Miłość dosięga nawet bogów
Based on a true story.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Noc bezsenną mam dziś - zatęsknioną. W zamyśleniu rozmawiam z Księżycem; Liczę dni, godziny, minuty... i sekundy - sekundy też liczę.
Wszystko wydarzyło się późnym wieczorem, na przełomie września i października Roku Pańskiego 2004 na opustoszałej drodze międzystanowej numer 684 niedaleko hrabstwa Westchester w stanie Nowy Jork. Miałem za sobą naprawdę parszywy dzień i cieszyłem się, że wreszcie dobiega końca. Z chwilą kiedy dostałem od niej tę pamiętną wiadomość byłem już cokolwiek daleko od tego całego wielkomiejskiego zgiełku. Napisała, żebym się trzymał, że będzie dobrze i inne pierdoły tego typu, które mówi się, kiedy chce się kogoś dobić albo nie ma się nic więcej do powiedzenia. Jeżeli gdzieś tam, w okolicach splotu słonecznego, tliła się we mnie jakaś zagubiona iskierka nadziei, to dogasła w ułamku sekundy. Wyjąłem ręce z kieszeni. Wciąż czułem ciepło naszych splecionych dłoni. Ktoś kiedyś napisał, że najfajniejsze w trzymaniu się za ręce jest to, że po chwili zapominasz, która dłoń jest twoja. Mimo, iż minęła zaledwie godzina, kiedy to w pośpiechu opuszczałem jej mieszkanie, to powoli gdzieś umykało mi to uczucie. Obok mnie przejechał jakiś zabłąkany rowerzysta, który szeptał coś pod nosem. Nawet nie zauważyłem, że mam niezasznurowane buty. W ogóle był to taki zwariowany wieczór: zimno jak diabli, przydrożnych latarni jak na lekarstwo, a ilekroć człowiek wchodził w jakiś zakręt, miał wrażenie, że znika. Gdzieś w oddali rozległo się szczekanie psa. Na tle tej prawie już zimowej ciszy jego głos, zwielokrotniony przez echo i strach, rozbrzmiewał jak ogromny gong. - Zapewne ktoś wraca właśnie do domu – pomyślałem w duchu. Odetchnąłem głęboko i przyśpieszyłem kroku. Było już dobrze po 23-ej, a ja miałem przed sobą jeszcze spory kawałek drogi. Zza chmur nieśmiało wyłaniał się księżyc. Była pełnia. Zatrzymałem się i usiadłem pod monumentalną sekwoją. Odruchowo zapaliłem papierosa. Płomyk błysnął spod sfatygowanej przykrywki mosiężnej zapalniczki. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę. Marzyłem, że jakiś przyjazny dżin zmaterializuje się z chmury wirującego dymu i przekaże mi jakąś dobrą nowinę. Wtem usłyszałem niezwykle osobliwy dźwięk. Jakby odgłos pękających pneumatycznych kości. Moim oczom ukazał się małych rozmiarów człowiek, o posturze małpy kataryniarza, który, jeżeli przyjrzeć mu się dokładnie, to przypominał starego Chińczyka, wyjętego rodem z bazaru w Chinatown. W blasku księżyca wydawał się świetlisty i upiorny, jakby spowijało go zimne, naelektryzowane futro. Spojrzałem w dół na jego nagie stopy. Były żółte. Obdarzył mnie uśmiechem właściciela podejrzanego baru, witającego regularnego klienta. - Wielkie Jabłko – wycedził przez zęby. Mówił niezbyt wyraźnie, ale za to z widocznym przejęciem. - Przepraszam? - No, Wielkie Jabłko – zdziwił się – tak tubylcy mówią na Nowy Jork. Nie wiedziałeś? - Nie – odparłem łamiącym się ze strachu głosem – w zasadzie to nie jestem stąd. A tak właściwie to kim jesteś, jeśli można zapytać? Po chwili namysłu, odparł z wyczuwalną nutą samozadowolenia: - Jestem, czym będziesz, a czym jesteś byłem. Nie od razu dotarł do mnie sens tego, co powiedział. Bardziej niepokoił mnie jego zaczepny
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Tomasz Mahanti
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…