MERCEDES
nic o samochodach...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
MERCEDES
Mercedes, to nie było jej prawdziwe imię, a właściwie było, bo wybrała je sobie na bierzmowanie, a i już wcześniej, w dzieciństwie przylgnęło to do niej jako pseudonim, jednak w dowodzie i wszystkich innych dokumentach zapisane było co innego. Po prostu chciała, by tak do niej mówiono, tak się przedstawiała i we wszystkich nieoficjalnych sprawach posługiwała się tym właśnie imieniem. Gdy ktoś pytał o nazwisko, ze śmiechem dodawała – Benz – i nie kwapiła się, by tą wersję zmieniać. Prawdziwe imię i nazwisko znało niewiele osób. Czy było coś do ukrycia? Zależy z jakiego punktu widzenia, jednakoż były powody, dla których Mercedes wolała pozostać tajemnicza. * Mercedes Benz, zamieszkała w Warszawie, przy ulicy Grzegorzewskiej miała prawo mieć sporo pretensji do życia, czy też losu. Nikt by się pewnie nie zdziwił gdyby chodziła ponura i grzmiąca jak gradowa chmura, lub, gdyby co drugie wypowiadane przez nią zdanie nosiło znamiona narzekania na podłość przeznaczenia, albo wadliwość boskiego planu. Jednak, na przekór wszystkim faktom, okolicznościom i pozorom Mercedes była kobietą pogodną, pełną energii i wiary, że kiedyś wyjdzie dla niej słońce, a nawet jeśli nie, to wiatr w oczy i śnieg z deszczem jest pełen ukrytego uroku. Dnia dwudziestego pierwszego sierpnia, w czwartek, o godzinie siódmej rano zadzwonił budzik. Wczesna godzina, środek tygodnia i jazgotliwy, wibrujący dźwięk pobudki nie należą do czynników, które nastrajają ludzi optymistycznie, jednak dla Mercedes była to kolejna wspaniała chwila. Usiadła na swoim łóżku, lekko nieprzytomnym wzrokiem omiotła pokój i na jej twarz wypłynął błogi uśmiech. Koszmarny sen, który męczył ją ostatnio każdej nocy urwał się, a zamiast niego zaczynał się kolejny dzień... * Wyszła na plażę bladym świtem. Lubiła tą porę. Cisza, spokój, pustka. Rozebrała się do kostiumu kąpielowego i powoli weszła do morza. Woda był zimna, ale jej to nie przeszkadzało. Schlapała się i zanurzyła. Kilka ruchów rękami rozgrzało ją na tyle, że chłód wody zupełnie przestał przeszkadzać. Fali nie było prawie wcale, więc pływało się niemal jak w basenie. Oddaliła się trochę w morze, potem zawróciła i niespiesznie skierowała się ku brzegowi. Wyszła z morza, wytarła się ręcznikiem i z błogością zaległa na piasku. Jeszcze ze dwie godziny i zaczną pojawiać się ludzie. Najpierw trenujący jogging, spacerowicze i wyprowadzający psy, niedługo potem pierwsi plażowicze. Koło południa będzie już dziki tłum. Teraz jednak nie ma się czym przejmować, teraz jest cudownie, teraz jest czas relaksu, czas dla niej. Najpierw usłyszała narastający hałas jakiegoś silnika, potem, kiedy otworzyła oczy zauważyła zniżający lot helikopter. Zatoczył łuk bardzo nisko, tuż nad plażą i wzniecając swoimi wirnikami małą piaskową burzę wylądował kilkanaście metrów po lewej. Na burcie widniał napis „GREENPEACE”. Nim zdążyła cokolwiek pomyśleć z helikoptera zaczęli wysypywać się ludzie. Krzyczeli coś do siebie, pokazywali ją palcami, wreszcie całą gromadą ruszyli w jej stronę. Niemal jednocześnie druga banda pojawiła się na wydmie i poganiając się wzajemnie popędziła do morza. - Tu jest panowie, szybciej, szybciej! - Komenderował wysoki i chudy jak patyk brodacz w wełnianym swetrze. Zanim zorientowała się, co się dzieje polały się na nią kubły wody. - Dajcie mokre koce i więcej wody, więcej wody!!! Chyba mamy szanse ją uratować! Była tak zaskoczona i przerażona, że nie była w stanie protestować. Polewano ją coraz mocniej, ktoś ją szturchał, ktoś coś pod nią wsadzał. Chwilę później helikopter wystartował, ale nie odleciał, lecz zawisł nad nią jak gigantyczna ważka. Spuszczono z niego jakieś liny i już po chwili poczuła, że unosi się w powietrze. Jeszcze moment i ponownie znalazła się w