Wróć do katalogu

Marzenia odzyskane (cz.1)

To chyba moje pierwsze poważniejsze opowiadanie, które cały czas poprawiam (od jakiś 2 lat) i przerabiam. To tylko część, ale proszę o opinię, czy warto nad tym ślęczęć

Izzys, opublikowano , 17 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Marzyliście kiedyś o jakiejś osobie, która była dla was nieosiągalna tak bardzo, że nawet nie wiedziała o waszym istnieniu, mimo, że było się tuż obok niej? Na pewno tak. Każdy o czymś marzy i każdemu kiedyś się zdarzyło być zauroczonym jakąś osobą będącą poza jej zasięgiem. Mi też się coś takiego przydarzyło, ale to było w rzeczywistości. Przynajmniej mi się tak wydaje, a czy to była prawda… Ja w każdym razie wiem swoje i nikt mi tego nie odbierze. Ale zacznijmy od początku. Mając dwadzieścia pięć wiosen wyjechałam z kraju, by szukać, jak to się mówi „swojego miejsca na świecie” lub po prostu, żeby się dorobić i przy okazji poznać jakąś inną kulturę. Oczywiście, gdzież bym indziej mogła pojechać jak nie do Stanów – kraju, w którym spełniają się wszystkie marzenia. Lot był dosyć przyjemny, chociaż strasznie mi się dłużył, bo nie mogłam się już doczekać, kiedy wreszcie wyląduję i zobaczę to „cudo” jakim rzekomo jest Nowy Jork. W końcu po wielu godzinach lotu byłam na miejscu. Po wyjściu z lotniska aż mi dech w piersiach zaparło. Miasto było ogromne, a ja nawet nie byłam dobrze w centrum! To był niesamowity widok. Wszędzie byli ludzie, którzy dokądś pędzili, na ulicach jeździło mnóstwo taksówek i innych samochodów, a budynki były po prostu ogromne. Wiele razy widziałam w telewizji te wieżowce sięgające chmur, ale nie sądziłam, że one naprawdę ich sięgają! Wszędzie, gdzie się tylko obejrzało nad miastem górowały drapacze, całe oszklone i niesamowicie błyszczące. Stałam tak przez jakiś czas i patrzyłam na nie, a ludzie patrzyli się na mnie. Musiałam wyglądać jak rasowa turystka, która odwiedza ich kraj. Nie powinni się dziwić, bo przecież do Stanów przyjeżdża wielu turystów, którzy prawdopodobnie reagują na to wszystko podobnie jak ja. Tak czy siak stałam tam i patrzyłam na te monstra stworzone przez człowieka i szczerze powiedziawszy nie wiedziałam co dalej zrobić, gdzie się udać by znaleźć jakąś pracę i miejsce do spania. Nie miałam zbyt wiele pieniędzy, dokładnie jakieś 300$, ale wiedziałam, że to mi na długo nie starczy, więc musiałam szybko znaleźć jakąś pracę. Na lotnisku widziałam jakąś budkę z informacją, do której się udałam, żeby rozeznać się w mojej sytuacji. Wiem, że informacja turystyczna to nie najlepsze miejsce, aby dowiadywać się o możliwość znalezienia pracy i dachu nad głową, ale byłam postawiona w sytuacji trochę bez wyjścia. Bardzo uprzejma pani pomogła mi i powiedziała, gdzie mogę znaleźć tani nocleg i gdzie szukać ofert pracy. Po udzieleniu mi konkretnych informacji wspomniała też o miejscach, w których można tanio i dość dobrze zjeść, a co najważniejsze się najeść. Oprócz tego porozmawiałyśmy sobie trochę o zachowaniach ludzi z Nowego Jorku (Boże!, jak ja się cieszę, że w czasie studiów szlifowałam swój angielski!). Po tej pogawędce poszłam pod wskazany adres w celu rozejrzenia się za jakąś pracą, zaopatrzywszy się wcześniej w dokładną mapę miasta. Wcale nie tak łatwo było znaleźć odpowiednia ulicę, nie wspominając już o znalezieniu odpowiedniego pokoju. Gdy już załatwiłam wszystkie formalności dotyczące mojego przyjazdu i celów z tym związanych, już mniej uprzejma pani przedstawiła mi oferty pracy dla człowieka mojego pokroju, z dyplomem magistra psychologii (obronionego na 5!), ale z innego kraju. Nie było tego za wiele, ale coś przynajmniej było. Zdecydowałam się na pracę „zastępcy asystenta” w jakiejś firmie reklamowej. Mówiąc prościej byłam po prostu człowiekiem od brudnej roboty. To na mnie spadały wszystkie obowiązki związane z przynoszeniem kawy do biura, pączków i innego żarcia dla mojego szefa i jego szefa, Jednak nie narzekałam, bo miałam za co zapłacić rachunki za moje własne wynajęte mieszkanko, składające się z malutkiej kuchni, jeszcze mniejszej łazienki i troszkę większego malutkiego pokoiku. Znalezienie mieszkania było w tym wypadku najprostsza rzeczą w porównaniu do tego co się działo w pracy. Pierwszego dnia było dosyć spokojnie, ale chyba specjalnie szefostwo udawało, że to taka miła praca, żeby mnie od razu nie wystraszyć. Naprawdę wszystko zaczęło się już trzeciego dnia. Najpierw mój bezpośredni przełożony, pan Jackobson, wysłał mnie do działu komputerowego po projekty nowego bilbordu reklamującego „najnowszy, najsmaczniejszy” i jakiś tam jeszcze „naj” produkt firmy Coca – Cola. Pobiegłam do „komputerowców” jak najszybciej mogłam i jak najszybciej poruszała się winda i przyniosłam Jackobsonowi te projekty. Tamten owszem pochwalił mnie za szybkość, ale zbeształ za to, że musiał na mnie czekać całe pięć minut i przez to nie mógł dokładnie opowiedzieć swojemu szefowi o tym projekcie, a tamten nie mógł dokładnie zapoznać swojego zleceniodawcy z postępami jakie firma poczyniła w sprawie nowej akcji reklamowej. I od tego się zaczęło. Później było już tylko coraz gorzej. A to mieli zastrzeżenia co do kawy, a to nie smakowały im kanapki, bo nie miały w środku pomidora, albo miały go wręcz za dużo. W końcu przyszło do tego, że nie miałam ani jednej wolnej chwili dla siebie, tylko ganiałam wszędzie, gdzie tylko się dało dla, wydaje mi się, ich rozrywki, jaką było uprzykrzanie mi życie. Przynajmniej lepiej poznałam miasto i już bez większych obaw się po nim poruszałam. Na szczęście w biurze byli też życzliwi mi ludzie, bo chyba zrezygnowałabym już po pierwszym miesiącu pracy. Jedna dziewczyna była mniej więcej w moim wieku i po krótkiej chwili rozmowy stwierdziłam, że jednak nie wszyscy Amerykanie to zupełni idioci nieznający się na niczym oprócz tego jak zawiązać swoje sznurowadła i jak zgnębić cudzoziemca, który przypadkiem pracuje w ich firmie. Dziewczyna miała na imię Alice i naprawdę świetnie się rozumiałyśmy. Czasami pomagała mi w moich obowiązkach, gdy widziała, że zupełnie sobie nie radzę lub wyciągała mnie na lunche do pobliskiej knajpki. Po pół roku obie stałyśmy się sobie już dosyć bliskie i mówiłyśmy sobie często o problemach pracy i razem obgadywałyśmy szefa – tego mojego tego głównego. Życie w „wielkim mieście” zaczynało być całkiem znośne i powoli zaczynałam marzyć o zwiedzeniu innych miast, ale nie miałam dość funduszy na taką eskapadę. Oczywiście odkładałam każdy możliwy grosz, ale mimo to nie było tego dużo więcej, niż przed przyjazdem. Wydawało mi się też, że szef zaczyna się do mnie powoli przyzwyczajać. Po kolejnym miesiącu okazało się co się naprawdę działo. Jakaś bardzo ważna kampania reklamowa nie wypaliła i szykowały się cięcia kadrowe. Oczywiście jak się można było spodziewać ja poszłam na pierwszy ogień, jako ta najmniej przystosowana i najmniej niezbędna w pracy całej firmy. Na tym skończyło się moje przystosowywanie do nowego otoczenia i trzeba było sobie znaleźć nowe otoczenie, do którego trzeba się przystosować. Na całe szczęście zawsze byłam uparta i w tym przypadku to mi na dobre wyszło. Postanowiłam, że skoro nie chcą mnie w Nowym Jorku to poszukam szczęścia gdzie indziej. I z tym postanowieniem pożyczyłam od Alice trochę forsy, tak, żeby mi starczyło na podróż nie wiem gdzie i na pewien okres przeznaczony na poszukiwanie pracy. Alice pożyczyła mi tę forsę, a ja solennie ją zapewniłam, że jej prześlę pocztą dług jak tylko uda mi się cos zarobić. Nie sądziłam, że aż tak mi będzie przykro się z nią rozstawać, a i chyba jej zakręciła się w oku łezka. Spakowałam swój cały dobytek do jednej małej torby podróżnej, która pamięta jeszcze czasy mojego liceum, zabrałam swoja poręczną torbę, która też pamięta te czasy i wyruszyłam na dworzec autobusowy. Z braku pomysłu, gdzie mam teraz jechać kupiłam po prostu bilet na najbliższy autobus, który gdzieś jedzie i po pożegnaniu się z Alice, która odprowadziła mnie na dworzec i obiecaniu jej, że jak tylko będę mogła to zadzwonię, wsiadłam i zajęłam swoje miejsce. Nawet nie patrzyłam dokąd jest bilet. Pokazałam go tylko Alice, żeby się nie zamartwiała i ruszyłam w drogę. To była moja najdłuższa podróż autobusowa, jaka w życiu przeżyłam, ale obejrzałam Stany „od środka” (akurat tak się złożyło, że przejeżdżaliśmy przez środkowe tereny kraju). Gdy zobaczyłam rozległe tereny Teksasu poznałam w pełnym wymiarze znaczenie słowa „rozległe”. To było coś naprawdę ogromnego i wieżowce z Wielkiego Jabłka się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych