Martwy Świt
Karol budzi się rano w świecie pełnym zombie. Nadchodzi apokalipsa.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Świtało już.... Ptaki za oknem ckliwie świergoczą, wszechobecna szarość wdziera się zewsząd. Nowy dzień agresywnie daje znać o swojej obecności....
Tego ranka Karol jak zwykle nie miał nic do roboty, przeciągał się i przecierał zaspane oczy z nadzieją że ten dzień skończy się tak szybko jak się zaczął. Karol był obibokiem, miał 40 lat, w życiu nie dorobił się niczego, nie miał żony ani dzieci, a jedynym jego planem na siebie było codzienne pójście do nudnej pracy, odbębnienie 8 godzin, i powrót do wynajmowanej kawalerki w celu zalania mordy tanim whisky i pójście spać. Zazwyczaj gdy się budził starał się ogarnąć kaca, włączał poranne wiadomości i powoli szykował się do pracy. Dziś było inaczej, wokół słychać było dziwne krzyki i jakieś przeraźliwe wycia, a zza drzwi na klatce schodowej dobiegał hałas jakiejś szarpaniny i trudne do zinterpretowania dźwięki. Powoli zwlókł się z łóżka i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi by sprawdzić przez wizjer co się dzieje na klatce. Nie było nic widać, wizjer był jakby czymś zaklejony, ale ponieważ hałasy ucichły, Karol pomyślał że pewnie dzieciaki sąsiadów zrobiły mu kawał i zakleiły czymś wizjer. Nie zdziwiło go to bo takie akcje bywały częściej. Wrócił więc do pokoju by z okna spojrzeć na rozpoczynający się dzień. Tego co zobaczył, nie zapomni do końca życia, na chodniku przed klatką schodową, chodziła w kółko Pani Krysia, sąsiadka spod 11, w jej sylwetce było coś dziwnego, miała głowę nienaturalnie wykręconą i wykrzywioną w lewą stronę, włosy były jakby powyrywane miejscami, miała gołe place i zwisające wokół nich strzępki pozostałych włosów. Lewa noga sąsiadki wykręcona była w kolanie o 180 stopni, tak że stopa zwrócona była palcami w kierunku pleców. Pomimo tego stanu Krysia chodziła całkiem sprawnie w kółko a z wykrzywionych ust kapała krew i ślina. Widok Krystyny z jedenastego, nie był najgorszym co działo się za oknem, wzrok Karola zawiesił się na trawniku obok śmietnika. Nie był pewien tego co widzi, przetarł oczy, ale widok nie zmienił się, na trawniku leżał dozorca, Jarek, z którym Karol czasem wieczorami lubił pogadać, ponarzekać na cały świat i przepić sprawy tanim whiskaczem. Duża czerwona plama wokół głowy dozorcy wyglądała jak rozlana farba, przez chwilę Karol pomyślał że stary się wieczorem dobrze schlał, a dziś rano miał zły dzień i przewrócił się z puszką farby, jednak na widok Krystyny, która podeszła, padła na kolana i jak gdyby nigdy nic zaczęła zjadać polik Jarka, dotarło do zaspanego Karola że coś jest nie tak. Widok był przerażający, sąsiadka zrywała zębami skórę z twarzy dozorcy, oblizywała ciągnące się za skrawkami skóry żyły, i łapczywie je połykała wydając z siebie przeraźliwy charkot. Krew tryskała na boki, umazany był już cały chodnik i powstała całkiem okazała plama a Krystyna nic sobie z tego nie robiąc wbiła palec w oczodół Jarka i pomalutku wyciągnęła oko które potraktowała jak wisienkę z tortu połykając ją ze smakiem. Na skroni Karola pojawiły się zimne krople potu, dopiero teraz dostrzegł oddalonych kilkanaście metrów dalej uciekających ludzi i biegnących za nimi nienaturalnie wyglądających, zakrwawionych powyginanych postaci. W jednej chwili Karol przypomniał sobie wszystkie krwawe horrory jakie widział w życiu, ale przecież to tylko filmy, to się nie może dziać na prawdę, przetarł oczy jeszcze raz i spojrzał w dół, Krystyna trzymała na dłoni serce dozorcy i wgryzała się w nie zakrwawionymi zębami. Jest źle, jest bardzo źle, pomyślał Karol, ogromy strach jaki go teraz ogarniał prawie go sparaliżował, serce biło mu tak mocno, że koszulka aż się unosiła na piersi. Włączę telewizor, może tam coś powiedzą. Z klatki schodowej znów zaczęły dobiegać głośne dźwięki, jakiś pisk, krzyk, coś uderzyło w drzwi. Strach potęgował coraz bardziej, Karol wiedział że drzwi jego kawalerki są mocne jak kartonowe pudełko i stare co najmniej jak on sam, więc nie będą w stanie zatrzymać większego komara a co dopiero taka Krystynę która bez najmniejszych kłopotów powaliła dozorcę, chłopa 190 cm. Niewiele myśląc, Karol przesunął pod drzwi wejściowe stojącą w przedpokoju komodę, a ją nakrył stołem z pokoju. Włączony telewizor podawał tylko jedną informację, nagraną w studio, wygląda na to że na żywo, na nagraniu był premier, bez garnituru, wyglądał jak by przed chwilą został wyrwany z biwaku pod namiotem, w dresie i koszulce na ramiączka, w dolnej części zakrwawionej. ....Mówi premier, Rodacy, nasz świat został zaatakowany przez nieznanego wirusa, ludzie którzy zostali zarażeni, stają się bardzo niebezpieczni, nie ma z nimi kontaktu a oni sami są bardzo agresywni i żądni krwi. Nie dajcie się im dopaść, zostańcie w domach i zamknijcie drzwi. Nie wpuszczajcie nikogo. Rząd i siły wojskowe będą organizować w każdym dużym mieście punkty ochrony obywateli, wszyscy którzy przeżyją niech starają się dotrzeć do największych obiektów w mieście, tam wojsko będzie organizowało zbiórkę i transport do miejsc bezpiecznych. Unikajcie kontaktu z zarażonymi, chrońcie się tym co macie pod ręką. W tym momencie do studia wbiegło dwóch ochroniarzy, okryło premiera wojskowym płaszczem i wyprowadziło go ze studia, samo nagranie dalej szło od początku ....Mówi premier.... Kurwa mać, Karolowi tylko te słowa cisnęły się na usta, muszę jak najszybciej dostać się do hali sportowej, tam będzie wojsko które mnie ochroni. Tu w domu umrę z głodu, w lodówce jest tylko światło i resztka wczorajszej whisky. Nerwowo zaczął wyrzucać wszystko z szaf szukając czegoś co mogło by posłużyć do obrony. Pamiętał, że z dawnej wycieczki do Moskwy, przywiózł sobie na pamiątkę podróbkę amerykańskiego kija bejsbolowego, który teraz mógł się okazać niejako zbawienny. Zawartość obu szaf leżała już na środku pokoju, ale kija nigdzie nie było. Myśl kurwa myśl... Karol bił się pięścią po głowie, gdzie żeś ten kij wsadził. Przypomniał sobie że czasem do łóżka do pojemnika na pościel chował niepotrzebne chwilowo rzeczy. Nie mylił się, kij był tam i lśnił jak nowy. Karol odetchnął z ulgą, złapał kij i pocałował go z radości, wyważył go w dłoniach, wziął zamach i przymierzył do ciosu. To jeszcze nie wszystko, pomyślał, przydało by się jeszcze coś na wzmocnienie. Swojego czasu kiedy latem ptaki siadały na parapecie i srały wszędzie wokół, Karol zrobił z drutu kolczastego takie małe zasieki by ptaki tam nie siadały. Nada się, pomyślał, zerwał cały drut zza okna i uzbroił nim górną część kija. Niewiele myśląc, wrzucił w plecak resztkę whisky, butelkę wody i zbliżył się do drzwi wejściowych. Odsunął stół i komodę, teraz albo nigdy, jak nie dostanę się do hali sportowej to będzie po mnie. Spojrzał przez wizjer.
Na schodach prowadzących w dół stał dozorca Jarek, w podartym ubraniu, z poszarpaną, pogryzioną twarzą i kapiącą zewsząd krwią, oko miał jakby wyblakłe, pokryte mlecznym nalotem, a jednocześnie w głębi widać było mocno czerwone lśnienie. Prawa ręka była oberwana ze skóry aż do kości, w zasadzie to już nie była ręka, tylko sam szkielet jak u kościotrupa, a pomimo tego trzymał w niej głowę jakiegoś człowieka, z obciętej szyi zwisały kawałki żył i kapała krew, dozorca jakby w amoku unosił głowę do swoich ust i obgryzał mięso, w dzikim szale. Co robić, co robić, Karol bił się z myślami, przecież jak wyjdę z domu to ten pieprzony cieć mnie zabije albo co gorsza zje żywcem. Człowieku, zbierz się do kupy, masz baseball, myśli rozsadzały Karolowi czaszkę, z jednej strony czuł się pewnie mając kij, a z drugiej był tak niepewny nowej sytuacji w której się znalazł, że stał sparaliżowany i bał się zrobić krok. Dasz radę, na pewno dasz radę, powtarzał sobie. Wyjdę, zdzielę dozorcę kijem z całej siły, tak by najlepiej spadł ze schodów, przeskoczę go i wydostanę się z budynku. Hala jest w drugim końcu miasta, postaram się dostać do jakiegoś auta i w nogi. Plan był prosty, jedynym problemem był brak auta, którego Karol po prostu nie posiadał, w myślach miał jednak sceny z filmów, gdzie przecież samochód odpala się dwoma kabelkami spod kierownicy, więc po znalezieniu auta, nie powinno być kłopotu z odjazdem. Znajdę pierwsze lepsze auto i pojadę. Teraz muszę tylko wydostać się z budynku. Po cichu dwoma palcami zaczął przekręcać zamek w drzwiach, bał się że dozorca usłyszy i zbliży się do drzwi, co znacznie utrudniło by ewakuację. Górny zamek od zawsze się zacinał, Karol nigdy nie zwracał na to uwagi, jakoś kilka razy kręcił w lewo i w prawo i działało, teraz gdy zamek strzyknął głośno, przerażenie zmroziło twarz Karola, trzęsąc się przystawił oko do wizjera i obserwował dozorcę, który w tym momencie skierował swój dziki wzrok w stronę Karola drzwi jednocześnie przeżuwając kawałek skóry z głowy trzymanej oskórowaną ręką. Jarek zaczął się zbliżać do drzwi, powoli, chwiejnym krokiem, ciągnąc powykręcane nogi jedna za drugą, na chwilę zatrzymał się, zamachnął i rzucił niesioną głową w drzwi z taką siłą że po stronie Karola pojawiło się wybrzuszenie i pęknięcie. Nie mam wyjścia, wychodzę teraz bo później już nie dam rady. Karol szybkim ruchem otworzył drugi dolny zamek i nacisnął klamkę, drzwi uchyliły się ze zgrzytem i ukazały ociekającego krwią dozorcę. W tym momencie na schodach pojawił się zbiegający z góry sąsiad, Karol znał go tylko z widzenia, ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia, trzeba zjednoczyć siły i działać razem. Sąsiad spojrzał w stronę Karola i krzyknął, uważaj, idę pierwszy, ty biegnij za mną. Na porozrywanej twarzy dozorcy Jarka pojawił się grymas bólu, spod porozdzieranych tkanek prześwitywała odkryta klawiatura czerwonych od krwi zębów a z gardła wydobywało się przerażające charczenie. Spojrzał i ruszył w stronę Karola, wyciągając w jego kierunku kościstą rękę. W dłoni sąsiada Karol zauważył tasak, duży stalowy tasak, jakiego używa się do rozbierania mięsa w rzeźni, sąsiad zamachnął się i jednym ruchem odciął dozorcy rękę i kawałek barku, które opadły na podłogę, to jednak nie zatrzymało rozjuszonego dozorcy, który to z jeszcze większą dzikością rzucił się na Karola. Nie poddam się. Karol złapał oburącz swój kij i z całej siły zaczął tłuc nim dozorcę, padł pierwszy cios w szyję, drugi i trzeci i nic, krew tryskała na wszystkie strony, kawałki skóry bryzgały na ściany a Jarek w pełnej dzikości, warcząc i charcząc kłapał gołą szczęką próbując ugryźć Karola gdziekolwiek się da i napierając nadal w jego stronę. Karol bił kijem już na oślep, byle by tylko się obronić, ale to nie niosło za sobą żadnych skutków, dozorca nie chciał umrzeć, a każdy cios pobudzał go jeszcze bardziej. Z odsieczą nadszedł sąsiad z tasakiem, zadał silny cios obcinając drugą rękę i część tułowia, ta opadła na podłogę ale nadal się rzucała i poruszała. Kolejne uderzenie było w głowę Jarka, rozcięło ją na pół i spowodowało że ten osunął się na ziemię bez ruchu i oznak życia, a co ciekawe rzucające się po podłodze obie odcięte ręce też zamarły bez ruchu. Roman jestem ...
Przedstawił się jak gdyby nigdy nic, mały z piwnym brzuchem, bokobrody, i brak przedniej jedynki. Mimo że jego wygląd bardziej przypominał wioskowego wesołka niż ocalałego z apokalipsy, w oczach miał coś twardego. Karol wiedział, że nie ma wyjścia – muszą działać razem. — Karol — odpowiedział krótko, wciąż ciężko dysząc. Roman zerknął na zwłoki dozorcy, rozdeptując jedną z obciętych dłoni. — Tych dziadów tylko w łeb, i to porządnie. Albo głowę trzeba oddzielić całkiem. Inaczej będą gryźć jak teściowa po dwóch winach. Karol parsknął, choć nie do końca mu było do śmiechu. Ze schodów wciąż dobiegało chrobotanie. Dźwięki, które zwiastowały kolejne kłopoty. — Musimy wyjść. Hala sportowa. Tam ma być wojsko. — rzucił Karol. Roman przytaknął i poprawił chwyt na tasaku. — To prowadź, whisky-man. Wyszli na ulicę, chowając się za wrakiem starego dostawczaka. Miasto przypominało martwą strefę wojenną – porzucone auta, rozbite witryny, dym unoszący się z kilku budynków, a gdzieniegdzie jęki i odgłosy żerowania. — Samochód, musimy znaleźć coś, co odpali. — szepnął Karol. — Ja mam swoje, zaparkowane trzy ulice dalej. Stara Łada, ale jeszcze chodzi. — Roman uśmiechnął się lekko. — Jak żona – wiecznie stęka, ale jedzie. Zanim ruszyli, zza zakrętu dobiegł warkot. Oczy obu mężczyzn rozszerzyły się – opancerzony transporter wojskowy przecinał ulicę. Karol już miał krzyknąć, kiedy zza pojazdu wybiegła grupa... nie ludzi. Zmasakrowani, zdeformowani, a jeden z nich miał wbite w plecy nożyce ogrodowe, którymi dalej machał. — Nie! — Roman złapał Karola i przyciągnął go do ziemi. — Cicho. Żołnierze nie strzelają. Patrz. Karol spojrzał. Rzeczywiście – transporter jechał dalej. Nie zatrzymał się. Ludzie w środku nawet nie otworzyli ognia. Jakby... nie chcieli pomagać. — Oni już nie pomagają — powiedział Roman cicho. — Oni tylko zbierają, co swoje. Reszta to mięso. Karol poczuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Wszystkie nadzieje na ratunek rozwiały się jak dym z pożaru. — Idziemy do tej Łady — powiedział w końcu. — Jeśli to nasza jedyna opcja, to nie ma co zwlekać. Dotarli do auta po serii bliskich spotkań trzeciego stopnia – raz musieli przeczołgać się pod ciałem rozszarpanego strażnika miejskiego, innym razem udawali martwych, kiedy jeden z zarażonych rozgryzał plastikową figurkę Matki Boskiej. Łada była – stara, rdzawa i śmierdząca jak popielniczka po weselu, ale odpaliła od razu. Roman wrzucił bieg, silnik zawył, i ruszyli. Przez okna widać było piekło, które kiedyś było ich miastem. — Wiesz co, Karol? — rzucił Roman przez ramię. — Myślę, że nie dojedziemy do hali. Ale może znajdziemy coś lepszego. — Co masz na myśli? — Gdzieś, gdzie nie ma ludzi. Las, wieś, piwnica z beczką kiszonych ogórków. Tam się da przeczekać. A potem... się zobaczy. Może świat się jeszcze ogarnie. Karol spojrzał w bok, na płonącą szkołę, przez której okna wypadł właśnie ktoś w mundurze, gryząc własne ramię. — Świat się już nie ogarnie — odpowiedział cicho. I ruszyli w nieznane. Martwy świt za nimi, martwy świat przed nimi.
Rozdział II – Ostatni Bastion
Silnik Łady ryczał w rytmie strachu i adrenaliny. Droga uciekała spod kół jak życie ze świeżo zarażonego. Karol milczał, gapiąc się przez szybę na rozdzierany chaos – dym, wraki, krew na asfalcie, a gdzieś w oddali rozbrzmiewały pojedyncze serie karabinowe. Roman trzymał kierownicę kurczowo, co jakiś czas zerkając w lusterko. — Mamy ich na ogonie? — spytał Karol. Roman pokręcił głową. — Nie. Ale to się może zaraz zmienić. Zresztą... nie martw się zarażonymi. Martw się tymi, którzy nie są. Karol spojrzał pytająco. Roman westchnął. — Ci, co przeżyli, dzielą się na dwa rodzaje: przestraszonych... i popieprzonych. Tych drugich jest więcej. Po kilkunastu minutach jazdy opuścili centrum. Blokowiska zmieniły się w rzadkie domki jednorodzinne, potem w działki, a potem w las. — Gdzie jedziemy? — zapytał Karol. — Do mojego kuzyna. Ma stary domek na skraju boru. Bunkier, zapasy, broń. Trochę jak w tych filmach o końcu świata. Zawsze śmiałem się z niego, ale teraz? Może go pocałuję w łysinę. Zatrzymali się przy żelaznej bramie. Roman wysiadł, uważnie się rozglądając. Karol zaciągnął ręczny hamulec i ścisnął kij bejsbolowy. Czuł, że coś tu nie gra. Cisza była zbyt... gruba. Jak mgła. Roman zapukał trzy razy do bocznej furtki. Następnie dwa szybkie uderzenia, jedno wolne. Cisza. Potem szelest. I odgłos odsuwanego ryglowania. W uchylonej furtce pojawiła się postać. — Heniek? — zapytał Roman. Odpowiedziała mu lufa strzelby. — Hasło? — zapytał facet. — Pierdol się, Heniek. Wpuść mnie. Drzwi się otworzyły. Heniek — łysy jak kolano, z brodą sięgającą piersi i wojskową kamizelką — uśmiechnął się tylko i przytulił kuzyna. — Dobrze, że żyjesz, Romuś. — I nie jestem sam. To Karol. Też z bloku. Ma łeb na karku i kij z kolcami. — Roman mrugnął. Heniek uśmiechnął się lekko. — Wchodźcie. Ale ostrzegam — tu nie ma wygód. I nikt nie wychodzi bez powodu. Karol wszedł niepewnie. W środku znajdował się spory dom z zasłoniętymi oknami, na podwórku stary UAZ, wokół stalowe beczki i prowizoryczna wieża strażnicza zrobiona z rusztowań. Heniek prowadził ich do środka. Przeszli przez kuchnię, w której na stole leżał rozłożony karabin snajperski. W kącie siedziało trzech innych ludzi – jeden z maską gazową, drugi z ciętą blizną na policzku, trzeci dziewiętnastolatek z oczami jak spodki. — To są resztki mojej ekipy. Zostaliśmy we czwórkę z…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil TheWorldOfZombie
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…