morzu. Ludzie na plaży wiwatowali... * Jeszcze kilka takich nocy i Mercedes gotowa była zupełnie zrezygnować ze spania, ale teraz nie chciała o tym myśleć. Przeciwnie, jak najszybciej zapomnieć, wstać, umyć się iść do pracy. Dzień na pewno przyniesie coś miłego, a do koszmarów nocy lepiej nie wracać. Terapia okazała się dość skuteczna. Chłodna woda z kranu szybko ją dobudziła, potem dwie parówki z cebulą, serem, oliwkami i kajzerką, herbata. Wszystko wyglądało już całkiem przyzwoicie. Słońce za oknami świeciło jasno, niebo było błękitne i wszystko wydawało się pełne życia. Mercedes nabrała ochoty na spacer z psem. Nie musiała się tym zajmować, bo wyprowadzanie Benka – ogromnego doga niemieckiego – należało do obowiązków służącej, Wioletty, ale czasem, zwłaszcza w tak piękne dni jak dzisiejszy brała to na siebie. Zwabiony poruszeniem w przedpokoju Benek zjawił się, jakby spodziewał się, że może liczyć na przechadzką. Nie przepadał za grubą kolczatką, ale nie protestował, gdy Mercedes założyła mu ją na szyję. Przeszli przez osiedle i obok kilkudziesięciu drzewek szumnie nazywanych laskiem wspięli się na lokalną górkę. Mercedes spuściła psa, a ten pogalopował przez wysoką trawę niczym źrebak. Rozgonił grupkę gawronów, potem załatwił swoje potrzeby fizjologiczne i zaczął rozglądać się za innymi psami. Pani, która czekała do tej pory w spokoju stojąc na szczycie wzniesienia, teraz zagwizdała ostro przywołując Benka do siebie. Dobrze wiedziała, że wystarczy chwila nieuwagi i jej pupilek pogoni za jakąś suką, wszystko jedno, czy byłaby to panienka jego gabarytów, czy na przykład jamniczka. Wrócili do domu, Mercedes przebrała się w coś względnie eleganckiego, wydała Wioletcie dyspozycje, co ma być przygotowane na obiad i zrobione w mieszkaniu, a następnie wyszła do pracy. Autobus linii 136 spóźniał się albo może już uciekł, więc Mercedes przeszła jeszcze kawałek na stację metra. Na peronie stacji Imielin kłębił się tłum poirytowanych ludzi spieszących się do pracy. Jeden ze składów popsuł się i właśnie tu wysadził podróżnych jadących z Kabat i Natolina, następny miał przejazd techniczny i nie zabierał pasażerów. Tłum gęstniał, jego niezadowolenie graniczące już z wściekłością było niemal namacalne, a metro nie przyjeżdżało. Wreszcie w tunelu pojawiła się poświata, a chwilę później zbliżające się światła kolejki. Ludzka masa zafalowała i ruszyła w kierunku krawędzi peronu. Mercedes została porwana z nurtem tej rzeki ciał i prawie bez własnego udziału znalazła się naprzeciw drzwi jednego z wagonów. W środku już było pełno i nie było szans, by wszyscy stojący na stacji zdołali się wepchnąć, ale Mercedes się udało. Drzwi zamknęły się i metro ruszyło. „Dobrze, że to tylko kilka stacji.” Mercedes z trudem łapała powietrze. Zewsząd naciskano ją, ugniatano i prasowano. Jakoś udało jej się wytrzymać do stacji Stokłosy, gdzie okazało się, że wydawałoby się wypełniony już dawno limit pojemności podziemnej kolejki da się jeszcze rozciągnąć, bo udało się wepchnąć jeszcze przynajmniej kolejnych kilkudziesięciu pasażerom. Na Ursynowie sytuacja powtórzyła się, choć teraz zdecydowana większość chętnych pozostała na peronie. Ścisk w wagonach był już niemalże absurdalny. Ktoś macał ją po tyłku. Niby w takim tłoku mogło jej się wydawać, albo też ten fakt mógł mieć całkowicie przypadkowe podłoże, jednak Mercedes nie miała wątpliwości, że tak nie jest. Ktoś macał ją po tyłku absolutnie celowo, z premedytacją i wyrafinowaniem. Żeby to chociaż było przyjemne, ale niestety, nie było nawet w najmniejszym stopniu. Potem było uszczypnięcie. Gdyby miała taką możliwość Mercedes podskoczyłaby do góry najwyżej, jak tylko potrafi, a potem pewnie zabiłaby bezczelnego typa, a w każdym razie zrobiła by mu taką awanturę, jakieś świat nie widział. Tymczasem nie mogła nawet się poruszyć, a napierający tłum powodował, że czuła tak silne duszenie, że nawet z mówieniem miałaby problem. A ten ktoś z tyłu ciągle szczypał i macał i szczypał i macał i ugniatał... Nie wytrzymała. Nadludzkim wysiłkiem odwróciła się i z mordem w oczach zaczęła szukać wzrokiem swojego prześladowcy. Najpierw ze zdziwieniem zauważyła mur ludzkich pleców, potem, gdy wydawało się, że nie odnajdzie winowajcy przypadkiem zerknęła w dół. - Stała mi pani na nodze. - Mały pyzaty blondynek był trochę speszony, ale czuł, że ma prawo mieć pretensje. - Przepraszam, nie wiedziałam. - Mercedes była zbita z tropu i gotowa kajać się dalej, gdy tuż przy niej, z boku, trochę od tyłu ktoś pisnął. Szybki ruch głową pozwolił Mercedes zauważyć, jak drugi dzieciak pośpiesznie wyciąga rękę z jej torebki. - A widzisz, pokarało cię złodziejaszku, trzymam tam igły specjalnie dla takich jak ty! - Ty głupia jędzo! - Odciął się chłopiec i nie czekając na jej reakcję zanurkował pomiędzy nogi podróżnych. Mercedes szarpnęła się i jakimś cudem zdołała złapać chłystka za kołnierz. Chwyt był silny i pewny. Złodziej na pewno by nie uciekł, ale wtedy poczuła ostry, pulsujący ból w kostce. Blondynek, który szczypał ją w tyłek teraz posunął się do drastyczniejszych metod i z całej siły kopnął. - Puść mojego kolegę gruba babo! - Wrzasnął chłopak i zwinnie jak piskorz przecisnął się między milczącym tłumem ludzi. Oczywiście korzystając z okazji ten od grzebania w torebce też uciekł. Z niemałym trudem Mercedes wysiadła na stacji Służew. Przebiła się jakoś do schodów, przecisnęła przez bramki i wydostała na powierzchnię. Słońce świeciło jasno i wesoło, a z przystanku właśnie odjeżdżał autobus 401. Przez chwilę myślała, żeby go gonić, ale to nie miałoby sensu. Cóż, dzień, jak co dzień. Droga do pracy i tysiące małych przeciwności losu... Ech, najwidoczniej tak musi być. Nieszczęsne 401 musiało być ostatnim z wilczego stada. Mercedes na własny użytek tak nazwała głupi system funkcjonowania miejskiej komunikacji. Na przystanek, mniej więcej w tym samym czasie, przyjeżdżały wszystkie możliwe autobusy, a potem następowała przerwa, kiedy nie jechało zupełnie nic. Jeśli ktoś miał tyle pecha, co Mercedes, za każdym razem trafiał właśnie na tą przerwę. Teraz było podobnie. Czas mijał, dziewiąta zbliżała się nieubłaganie, a na przystanku zrobiło się nie mniej ciasno niż jeszcze przed chwilą w metrze. Wreszcie pojawił się autobus. 189 było tak niemiłosiernie zapchane, że realnie patrząc nie było szansy by się do niego dostać, ale ludzie, w tym Mercedes byli już na tyle zdesperowani, że bez namysłu rzucili się ku otwartym drzwiom. Udało się długowłosemu studentowi i dwóm starszym paniom. Wyelegantowana panienka o mało nie połamała diabelsko wysokich szpilek, ale ona także zdołała się wepchnąć. Mercedes była następna. Pomiędzy udem jakiegoś mężczyzny w garniturze, a ponętnym pośladkiem wymuskanej laluni dało się dojrzeć kawałek poręczy. Pewny chwyt i udało się. Przyczółek został zdobyty. Podciągnięcie do góry, na stopień i silne parcie na masę z przodu. Uda się, uda! Drzwi zastękały, zajęczały i zgrzytając drgnęły. I na drgnięciu się skończyło. Pupa Mercedes wystająca wciąż poza autobus okazała się przeszkodą nie do pokonania. Kobieta starała się, wciągała powietrze, pchała się do przodu, ale nie było mocnych. Drzwi zamknąć się nie chciały. - Wyłaź kolubryno, przecież przez ciebie nigdy nie pojedziemy! - Spadaj kaszalocie, zaraz będzie następny, to może się zmieścisz! Z wnętrza autobusu sypały się wątpliwe przejawy sympatii. Mercedes zagryzła zęby, powalczyła jeszcze chwilę, ale musiała się poddać. Wysiadła, a na miejsce po niej natychmiast wskoczyły dwie nastolatki. Najgorsze, że drzwi zamknęły się bez problemu i 189 odjechał. „A żebyście się zesrali.” * Mercedes wbrew swojej woli zmuszona była przepuścić jeszcze jeden autobus, ale wreszcie i jej udało się załapać na transport do pracy. Niedaleko za przystankiem Bełdan minęli zepsute 189 i wysypującą się z niego zirytowaną masę pasażerów. Mercedes kątem oka dostrzegła nawet dwie nastolatki, które wpakowały się na jej miejsce i teraz rzucały nienawistne spojrzenia za mijającym je autobusem. Nie odczuwała jednak czegoś takiego, jak mściwa satysfakcja. O chwili słabości, kiedy to została na przystanku, już zdążyła zapomnieć. Teraz zbliżała się do swojego biura i myślała tylko o tym, że na pewno będzie to miły i efektywny dzień. * Pracowała w dużej firmie ubezpieczeniowej mającej swoją siedzibę na warszawskim Służewcu. Nowy budynek jej firmy, do którego przeprowadzili się raptem kilka miesięcy wcześniej, choć z pewnością nowoczesny, miał jeszcze trochę felerów. Ot, na przykład przy windach kończono właśnie montaż bramek z czytnikami kart. Bramki jeszcze nie działały, ale z punktu widzenia Mercedes, były założone źle, albo wręcz bardzo źle. Jakoś nikt nie przewidział, że w biurowcu może pracować ktoś jej gabarytów, no i na efekt nie trzeba było czekać. Mercedes utknęła. Szamotała się jak zając schwytany we wnyki dobrych kilkanaście minut, wreszcie z pomocą ochrony udało jej się wydostać. Pobrudziła się, w jednym miejscu rozpruła bluzkę, ale zagryzła zęby i nawet się uśmiechnęła do grona ciekawskich, którzy już zdążyli się w około zgromadzić. - Słusznie, ktoś dba o moją formę i chce mi dać do zrozumienia, że przydałoby się, żebym wchodziła schodami... Niewielki tłumek przyjął to stwierdzenie z sympatią, pewien wysoki, jasno i długowłosy informatyk otworzył jej nawet drzwi. Mercedes, tknięta nagłym, trudnym do określenia impulsem przyjrzała mu się zaciekawiona. Śnieżnobiała bluzka kontrastowała z dużym, wytatuowanym na przedramieniu napisem „My sweet 666”. To z pewnością musiał być ciekawy człowiek. Kolejną sprawą, która w tym biurowcu wymagała wciąż dopracowania, było działanie wind. Niby było ich więcej, niż w poprzednim budynku, ale czekało się znacznie dłużej, a kiedy już się wsiadło, winda objaśniała rozkosznie „jazda na dół” i mknęła na niższe poziomy. Wreszcie, kiedy nie mogła już zjechać niżej, zaczynała mozolną wędrówkę ku górze zatrzymując się dokładnie na każdym piętrze, bez względu na to, czy ktoś wcisnął przycisk, czy nie. * Mercedes tak zagapiła się na młodego informatyka, że zamiast wysiąść na ósmym, pojechała razem z nim na dziewiąte piętro. Chłopak wyglądał sympatycznie, ale nie to tak przykuło jej uwagę. Nie mogła się oprzeć dwóm wrażeniom. Po pierwsze nie dawał jej spokoju ów nieokreślony, niemal magiczny impuls, po drugie, była przekonana, że z nim, lub kimś podobnym miała już do czynienia... * Kolegom z pracy jakoś trudno było przyzwyczaić się do faktu, że Mercedes zatrudnia służbę, dlatego raczej nikomu się tym nie chwaliła. Jednak w jakiś sposób ta wiadomość została upowszechniona. Żeby rzeczywiście mieszkała w jakimś pałacu, lub choćby dworku, to było by to łatwiej zrozumieć, ale małe mieszkanko na Ursynowie i służba, jakoś do siebie nie pasowały. Ona jednak twierdziła kategorycznie, że posiadanie kogoś do pomocy jest jej absolutnie niezbędne. Karolina pewnego dnia zniknęła. Lepszego określenia nie można tu użyć. Ot była, a potem już nie. Służyła u Mercedes dwa lata i któregoś zimowego dnia jej pokoik i łóżko po prostu okazały się puste. Nikt jej więcej nie widział. Mercedes, cokolwiek by o tym nie myślała, od razu zabrała się za poszukiwanie kogoś innego. Wbrew temu, co radził zdrowy rozsądek i usłużne koleżanki zamieściła ogłoszenie w prasie. Już pierwszego dnia, po publikacji miała masę telefonów, ale umówiła się tylko z dwoma osobami. Pierwsza była śliczna Ukrainka o imieniu Lena. Dziewczyna nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bury_wilk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…