Wróć do katalogu

Meteorolog i poeta

Świat, w którym prognozy pogody stały sie przeżytkiem, meteorolodzy mogą wreszcie wykazać się inwencją twórczą i nigdy się nie mylą:P I wcale nie jest tak wesoło, jakby się mogło wydawać...

sylwiaczek, opublikowano , 53 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Od wydarzeń, które tu opisujemy, minęło wiele lat. Niektórych z nas już nie ma z nami – Areniusz na przykład przepadł po przygodzie z wampirem dusz; ale ci, którzy zostali – czyli my – chcemy opisać to, co wtedy się działo, to, co wywróciło nasz świat do góry nogami. Każde z nas widziało jakiś etap tego fatalnego zbiegu przypadków i dopiero, kiedy pozwolono nam się spotkać już w piątkę, ułożyliśmy to po kolei, jak szło. A potem to już zostało tylko wielkie zdziwienie. Opowieść nasza będzie niejednorodna; każdy z nas starał się bowiem wrzucić to, co w tym czasie stanowił centrum jego życia – stąd moje narzekania, stąd rozterki sercowe Auweliny. To też było ważne, to też obraz tamtego okresu, kiedy coś dziwnego wisiało w powietrzu, a my chcemy oddać tamten czas w pełnej barwie. Nie chodzi nam bowiem tylko i wyłącznie o przybyszy – ważne jest też, kim my wtedy byliśmy. A byliśmy młodymi jeszcze ludźmi. Każde z nas widziało ten świat na swój sposób, dla każdego z nas był on czym innym i każdy z nas chciał wrzucić tu trochę przeszłości, odtworzyć obraz nasz i naszego świata. Może dlatego, że nie chcemy by przepadł, a może z braku lepszego zajęcia. Nie wiemy czy nam się udało – kiedy teraz przeglądamy te zapiski, widzimy, jak marne to odbicie rzeczywistości; inaczej jednak nie umiemy.

**********

- Spójrz… - No, co? - Tam daleko. Delikatny zarys wzgórz cmentarza, za nim czarne fale księżycowych pól, które tam gdzieś przechodzą w niebo. Powiedziałbym piękne, ale to takie płytkie słowo. Mało kto docenia te dzikie tereny za Fabryką, tylko my tacy nawiedzeni… choć według innych ten stan inaczej się nazywa. - Kochany, wielkie pole czerni, oto cały ty. Ja patrzę wyżej – gwiazdy. Tak ich dużo i tak daleko. Może tam gdzieś ktoś też na nas patrzy, a może ich wcale nie ma, a może… Twój komunikator? - Mój… Tak, słucham? No, cześć Areniusz. Co? Ty, nie da rady. Dowalili mi cała dokumentację zakładu z ostatniego miesiąca, a taki w niej bajzel, że nie idzie się połapać. Ty, no niby tak, ale już wolę skończyć, wiesz, już parę razy podpadałem. No, tak, kiedy indziej, no dobrze, zgadamy się jeszcze, cześć, stary. Lubię Areniusza, ale bez przesady. - Taa… wracajmy do pracy, może ja ci pomogę się połapać…

Tego wieczora wyjątkowo nie chciało mi się pracować. Siedziałam smętnie na stacji meteo, umiejscowionej na najwyższym budynku miasta. Stąd widziałam wszystko – ulice osaczone wieżowcami, wielkie hale fabryki, co stały twardo jak strażnicy miasta, czarne pola Suburbiów. A dalej – białą poświata, księżycowy świat kraterów i pyłów. Nie lubiłam tego miasta. Wydawało mi się nędzną karykaturą dawnego świata. Źle się czułam przy wiecznie sztucznym świetle lamp, przy sztucznym śniegu, sztucznym deszczu, w wielkiej iluzji prawdziwego życia. I nie lubiłam ciemności. Potrzebowałam słonecznego ciepła, co rozjaśnia zieleń i zostawia brązowe piegi na policzkach. Ale przecież Księżyc nigdy nie odwróci naszej strony do słońca - zostawały mi więc tylko obłędne błyski jarzeniówek we wszelkich rozmiarach. Duże było to nasze księżycowe miasto. Z tej perspektywy miało nawet swój urok. Na tle martwego kosmosu, na tle milionów dalekich gwiazd wyrastały dostojne wieżowce, upstrzone gwiazdami okien, odbijające w ścianach blaski nieba i świateł takie ciche, milczące, jakby zupełnie wymarłe. Pasowały do wszechświata – on był świetlisty i martwy, one też. Patrzyli na siebie wzajemnie, jakby nic ich nie dotyczyło, jakby zostali wykuci w tej samej, nakrapianej błyskami skale. Tyle wrażenia. Widok czarował moje oczy, ale umysł nie spał. Podsuwał mi od razu inne obrazy – potrzaskane chodniki, wszechobecna wilgoć, stęchlizna i dzikie zarośla Suburbiów. Miało być nowocześnie, wyszło piwnicznie. Moje rozważanie przerwał mi brzęk komunikatora. Podeszłam do swojej ściany, pełnej nowinek technologicznych, przeszłam obojętnie obok wielkiego ekranu z mapami, które czekały na mnie, podeszłam do małego urządzenia przy samych drzwiach. Nad wbudowaną w ścianę klawiaturą mały monitor zwracał mi uwagę. „Arsalai, jutro powinna być już jesień, a plany frontów atmosferycznych jeszcze nie spłynęły. Streszczaj się.” Czep się, wymruczałam pod nosem. Jesień, jesień…i tak nie potrafimy sprawić, by poschnęły dzikie zarośla Suburbiów, a jaka to jesień z roślinami w pełnej krasie? Nasza jesień, prosta odpowiedź. Taka włączona przeze mnie, dyżurnego meteorologa stacji.

*********

Orfeu Szamera miał zły dzień. Ile razy mu to się zdarzało, siadał w oknie i patrzył martwo na świat poza nim. A potem wstawał, przechodził do komputera i wylewał przed nim swoje żale; później zaś szedł spać – z cięższą głową, ale lżejszym sercem. Gdy wstawał rano, wracał przed komputer i patrzył na to, co powstało poprzedniego wieczora. I znów nie było lżej. Jego komputer zawierał już wiele takich zapisków. Niektóre były smutne – w takie dni Orfeu długo patrzył w okno; a czasem weselsze – w te dni Szamera wracał radośnie z pracy, a świat grał mu tysiącem barw. I tylko okno, tylko ten wiatr za szybą go rozumiał. Gdy patrzył na zmienne kształty chmur, przynosiły mu one ukojenie, zupełnie jakby wraz z niezdarnymi ruchami ich zwalistych ciał odpływały wszystkie jego troski i kłopoty. A kiedy patrzył na przebłyski nieba, na białawe plamki gwiazd, przestawał czuć się samotny – on milczał, one milczały, a z tego milczenia rodziła się wspólnota. Jego życie generalnie upływało w milczeniu. Pracował w magazynach muzeum – rano odbierał dyspozycje od kierownika, wtedy było „dzień dobry”-„dzień dobry” i „tak, do widzenia”, po czym znikał w korytarzach magazynu, błądził między wieżami eksponatów zamkniętych w kartonach, rozbijał je, zdejmował czy przestawiał i wyciągał, czyścił, zapisywał stan i znów chował. Takie krótkie wydarcie z grobów. Magazyny były ogromne – rozciągały się daleko w podziemiach, wielkie hale zastawione pudłami. Szamera znał tylko jeden wycinek, ten, który mu przypisano; inne sektory miały swoich stróżów. Widywał ich czasem – byli tak samo milczący i oderwani od świata jak on, zupełnie, jakby obcowanie z rzeczami nie z tego świata wykluczało z rzeczywistości. Eksponaty z magazynów miały z reguły burzliwe dzieje – ratowano je w kosztownych misjach z opuszczonych kościołów, muzeów, z wymarłych ziemskich miast. Wysyłano na Ziemię specjalne sondy, aby nie narażać ludzi na kontakt z promieniowaniem, skonstruowano transportery i promy kosmiczne specjalnie do tego celu. W zamian ludzie mogli podziwiać ulotne piękno dzieł sztuki, ważniejsze jednak niż ich artyzm było to, że pochodzą z minionego świata. Wszystko, co pochodziło tamtego czasu, wzbudzało zachwyt, nawet jeśli to było produkowana masowo chińska miseczka. Szamerze przypadł dział sztuki sakralnej – na płaskich deskach oglądał Boga i jego aniołów, świat, o którym nikt poza magazynierami nie miał już pojęcia. Lubił te obrazy – były tak rozbrajająco stare, takie nieporadne. Lada ogień mógł je zniszczyć, myślał, patrząc na nie, a jednak one przetrwały. Porównywał je do grafik i hologramów, które znał i usiłował sobie wyobrazić, jak wyglądało życie ich twórców. Przy płaskich budynkach stawiał pyzate cherubinki i pulchne panie, na pięknych koniach jeździli kanciaści wojownicy, a po borach przemykały pokraczne stworzenia. Po całym zaś dniu spędzonym w tym nierealnym świecie wracał w korytarze wieżowców. Świat nie był już złoto-purpurowy, lecz żałośnie szary, jemu zaś zostawało tylko okno. I tak mijał mu dzień za dniem.

**********

Dziś Auwelina miała ochotę na spacer. Chciała po prostu przejść, zadrzeć głowę do góry i zastanawiać się, które z tych świateł to jeszcze okno, a które to już gwiazda. Popatrzeć na ludzi na ulicy, na jasne reklamy barwiące kałuże setkami odcieni. Im więcej światła, tym lepiej – dlatego każda reklama była oświetlona. Wyszła ze swojego bloku, popatrzyła w dal ulicy, gdzie wbijał się niebo budynek noszący na sobie stację meteo, pomyślała ciepło o siostrze, która siedziała tam pod okiem gwiazd. Popatrzyła na smutne, ludzkie twarze, oświetlane barwnymi promieniami. Ludzki smutek, smutek w tonacji błękitnej lub rózowej, tylko 99 centów! Ludzie nie mieli swoich własnych kolorów – ciemnobrązowe twarze, kurty, spodnie, wszystko w kolorze szarozgniłej substancji. Ludzie patrzyli przed siebie ciemnymi oczami, przygryzali ciemne usta, które wpadały w kolor brązowej ulicy i mokrych ścian budynków. Wieżowce wysoko lśniły jak gwiazdy, ale tutaj, nisko, mech porastał fundamenty, a w powietrzu unosił się zapach zgnilizny. I tylko sklepowe neony dodawały im barw. Przemykali jak duchy pod ostrzałem świetlnych promieni. Człowiek żółty, zielony, czerwony… nowy kolor co kilka kroków, szansa przynajmniej na jedną zmianę w życiu. Albo: dwie osoby idące obok siebie w kontrastowych kolorach – ludzie są różni, nawet neony to wiedzą. Auwelina nie zwracała uwagi na smutek ludzkich twarzy, na brud i wilgoć kamienic. Dziś było jej dobrze, dziś była szczęsliwa – cały świat zdawał się jej bogatym ogrodem, który dano specjalnie dla niej, aby mogła go poznawać każdego dnia, zakamarek po zakamarku. Pełen niespodzianek on był - w jednym kąciku napotykała miłość, w innym radość czy przyjaźń; fakt, potykała się czasem o smutek, ale on też był piękny i potrzebny w jej świecie, on też stanowił część ogrodu. Było popołudnie, tak przynajmniej pokazywały zegary. Ludzie w centrum zatem wracają z pracy. Zaraz wejdą w podziemne korytarze i podziemnym metrem podjadą pod swoje kamienice. A tam już nie będzie wielobarwnym neonów, zostanie tylko wilgoć i brud. Ludzie… pochód kobiet i mężczyzn. Młoda, zgrabna. Stary, gruby. Młody, niski. Długi nos. Duża głowa. Chuda sylwetka. Krótkie nogi. Wyłupiaste oczy. Powódź ludzi wypełniała ulice od jednego budynku do drugiego, a na każdej twarzy widniał smutny, bezbarwny grymas. Nikt z tych ludzi nie zdawał sobie sprawy z tego, jak piękny ogród życia posiada, dlatego ciężko pewnie im było się z tego ogrodu cieszyć. Auwelina patrzyła na nich i nie rozumiała. Przecież jest tyle powodów do radości: można cieszyć się z przyjaciół, można cieszyć się z talentów, można wreszcie cieszyć się z samego siebie. Ona na przykład, cieszyła się bardzo z tego, że jest sobą, Auweliną Nye, drugą z bliźniaczek, że ma takie a nie inne cechy, że tak a nie inaczej wygląda. Banalny powód, ale zawsze powód. Tak samo, jak cieszyła się ze swoich przyjaciół, których co prawda miała mało, ale za to byli oni naprawdę fantastycznymi ludźmi. No i oczywiście – cieszyła się z niego, z tej miłości skrywanej gdzieś po kątach, przyczajonej obok głównego nurtu życia, rozkwitającej dopiero. Widziała wyraźnie, ile jeszcze ich czeka, jak głęboko mogą się jeszcze poznać, i ta wizja przyszłego zespolenia, które teraz zaczynało się tworzyć, cieszyło ją chyba najbardziej, przeszywając ciepłym dreszczem. Zresztą, nawet gdyby tego nie miała, i tak pewnie by się cieszyła. Taki już miała charakter.

**********

- Arsalai – ktoś stanął w drzwiach. Rany, nastraszył mnie. - Areniusz. Że też ci się chciało z dołu… - Winda, moja droga, winda – pozbawił mnie złudzeń co do swojego poświęcenia. Areniusz był prawą ręką kierownika wydziału. Odwiedzał nas często – czasem przekazywał jakieś polecenia od szefa, coś na kształt: „załatw dobrą pogodę na festyn fabrykantów”; irytowałam się wtedy, no bo jaka to dobra pogoda bez Słońca, a czasem wpadał po prostu pogadać. Był to ten typ uprzejmego faceta, który z każdym umie po dżentelmeńsku zagadać. Dziś jednak nie przyszedł na pogaduchy. - Arsalai, nie, żebym cię poganiał… - zaczął ostrożnie – ale jak jutro włączacie jesień, to dziś musisz już wysłać plany do kierownika… - Jesień, jesień – prychnęłam – A co ja tam mogę nowego zrobić? Deszcz, wiatr i zimniej, jak co roku. - Oj. Tu chodzi o to, byś na przykład nie rzuciła upałów. - Upały. Dobre. Upały są od słońca, a nie od jarzeniówek. Areniusz usiadł przy stoliku i popatrzył na mnie uważnie. - To nie jest twój najlepszy dzień. – stwierdził. - Chyba kpisz – parsknęłam – czyżbym wyglądała? – Areniusz nie spuszczał ze mnie wzroku; no tak, przebrałam miarę. Człowiek przychodzi mnie ostrzec a ja ostrzę na nim język. - Jakbyś ty siedział całymi tutaj, też byś tak miał - rzuciłam tonem krzywdzonego dziecka. - Ja mam gorzej – odparł Areniusz – ja mam kierownika. - Łączę się w bólu. - A żebyś wiedziała. On ma tytuł, ja mam robotę. I pije kawę na umór, a mi nigdy nie starcza wody w czajniku. - A automaty ścienne to co? – zapytałam perfidnie, znałam bowiem jego pogląd na te urządzenia, serwujące kawę po naciśnięciu guziczka. - Wróg publiczny – rzucił Areniusz krótko – Kawa to jest woda z czajnika z mlekiem i z cukrem. I nie mów mi tylko, że to i tak nie mleko – uprzedził mnie ze zwycięskim uśmiechem osoby, której choć raz udało się mnie przegadać. - Ellisio – nie dawałam za wygraną, nasze utarczki słowne pozwalały mi często zapomnieć o bezsensie mojej pracy, dlatego jak tylko mogłam, to korzystałam z tego leku. – To ty w dobie stacji kosmicznych pijesz kawę z czajnika?! Żartowałam, fakt, ale żart mój miał gorzki smak. Niby bowiem żyliśmy na księżycu, na stacji kosmicznej – brzmiało to jak ucieleśnienie dwudziestowiecznych powieści s-f, ale w praktyce niewiele miało z tym wspólnego. Coś komuś nie wyszło, ktoś czegoś nie dopracował – wieczna ciemność była akurat najmniejszym mankamentem. Nawet podziały społeczne zostały, mimo deklaracji rządzących – ludzie dzielili się na potomków ziemskich robotników, którzy mieszkali na suburbiach i pracowali w Fabryce, oraz na potomków ziemskich naukowców, pracujących w zinformatyzowanym świecie lewej strony stacji. Tak naprawdę więc nowe było chyba tylko środowisko – problemy ludzi zostały takie same. - Arsalai – mruknął Areniusz. Zamyśliłam się nieco; on pozwolił mi posiedzieć, popatrzeć na miasto i na własne myśli, ale i tak wrócił do tematu – Zrób wreszcie tą jesień. To już jutro. - Mówisz i masz – westchnęłam i przeszłam do głównego komputera. Na ekranie zabłysła mapa stymulatorów pogodowych; ten w samym sercu Prawicy mrugał na czerwono. - Areniusz, znowu rozwalili- Areniusz podszedł i spojrzał na mapę. - Pewnie Avarra wracał z imprezy – zaśmiał się. Poczułam jego ciepły oddech na ramieniu; bliskość człowieka uświadomiła mi znienacka, że tęsknię za dawnym, choć nieznanym światem. Jakoś tak, bez najmniejszego związku, przypomniały mi się te wszystkie hologramy pokazujące dawne zdjęcia, wschody, zachody, lata, zimy, jesienie. Moja jesień to kpina w porównaniu z tamtym misterium przyrody, pomyślałam, i poczułam się trochę jak świętokradca na ołtarzu. Praca jednak wzywała. - Deszcze maximum – mruczałam, klikając w odpowiednie pole - Mgła maximum. Temperatura: 10-18 st. Celsjusza… Kiedyś to się chyba nazywało płanetnictwo…

**********

- Nie śpij! - Nie śpię. Myślę. - Wygląda podobnie… No już, nie dąsaj się. O czym tak myślisz? - O życiu, Raph. - O nie, wypraszam sobie. Ja… - Ha, wiedziałam, że tak zareagujesz. Dlaczego nie lubisz swojego imienia? - To chyba oczywiste: bo to brzydkie i głupie imię. - Raphael? Najładniejsze nie jest, ale żeby od razu je skreślać… - Wiem, wiem. Ale ja po prostu go nie lubię. Może mi się źle kojarzy? Może… Nie, nie mówmy o tym teraz… daj mi kawałek kołdry, przywłaszczyłaś prawie całą. - Masz… Śpij…Nie gniewaj się… gniewasz się? - Aaa…?

**********

No i co? Kiedy wracaliśmy do domu, spadł deszcz. Widać szef oczekiwał mojego projektu i puścił go od razu a stymulatory. Deszcz był co prawda mokry i chłodny, co u nas nie jest wcale oczywiste, ale krople nie spływały po całym ciele, tylko przywierały do miejsca, gdzie spadły jako białe bąbelki. Włączono też wiatr – zimny podmuch hulał między budynkami, owiewał aerostrady, wzbijał się gdzieś wysoko. Pojawiały się tez powoli inne niż zwykle chmury – niższe, cięższe, bardziej skłębione. Patrzyłam w górę i widziałam, jak sztuczne prądy powietrza rozwiewają letnie chmury, te lekkie i zwiewne, zaś na ich miejsce na rozgwieżdżone niebo napływały brunatne kłęby. Szczyty wieżowców ginęły w ich kosmatych splotach, światła okienek przebłyskiwały nieśmiało tam, gdzie warstwa chmur była rzadsza – rozjaśniały ich czarne ciała od środka. Sprawiało to wrażenie, jakby dolne rejony chmur pulsowały delikatnym blaskiem, zaś górne sfery trwały nieubłaganie w mroku. Fakt, ładny obrazek. Ale to było dzieło mojej ręki, a nie porażającej siły przyrody czy dzikiego naporu żywiołów. To tylko program komputerowy, którego korzystam, który umiem nawet naprawić, bo znam go na wylot. I doprawdy, ciężko mi było się tym wszystkim zachwycać.

**********

**********

Noc upłynęła spokojnie. Wróciłam do domu, dostałam się do mieszkania bez większych problemów z winda; Auwelina nie nocowała dzisiaj – została na dyżur w stacji meteo, skazując mnie na samotność, dlatego też bez większych ceregieli poszłam spać. Deszcz padał cały czas, spływając po metalicznych ścianach wieżowca, a jego szelest przypominał mi o mojej siostrze, która go regulowała i ustawiała. Szybko usnęłam – śnił mi się zachód słońca, jak zwykle zresztą. Coś takiego stworzyć, to dopiero wyczyn… Mój problem bowiem stanowiło zbyt duże wykształcenie. Moi przodkowie, którzy przybyli z Ziemi, byli meteorologami. Każdy następny Nye na Księżycu był meteorologiem, kiedy więc przyszło mnie i Auwelinie wybierać drogę kształcenia, nie miałyśmy wątpliwości. Zresztą, wychowując się w naszym domu, wiedziałyśmy wiele rzeczy, zanim poszłyśmy na odpowiednie szkolenia; po pierwszych zajęciach więc było wiadomo, kto zasiądzie w głównej stacji, i to nie ze względu na nazwisko. My to po prostu miałyśmy we krwi. Nam nie opowiadano bajek o królewnach, tylko o ziemskich chmurach. Rodzice mieli dużo hologramów, pokazujących ziemską pogodę – uwielbiałyśmy w nich buszować, oglądać, podziwiać, zachwycać się. Dlatego tak ciężko było mi zdobyć się na jakikolwiek entuzjazm względem tego, co robię – to nijak się miało do ziemskich mgieł, wschodów, zachodów… Czułam się jak nędzny rzemieślnik, który nie potrafi wzbić się na wyżyny geniuszu; czasem w wolnej chwili zdarzało mi się ulepszyć jakiś program meteorologiczny, poprawić jakość chmur, doszlifować deszcz, ale to przecież było nic. Zbudowałam wprawdzie system tworzący mgły i nawet zorze, ale nic nie mogłam poradzić na brak słońca. Jutrzenki latarni nie da się przecież zrobić… Odwiedzałam czasem rodziców, którzy już dawno zamieszkali w Kolonii Starców na obrzeżach lewej strony. Kiedyś rozmawiało mi się z nimi lepiej – teraz pytali tylko, kiedy wreszcie zobaczą jakiegoś małego Nye, a ile razy wspominałam o Areniuszu, czy Natalisie, tyle razy rozczulali się, że ich mała Arsi już chodzi na randki. Kolonia nie działała na nich zbyt dobrze. Mieli co prawda fachową opiekę, ale uwsteczniali się strasznie. Dlatego odwiedzałam ich coraz rzadziej – po każdej wizycie czułam, że ich zawiodłam i przestawało mi się to podobać. Wystarczało mi uczucie zawodu względem samej siebie. A poza tym, stwierdzałam cynicznie, zawsze istniała szansa, że wzięli Auwelinę za mnie. Dlatego też nie martwiłam się zbytnio – ona ich odwiedzała często.

**********

-Areniusz, Areniusz! – głos z komunikatora wyrwał mnie ze snu. Zwlokłem się z łóżka i podpełzłem pod monitor. Spodziewałem się kolejnego głupiego kawału Arsalai albo auweliny, którym czasem nudziło się na nocnym dyżurze, tymczasem na monitorze komunikatora ujrzałem szefa. -Areniusz, zarządzam stan alarmowy. Natychmiast do biura - i tyle. Monitor zgasł a ja zakląłem od nosem, nie miałem bowiem zupełnie ochoty na zrywanie się w środku nocy. Stan wyjątkowy nie był jednak często ogłaszany, musiało więc stać się coś naprawdę ważnego. Kolejny komunikat – Natalis. -Ellisio, dostałeś już komunikat od szefa?? Nasuwaj na dół, zajadę po ciebie. - E, dzięki – mruknąłem niemrawo, nie wiedząc, czy obstawić go za obudzenie, czy podziękować. Ochotę miałem na to pierwsze, ale rozsądek nakazywał co innego. Im bardziej jednak się rozbudzałem, tym mocniej czułem dreszczyk emocji, który usuwał sen i zniechęcenie. Do przyjazdu Natalisa byłem już w nastroju do pracy. Zaraz też zjawił się natalis i popędziliśmy jego wehikułem po pustej aerostradzie. Był to szczególny pojazd, zbudowany według własnego pomysłu i projektu Natalisa, który lubił bawić się w majsterkowanie. Aerochód działał bez zarzutu, wyciągał więcej niż seryjna produkcja stacji, przez co nikt nie zwracał uwagi na jego odmienny, bardziej opływowy wygląd. Konstruktor nazwał swój model AN-002, w czym niektórzy, czyli ja i Arsalai, upatrywaliśmy inicjałów Auweliny. Pasowało idealnie: Auwelina Nye, druga z bliźniaczek, by nie było wątpliwości, o kogo chodzi. -Natalis, o co poszło? – zapytałem, gdyśmy już wyruszyli. -Podobno mamy gości – odparł lakonicznie Natalis, patrząc przed siebie. W dole czerniała ziemia, w górze niebo – aerostradę przecinały nieliczne oblatywacze, a z ponurych kształtów wieżowców czasem rozbłyskiwało jakieś zabłąkane okno. Ogólnie – spokój wyludnionego nocą miasta. -Kontrola o tej porze? – prychnąłem, tylko tak bowiem rozumiałem termin „goście”. Spodziewałem się czegoś bardziej efektownego. – Poszaleli? - Niee…Podobno coś z gwiazd stoi przy wlocie w strefę stacji. -Jak to: coś? Meteoryt? -Sam jesteś meteoryt. Nie wiemy, co. Ale to przybywa z gwiazd i mówi starodawnym ziemskim językiem. I stąd ta kontrola.

**********

Tego dnia pogoda źle nastrajała Szamerę. Nie mógł doczekać chwili, kiedy dotrze do Muzeum, zamknie za sobą drzwi i znów będzie mógł mówić spokojnie do przeszłości. O tak wczesnej porze na aerostradzie było pusto. Jakie to dziwne, myślał Orfeu, patrząc na opuszczone pasy pomiędzy bojami świetlnymi, które biegły gdzieś daleko, daleko za katarakty wieżowców – wielkie miasto, wielki świat, a jednak nadchodzi moment, gdy wszyscy ci ludzie idą spać. No, prawie wszyscy – jakiś duży aerochód przemknął koło niego i poszybował dalej, zniknął w brunatnych ostępach. Miasto przytłaczało dziś Szamerę wyjątkowo, miał wrażenie, że brązowe ściany wieżowców, bure kręgi chmur lada moment go przygniotą, że musi uciekać jak najszybciej. A jedyne schronienie – Muzeum. Tam, na obrazkach z przeszłości, na małych kawałkach dawnych chwil niebo jest niebieskie, świat jest jasny, a kobiety… Nazwać tego nie umiał, ale czuł, że te kobiety przyjęłyby go bez zastrzeżeń. Tak, chyba nie lubił tego świata. Fascynował go i odrzucał zarazem. Na przemian kochał, na przemian nienawidził tych murów wieżowców, kłębów chmur, mroku i wilgoci. Czasem potrzebował, tęsknił, choć przecież nie znał, do złota i zieleni z obrazów, potrzebował tamtego nieba i tamtych ludzi. Gdyby ktoś poza nim wiedział, jak tam było pięknie… Ale nie mógł podzielić się wiedzą z nikim. Nikt nie chciał go słuchać. Niektórym był za cichy, niektórych odpychał jego zimny sarkazm. Niektórym wydawał się niepozorny, niektórym zaś błyszczał innością tak, że aż odwracali się odeń. A jemu to niespecjalnie przeszkadzało, przywykł już do samotności. Dlatego tak kochał krajobraz za oknem – czuł, że jest do niego podobny, tak samo chłodny, nieprzyjemny i wyniosły. Tak samo oddalony od świata, który ma swoje własne sprawy w światłach latarni, a o ciemność dba niewiele – a przecież to ona otula enklawę jasności. Kochał i zarazem nienawidził ciemności – kochał, bo wiedział, że to świat jego duszy, a nienawidził, bo wiedział, że mógłby być inny, że był kiedyś inny, taki jasny jak świat na obrazach. I gdyby urodził się kiedy indziej, mógłby być tak jasny jak te małe kamyczki z przeszłości.

**********

Gdy dotarliśmy wreszcie do Wydziału Komunikacji, reszta już czekała. Cały wieżowiec był pusty, tylko na samej górze, w stacji meteo siedziała Auwelina, a o jej obecności informował mały diamencik lśniący hen, wysoko. Gdyby ktoś znalazł się na odpowiedniej wysokości, mógłby ją podglądać przez szerokie okna, ale nie było takiego ryzyka – wieżowiec wybijał w górę wysoko ponad inne. Na miejscu czekał już na nas przedstawiciel rządowej komisji, która wybrała nas do tego zadania. Spotkanie nie zaczęło się szczególnie przyjemnie – pan Orre poinformował nas, co z nami zrobią, jeśli jakiekolwiek informacje o gościach przedostaną się poza nasze grono, zasypał nas tez kwitkami do podpisania. I tylko pusty śmiech mnie ogarniał, gdy przypomniałem sobie o tym, jak ten biedny Natalis się śpieszył. Misja jednak musiała być poważna, myślałem, patrząc na zebrane towarzystwo. Było nas pięciu, ale każdy z nas, nie chwaląc się, był specjalistą w swojej branży. Jullis Avarra współprojektował rządowe aerochody, znał się na pojazdach jak nikt – zarówno na tych współczesnych, jak i na dawnych. Natalis, który przedstawiał się zawsze nazwiskiem i mało komu zdradzał swoje imię, był z kolei w stanie rozłożyć i złożyć każdy pojazd, nic w nim nie niszcząc; pracował w rządowej stacji napraw jako kierownik sekcji. Ja z kolei, nie chwaląc się tym bardziej, zarządzałem systemem komputerowym wydziału Komunikacji. Podlegały podeń zarówno generatory pogody, jak i generatory osłony Stacji; co prawda nie byłem żadnym kierownikiem czy czymś takim, ale musiałem myśleć, podczas gdy moi zwierzchnicy tylko obijali się nad kawą i zbierali pochwały za moją pracę. To była nasza trójka – dogadywałem się z tymi ludźmi, lubiłem ich, spotykaliśmy się też w wolnym czasie, razem jeszcze z siostrami Nye. Poza nami jednak w misji brało jeszcze udział dwóch dżentelmenów, i to już był większy problem. Astronom Rudi Torratore i historyk Ter Grasse – tych panów nie lubiłem ewidentnie. O ile jeszcze Grassego dało się wytrzymać, był to bowiem zamkniety w sobie, niepozorny typ, który nikomu w oczy nie właził, to Torratorego darzyłem szczerą nienawiścią, ja i Avarra z Natalisem takoż. Nasz spór zaczął się wtedy, kiedy przybyliśmy jako rekruci do służb państwowych – zaczynaliśmy wtedy z Torratorem, potomkiem znakomitego, profesorskiego rodu; razem chodziliśmy na cykl rocznych szkoleń przygotowujących do egzaminu, który decydował o przyjęciu do służb. Na każdym szkoleniu postulował on niedopuszczanie robotników do służby państwowej – synem zaś robotników, mieszkającym ciągle na suburbiach, był zaś Avarra, o czym Torratore doskonale wiedział. Nasi szkoleniowcy chętnie się go słuchali, osiągnięcia jego rodziców były bowiem powszechnie znane, i tylko świetnym wynikom egzaminu Avarra zawdzięczał swoje przyjęcie. Potem drogi nasze i Torratorego się rozeszły, ale uraza została. Kiedy więc zobaczyłem go tutaj, nie ucieszyłem się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych