Wróć do katalogu

Miasto Nowe

Spokojne życie mieszkańców małego miasteczka. Jak zwykle nie jestem pewna, czy dobrze dobrałam kategorie. Według mnie jest to opowiastka obyczajowa.

Jakaja, opublikowano , 25 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Miasto Nowe, nowe miasto. Idealne miejsce na rozpoczęcie nowego rozdziału życia. Zapomniane miasto na peryferiach świata, przystań ludzi, pragnących zapomnieć lub pozostać zapomnianym. Podążający tutaj próbowali zmienić swoje przeznaczenie. Nie, miasto Nowe nie było ziemią obiecaną, opływającą w mleko i miód. Było to małe, szare miasteczko, niczym niewyróżniające się spośród setek podobnych mu polskich miasteczek. Niektórzy jego mieszkańcy śmiali się, że było tak małe, że nikt nie umieścił go na mapie. Miasto Nowe. W artykułach miejscowej dziennikarki bywało nazywane paradoksem. Mimo że pierwsza wzmianka o osadzie w Nowym pochodziły już z czasów średniowiecznych, pachniało tam dziwną świeżością, spokojem.

Oni, choć nie zwierzali się sobie przypadkowo mijając się na ulicy, mieli podobne marzenie. Chcieli doznać czegoś nowego. Jedni dlatego, że zbrzydł im chleb powszedni. Drudzy w, powiedzmy, starym życiu poznali gorzki smak rozczarowania. Wszyscy nie mogli znieść sekwencji niepokoju i samotności. Pragnęli ukojenia. I zmian, przede wszystkim.

Luiza

Luiza była dziennikarką. Pracowała w podrzędnym brukowcu w małym miasteczku, nie dlatego, że nie grzeszyła inteligencją, lecz dlatego, że związała się uczuciowo z tym miejscem. Tak przynajmniej tłumaczyła bogatemu producentowi telewizyjnemu, który zaproponował jej karierę prezenterki w nowym programie telewizyjnym. Luiza zajmowała się głównie błahostkami, np. drobnymi kradzieżami w sklepie, czy wywiadami ze sławnymi osobistościami, np. byłą żoną burmistrza, która założyła stadninę koni. Luiza, nieco apatyczna i wiecznie znudzona, przyjmowała wszystkie oferty ze spokojem. Nie wykonywała swojej pracy z pasją, raczej z przymusem i poczuciem obowiązku. Była rzeczowa i przekazywała wszelkie informacje bez owijania w bawełnę. Szef Luizy, jak sam mówił, cenił jej rzetelność. Mimo to najpoważniejsze artykuły otrzymywała jej redakcyjna koleżanka, starszawa już Melania, słynąca z „bajdurzenia” i koloryzowania. Luiza miała czterdzieści dwa lata, ale wyglądała na dużo młodszą. Miała długie, farbowane na blond, włosy, które zaczesywała w luźny kucyk, gładką twarz (fakt faktem, że stosowała kremy antyzmarszczkowe- ale robiła to w ukryciu, więc mogła kłamać, że natura była dla niej wyjątkowo łaskawa) i duże, zawsze lekko zdziwione, oczy. Ludzie twierdzili, że była ładna. Mimo to nigdy nie wyszła za mąż. Wszyscy czterej narzeczeni na krótko przed ślubem znikali z jej życia, zostawiając jej kolejne zdjęcia do spalenia i wspomnienia do wykasowania. Pewnie dlatego Luiza po czterdziestych urodzinach przestała już szukać kandydata na męża, poświęcając czas na pisanie artykułów. Nudne życie Luizy zostało przerwane, gdy Melania musiała iść do szpitala na operację. Podobno miała coś z oczami, jaskrę lub zaćmę. Tak powiedział redaktor naczelny pisma, wzywając ją rano do swojego gabinetu. Dla niej ważniejsza była jednak druga część wypowiedzi, informująca ją, że od tego czasu powinna przejąć na siebie obowiązki starszej koleżanki. Luiza zgodziła się. Szef ucieszył się i wygłosił kilka peanów na jej część. -Wiedziałem, że pani się zgodzi - mówił z uśmiechem na ustach. Okraszał te słowa monologiem, dotyczącym jej inteligencji, urody i rzetelności. „Rzetelność” musiała być jego ulubionym słowem, gdyż powtarzał je zdecydowanie najczęściej. Luiza, słuchając komplementów i pochwał, załapała się na gorzką kawę Prima i pachnące ciasteczko z cukierni pani Haneczki. Spróbowała gorzkiej słodyczy, w głębi duszy dochodząc do wniosku, że właśnie tak smakuje życie. Podziękowała redaktorowi za informację i wyszła, przyjmując w międzyczasie zaproszenie na obiad bądź kolację. Na jutro. Dzisiaj musiała odprawić pogrzeb. Nudzie.

Ewa

Ewa była pierwsza. Wysiadła w miasteczku Nowym po wielkiej stracie. Wielka strata miała to do siebie, że pojawiała się niespodziewanie. Ewa nie lubiła niespodzianek, ani strat. Dlatego postanowiła pojechać w świat. Tam, gdzie licho spało i gdzie powinna być mityczna arkadia. Tak, Ewa pragnęła powrócić do wyśnionego raju, choć nie była tą samą Ewą, która została z niego wygnana. Wsiadła więc w pociąg, który miał ją zawieść tam, gdzie, według baśniowych przekazów i legend, diabeł mówi dobranoc, a psy ogonem szczekają. To właśnie te psy, jak wyznała później, ciekawiły ją najbardziej. Wcześniej nie lubiła zwierząt, ale idea podróży w nieznane wyzwoliła w niej nieznaną tkliwość. Bez wahania wzięła więc starą podróżną torbę, jeszcze z czasów szkolnych, i udała się na Dworzec Centralny. Wsiadła do pierwszego lepszego pociągu, który miał zawieźć ją ku przeznaczeniu. Los chciał, żeby wysiadła na stacji w mieście Nowym, łamiąc obcasy i czując, że wreszcie oddycha. Ewa mieszkała wcześniej na jednym z warszawskich osiedli. Tutaj wszystko wyglądało inaczej. Nawet trawa była bardziej zielona. Czyste powietrze odurzało ją. Wielka strata umniejszyła się do błahostki. Została tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, drzazgą za paznokciem. Teraz Ewa miała ważniejszy problem. Musiała znaleźć mieszkanie. Małe, przytulne z widokiem na łąki. Miasto Nowe miało jednak tą wadę, że nie obfitowało w mieszkania do wynajęcia. Ewa, kupiła lokalną gazetę. Ogłoszeń nie znalazła. Natknęła się za to na artykuł Luizy. Bardzo ciekawy, zresztą. O niejakim panu Joachimie W., który założył niegdyś gospodarstwo agroturystyczne. To była idealna alternatywa.

Adalbert

Adalbert tak naprawdę miał na imię Wojciech. W przeciwieństwie do Ewy lubił psy i kiedyś był weterynarzem. Do czasu, gdy, jak stwierdził sąd, złamał przysięgę Hipokratesa. Podczas przeprowadzania zabiegu kastracji na kocurze właściciela kliniki, zwierzę zdechło (prawdopodobnie z powodu nieprzystosowania organizmu eteru). Adalbert też uważał, że ten fakt sprawił, że starożytny felczer przewrócił się w grobie. Dlatego postanowił wyjechać ze świata złudzeń, w którym człowiek był wilkiem. Wsiadł w samochód. Jechał kilka godzin narzekając na polskie drogi. W mieście Nowym wysiadł… mu silnik. Przeklął cenzuralnie i postanowił go naprawić. Urzekła go cisza tego miasteczka. I zieleń łąk, które je otaczały. Uśmiechnął się. Postanowił zostać. Szybko znalazł odpowiednie lokum; znacznie szybciej niż Ewa i wcale nie przez przypadek. Jak się okazało Wojciech był dalekim krewnym owej Melanii. Kobieta, na czas pobytu w szpitalu, udostępniła mu swoje mieszkanie. Przystojny i wykształcony, choć bezrobotny, mężczyzna od razu zyskał sympatię sąsiadek oraz niechęć ich mężów. Adalbert, mimo rudej czupryny, miał dużo uroku osobistego. Spokój jego szarych oczu budził zaufanie. Czasami jakaś mieszkanka kamienicy usiłowała go poderwać. Adalbert, choć zadowolony z otaczającego go zainteresowania, nie wdawał się w zbyt długie dyskusje. Uciekł wszak po to, by przemyśleć swoje sprawy i odpocząć w samotności. Sąsiedzi, poznawszy jego zwyczaje dali mu jako tako spokój. Jedynie Magda, mała dziewczynka z jego bloku, prostolinijna i grzeczna, nie rozumiała jego aluzji. Adalbert, któremu jej obecność z początku bardzo przeszkadzała, nie umiał jednak znaleźć wymówki. Najpierw nie umiał spławić, a po upływie paru dni – nie chciał. Polubił ją oraz jej mamę, Anię, którą poznał niedługo potem. Tego dnia, gdy ją spotkał, znalazł w mieszkaniu cioci makatkę z wyszytym cytatem Gilberta Keitha Chestertona: „Wybieramy sobie przyjaciół, wybieramy wrogów, ale Bóg daje nam sąsiadów”. Uznał wówczas, że musiało być to przeznaczenie.

Joachim

Joachim był tzw. stałym mieszkańcem Nowego. Jako pierwszy założył, świecące pustkami, gospodarstwo agroturystyczne. Samodzielnie uporządkował budynki gospodarcze i przerobił je na białe, miłe domki letniskowe. Niestety pomysł nie wypalił i po kilku latach urocze pokoiki świeciły pustkami. Kołdry, uszyte własnoręcznie przez jego żonę, grubiutką i zawsze uśmiechniętą, Jolę, zostały, brutalnie rzecz ujmując, zeżarte przez mole. Zwietrzałe powietrze sprawiało, że oczy Joachima zaczynały łzawić. Nie z powodu alergii, jak twierdziła jego małżonka, lecz, jak sam uważał, z nostalgii za wyśnionym okresem świetności tego miejsca. Joachim był ciągle krzepkim pięćdziesięciolatkiem o dość krępej budowie. Miał czarne, krótko przystrzyżone włosy i siwe wąsy. Wyglądało to dość śmiesznie, dlatego jego żona ciągle, acz bezskutecznie, próbowała namówić go, by się ogolił. - Posądzą cię o farbowanie włosów – mawiała, uśmiechając się. Joachim i Jola stanowili idealną parę. Oboje niewysocy, czarnowłosi i wiecznie uśmiechnięci. Oboje kochali ludzi i byli kochani przez innych. A najbardziej przez swojego szesnastoletniego syna, Arkadiusza. Syn był wykapanym dzieckiem swoich rodziców. Był dobrym, nieco naiwnym chłopcem, choć jednocześnie mocno stąpał po ziemi. Uczył się dość słabo, aczkolwiek obdarzony był dużą wyobraźnią. Kiedy Luiza zadzwoniła do Joachima w jego sercu narodziła się nadzieja. W wyobraźni widział załatywanie dziur w materacach, odmalowywanie wyblakłych już ścian w pokoikach, zachwycone oczy letników. Luiza była koleżanką Joli, jeszcze z podstawówki. Chodziły do jednej klasy i, choć się nie przyjaźniły, nawet po wielu latach utrzymywały poprawne stosunki. Może właśnie dlatego dziennikarka zdecydowała się przeprowadzić wywiad z Joachimem? Mężczyzna wolał się nad tym nie zastanawiać. Wierzył, że reklama zapewni mu sukces. I rzeczywiście. Jeszcze tego samego dnia miał pierwszego gościa. Młodą kobietę, obładowaną tobołami. Chciała wynająć pokój na czas nieokreślony.

Magda

Magda miała sześć lat, blond loki i uroczy, szczerbaty uśmiech. Miała też różowy wózek, w którym woziła szmacianą laleczkę lub małe zwierzątka- przybłędy. Ostatnio w jej wózeczku schronienie znalazł osierocony gołąb ze złamanym skrzydłem. Dziewczynka opiekowała się nim bardzo troskliwie. Podsuwała mu pod dzióbek swój ulubiony sok malinowy i czekoladę. Po paru dniach ptak zdechł i odprawiła mu uroczysty pogrzeb. Do spulchnionej ziemi, w której go zakopała, wsadziła również dwa nasionka jabłoni. Od tej pory, obok szmacianej lalki, w wózeczku zamieszkała też zielona, malutka konewka. Codziennie miejsce pochówku gołębia znaczyły krople czystej wody. Magda wyobrażała sobie, że w konewce znajdują się łzy jego przyjaciół i braci. Lubiła obserwować, jak w miejscu, gdzie zakopała zwłoki gołębia, błyskawicznie pojawia się mokra plama. I, jak jeszcze szybciej znika. Magda mieszkała w bloku tylko z mamą. Tata, podobnie jak gołąb, umarł. Z tą różnicą, że został pochowany na cmentarzu w marmurowym grobie. Nie trzeba było tam podlewać czarnej ziemi, ani kwiatów, gdyż mama co jakiś czas zostawiała w słoiku po ogórkach bukiet róż. Ściętych, czyli martwych, a mimo to potrzebujących wody. Mama mówiła, że to dlatego, iż mają duszę. Jak jej ojciec. Dziewczynka nie pamiętała swojego taty. Twarz jego zatarła się jak wspomnienie o ukochanej bajeczce Ostatniego dnia wiosny, gdy słońce przechodzi w zwrotnik raka i świeci prawie przez całą noc, Magda czuła dziwny niepokój. Właśnie wtedy znalazła na ulicy rannego owczarka niemieckiego. Pies jeszcze żył. Magda odnajdywała w tym działanie magii nocy świętojańskiej. Niestety nie wiedziała, jak mu pomóc. Usiadła więc przy zwierzęciu i zapłakała. Traf chciał, że Adalbert wyszedł w tej chwili po codzienne zakupy. Zauważywszy szlochającą dziewczynkę i ranne zwierzę, postanowił pomóc. Zawsze nosił przy sobie przyrządy lekarskie. Tak na wszelki wypadek. Uśmiechnął się uspokajająco do Magdy. Przestała płakać. Jego przybycie uznała za zrządzenie łaskawego losu.

Janusz

Janusz był dyrektorem miejscowej podstawówki i niedoszłym narzeczonym Luizy. Uciekł dwa dni przed ślubem, na usprawiedliwienie biorąc trudne czasy. Potem pragnął do niej wrócić, ale zastał ją w ramionach innego. Inny zniknął niedługo potem, ale Janusz nie potrafił wybaczyć Luizie. Mimo to wciąż ją kochał i jej dumna postać nawiedzała go w nocnych marach. Często, na przykład miał, sen, w którym zrywał czerwone róże w pięknym ogrodzie, a następnie dawał je swojej ukochanej. Za każdym razem kwiaty raniły jego palce do krwi, choć nie czuł bólu. Rano budził się z niepokojem. W jego sercu kołatało uczucie niezrozumienia. Żółta furtka, za którą znajdował się budynek szkoły, zawsze lekko skrzypiała. Mimo że niedawno została pomalowana, była pokryta lekko pomarańczową rdzą. Janusz codziennie zostawiał samochód tuż obok żółto-pomarańczowego płotu. Następnie pchał półotwartą furtkę i wchodził do, jak sam to określał, swojego królestwa. Z chwilą,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych