Mgła na wzgórzach
"Po około godzinie marszu wyszli na małą polanę, na której stał plugawy, mroczny dom, będący siedliskiem czystego zła"
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1.Dom na moczarach.
Żaden z mieszkańców Azelroth nie przypuszczał, że ta noc będzie początkiem tak okropnego i długotrwałego koszmaru, o jakim nie śnili w nawet najczarniejszych snach. Dzień minął jak każdy inny, wieczór również rozpoczynał się zwyczajnie. Duża większość ludzi zamieszkujących to malutkie miasteczko, a właściwie osadę, zgromadziła się w gospodzie, aby tam przy piwie oczekiwać późnych godzin nocnych, a niektórzy nawet poranka. Byli sami, nikt ich tu nie odwiedzał, nikt się tu nie zatrzymywał a do najbliższego miasta było ponad trzydzieści kilometrów. Absolutne pustkowie, całkowite odizolowanie. Azelroth leżało w ciemnej dolinie, zewsząd otoczone porośniętymi lasami wzgórzami. W pobliżu nie było żadnych ludzkich osad, tylko jeden dom na wschodzie, ale mieszkańcy oddaliby wszystko, aby owy dom i to, co go zamieszkuje na zawsze znikło z powierzchni ziemi. Nigdy o tym nie zapominają, nawet w chwilach, gdy na kogoś spadnie szczęście, co zdarza się niezmiernie rzadko, obok radości zawsze jest lęk i trwoga przed tym plugastwem ze wzgórz.
Tego dnia, w gospodzie radość wszystkich była trochę większa niż zwykle, ale i poczucie strachu i grozy rosło z każdą chwilą. Jednemu z mieszkańców, którego imię brzmi Gustav Naum, dziś przedpołudniem urodziła się córka. Wszyscy się cieszyli, wszyscy wiązali z jej narodzinami ogromne nadzieje, ale w związku z jej przyjściem na świat odczuwali niepomierny strach. Zawsze tak jest. Powodem tego jest fakt, iż od czterdziestu lat, w Azelroth nie przyszło na świat ani jedno dziecko. Choć właściwie użyłem złego sformułowania, ponieważ dzieci rodzą się, ale przeważnie martwe, a jeżeli już uda im się przeżyć narodziny, to umierają najczęściej w ciągu tygodnia. I tak od czterdziestu lat. Gdyby ten proceder trwał miesiąc, można by go określić mianem okrutnego pecha. Gdyby trwał rok, może zaraza. Ale to trwa czterdzieści lat, więc na pewno jest za to odpowiedzialne to bluźnierstwo ze wzgórz.
Jak zwykle, najzabawniejszą postacią w gospodzie był Edgar. Biegał po całym pomieszczeniu, wskakiwał na stoły i ku uciesze wszystkich prezentował swój specyficzny, nazwijmy to taniec. Potem wskoczył na kolana człowiekowi o imieniu Frederik, lecz ten nie był w nastroju do zabawy i zrzucił go na podłogę. Martwił się, czy córka Gustava przeżyje. Wracały również do niego osobiste, bolesne wspomnienia, sam miał przecież dwie córki i dwóch synów, lecz wszyscy odeszli. Każde z nich. Tuż po narodzinach. Każdy tu kogoś stracił, dziecko, brata, siostrę. Gustav stracił wcześniej dwoje dzieci, czy teraz straci trzecie? Najmłodsi mieszkańcy mają już ponad czterdzieści lat, więc, jeżeli w Azelroth w najbliższym czasie nie pojawią się dzieci, osada wymrze i zostanie zapomniana. Wszystkich nurtowało to pytanie, a radosna na pozór atmosfera, radosną wcale nie była. Czy gdy Gustav nad ranem wróci do domu, jego córka nadal będzie żyła? A jeśli tak, to ile dane jej będzie jeszcze przebywać na tym świecie? Odpowiedź na to pytanie zna chyba tylko Zło ze wzgórz. Jedynie Edgar był poza tym wszystkim, jego interesowała tylko zabawa. Edgar, czarny kot właściciela gospody.
Nagle otworzyły się drzwi i do środka weszła zapłakana kobieta. Była to Nevra Naum, żona Gustava. Ten podbiegł do niej, przytulił i zaprowadził do stolika. Nevra nie musiała nic mówić, wszyscy wiedzieli co się stało. Kolejne dziecko odeszło. Zostało zabrane przez to bluźnierstwo ze wzgórz. Frederik nie potrafił poradzić sobie z bólem serca, jaki nawiedził go, gdy obwieszczono śmierć córki Naum’ów. Dobrze wiedział, co czuli, sam przeżył to samo. Przeżył to każdy. W sercach wszystkich gasła już nadzieja na to, że Azelroth jeszcze się odrodzi.
-Nie mam pojęcia, jak to się stało- szlochała Nevra- mała spała, ja siedziałam przy niej i nagle zapadłam w jakiś dziwny, narkotyczny sen. Znalazłam się w krainie pełnej cieni, wszystko spowijała gęsta, lepka mgła, z której wyłaniały się jakieś postacie, a właściwie ich zarysy. Zbliżały się do mnie, a ja nie wiedziałam, co mam robić. Chciałam uciekać, ale jakaś tajemnicza siła przyciągała mnie do tych cienistych postaci. Unosiły się we mgle i przybliżały do mnie, było ich mnóstwo, to było okropne. I wtedy nagle ich twarze stały się wyraziste, ujrzałam je i to było najbardziej przerażające. To były nasze dzieci! Nasze utracone potomstwo! Widziałam tam również moją córkę, którą dziś urodziłam i dziś straciłam.
Przerwała. Nastała grobowa cisza, której nic już nie zmąciło. Mieszkańcy dopijali trunki i w milczeniu rozchodzili się do domów. Zaginięcia dzieci zawsze wyglądały tak samo. Opiekun wpadał w tajemniczy trans, a po powrocie świadomości dziecka już nie było. Naum’owie byli najmłodszymi mieszkańcami Azelroth, a ich córka ostatnią nadzieją, która odeszła na zawsze.
Jak się okazało, następna noc była jeszcze tragiczniejsza. Jak zwykle większość mężczyzn zgromadziła się w gospodzie. Atmosfera jaka tam panowała daleka była od wesołej, ogólne przygnębienie spowodowane śmiercią córki Naum’ów potęgowane było przez krople deszczu, monotonnie uderzające w okna. Wszyscy jednak raczyli się złocistym piwem, więc sporadycznie dało się słyszeć jakiś śmiech. Może Edgar rozweseliłby trochę towarzystwo, ale niestety gdzieś się zapodział i nie było go tego dnia w gospodzie. Niby pospolity kocur, a jednak miał w sobie coś takiego, że potrafił rozweselić ludzi pogrążonych w smutku i melancholii. Edgar, czarny kot właściciela gospody.
W pewnym momencie drzwi do gospody otworzyły się, a uwaga wszystkich skupiła się na przybyszu. Ciemna postać powoli weszła do środka. -Hej, patrzcie- rzekł jeden z mężczyzn- przecież to Simon! -Rzeczywiście- potwierdził ktoś jego słowa- Simon, jak ty wyglądasz, jesteś cały mokry i oblepiony wodorostami. Co się stało? -Pewnie wypił za dużo, poszedł łowić ryby i wpadł do wody- wyśmiał go stary Erich.
Gospoda pogrążyła się w śmiechu, a Simon podszedł do baru, kupił piwo, ugasił pragnienie i stając na środku sali wykrzyczał: -Możecie się śmiać, ale biada tym, którzy mi nie uwierzą! To, co dziś zobaczyłem... -Spiłeś się, zobaczyłeś rybę i pomyślałeś, że to potwór- przerwał mu stary Erich, a w gospodzie znowu rozległ się gromki śmiech. -Mylisz się starcze! Jestem trzeźwy i to... -Simon trzeźwy? Ha ha, tego jeszcze nie widziałem- stary Erich zawsze nabijał się z każdego, z kogo tylko mógł. -Zamilcz głupcze! -Jak śmiesz mnie tak nazywać! -Uspokój się już staruchu. Nie czas na kłótnie. Nie dziś. -Będę się kłócił, kiedy będę chciał! -Erich- wtrącił się Frederik- daj już spokój, posłuchajmy, co Simon ma nam do powiedzenia. -Słuchajcie mnie! Wiem, gdzie są synowie i córki nasze!
Zapadła grobowa cisza. Wspomnienie zaginionych dzieci zawsze sprawiało ból.
-Zamknij się- wykrzyczał stary Erich- to nie jest temat do żartów! -Nie żartuję! Przysięgam na wszystko, że mówię prawdę! -Przeklęty łgarz- stary nie dawał za wygraną. -Erich- znowu interweniował Frederik- pozwól mu mówić. -Łowiłem ryby- rozpoczął opowieść Simon- a że woda w rzece w skutek ulewnych deszczy wezbrała, w pewnej chwili straciłem panowanie nad moją łódką, a prąd zaniósł mnie na moczary... -Na moczary?- na mieszkańców padł blady strach. -Moczary to przeklęte miejsce! -Ludzie mówią, że żaden śmiałek, który się tam zapuścił, już nigdy nie powrócił do domu. -Tam mieszka sam Diabeł! -Słuchajcie mnie!- wykrzyczał Simon- to naprawdę przerażające miejsce. Na moczarach nie istnieje chyba żadne życie. Trawy są tam tak wysokie, że nawet gdy stałem na łodzi, były wyższe ode mnie. Nagle, jakby pod wpływem jakiejś siły, moja łódka przewróciła się i wpadłem do wody. Momentalnie pojawiły się wodorosty, które owijały się wokół mnie i wciągały pod wodę. Życie uratował mi mój nóż, który zawsze mam przy sobie. Gdy je ciąłem, wydawało się, że odczuwają ból, wydawały się być żywe. Nagle, będąc pod wodą przed oczyma zamajaczyły mi jakieś dziwne kształty, z których po chwili wyłoniły się twarze naszych dzieci! Wyglądały upiornie. Szare twarze pozbawione życie, nie zdradzające żadnych emocji. Gdy wypłynąłem na powierzchnię, nie było tam już mojej łodzi, musiałem uciekać wpław. Kątem oka, gdzieś w oddali, na tle nocnego nieba ujrzałem jakąś dziwną, trójkątną plamę. Nie wiem co to było, byłem tak przerażony, że chciałem jak najszybciej stamtąd uciec.
W gospodzie ponownie zapanowała absolutna cisza, którą przerwał Frederik. -Czy pamiętacie legendę o starym czarowniku z moczarów? -To jakaś stara opowieść, chyba nikt jej dobrze nie zna. -To historia z czasów naszych pradziadów. Mówi ona, że zanim do Azelroth przybyli pierwsi osadnicy, stały tu tylko dwa domy. Jeden na wzgórzach, należący do tego plugastwa, którego imienia nie ośmielę się tu wymawiać. Ale legenda mówi, że stał tu jeszcze jeden dom, należący do potężnego czarownika, i według podania, ów dom miał właśnie stać na moczarach. Rzekomo czarownik był spokrewniony z tym przeklętym bluźnierstwem ze wzgórz, a to nie wróży nic dobrego. Nasi pradziadowie zgładzili go, a ciało wrzucili do wody. Lecz ten, w ostatnich chwilach życia rzucił na nich klątwę, poprzysiągł zemstę. Pod dom podłożyli ogień, lecz nawet gdy płomienie ogarnęły cały budynek, ten nie spłonął i rzekomo stoi tam po dziś dzień. -Myślisz, że to czarownik może być odpowiedzialny za śmierć naszych dzieci? -Nie wiem, nie wiem, co mam o tym myśleć. -Na moczary! Nie pozwolimy, aby ktoś bezkarnie mordował nasze dzieci- wykrzyczał Gustav Naum. -Na moczary!- zawtórowali mu inni. -Spokojnie- orzekł Frederik- jeśli to prawda, że czarownik powrócił, to bez problemu zgładzi nas wszystkich. -On zabił moje dzieci!- wykrzyczał Gustav pochylając się nad nim- muszę się zemścić, choćbym miał przypłacić to życiem. -I co w ten sposób osiągniesz? -Satysfakcję i spełnienie. -Pośmiertne. -To co według ciebie mamy zrobić? Czekać tu, aż on sam po nas przyjdzie? -Zastanówmy się nad tym, co możemy zrobić. Wyprawa na moczary jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. -Pozbawione sensu jest czekanie tutaj. -Nie zapominaj o tym, z kim spokrewniony jest czarownik. -Zdaję sobie z tego sprawę. -Więc dlaczego nie udasz się na wzgórza, aby rozprawić się również z tym bluźnierstwem? Zginiesz tak tam, jak i na moczarach. -Mów sobie co chcesz, ja idę i to natychmiast. Kto jest ze mną?
Kilkunastu mężczyzn niepewnie podniosło się z krzeseł i pod wodzą Gustava Naum’a skierowała się w stroną wyjścia. Tuż przed opuszczeniem gospody Gustav popatrzył z wyższością na Frederika i rzekł: -Pamiętaj, że czarownik zgładził również twoje dzieci. Wrócimy przed świtem.
Nie wiedział, jak bardzo się mylił.
Małe łodzie mozolnie posuwały się naprzód, poprzez wysokie trawy porastające moczary. Woda była tam tak brudna, że nie było widać zanurzonych w niej końcówek wioseł. Co jakiś czas napotykali na dryfujące, spróchniałe i przegniłe konary drzew. Ponad taflą sterczały martwe, pozbawione liści korony tych drzew, które jeszcze się nie przewróciły. Ich powyginane gałęzie sprawiały upiorne wrażenie, wydawały się cierpieć, konać, umierać. Przez czarne chmury przykrywające niebo nie przedzierał się blask księżyca, co jeszcze bardziej potęgowało przerażającą atmosferę. W dodatku wszystko spowijała gęsta mgła, co sprawiało, że Gustav i jego towarzysze mieli widoczność ograniczoną do zaledwie kilku metrów. Nagle, między martwymi koronami drzew zamajaczyły im tajemnicze, białe poświaty.
-To upiory moczarów- wyszeptał Gustav. -Nie powinniśmy się tu zapuszczać- rzekł człowiek imieniem Aaron, a w jego głosie słychać było zwątpienie i strach. -Chcesz się teraz wycofać? -Wracajmy, to zbyt niebezpieczne. - Teraz, kiedy jesteśmy tak blisko rozwiązania zagadki śmierci naszych dzieci? Teraz, kiedy możemy je pomścić? -Teraz, kiedy możemy stracić to, co mamy najcenniejsze. Nasze życie. -To, co mieliśmy najcenniejsze już straciliśmy. Czymże jest nasze życie bez nich? Bezsensownym oczekiwaniem na śmierć. Nie ma już żadnej nadziei na to, że Azelroth jeszcze się odrodzi. Wszyscy umrzemy, nikt ani nic po nas nie pozostanie. Ale to od nas zależy, jak odejdziemy. Chcecie umrzeć jak tchórze, chowając się w domach przed tym, co i tak kiedyś po nas przyjdzie? Jeśli tak, to wracajcie, ale ja nie spocznę, dopóki nie dowiem się, kto lub co za tym stoi. Zdaję sobie sprawę z tego, że dzisiejsza noc jest prawdopodobnie ostatnią nocą w moim życiu, ale chcę odejść z czystym sumieniem. -Ja natomiast bardziej niż sumienie- odpowiedział Aaron- cenię sobie życie. -I cóż ci pozostanie prócz niego? -Ono samo wystarczy mi w zupełności.
Aaron nie wiedział jeszcze, że były to jego ostatnie słowa. Bowiem w tej właśnie chwili ich łódź przewróciła się i wszyscy mężczyźni znaleźli się pod wodą. Momentalnie wokół nich pojawiły się wodorosty, które owijając się wokół nich i wciągając coraz głębiej w ciemną topiel sprawiały wrażenie, jakby były żywe. Pod wodą dostrzegli to, co widzieli opiekunowie dzieci w chwilach, gdy te znikały. Widzieli ich ciała, unoszące się w wodzie. Druga łódź również się przewróciła. Teraz już wszyscy znajdowali się w wodzie, a po kilku minutach, większość z nich była martwa. Uratowało się tylko trzech uczestników wyprawy, w tym Gustav Naum. Nagle, ich oczom ukazało się coś, co do tej pory pozostawało legendą. Kilkadziesiąt metrów przed nimi, otoczony martwymi drzewami stał stary, upiorny dom, należący do potężnego, przed wiekami zabitego czarownika. Podpłynęli wpław do małej wysepki, na której się znajdował. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegli jakichkolwiek śladów bytności człowieka w tym miejscu. Wydawało się, że nikogo tu nie było od wielu, wielu lat. Podeszli bliżej, na ścianach domu widać było ślady płomieni, które go kiedyś trawiły. A więc to, co uważano za legendę, miało miejsce w rzeczywistości. Powolnym krokiem zbliżyli się do wejścia. Drzwi, na których znajdowała się mosiężna, zdobiona kołatka były lekko uchylone, a więc ktoś mógł tam mieszkać, a może nawet był w tej chwili w środku. Ta myśl wprawiła ich w przerażenie, ale było za późno, aby się wycofać. Gustav powolnym ruchem pchnął drzwi i ostrożnie weszli do środka. W miejscu, gdzie spodziewali się natrafić na hol, ku ich zdziwieniu znajdowało się małe pomieszczenie, praktycznie puste, za wyjątkiem małego stołu, znajdującego się pośrodku. Leżała na nim księga, której tytuł, mimo że nikomu nic nie mówił, brzmiał przerażająco. Necronomicon, autorstwa szalonego Araba, Abdula AlHazreda. Obok księgi stały złote puchary, puste, ale noszące ślady niedawno wypełniającej je krwi. Gdy dwaj ocalali towarzysze Gustava przyglądali się księdze, ten stał nieruchomo wpatrując się w ścianę. Powoli przesunął po niej ręką, i rzekł: -Skóra. Ludzka skóra.
Rzeczywiście, wszystkie ściany obite były ludzką skórą. Opanowało ich takie przerażenie, że odtąd ich działania nie były racjonalne. Robili wszystko, aby jak najszybciej stamtąd uciec, lecz byli sparaliżowani ze strachu, gdy usłyszeli za ścianą ciche, zbliżające się w ich kierunku kroki.
2.Przybysz.
Świt. Pierwsze promienie słońca powoli rozświetlają czarne niebo. Żaden ze śmiałków, którzy tej nocy wyruszyli na moczary jak dotąd nie powrócił. Odnalazł się jedynie Edgar, lecz było to marne pocieszenie, gdy w grę wchodziła strata kilkunastu ludzi. Kocur natomiast zachowywał się dziwnie, był jakiś rozdrażniony, nie pozwalał się dotknąć i co zwróciło uwagę, miał zakrwawione łapy. Oprócz Edgara nikt inny nie powrócił. Przybył za to ktoś, kogo nikt się nie spodziewał. Ktoś, przez kogo zginą kolejni ludzie. Ktoś, kto zapoczątkuje kolejną wyprawę. Ktoś, kto nigdy tu nie przybywa. Ktoś obcy.
Drzwi do gospody otworzyły się, a uwaga wszystkich skupiła się na przybyszu. Był to człowiek odziany w czarny, przemoczony płaszcz z wysokim kołnierzem, który osłaniał twarz przed wiatrem i deszczem, na głowie miał również czarny kapelusz z szerokim rondem i błękitną przepaską a na nogach wysokie, ubłocone buty. Ubiór typowy dla ludzi, mieszkających w dużym mieście. Najbliższe takie miasto znajdowało się o ponad dwieście kilometrów od Azelroth, więc skąd wziął się tu ten obcy. Przybysz wszedł do środka, postawił na ziemi walizki i zdjął kapelusz, a zebrani w gospodzie mieszkańcy ujrzeli jego młodą, łagodną twarz. -Dzień dobry- rzekł obcy- nazywam się... -Mniejsza o nazwisko-przerwał mu stary Erich- czego pan tu szukasz? -Schronienia. -Schronienia? A przed czym? -Przed deszczem. Nieprzerwanie poda od wielu dni, wszystkie moje ubrania są przemoczone, a ja marzę tylko o tym, aby choć jedną noc spędzić w jakimś suchym miejscu. -Wybrałeś pan najgorsze miejsce na schronienie, najlepiej wyjedź stąd, i to jeszcze dziś. -Ale to miejsce jest pierwszą ludzką osadą, jaką napotkałem od wielu dni. -Zobaczymy, jak długo jeszcze będzie ona ludzka- powiedział jakby do siebie Erich. -Proszę? –zapytał przybysz. -Wynocha stąd! -Erich, uspokój się- wtrącił się Frederik i zapytał przybysza- Kim jesteś? Co Cię do nas sprowadza? -Nazywam się Kai Niguroff, od pół roku podróżuję po całym kraju, aż dotarłem tu. Czy mogę liczyć na państwa gościnę? Chciałbym zatrzymać się tu, choćby na kilka dni. -Nie!- wykrzyczał stary Erich- Nie chcemy tu obcych! -Erich, idź już do domu, jesteś pijany- rzekł Frederik. -Pewnie że pójdę, nic tu po mnie ale jeśli pozwolicie mu zostać, to będziecie tego żałować.
Wychodząc, stary Erich popatrzył na przybysza z wyraźną wrogością, poczym splunął mu pod nogi i opuścił gospodę. Frederik wstał od stołu i rzekłszy, że na niego również już czas, uregulował rachunek, poczym zaprosił Kai’ego do swego domu. Ten podziękował i obiecał nie sprawiać kłopotów mieszkańcom swym pobytem. -Z całym szacunkiem, ale niezbyt przyjaźnie witacie tu obcych- rzekł Kai, gdy szli wąską uliczką w stronę domu Frederika. -Niektórzy są nieufni wobec przybyszów, niegościnni i nieprzyjemni ale musisz im to wybaczyć. Gdybyś mieszkał w tym miejscu, zrozumiałbyś, o co mi chodzi. -Co ma pan na myśli? -Mów mi po prostu Frederik. -A więc co masz na myśli? Co zrozumiałbym? -Obyś nigdy nie musiał tego zrozumieć. -Dlaczego? -Bo tych, którzy zrozumieli już nie ma. Zrozumienie tego wiąże się z poznaniem i doświadczeniem, a tego nie życzę Ci, i mam nadzieję, że nigdy tego nie doświadczysz. -Nic nie rozumiem. -I niechaj tak pozostanie. Wierz mi, że tak będzie lepiej. -Lepiej? Dla kogo? -Dla Ciebie. -Nie chcę być wścibski, ale bardzo intryguje mnie to, co mówisz. -Gdy już opuścisz nasze miasteczko zapomnij, że kiedykolwiek tu byłeś, zapomnij to, czego możesz się tu dowiedzieć, zapomnij wszystko, co w jakikolwiek sposób będzie związane z Azelroth. -Ale proszę, powiedz, dlaczego. -Wierzysz w duchy? -Sam nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale chyba tak. -To, co żyje w lasach otaczających Azelroth to połączenie ducha, wampira, demona, samego Szatana i Bóg wie, czego jeszcze. Nie patrz tak na mnie, mówię prawdę. Tak przerażającej i bluźnierczej istoty nie znajdziesz w żadnym innym miejscu na świecie. Ale dość tego gadania. Opowiedz teraz coś o sobie. Jak tu trafiłeś? Rzadko mamy gości, praktycznie nikt nas tu nie odwiedza. -Gdy skończyłem szkołę podjąłem decyzję o wyjeździe. Nie chciałem mieszkać w dużym mieście. Od pół roku cały czas jestem w drodze, podróżuję od miasteczka do wioski, od wioski do miasteczka. Pomagam mieszkańcom na roli lub w innych pracach, a oni odwdzięczają się, dając mi tymczasowe schronienie i czasami trochę pieniędzy. -Ciekawe masz życie. Nikt z nas nigdy nie opuścił Azelroth, choć wszyscy tego pragniemy. -Więc dlaczego nie wyjedziecie? -Nie możemy. Tak, jak drzewa są przywiązane do ziemi, tak my jesteśmy przywiązani do Azelroth. -Nie rozumiem, skoro chcecie opuścić to miejsce, to zróbcie to. -Nie możemy. -Dlaczego? Co Was tu trzyma? -To, co mieszka na wzgórzach.
3.Wiedźma.
Następnego wieczora, jak zawsze wszyscy zgromadzili się w gospodzie. Gustav i jego ludzie nie powrócili, zdawano sobie sprawę, że już nigdy nikt ich nie zobaczy, a ich ciała spoczywać będą na upiornych moczarach. Nikt nie wiedział, że ta noc będzie jedną z tych, o których marzą, aby nigdy nie miały miejsca. Gdy tłumnie opuszczali gospodę, Kai zauważył coś dziwnego. Zastanawiał się przez chwilę, czy wspomnieć o tym innym, widział, w jakim strachu żyją, przez co się wahał, ale z drugiej strony może to nic dziwnego, może mieszkańcy wiedzą o tym. A może tylko mu się przywidziało. Postanowił zaryzykować. -Jak daleko stąd jest najbliższa wioska, czy też miasto?- zapytał. -Jakieś trzydzieści kilometrów stąd, na zachód. -A tam na wschodzie, to małe światło na wzgórzach?- wskazał palcem na mały, jaśniejący punkt, na wschodniej stronie największego wzgórza, otaczającego Azelroth.
Nie ma odpowiednich słów, aby opisać to, co się wtedy działo. Panika, popłoch, przerażenie to za mało. Wszyscy uciekali do swych domów, a Kai nie mógł zrozumieć, dlaczego małe światło na wzgórzu wzbudziło aż tak wielkie przerażenie. Nagle poczuł silne szarpnięcie za rękaw płaszcza. To Frederik. -Nie stój tak tylko uciekaj, jeśli ci życie miłe! -Ale o co chodzi? Co się stało? -Lepiej, żebyś nie wiedział. Jeżeli przetrwasz tę noc, z samego rana musisz wyjechać. -Dlaczego? Powiedz mi, co wywołało takie przerażenie?
Frederik zatrzymał się, odwrócił, wskazał na mały, świetlisty punkt na wschodzie i rzekł: -To wiedźma! Wiedźma z Azelroth powróciła!
Nie wszyscy mieszkańcy mieli na tyle odwagi, aby tę noc spędzić samotnie, lub w małych grupach, toteż gromadzili się nawet po kilkanaście osób w jednym domu. Łatwiej umierać w gronie przyjaciół niż w samotności. Ich serca opanował niepojęty strach, w dusze wkradał się mrok. Oczekiwanie, tylko to im pozostało, tylko to mogli zrobić, czekać i mieć nadzieję, że i tym razem uda im się przeżyć. Wydawało się, że tej nocy czas się zatrzymał, sekundy były dobami, minuty wiekami a godziny całymi eonami. Ci, którzy nie stracili jeszcze wiary w Boga, a było ich już naprawdę niewielu, modlili się zażarcie o odpuszczenie grzechów i ocalenie od śmierci.
Kai siedział na krześle paląc papierosa i obserwował zachowanie mieszkańców. Patrzył na wszystko z dystansu, całą sytuację określał mianem wiejskich zabobonów, lecz mimo to, odczuwał jakiś wewnętrzny niepokój i lęk. Nie wiedział, skąd wziął się ów strach, jedyne, z czego zdawał sobie sprawę to fakt, że bał się coraz bardziej. Ręce mu się trzęsły, nerwowo odpalał kolejne papierosy. Frederik natomiast wydawał się być całkowicie spokojny, stał przy oknie i w skupieniu wpatrywał się w czerń nocy.
-Drogi przyjacielu, przybyłeś do nas w najmniej odpowiednim momencie. Nie chcę ci tego mówić, ale wydaje mi się, że powinieneś być świadomy tego, co może cię tu spotkać. -Co chcesz przez to powiedzieć?- zapytał Kai podnosząc się z krzesła. -Że może to być ostatnia noc w twoim życiu. Być może to już ostatnia minuta twego żywota. Dosłownie minuta. -Skoro mam umrzeć, to powiedz mi, co mnie zabije. -Wiele bym dał za to, aby dowiedzieć się, kim, lub czym to jest. -Ale chyba macie jakieś podejrzenia, domyślacie się kto za tym stoi. -Wiedźma. -To już wiem... -I uwierz mi, nie chcesz wiedzie więcej. Ale skoro nalegasz, to powiem ci tyle, ile sami wiemy, a wiemy nie wiele. To, co żyje w okolicznych lasach jest tworem z samego dna piekła. Jeszcze nasi pradziadowie żyli w ciągłym strachu. Przed wiekami spalili na stosie czarownicę, która w ostatnich chwilach swego życia rzuciła na nich, i na ich potomków klątwę. Poprzysięgła zemstę. Od tego czasu, co kilka lat powraca do swego domu, a w Azelroth pozostawia krwawe żniwo.
Frederik gestem przywołał Kai’ego
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil altairblack
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…