Wróć do katalogu

Miejsce na ziemi...

Na to opowiadanie składają się moje trzy sny...

Grobowicz, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Miejsce na ziemi

KONDYGNACJA PIERWSZA

- Poznanie -

1. Na początku chcę uprzedzić wszystkich, którzy zechcą poznać tą historię, że nie jest rzeczą prostą w nią uwierzyć. Ja sam nie jestem pewien, czy opisane tu wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości. Wspomnienia te znajdują się w mojej głowie, oraz odbijają konwulsyjne znamiona na resztce psychiki, która ocalała. Myślę, czy też raczej wydaje mi się, że tak było. Mam nadzieję, że moje zmysły nie zrobiły mi potwornego figla. Ludzie wyrządzili mi dość krzywdy, nie potrzebuję jej wcale więcej ze strony własnego organizmu. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Czy aby tak jest? Żyję nadal, to jedyny fakt, którego jestem pewien. To, co przeżyłem ani mnie nie zabiło, ani nie wzmocniło. Było to niepotrzebne. Twierdzę, że rzeczą ludzką jest błądzić i tylko ludzką rzeczą jest wybaczać, gdy błądzący o owe wybaczenie poprosi. Mnie nikt o to nie prosi. Historia, którą chcę opisać, w ten, czy inny sposób znalazła się w mojej głowie. Byłem jej niewolnikiem, ale wszystko skończyło się w pewnym sensie dobrze. Nie dobrze, ale lepiej dla mnie niż dla innych. Nazywam się Mark Carpenter i zapraszam cierpliwych do poznania tej historii.

2. Wszystkie wydarzenia opisywane przeze mnie na kolejnych stronach miały miejsce w kilku bardzo ograniczonych powierzchniowo obszarach. Do końca sam nie jestem pewien, czy przez cały czas byłem zamknięty, a wspomnienia spoza budynków są tylko wymysłem mózgu, by zapełnić schizofreniczne dziury w pamięci. Gmaszysko, w którym byłem poddawany horrendalnym torturom było kompleksem laboratoriów. Większość czasu spędzałem w jednym pokoju. Pokój stworzony z ogromnego gmachu. Znajdowałem się w jakiejś twierdzy. Ową twierdzą był kilkunasto piętrowy budynek wyglądem przypominający skrzyżowanie gotyckiej katedry z ogromną kamienicą. Na pierwszy rzut oka kojarzyła się z miejscem tolerancji, przyjaźni i bezpieczeństwa, choć służyła za mieszkanie dla obcych sobie ludzi, będąc niejednokrotnie świadkiem śmierci i różnego rodzaju cierpienia. Od skrajnego wykończenia psychicznego, aż po ból spowodowany wydobywającą się ropą z rozległych ran. Patrzenie na podobne zjawiska, które były częścią dnia codziennego sprawiało, że po około miesiącu śmierć stała się obiektem marzeń wielu podobnych do mnie ludzi. Przetrwałem wszystkie trudne sytuacje. A może nie… Do końca nie jestem pewien, czy podołałem. W obecnej sytuacji, w jakiej się znajduję jest mi to obojętne! Już mi nie zależy! Po długich przemyśleniach stwierdzam, że nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi do życia. Życie to zwykły proces pełen skomplikowanych przemian. Ważne jest, by niczego nie żałować i być sobą. Jest to jedyna optymistyczna myśl, na którą mnie stać w tej chwili, w tym stanie.

KONDYGNACJA DRUGA

- W środku -

1. Otworzyłem oczy. Zabolały. Pojawiło się bardzo dziwne uczucie, połączone z jeszcze dziwniejszym wrażeniem. Bowiem, gdy otworzyłem oczy nie zobaczyłem niczego. Nie było ciemności. Było nic. Bardzo trudno sobie to wyobrazić, wiem o tym. Przeraziłem się, gdy zdałem sobie z tego sprawę. Nie wiedziałem, gdzie jestem i dlaczego. czułem się wyjątkowo trzeźwy na umyśle, zupełnie jak czuje się każdy, kto poczuje na twarzy pierwszy zimowy chłód. Byłem oszołomiony, jednak miałem nadzieję, że za chwilę ktoś wyjaśni mi co ja robię, gdzie i co się dzieje. Takie myśli kołatały mi w głowie. Pytania przeplatały się z nadzieją. Zobaczyłem światło. Jasna lampa wisiała nade mną groźnie. Świeciła ostro, jakby z dumą. Jasny błysk dotarłszy do moich oczu spowodował odruch odwrócenia wzroku. Moja głowa, a jak później się okazało, także i całe ciało było unieruchomione skórzanymi pasami. Nie czułem ich. Światło raziło coraz bardziej, a ja stawałem się coraz to bardziej zmęczony. Wiedziałem, że zaraz zasnę. Nie zdążyłem…straciłem przytomność.

2. - Carpenter…Mark Carpenter?! – usłyszałem głos jakby zza grubego muru. Spałem, byłem wycieńczony, zaś wraz z przebudzeniem wszystkie zmysły powróciły do dawnej sprawności. - Tak? – odezwałem się. Poczułem się zmęczony bardziej, niż byłem przed nagłą utratą świadomości. Pomyślałem, że tak właśnie musi wyglądać kac. Nie znałem tego pojęcia, ponieważ od zawsze byłem abstynentem. Abstynentem z przymusu, nie z wyboru. Mój organizm wariował, gdy znalazło się w nim choć trochę alkoholu. Miałem wtedy zawroty głowy, moje nogi uciekały, nie chcąc mnie dalej nosić oraz natychmiast prawie pojawiały się odruchy wymiotne. W dzieciństwie nie mogłem nawet wypić piwa z kolegami po kryjomu. Teraz miałem z całą pewnością kaca. - Został pan przewieziony do naszego ośrodka z powodu prawdopodobieństwa zarażenia pana wirusem C-17 – odezwał się głos. Zobaczyłem nad sobą to samo światło, oraz człowieka. Mężczyznę w okularach z obfitym kilkudniowym zarostem. Światło było mniej uciążliwe. - Wirus? – zapytałem – Miałem przejść jakieś badania. Co się dzieje?! W odpowiedzi usłyszałem – O tym powiemy panu później – wydawało mi się, że owa odpowiedź była wyrzucona machinalnie, po to by zamknąć mi usta. Ciągle byłem oszołomiony, nadal nic nie wiedziałem. Pojawiło się też uczucie, że od tego człowieka nie dowiem się już niczego i że zaraz zostanę skierowany do kogoś innego, który również nie udzieli mi żadnych informacji, ale sam wydobędzie ode mnie wszystko, co będzie chciał. - Teraz proszę zrobić trzy głębokie wdechy – powiedział mężczyzna przykładając mi do ust maskę tlenową. Raz, dwa i po dłuższej chwili trzy. Tlen rozbudził mnie całkowicie. W głowie panował tępy ból. Żołądek miałem pusty, byłem zupełnie rozbity. Przechyliłem głowę w lewo i zwymiotowałem. - Nic się nie stało, to normalny odruch, proszę się nie przejmować. – usłyszałem jakby całe to zdanie zostało wyplute na raz. – Teraz zrobię panu zastrzyk, po którym poczuje pan się lepiej. Zasnąłem.

3. Obudziłem się po raz kolejny. Nie był to najprzyjemniejszy sposób powrotu do rzeczywistości. Czułem się, jakby ktoś chciał mnie udusić. Krztusiłem się jak nie umiejące pływać dziecko krztusi się we wannie, gdy zanurzy po raz pierwszy głowę. Prawie natychmiast usiadłem na łóżku. Wziąłem głęboki wdech. Czułem się źle, jak tylko źle można się czuć. Bolały mnie oczy. Najbardziej doskwierał mi ból nóg. Postanowiłem wstać. Użyłem wcześniej słowa łóżko, by określić to, na czym spałem. Bardziej przypominało to wydrążoną w ścianie wnękę wyłożoną cienkim materacem. Na wyposażeniu mego łóżka znajdowały się też dwa koce. Jeden z nich zwinięty w rulon stanowił zagłówek, drugim zaś należało się przykryć. Opuściłem to wyszukane lokum nie bez trudu. Miałem zdrętwiałe nogi poniżej kolan, zaś mięśnie na moich udach ciągle drgały. - Musisz rozchodzić – powiedziałem sobie w myślach rozpoczynając masaż. Zdejmując koc ujrzałem na swym ciele szary dwuczęściowy kostium. Do łóżka położono mnie w butach, a raczej w tenisówkach. Stanąłem na własnych nogach i o mało co nie usiadłem z wrażenia. Po obudzeniu nie rozglądałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Zrobiłem to teraz. Znajdowałem się w ogromnym gmachu. Pokój był ogromny. Długi, szeroki i przeraźliwie wysoki. Byłem w nim sam. Dreszcz przebiegł mi po plecach, a czoło zrosiło kilka kropel potu. Pokój ten miał kształt litery „L”. Moje łóżko znajdowało się na złączeniu dwóch linii. Na końcu prawego odgałęzienie znajdowały się drzwi, zaś po lewo odgałęzienie przechodziło w korytarz zakończony krętymi schodami w dół. Nigdzie nie było schodów prowadzących w górę, oznaczało to, iż znajdowałem się na najwyższym piętrze. Obejrzałem sobie dość dokładnie to pomieszczenie. Podłoga miała kolor kości słoniowej i była pokryta grubą warstwą brudu i kurzu. Ściany były pomalowane na ciemno-szary kolor. Schody znajdujące się po lewej stronie przypominały wyglądem takie, jak można spotkać w starych kamienicach. Pokój był prawie pusty. Prawie…znajdowały się w nim dwa krzesła. Światło znajdowało się w pokoju za sprawą kilku żarówek umieszczonych wysoko pod sufitem. Nie wiem dlaczego, ale dopiero po kilku minutach dostrzegłem, że nad moim łóżkiem znajduje się ogromne okno. Bardzo grube szkło oprawione w starą metalową ramę miało zapewnić, że nikt się z pokoju nie wydostanie, ale i to, że nikt do tego pokoju nie wejdzie. Po chwili stwierdziłem, że nie jest to zwykłe okno, lecz kontynuacja ściany. W tym miejscu zamiast cegieł do budowy użyto szkła. W oknie tym nie było klamek, ani zawiasów. - Boże, gdzie ja jestem – szepnąłem. Znajdowałem się chyba zbyt daleko od Stwórcy, ponieważ nie usłyszałem odpowiedzi. Usłyszałem za to mój głos – O kurwa! – powiedziałem to patrząc przez grubą warstwę szkła. Był wieczór. Niebo miało purpurowy kolor, a w odległości kilkunastu metrów od budynku rozciągało się ogromne morze. Morze pokryte w lwiej części krami. Kry nie były białe, jak to widywałem w telewizji do tej pory, były brudne. A miejscami wydawały się jakby były „zrobione” z błota. Betonowe morze… - Co u diabła? – tego nawet dzisiaj nie jestem pewien.

4. Zdążyłem wypowiedzieć to zdanie i zdaje się, że wywołałem nim ciąg szybko następujących po sobie wydarzeń. Nie wiedziałem jak, dlaczego ja, gdzie i co się tu do chuja dzieje?! Odpowiedzi na te pytania miały nadejść, a wraz z ich nadejściem miała nadejść zmiana mojej sytuacji.

5. Usłyszałem kroki i po kilku sekundach otworzyły się drzwi po prawej stronie. Do pokoju wbiegł mężczyzna. Nie przyjrzałem mu się dokładnie, zauważyłem jednak, że miał na sobie taki sam strój, jak ja. Zatrzasnął i hukiem drzwi i podbiegł do mnie. - Idą tu! Oni znowu nadchodzą. – krzyknął mi prosto w twarz. Patrzyłem na niego jak na obłąkanego. On zaś starał się swoim wzrokiem spowodować we mnie jakąkolwiek reakcję. - Może mi pan do ciężkiej cholery powiedzieć, o co tu chodzi do diabła?! – starałem się mówić spokojnie i dosadnie. Moje pytanie jednak nie istniało dla owego człowieka. - Jesteś nowy – powiedział, po czym szarpnął mną mocno. Jego długie, suche palce wbiły się w me ramiona. Przez sekundę zdawał się myśleć o jakimś dalekim miejscu, lub o zupełnie innej sytuacji, by po chwili spojrzeć na mnie wzrokiem obłąkańca. - Pamiętaj nie ukrywaj się, to im sprawia przyjemność… - Chciał powiedzieć jeszcze coś, lecz w tej chwili drzwi po prawo otworzyły się i zobaczyłem ich. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać o „nich” gdy mówił do mnie ten facet. Bałem się tego człowieka. Byłem przerażony i miałem w takim stanie pozostać przez dość długi czas. Przez otwarte drzwi przetoczyła się trójka mężczyzn. Dwóch z nich miało na sobie białe lekarskie kitle, trzeci zaś ubrany był w szary strój, zupełnie taki sam jak mój i tego drugiego faceta. Panowie reprezentujący lekarską modę zdawali się eskortować trzeciego. Wyglądali na poważnych, racjonalnych ludzi, jednak ich postura ujawniała, iż nie pracują w przedszkolu. Trójka zatrzymała się przy mnie. Pan w szarym stroju usiadł na krańcu mojego łóżka, zaś pozostała dwójka z zadziwiającą szybkością złapała faceta, który wcześniej zawitał do mnie. Jeden z członków tej małej obławy trzymał go mocna, podczas, gdy drugi zbadał mi puls, odruchy. Wychodząc rzucił do faceta siedzącego na moim łóżku. - Weicz, wprowadź go, on jest nowy – po czym trójka panów opuściła pokój. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłem nic powiedzieć, ani się ruszyć. Drzwi zatrzasnęły się na dość długo i zanim otworzyły się ponownie, wiedziałem trochę więcej o swojej sytuacji.

6. - Jestem Tobias Weicz – przedstawił się. – Mówiłem to już kilka razy, więc będę mówił szybko, w razie potrzeby przerywaj mi jeśli tylko zdołasz. - Mark Carpenter. Mam jedno pytanie: Co tu się do kurwy nędzy wyrabia? – przy pytaniu eksplodowałem. - Po kolei i … sekundę! – podszedł do ściany i dotknął jej. To, co do tej pory uważałem za ciemno-szarą ścianę, okazało się idealnie dopasowaną płachtą. Odsunął ją i oczom moim ukazało się takie samo łóżko, jak moje. Byłem zdziwiony, że nie zauważyłem tego od razu. Jak się później okazało nie zauważyłem też stu sześćdziesięciu innych mieszczących się w tym ogromnym pokoju. - Jesteśmy teraz w północnej Anglii, miejsce to kiedyś było szpitalem, teraz służy do innych celów. Wkrótce dowiesz się do jakich. Pamiętaj o kilku sprawach: nie mów o sobie, chyba, że ktoś cię o to zapyta i dla twojego własnego dobra nie uciekaj przed nikim. Powiedz mi, kim jesteś z zawodu? - Lekarzem – odpowiedziałem szybko. Ton jego głosu był tak machinalnie doskonały, zupełnie jakby swojej kwestii uczył się od kilkunastu lat i codziennie powtarzał ją setkom ludzi. - A więc panie doktorze został pan tu przewieziony z własnej woli ponieważ ktoś z ministerstwa stwierdził, że jest pan idealnym kandydatem do testów wydolnościowych, które umożliwią lepsze poznanie pana możliwości i co najważniejsze, przyniosą szybki awans. Tak przynajmniej panu mówiono, zgadza się? – było tak w istocie, więc kiwnąłem głową. - Ale miało to się odbywać we wspaniałym ośrodku, a po tygodniu miał pan wypoczęty wrócić do swego domu i do pracy. Jedno z tego wszystkiego jest prawdą, otóż badania i testy trwają tydzień. Nie są to testy czysto wydolnościowe, a po ich zakończeniu nie trafi pan od razu do domu. – skończył i uśmiechnął się szeroko i perfidnie. - Z kim mogę o tym porozmawiać? Nie zgadzałem się na nic. Tak się nie postępuje… - nie zdążyłem dokończyć, ponieważ Weicz uderzył mnie w twarz pięścią. - Siedź cicho zasrańcu! Z nikim o tym nie pogadasz, nic nie zrobisz, bo nie możesz nic zrobić. Tu rządzi ktoś inny. Nie jesteś w żadnym pieprzonym ośrodku wczasowym. Zastanów się dobrze! Nikogo nie obchodzi twoja sytuacja, ani twoje racje – ostatnie zdanie wypowiedział, jakby mówił do dziecka. Mówił głośno tonem zdenerwowanego nauczyciela. - Co mogę robić? – nerwy puszczały, a chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o sytuacji, w której obecnie się znajdowałem. - Nie możesz robić nic. – powiedział – Badania będą odbywały się przez najbliższe siedem dni. Każdy je przechodzi, lecz nie każdy z nich wychodzi w idealnym stanie. Czekają cię trzy etapy. Pierwszy etap – badanie oddziaływania leków na twój organizm. Etap drugi – badania mózgu i trzeci – psychika. Każdy przechodzi te same badania, ale w inny sposób. – nie wiem co chciał przez to powiedzieć, nie chciałem go też denerwować zbędnymi pytaniami. Musiałem coś powiedzieć. - Przeszedłeś te badania, czy jesteś w trakcie? – zdobyłem się na to pytanie. - Moje badania zakończyły się rok temu. Do tej pory siedzę w tej gównianej norze i opiekuję się podobnymi do ciebie dupkami – uśmiechnął się krzywo po raz kolejny. - Jestem stróżem porządku w tej sali a czasami zajmuję się też brudną robotą. Nie próbuj ucieczki i nie podskakuj. Zrozumiano? – kiwnąłem posłusznie głową – Teraz połóż się, za chwilę pielęgniarz przyniesie ci pierwszą dawkę lekarstw. – wstał i zmierzał do wyjścia. - Dobra. – powiedziałem nie chcąc go denerwować. - Nie przytakuj, tylko się kurwa połóż – wrzasnął i wyszedł. W pewnym stopniu pojąłem beznadziejność swego położenia. Ten Weicz wydał mi się jakimś głupim psychopatą. Jego osoba, teraz to wiem, nie była odpowiednią by opisywać mi moje położenie. Mogłem albo posłusznie czekać na kogokolwiek, albo…

7. Wstałem! Ruszyłem na lewo. Spojrzałem na prowadzące w dół schody. Ruszyłem ku nim, potem w dół nie myśląc nic chciałem stąd uciec. Nie myślałem, czy uda mi się, a przynajmniej tego nie pamiętam. Schodziłem w dół. Minąłem kilka pięter. Każde z nich wyglądało tak jak moje. Na każdym z nich widziałem kilku ludzi. Patrzyli na mnie z żalem w oczach, jak desperacko zbiegałem w dół. - Nie uda Ci się – usłyszałem za sobą krzyk. Nogi odmówiły mi nagle posłuszeństwa. Rozjechały się. Kurczowo złapałem się poręczy… … Ciemność. KONDYGNACJA TRZECIA

- Tył -

1. Ocknąłem się w łóżku. Przez „łóżko” cały czas nazywam tą wnękę w ścianie z dwoma kocami. Bolały mnie nogi. Zajrzałem pod koc, na obydwu miałem założony gips. Obok siedział Weicz. - Mówiłem, ostrzegałem, ale nie. – zaczął spokojnie z pewną wyższością, jakby pouczał szczeniaka, że nie należy sikać na dywan. - Zamknij się Weicz. Co się stało z moimi

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych