto.
***
Wyszedł z łazienki nieziemsko z siebie zadowolony. Usiadł na fotelu naprzeciw telewizora. Jackie Chan masakrował właśnie grupę skośnookich twardzieli. Wyrzucał co oporniejszych przez okna i dokonywał iście ekwilibrystycznych sztuczek. Kamil zaśmiał się w głos. Na stole stał kufel, wypełniony do połowy złotym napojem, obok przytulały się do siebie 3 puste butelki „Żywca”. Sięgnął po kufel, wypił łapczywie zawartość. Strużka zatrutego piwa umknęła mu z ust. Pełzła powoli po brodzie i zaczęła kapać na znoszone, dresowe spodnie. Beknął, a Jackie Chan silnym kopniakiem posłał nieszczęśnika w dół wysokiego apartamentowca. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ostatni raz.
***
Poranek była dla Sapiechy równie ciężki jak wieczór. Krótki, niespokojny sen przerwany koszmarną wizją wypadku nie pomógł mu w pełni zregenerować sił. Dodatkowo, kiedy wstał z łóżka niespodziewanie przebiegł go dreszcz zimna, a usiłując pociągnąć nosem, stwierdził, że obie dziurki są kompletnie zatkane. Wyjrzał przez okno sprawdzając czoło. Nie miał gorączki, ale wcale nie poprawiło mu to nastroju. Przez okno martwego domu dojrzał pogodę, która nie zmieniła się od dnia poprzedniego ani o jotę. Rozbitego detektywa poratował, w małym stopniu, kubek gorącej kawy oraz taksiarz, który wioząc go do biura okazał się całkowitym, permanentnym mrukiem. Pełne odprężenie poczuł dopiero na komisariacie. Resztkami sił złapał się ostatniej deski ratunku, jaka mu została. Rzucił się w wir pracy. Posegregował wszystkie notatki dotyczące dwóch prowadzonych przez siebie spraw. Na kupce po lewej umieścił akta osobowe samobójcy-kolejarza, zeznania dwójki świadków, odciski palców i wszystkie inne luźno fruwające kartki. Miejsce na prawo zajęły dokumenty Łukasza Potężnego, adwokata-mordercy. Z dużej, złożonej na pół koperty wydobył mała kasetę magnetofonową z jego własnoręcznym podpisem. „Przesłuchanie Łukasza P., sprawa 12/3D/09” Wcisnął ja do dyktafonu i wybrał przycisk „play”. Z wnętrza przyniesionej wczoraj przez Sawickiego teczki, wybrał cztery zdjęcia, przedstawiające z obu stron tajemnicze notatki. Wtedy poczuł się dobrze. Nie, nie dobrze… neutralnie. Ostatni raz czuł się naprawdę dobrze kochając się z żoną w przeddzień wypadku. Lata temu. Nigdy potem, nic nie zdołało wprawić go w dobry nastrój. Co najwyżej (tak, jak teraz) czuł przyjemne otępienie, swoistą neutralność wobec całego świata, która w odróżnieniu od dni pełnych bólu, przynosiła mu ulgę.
***
Łukasz P. mówił wolnym, łamiącym się głosem. Opowiadając szczegóły popełnionej zbrodni wahał się, zawieszał, choć pytany, odpowiadał szczerze. Każde kłamstwo, doświadczony nos detektywa wyczułby od razu. Sapiecha był przy wczorajszym przesłuchaniu, pamiętał zeznania oskarżonego, ale łudził się, że dziś, jego odświeżony mózg, zdoła zarejestrować coś co pomoże mu połączyć dwie sprawy. Coś, co będzie kluczem do zrozumienia tajemniczych wiadomości, a jednocześnie podziała kojąco na niepokój, który zaczął kiełkować w jego sercu, gdy pierwszy raz dane mu było zobaczyć równe rzędy nut. Zamknął oczy. Zmusił umysł do zajęcia się słuchaniem płaczliwego głosu przesłuchiwanego. - Jak wyglądała ta kobieta, którą, jak sam pan mówi, widział w telewizji ? - Była młoda i bardzo blada. – zaczął, a na dźwięk słowa „kobieta” jego oczy zalśniły się od łez. – Miała długi, ciemne włosy. Bardzo czarne. I dziwne oczy, takie przyciągające. Starałem się zmienić stację, naprawdę. Pilot nie działał, a potem… Potem nie mogłem już odwrócić od niej wzroku. - Dlaczego ?- pytał bezemocjonalnie Sapiecha. - Nie wiem, dlaczego… Zupełnie nie wiem… - przerwał, a do biura wszedł Sawicki, którego chwilę wcześniej, wygnał z przesłuchania niepohamowany pociąg do tytoniu. Adwokat nerwowo schował głowę w dłonie i zaszlochał. - Proszę się uspokoić, przecież nic złego panu nie zrobimy. – zabrała głos Kraniec i rzuciła policjantowi piorunujące spojrzenie. Ten wzruszył ramionami, usadawiając się obok Sapiechy. - Dlaczego pan to zrobił ? Co ? Dlaczego, na miłość boską, musiał go pan zabijać ? – detektyw stukał długopisem w blat biurka przywołując Łukasza P. do porządku. Adwokat podniósł napuchniętą twarz. Po policzkach cieniutkimi strumykami spływały błyszczące łzy, które raz po raz ocierał zakutymi w kajdanki dłońmi. - Ona. Ta kobieta mi kazała. - Ta kobieta z telewizji, tak ? – spytał z niedowierzaniem, choć tak naprawdę, właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał. - Tak – wydukał – Mówiła, że skoro chce, to powinienem się odważyć. Ale ja przecież nie chciałem. Owszem, nie lubiłem sąsiada. Tego wieczoru byłem na niego potwornie zły, ale przecież, nie chciałem go zabijać. Tak, prawda, że bił żonę. Bardzo często to robił, a ja zawsze słyszałem jak obija nią ściany. Prosiła o pomoc, ale nigdy nie chciałbym zabić jej męża. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. - Ale jednak pan to zrobił. – podsumował zimno Sawicki. Sapiecha przyrzekł sobie, że jeżeli oskarżony przyzna się do zabójstwa z zemsty, za bicie kobiety, albo porówna się do Raskolnikowa ratującego świat(był pewien, że adwokat zna tą książkę), to jeszcze dziś odeśle go do wariatkowa. Teraz stwierdził, że tak, czy siak to zrobi. A jeżeli następna sprawa, którą mi przydzielą też będzie dotyczyła niezrównoważonego psychicznie delikwenta, to wkrótce sam tam trafię – skonstatował w myślach. - Synu, wiesz co ci grozi za taką zbrodnie. Normalnie byłoby to dożywocie, ale sądzę, że biorąc pod uwagę różne aspekty i twoją dobrą wolę, sąd skaże cię i tak na minimum 20 lat. Jedna piąta wieku. Kawał czasu, a dłużyć ci się będzie jak nigdy, bo w więzieniu bardziej od adwokatów nie lubią tylko policjantów i pedałów. Łukasz P. nie oczekiwał chyba tak srogiego wyroku, bo zachlipał znów, złożył ręce na biurku i położył na nich głowę. Kraniec porzuciła swoje okienne miejsce rezydowania, podeszła do niego. Położyła dłoń na ramieniu, ale przyjacielski gest niespodziewanie nie przyniósł efektu. Oskarżony rozpłakał się jeszcze głośniej, jego ciałem wstrząsały konwulsyjne drgawki. Sapiecha dał towarzyszom jednoznaczny gest, kręcąc palcem nieopodal czoła, choć w gruncie rzeczy było mu żal młodego faceta, którego jedyną zbrodnią było posłanie na lepszy świat gnidy znęcającej się nad własną żoną. Tu kończyło się nagranie.
***
Detektyw wyłączył dyktafon, przetarł oczy wierzchem dłoni. Dwie tajemnicze kartki układanek, śmiały się z niego rzędami drobnych nutek. Wiedział, że aby je odszyfrować, będzie musiał prosić o pomoc kogoś kto zna się na muzyce; teraz jednak musiał przynajmniej ustalić co wiadomości robiły w dwóch odległych od siebie miejscach zbrodni. Kto je tam umieścił ? Przecież nie mogły się, ot tak, po prostu skrystalizować się z niczego. – pomyślał. „Śmierć” i „Zemsta” – co znaczą te dwa wyrazy. – Myślał dalej odchylając się do tyłu. Fotel zaskrzypiał. A litery ? „P” oraz „A”. Może to inicjały ? Piotr Andrzejczak, Patrycja Adler, Przemysław Antończyk, Pieprzony Absolut. Albo na odwrót Anna Piotrowska, Aleksander Popławki. Kombinacji są miliony. A poza tym co niby te osoby miały by wspólnego z tymi sprawami ? – pytał sam siebie – Nie zostawiły żadnych odcisków… nie mogły włamać się do mieszkania Łukasza P, bo to było zamknięte. Adwokat zaprzeczył kategorycznie, że kiedykolwiek wieszał kartkę na ekranie swojej plazmy. - Pieprzyć to. – zerwał się z siedziska. Złożył papiery na jeden wspólny stos, wyciągnął kasetę z dyktafonu i wrzucił ja z powrotem do koperty. - Terlicki się zabił, sprawa jest jasna. Był samobójcą bez dwóch zdań. – włożył ręce w kieszenie spodni. - Potężny to świr. Ubzdurał sobie kobietę, która ma go usprawiedliwić, a teraz sam rżnie głupa. Kraniec zajmie się nim. Mam nadzieję, że w domu bez klamek szybko postawią go do pionu.
***
Niebo płakało. W dole sznur samochodów pojękiwał co chwilę piskiem klaksonów. Postacie ludzi, małych jak mrówki osobników o niezidentyfikowanych personaliach gnały przed siebie we wszystkie możliwe strony. Sapiecha raz jeszcze wzdrygnął się na myśl o szarym życiu jakie ci ludzie niezawodnie wiedli. Potem spadła na niego myśl, która wycisnęła z kącika lewego oka mała łzę. Myśl, że nawet tacy przeciętni ludzi potrafią znaleźć w swojej egzystencji więcej szczęścia, niż on mógł kiedykolwiek dostrzec.
***
- Jak tam ? – kobieta wsunęła głowę do środka jego biura. Sapiecha spojrzał na czerwień jej upomadkowanych warg. Patrzył długo. Tak długo, aż przestraszył się tej chwili milczenia, wiedząc jaką wagę może ona przybrać w oczach pani psycholog. - Chyba w porządku. Chwila musiała trwać stanowczo za długo, bo Kraniec weszła do środka, zamknąwszy za sobą drzwi. Badawczy wzrok ześlizgnął się z jego twarzy na biurko pełne papierów. - Jesteś zmęczony tą pracą. – oświadczyła, nie pytała. – Powinieneś poprosić szefa, żeby dał ci spokój na jakiś czas. - Próbowałem, nic z tego nie wyszło. - Nie umiesz z nim rozmawiać. Ja spróbuje… - Nie ! – odparł kategorycznie. Kraniec zamarła w pół kroku. – Pewnie, że nie umiem z nim gadać. I chyba nawet wiem dlaczego. Ton głosu był zabarwiony wyrzutem i bezsilnością, bynajmniej nie skierowaną w stronę komendanta głównego. To była aluzja. Dobrze zakamuflowana informacja, odsłaniająca kolejny rąbek zagmatwanej psychiki Pawła. Wiedziała o tym doskonale. - Wydaje mi się, że to dlatego, bo nie mam wymiarów modelki, ani miseczki 75C. Nie maluje twarzy i nie przywykłem do zakładania kusych spódniczek jak ty. Założyła ręce na piersi. Kosmyk rudych włosów wymsknął się zza prawego ucha, ozdobionego fioletowym, całkiem gustownym kolczykiem. Odrzuciła go dmuchnięciem. - A poza tym, nie. Nie potrzebuje przerwy, czuje się dobrze. Dobrze! – dodał trochę łagodniej, bo czuł podskórnie, że wcześniejszy ton mógł ją rozzłościć. Ostatnim co chciałby zrobić było rozzłoszczenie tak pięknej i inteligentnej kobiety. - W porządku. – powiedziała. Odwróciła się, jakby chciała ruchami swojego ciała zakomunikować: „I tak guzik mnie to obchodzi. Pytam z czysto zawodowego punktu widzenia. Nie myśl sobie.” - Jutro masz wizytę. Punkt 16:30. Nie zapomnij. Nigdy nie zdarzyło mu się opuścić wizyty u swojej prywatnej terapeutki; ba, nigdy nawet się nie spóźnił. - Nie wiem czy będę miał czas… - Będziesz. - dodała od niechcenia. Jej głos był zimny, jak bryła lodu. Nikt nie mógł się domyśleć, że w środku skutej szronem obojętności starała się ukryć całą swoją troskę, z obawy, że Sapiecha zdoła ją dostrzec. – Znajdziesz czas. Nie rób takiej miny, wyglądasz jak klaun. Widzę przecież, że cały czas potrzebujesz tych wizyt. Punkt 16:30 Znikła zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Wszystkim co po niej zostało, był ostry zapach perfum i ciche, oddalające się stuknięcia jej czerwonych szpilek. Sapiecha pochylił głowę, spojrzał w odręczne notatki. Na całej długości strony wypisał szereg powtarzających się literek P i A. Poniżej dopisał „Pamela Anderson” a jeszcze niżej dwa wyrazy. Śmierć i Zemsta. Zamknął oczy, nie chciał patrzeć.
***
Sawicki wparował do jego biura bez pukania, co wydało mu się bardzo dziwne. Zwykle przyjaciel pukał długo, a w zwyczaju miał nawet witać się jeszcze zanim otworzył. Na tym nie kończyła się jednak lista dziwnych rzeczy. Marek nie przywitał się ani słowem, twarz miał stężałą, ruchy mechaniczne, wzrok skupiony na detektywie. Zbliżył się do niego nie zamykając drzwi. Aura tytoniu jaką niezawodnie przywlókł, była mdła, ale nie przeszkadzała Sapiesze, tak jak zwykle. A jednak jest jakiś pożytek z kataru – skwitował i było to ostatnia trzeźwa myśl, zanim w jego umyśle znów zapanował znienawidzony mętlik. Policjant wyciągnął zza pleców kartkę, podetknął ją przyjacielowi pod sam nos. Sapiecha odsunął ją na odległość jakiej domagały się oczy i z miejsc zrozumiał, że ma przed sobą kolejną zaszyfrowaną wiadomość. - O kurwa – zaklął nie siląc się w ogóle na subtelniejszy dobór słów. – Kogoś tu ładnie pojebało. – Przyznał jeszcze dobitniej – Ciebie ? Wciąż skonsternowany Sawicki pokiwał przecząco głową. - Co to znowu ma znaczyć ? Hę ? Odwrócił notatkę. Na rewersie znanym mu już pismem wykaligrafowano słowo „SPRAWIEDLIWOŚĆ”. Litera „S” wdzięczyła się ponad rzędem małych nut. Rzucił kartkę na stół. Poczuł emanującą energię, zupełnie jakby jakiś sławny dyrygent wespół z cała orkiestrą zaczął odgrywać tajemniczą muzykę, a ta porażała jego zmysły swoją znakomitością. Wszystkie racjonalne wytłumaczenia, nad którymi ślęczał cały ranek, diabli wzięli. - Powiem ci co. Powiem, chociaż sam jeszcze nie mogę przestać się dziwić. – Sawicki włożył ręce do kieszeni spodni, wierzgnął nerwowo grubą szyją. – Samobójstwo. Tak, tak. Nie przesłyszałeś się. Dziś w nocy. A teraz pozwól, ja będę pytał ciebie, bo to przecież twoja spraw. Co tu się dzieje, do ciężkiej nędzy ? - Spokojnie. Zamknij drzwi – detektyw podparł ręką mimowolnie opadającą głowę. – Siadaj i powiedz wszystko po kolei. Bez emocji. Skąd to masz ? – Starał się mówić jak najłagodniej, ale czuł, że ten ton głosu wcale go nie uspakaja. Pociągnął zakatarzonym nosem, a policjant o posturze atlety zaczął opowiadać.
***
Pół godziny później byli już w domu znajdującym się kilka metrów za miastem. Do środka wprowadził ich około pięćdziesięcioletni mężczyzna o twarzy napuchniętej od płaczu. Był ubrany schludnie, ale mimika mówiła doskonale w jakim stanie psychicznym mężczyzna znajduje się obecnie. Za dużo tych płaczących ludzi. – stwierdził – Stanowczo za dużo. Kilkunastominutowa jazda samochodem uspokoiła Sapiechę tylko w nieznacznym stopniu. Dalej czuł przez płaszcz łomotające serce. Był jednocześnie podniecony i przestraszony, co przypominało mu dzieciństwo. Te nieliczne chwile, gdy nabroił w domu i z dziecięcą naiwnością chował się przed swoim ojcem w jedynej szafie jaką mieli. Albo gdy wybierali się do lasu, a mały Pawełek z niezwykły wręcz zaangażowaniem gubił się w mateczniku, czym spędzał sen z oczu opiekuńczych rodziców. To była ta sama, znana mu od lat mieszanka uczuć. On, Sawicki oraz gospodarz szybko przemierzyli domu i stanęli w progu dość dużego pokoju, którego centralnym meblem był obszerny stół z trzema krzesłami, umieszczonymi po jednym na każdy bok. Na blacie znajdował się dużo pilot telewizyjny i trzy butelki piwa. Czwarte krzesło leżało przewrócone obok stołu, prezentując podarte, czerwone oparcie. Na dywanie skrzyły się malutkie drobinki szkła z rozbitego kufla. W sąsiednim pokoju, na małym łóżeczku przykrytym narzutą, siedział chłopiec o jaśniutkich włosach. Narzuta była czerwona z wyrazistym samochodowym wzorem, co mocno kontrastowało z resztą szarego domu. Filip patrzył na policjantów, równocześnie szturchając nogą leżącego na podłodze pluszowego misia. Początkowo to Sapiecha chciał porozmawiać z chłopcem (wiedział już, że to on pierwszy dojrzał zagadkową trzecią część łamigłówki), ale Sawicki powstrzymał go stanowczo usadzając w miejscu jednym ruchem ręki. - Chłopak rozpłakał się na sam mój widok, kiedy byłem tutaj pierwszy raz. Daj spokój, zostaw to jej. Odprowadził wzrokiem Annę K., która przysiadła się do dzieciaka, pogładziła jego włoski i zaczęła rozmowę. - Kamil Sztuka. Lat 20. Wstępnie ustalone zatrucie arszenikiem. Znalazł go ojciec wcześnie rano. Prawda ? - Tak. – mężczyzna o zapuchniętej twarzy odpowiedział cicho. Opierał się ciężko o futrynę, wbijał palce w ścianę, jakby się bał, że za chwilę upadnie. – To było koło szóstej rano. Filipek jeszcze spał. Tak o szóstej, bo jakoś po piątej wyszedłem ze szpitala. Cała noc siedziałem przy żonie. - Synowie byli sami w domu ? - Tak. Wie pan… Żona choruje. Poważnie. Czuwałem przy niej. Nie chciałem zostawiać ich samych w domu, ale nie miałem innego wyjścia. Boże – zachlipał, jakby dopiero teraz stopniowo dochodziła do niego tragedia, której musiał stawić czoła. – Dlaczego to tak się wszystko potoczyło. Ja… My… Staramy się… Wszystko co zarobię oddaje dzieciom. Jesteśmy biedni, panie, a tu jeszcze takie nieszczęście. Boże… - Proszę spróbować się uspokoić. Wiem że to nie łatwe. – Sawicki wyciągnął w jego stronę rękę. Mężczyzna był od niego niższy co najmniej o głowę, więc z łatwością oparł ją na jego ramionach. – Proszę spróbować, zaopiekujemy się panem. A teraz może chce pan usiąść ? - Nie – pociągnął nosem. – Jakoś dam radę. – dodał bez przekonania. Sapiecha zbliżył się do stołu. Pomiędzy piwami dostrzegł inną, mniejsza butelkę, wykonaną z grubego, brązowego szkła. Przyjrzał się jej uważnie. Napisy w kilku obcych językach oraz tłusty znak przekreślonej trupiej głowy ze skrzyżowanymi piszczelami nie pozostawiał wątpliwości, co do zawartości pojemnika. - Po co panu arszenik w domu ? - Żona pana Romana choruje na rzadka odmianę białaczki. Zażywa arszenik w małych dawkach. To skuteczna i znana od dawna terapia – pochwalił się swoimi ustaleniami policjant. - Leczą nas trucizną, a potem jeszcze strajkują, żądając podwyżek. Dobre sobie. – pomyślał. - Czy syn mógł go zażyć przez przypadek ? Mógł się pomylić? Albo, wie pan… Mężczyzna przeprosił, wysiąkał nos w brudną chustkę, potem drugim końcem wytarł załzawione oczy. - Nie. Synowie wiedzieli, że to trucizna. Filipek miał zakaz dotykania jej. To dobre dziecko, zawsze nas słucha, a Kamil… Nie wiem, nie wiem co mu strzeliło do głowy. Kamil…– na dźwięk tego imienia rozpłakał się znów. Anna sięgnęła na półkę z zabawkami chłopca. Ściągnęła dwie maskotki; jedną podała malcowi, drugą zatrzymała dla siebie. Sapiecha obserwował jak chwilę później oboje odgrywają jakąś scenkę, pod koniec której Filip roześmiał się żywo. - Przepraszam panów. Jestem taki roztrzęsiony…Zajmę się czymś może mi przejdzie. Chcą państwo może herbaty, z chęcią zrobię. Dobrą, ziołową. - Nie, nie, proszę się nie fatygować. – odpowiedział Sawicki. – Chociaż… – zreflektował się - Ja z chęcią poproszę. Paweł ? - Ja dziękuje. Mężczyzna zniknął w pobliskiej kuchni, skąd po chwili doleciał ich odgłos przelewanej wody. Policjanci stanęli blisko siebie. - Samobójstwo. – zaczął cicho. – Nic pewniejszego. Na arszeniku znaleźliśmy odciski denata. Pan Roman mówił mi, że lek, albo trucizna jak wolisz, zwykle leżała w najwyższej szafce w kuchni. Musiał ją stamtąd zabrać. Potem dosypał sobie ją ekstra do piwa i walnął zadowolony. Żegnaj okrutny świecie. Detektyw nie odpowiedział, sposępniał jeszcze bardziej. - Rosną nam te samobójstwa jak grzyby po deszczu. A deszcz pada i pada, przestać nie zamierza. Jak tak dalej pójdzie to do zimy miasto wyludni się jak patrzył. Źle to rokuje, nie ? - Jeszcze jak. Zobacz. Wiadomość znaleźliśmy w pokoju malucha. Podążył wzrokiem we wskazanym kierunku. Siedzący na łóżku maluch uśmiechał się pewnie, wyraźnie zadowolony z rozmowy z Anną. - Na oknie od zewnętrznej strony – kontynuował Sawicki. – Ta sama technika. Papier, czcionka, folia, taśma klejąca. Identyko. Przyklejona była wysoko. Ktoś musiał stanąć na podwyższeniu, żeby ja tam umieścić. Technicy gówno zdziałali. Nie znaleźli na niej żadnych odcisków. Nic a nic. - Paweł. – Kraniec przerwała ich rozmowę. – Chodź tutaj na chwilkę. Możesz ? - Jasne… - A teraz pan policjant zada ci kilka pytań, dobrze słonko ? – zwróciła się ciszej do Flipa. Sapiecha przykucnął przy łóżku, tak, aby twarz małego przesłuchiwanego mieć na swoim poziomie. - Mogę ? Skinęła przyzwalająco. - Jak się masz ? - Dobrze, prze Pana. – odpowiedział maluch, bawiąc się jednocześnie dużym, szczerzącym kły lwem. Pan Roman oddał zaparzoną herbatę Sawickiemu, który przysłuchiwał się rozmowie z dużym zainteresowaniem. Uspokojony mężczyzna również usiadł na łóżku, usadowił syna na kolanach i cmokną go z miłością w głowę. - Dobrze ci się dziś spało ? – Indagował detektyw zmieszany niezręcznością doboru słów. Nigdy jeszcze nie musiał wyciągać informacji z takiego bezbronnego brzdąca. - Tak prze pana. Trochę boję się ciemności, ale wiem, że muszę być dzielny, mamusia jest chora i musze być dzielny dla niej. - Na pewno poczuje się lepiej, kiedy dowie się jak bardzo jesteś odważny. – Nieśmiało dotknął kolana małego bohatera. Chłopiec podniósł jego dłoń i przyłożył ją do swojej. Była dwa razy mniejsza. - Powiedz mi, nie słyszałeś nic dziwnego w nocy ? Co robił twój brat ? - Nie wiem, prze pana. Spałem. Obudził mnie dopiero tatuś – przytuli się do piersi ojca – i panowie policjanci, bo głośno się zachowywali. - A nie wiesz kto zostawił to na szybie ? – Sapiecha wręczył mu kartkę z nutami. Maluch patrzył na nią dość długo i zapamiętale. Robił przy tym miny wskazujące na wielkie skupienie. - Nie wiem. – odpowiedział wreszcie. – Ale może zgubiła ją tamta pani. - Jaka pani ? Filip wsunął kartę z powrotem w znierumomiałą rękę detektywa. - Ta, którą wczoraj widziałem. Taka ładna pani, z długimi włosami. I tak ładnie mi śpiewała. Sawicki zachłysnął się herbatą. Kaszlał długo i głośno, ale nawet to nie zdołało przywołać do rzeczywistości zszokowanego detektywa.
***
- A co można o tym sądzić ! – zbulwersował się, kiedy wyszli na zewnątrz. Nie spodziewał się tak infantylnego pytania. – Nie wiem, kurwa ! – Przyznał obrażony, bo przyznawanie się do niewiedzy nie było najmilszym wyznaniem. - Wygląda na to, – ciągnął - że jakaś kobieta krąży po
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pasjonat
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…