Wróć do katalogu

Metalmania 2006

Odgrzebana relacja ze starych, dobrych czasów.

Artur Dubisopublikowano 7 września 202419 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Bilet na XX Metalmanię kupiłem zaledwie dzień wcześniej. Kłopoty ze znalezieniem gotówki oraz ból pleców, który pojawił się któregoś ranka nie napawały mnie nadzieją na ruszenie swego chudego tyłka do Katowic. I o ile pieniądze się znalazły (a to dzięki mej wspaniałej duszce!), o tyle plecy opóźniały podjęcie decyzji. W końcu budząc się ze snu, dzień przed największym metalowym wydarzeniem w Polsce, pomyślałem sobie, że co ze mnie za facet, skoro przejmuję się jakimś pieprzonym kręgosłupem. Szybki wypad do Krakowa po bilecik, powrót do swej nory, mała drzemka i wcześnie rano poszedłem sobie na dworzec. Po dwóch godzinach jazdy byłem już w stolicy Górnego Śląska. Pozostało mi tylko poczekać na znajomych z forum Theriona, którzy również zjawić się mieli w mieście o turpistycznej i zimnej architekturze, która natchnęłaby pewnie Ginsberga do napisania części drugiej wiersza "Sunflower Sutra". Czas mijał szybko - siedząc w poczekalni zagłębiałem się w ciekawej lekturze traktującej o wygnaniu arian z Polski przez "tolerancyjnych" katolików w XVII wieku (Janusza Tazbira). Wreszcie nadeszli pasjonaci Bestyji - nastąpiło szybkie przywitanie i bez zbędnych breżniewskich pocałunków ruszyliśmy w stronę Spodka. Droga była krótka, po kilkunastu minutach byliśmy w środku...

W łapę wciśnięto mi plakat i płytkę. Fajnie, pomyślałem sobie, ale myśli me stały się bardzo wulgarne gdy doszedłem do szatni. Skandal i nic więcej! Mimo, iż moje rzeczy zajmowały jeden wieszak, musiałem zapłacić jak za dwa. Dlaczego? Ano osobno za 8-letni plecak i osobno (za nowszą) kurtkę! Oczywiście w mojej głowie pojawiła się myśl, by kurtkę schować do plecaka lub plecak do rękawa kurtki, ale szybka wizja takowej czynności wybiła mi tą ideę z głowy - rękaw kurtki był za mały na mój "tobołek", a kurtka za duża na mój plecak. Widząc kobietę z pociętą twarzą i wyłupanymi oczami, podałem jej zakrwawioną ręką umazane trzewiami rzeczy i cztery złote. Ruszyłem w górę, potem znalazłem się na płycie. Na scenę wszedł Soilwork. Nie jestem fanem tego zespołu, ale i też ich muzyka mi nie przeszkadza. Posłuchałem, uszy mi nie odpadły, ot, zagrali całkiem przyzwoicie muzykę pachnącą nu-metalkiem.

Po nich na scenie pojawił się polski Hunter. Dużo z tego co zagrali pochodziło z ostatniej płyty "T.E.L.I". Ich występ był rejestrowany z myślą o DVD lecz nie wiem czy zostanie wydany w całości. Otóż w dwóch utworach pojawił się cholerny pisk z głośników zagłuszający wszystkie instrumenty i powodujący bardzo nieprzyjemne uczucie wśród słuchających. Fanów oczywiście nie mieli zbyt dużo; z takim Woodstockiem porównując, można rzec że zagrali do kotleta. Oczywiście był "Fallen", "Fantasmagoria", "Kiedy umieram" - słyszałem to już wcześniej więc w jakąś ekstazę nie popadałem. Nowsze utwory mimo wszystko nie są w stanie dorównać tym, rzekłbym, klasycznym. Koncert jednak był udany - bardzo fajne było zakończenie, gdy muzycy usiedli na krawędzi sceny, a wokalista zszedł ku fanom do barierek. Zagrali delikatny, kawałek wykonany bez gitar elektrycznych, "Pomiędzy niebem a piekłem". Drak musiał w pewnym momencie przerwać, gdyż prawie spadła na niego młoda fanka, którą tłum pod scenę wyniósł na rękach :) Występ całkiem pozytywny, mile łechcący uszy.

Nastąpiła mała przerwa, w czasie której po płycie pałętał się Ola Fink z Soilwork. Błądził z browarkiem w ręku lekko podpity, aż w końcu został wyproszony przez ochronę. "Misiek" powiedział mu coś o piwku, po czym zorientowawszy się, że rozmówca po polsku "nicht verstehen", wskazał na piwo, potem na wyjście i rzekł dumnie: "this!". Nie rozumiem zbytnio co to "this" miało oznaczać w związku z wyjściem, ale pan z ochrony widocznie zamienił mózg na odżywki i sam chyba też nie wiedział. Szwed jeszcze pokazał na identyfikator, ale nie przekonał pana z "Fosy" (nazwa firmy ochroniarskiej). Mimo wszystko zachował się z wielką klasą - uśmiechnął się, wyszedł na korytarz, szybko dopił piwko i powrócił na płytę, heh.

Chwilkę później pojawili się panowie z 1349. Umalowane mordy, pieszczochy z długimi kolcami na rękach... Zagrali miażdżący black metal - co prawda wokalista chyba kamery nigdy nie widział, gdyż stroił do niej groźne miny, ale sam występ w moim przekonaniu był bardzo udany. Siła, moc, dobra technika - wytworzył się groźny, mroczny klimat komuś kto stał pod sceną mógł wydać się bardzo mistyczny. Sami "szatanowcy" nie wykazywali chęci kontaktu z fanami - zagrali i poszli nie zwracając się ani razu do zgromadzonych. W sumie pasowało to do dumnych wyznawców zła noszących mrok w sercu i mających ciemność w duszy, ha!

Koncert Unelashed oglądnąłem sobie już w pozycji siedzącej, patrząc na scenę z sektora czerwonego. Nim króciutko opiszę występ Szwedów, napomknę co nieco o tych sektorach. Otóż bilet na płytę oraz na sektor czerwony kosztował tyle samo, jednak jeśli ktoś miał zaznaczone na nim "Płyta", nie mógł sobie siąść w sektorze czerwonym. Tzn. niby nie mógł a mógł, wiem, bardzo to enigmatyczne stwierdzenie, więc już wyjaśniam. Otóż ochrona nie wpuszczała na miejsca siedzące ludzi, którzy nie mieli odpowiedniego biletu, jednak z płyty łatwo można było się przedostać do krzesełek - wystarczyło przejść przez malutką barierkę. Nikt tego nie pilnował, nikt na to uwagi nie zwracał - po cholerę więc jakieś ceregiele przy wejściach? Bezsens zupełny. Tym bardziej, że jak wspominałem, cena jest ta sama na płytę oraz na miejsca siedzące w sektorze czerwonym. Wracając do Unleashed - cudem wystapili, gdyż ich pekusista dostał zapalenia płuc, po trzech próbach za bębnami zasiadł ktoś inny. I spisał się całkiem udanie, trzeba przyznać. Unleashed zagrali ostro, taki death powodujący, że noga sama się ruszała i tupała o podłoże. Był kawałek "Don't want to be born", był "Death Metal Victory", "Victims of War", "To Asgaard We Fly" i na zakończenie "Before The Creation of Time". Fanem tego zespołu nie jestem, a to ze względu na teksty - Johnny właściwie w kółko śpiewa jedno i to samo, co może na dłuższą metę wydawać się po prostu nudne.

Po Unleashed zagrały Kwasożłopy, czyli nie kto inny jak Polacy z Acid Drinkers. Szczerze mówiąc, nie lubię tego zespołu i po obejrzeniu ich występu nie zmienię zdania - takie granie, ni to w ząb i nie w oko, jak to któryś z mych towarzyszy stwierdził: "Zagrali jeden długi utwór". Wynudzili mnie bardzo, ale znaleźli oczywiście swoich fanów, którym pewnie zespół skopał dupę. Na mojej w każdym bądź razie ani jeden siniak się nie pojawił...

Evergrey - wysłuchałem jednego tylko utworu, który zespół spieprzył konkretnie. Miało się wrażenie, jakby padł im odsłuch - instrumenty nie były zgrane, perkusja grała jak chciała, chaos, chaos i raz jeszcze chaos.

Ja i czworo mych towarzyszy udaliśmy się na piwo - przy wyjściu ze Spodka dano mi czerwoną, papierową bransoletę na rękę po czym wypuszczono. Trafiliśmy do "Pubu pod Spodkiem". Było tam cholernie ciasno, nie wspominając abyśmy znaleźli jakiekolwiek wolne miejsce. Zapytałem o Dębowe - nie mieli. O Tatrę Mocną - nie mieli. O Lecha Mocnego - nie mieli. Omal się nie popłakałem, omal nie uderzyłem głową w ladę mając nadzieję, że trzaśnie mi w karku i udam się tam gdzie prawdziwy czciciel zła i przemocy się uda... A tak poważnie - chcąc nie chcąc musiałem zadowolić się Tyskim za 5 złotych.

Po jakimś czasie wróciliśmy do Spodka - akurat wchodził zespół U.D.O.. Zagrali chyba tylko trzy lub cztery utwory z racji "obsówki", to znaczy opóźnienia jakby ktoś nie wiedział (Word nie wiedział, bo podkreślił). Nie jestem fanem takiego staromodnego heavy, ale energia jaka biła z ich muzyki, udzieliła się również i mnie. Świetne, do bólu poprawne i techniczne granie, w dodatku szybkie i bardzo energetyczne porwało publiczność. U.D.O. przyszło obejrzeć dużo, dużo więcej ludzi niż poprzednie zespoły. Mnie rozruszał szczególnie klasyk Accept (w końcu Udo Dirkschneider do były wokal w tym zespole) "Balls to the Wall". Mógłbym przysiąc, że zza sceny występowi Niemców przypatrywał się Johnsson z Theriona, wielki fan Acceptu, który ten kawałek w przeszłości często grał jako cover w czasie bisów. Niestety, w czasie tego występu ktoś rzucił w Udo papierem toaletowym czy też pudełkiem z soczku, trafiając go prosto w twarz... Co prawda jak na profesjonalistę przystało, wcale się tym nie przejął, ale mnie zrobiło się wstyd, że krajanie potrafią być takimi burakami i idiotami. Matoł rzucił czymś prosto w ryj wokaliście i co? Cieszył się? Lżej na sercu mu się zrobiło? Wieśniactwo... U.D.O. dosyć szybko zszedł ze sceny, wielka niewątpliwie szkoda, ale rozkład to rozkład, trzeba się jakoś było mieścić w czasie...

Nadszedł czas na Nevermore. Oj, oj, kiepski występ. Jakaś mieszanka styli, wokal niemrawy, wydawało się że nie bardzo pasuje do muzyki zarówno pod względem brzmienia jak i dostosowania do muzyki. Najlepszym komentarzem występu będą słowa kogoś, kto siedział nade mną - "O, ubrał czapkę, może zacznie lepiej śpiewać". Chyba ta czapka miała właściwości magiczne i jakoś mu pomogła, gdyż istotnie, pod koniec gra panów z Nevermore wydawała się lepsza, bardziej składna i przemyślana, ale i tak większość oglądających chyba odetchnęła z ulgą gdy kapela ta zeszła ze sceny. Lepiej niewątpliwie wypada na płytach niż na koncertach, chociaż nie wiem, może tylko ten był taki nijaki i bezbarwny, zalatujący nudą i bolesną monotonią...

Wreszcie Moonspell! Ribeiro w czerwonej, wampirzej pelerynie a la Nosferatu wpadł po kilkudziesięciu sekundach muzyki pobrzmiewającej w ciemnościach, z jego wejściem rozbłysło światło i tłum

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych