Marzenia umierającego
Opowiadanko moje, więc rewelacji nie będzie.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Co za dzień! Co za pieprzony dzień!
Drzwi trzasnęły a framuga zaskwierczała z bólu. Rzuciłem plecak w wolne miejsce między lodówką i wejściem do salonu. Będąc w pełnym zimowym ubiorze – to jest bieliźnie, koszulce, bluzie, lekkiej wiatrówce i adidasach, co stanowiło moje wyobrażenie o ciepłym stroju – stałem wpatrzony nieruchomym wzrokiem gdzieś w przestrzeń. Niewidzialna linia wychodząca z moich źrenic natrafiała na piękny obraz wiszący na ścianie przed mną (przedstawiający las jesienią), lecz nie byłem pewien czy w ogóle zobaczyłem, to co powinienem. Wydawało mi się, że myśli zasłoniły mi oczy. Do mózgu nie dochodziły dźwięki, obrazy, zapachy. Ta zapracowana kupa nerwów zbyt zajęta była przetwarzaniem minionych 3 godzin 25 minut i 32 sekund (w przybliżeniu). Mój oddech był miarowy, spokojny. Mięsnie stały się wiotkie jak nigdy, głowa o dziwo nie napęczniała bólem, [A powinna] jednak wyczerpanie sięgało zenitu. Przekonałem się, że lekki poranek, dobry humor i syte śniadanie nie zapewnią powodzenia przez całą dobę. Oczywiście moje problemy dotyczyły (przynajmniej po części) tego, co dla szesnastoletniego chłopaka, ucznia liceum było (powinno być?) sprawą priorytetową. Napisałem klasówkę z historii... No, wypadało by słowo „napisałem” wziąć w cudzysłów... Jeżeli ktoś uznaje ukształtowanie tuszem imienia i nazwiska, klasy i trzech dat: 966, 1410, 1454 za napisanie sprawdzianu to gratuluję poczucia humoru. Mi wcale nie było do śmiechu. Nie mogłem zawalić tej klasówki. [“Niemożliwe nie istnieje”] Wszystko zaczęło się u samych źródeł. Nie należałem do ludzi, którzy zapamiętują wiele z lekcji. Biorąc pod uwagę, że zawsze w przeciągu tych 45 minut miałem do przemyślenia milion ciekawych rzeczy, nigdy nie koncentrowałem się na słowach nauczycieli. [Nie tylko ja tak miałem, jak sądzę] Wszystko to prowadziło do tego, że wiele czasu spędzałem nad książkami w domu. W zasadzie poprawiło to moje wykształcenie, ale jeżeli by przenieść to na grunt matematyczny, nie sądzę by zmiana była większa niż dwu-trzy procentowa. Puste ściany mojego mieszkania zabierały tylko część zmartwień, zwalniając miejsce na informacje. Zrzuciłem kurtkę na stół i ciężko padłem na kanapę w salonie. Pokój był pusty. W zasadzie całe mieszkanie było puste. Mieszkałem sam. Kwaterę miałem po rodzicach, którzy nie żyli od czterech lat. Pusta droga. Poślizg. Drzewo. Byłem pod opieką babci, ale ona też miała swoją kawalerkę, i uznała, że byłem na tyle odpowiedzialny by mieszkać bez niej. Ja oczywiście nie miałem nic przeciwko. Nie zmieniłem prawie niczego w wystroju pomieszczeń, przez te kilka lat. Uznałem, że będzie to niejako hołd dla moich rodziców. Salon był największym pokojem w tym najzwyklejszym pod słońcem M-3. Na lewo od drzwi wejściowych stała niewielka ława, której używałem może kilka razy. Jadłem zawsze w kuchni. Po prawej zaś stał rząd szafek, półek i szuflad zapełnionych rozmaitymi szmatami i wieloma kryształowymi szklankami i kieliszkami. Całą zachodnią ścianę stanowił szereg okien i drzwi balkonowe. Naprzeciw tej bramy dla światła spokojnie rezydowała zgnile-zielona kanapa. Telewizor stał obok okien, tak by siedzący na sofie mógł oglądać programy bez niewygodnego przekręcania głowy. - Trzeba będzie w przyszłości pomyśleć o lepszej metodzie pakowania wiedzy do łba – powiedziałem sam do siebie tłukąc się otwarta dłonią w czoło, a mój głos niósł się cichym echem po mieszkaniu.
Na razie jednak moje chęci mogły dotyczyć jedynie baaardzo dalekiej przyszłości. Najpierw musiałem posprzątać jeden bałagan Spore porządki. O tak! Sam zgotowałem sobie piekło. Zakochałem się. Śmieszne? Tak wiem, ja nie mogłem kochać. Poprawka. Nie mogłem liczyć na odwzajemnienie miłości. Nie do końca wiedziałem, czy problem tkwił w moim wyglądzie czy tym, ze byłem po prostu pojebany. Moja uroda (?) stanowiła dużą przeszkodę. Dość długie włosy, zadarty nos, duże usta, zawsze czerwone policzki, twarz bez ikry charakteryzującej przystojnych mężczyzn. I jeszcze ten koślawy chód. Tak, cały ja. A przecież nie wybierałem sobie wyglądu. Najwidoczniej jednak dla większości nie miało to znaczenia. A co wyjdzie gdy do tej mieszanki dodamy jeszcze spostrzeżenie wielu ludzi, ze nie byłem normalny? Najprawdopodobniej coś w rodzaju radioaktywnego człowieka, od którego ucieka co mądrzejszy. A co było we mnie takiego nienormalnego, nie wiem. Interesowałem się muzyką, komputerami i piłką nożną. Słuchałem rocka jak wielu, grałem najczęściej w strategie, byłem całkiem niezłym bramkarzem. Jedyne co mogło być trudne do zaakceptowania przez otoczenie to moja izolacja. Zaczęło się to oczywiście po śmierci matki i ojca. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jak ważni dla mnie byli. Dopiero ich strata wyrzuciła mnie z wieloletniego letargu. Zrozumiałem, ze przez cały czas udawałem, grałem jak aktor w teatrze. Spróbowałem więc żyć inaczej, wybrałem drogę samotności i tak już zostało. Toczyłem swój głaz pod nienaturalnie stromą górę ale nie czułem zmęczenia, bo wiedziałem że pracuję dobrze, że kiedyś dostanę za to odpowiednią nagrodę. Nie chciałem się zmieniać, gdyż moje zachowanie mi odpowiadało, odganiało mój strach, niepewność. Czułem, ze wiem czego chcę, a jedynie ludzie mnie nie rozumieją. Postawiłem mur, tak szczelnie chroniony jak niegdyś ten dzielący Berlin. Lecz ona była trudnym przeciwnikiem. Traciłem nadzieję na zatrzymanie jej zwycięskiego marszu. W końcu cegła, po cegle rozbierze moją twierdzę. Czułem jej obecność zawsze, nawet teraz. Wiedziałem co się ze mną dzieje, i uznałem to za próbę dla mojej świadomości. Opierałem się ze wszystkich siła, ale mimo to przegrywałem. A ona przecież nawet nie chciała mnie pokonać. Wyglądało to raczej jak samowyniszczenie. Używając jej jako noża kaleczyłem się raz po raz i każdego dnia czułem, że umieram, że się poddaję a moja krew cieknie z rozległych ran jakby zapomniała, ze powinna zakrzepnąć. Wyglądało na to, że wieczór będzie mglisty. Dość dziwne zjawisko, dawno nie widziałem mgły o 16:00. Może nawet nigdy nie widziałem. Teraz szarawobiała, mleczna powłoka oplatała całe miasto jak matka tuląca synka przed snem. Jej uścisk był niewiarygodnie silny. Ciężkie powietrze krążyło smętnie miedzy ulicami mijając przechodniów. Jego chłodny oddech wlewał w serca lęk, nostalgię. Powodował nagłą aktywację tej części mózgu, która odpowiedzialna była za odbiór negatywnych emocji. Tak było, gdy wracałem ze szkoły. Widziałem jej kurtkę, plecak, ciemne włosy. Po cichu płakałem. Bez łez, ale mój stan psychiczny w pełni odpowiadał rozpaczy. Nie wołałem jej. Nie biegłem za nią. Serce mnie poganiało, krzyczało ze wszystkich siła. Szedłem powoli wpatrzony w ginący we mgle, niedostępny, jedyny tak piękny płatek śniegu. Przystanąłem na chwile, jakby mój zdrowy rozsądek na chwilę odnalazł drogę do moich mięśni i rozkazał im…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil SthiefH
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…