Misja ocalenia człowieka
Szalony naukowiec postanawia sprowadzić na Ziemię epokę lodowcową. Dwójka bohaterów chce go powstrzymać, chociaż ich motywy nie są takie same... Kto ocali człowieka?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wszystko, jak okiem sięgnąć, pokrywał lód. Po wysokości budynków domyślał się, że dotarli wreszcie do zamrożonej Warszawy. W promieniu setek kilometrów ani jednej, żywej duszy. Tylko ich dwoje i on, szalony twórca tej lodowej pustyni, ukryty podobno w centrum miasta. Niesamowite, że jeden człowiek był w stanie wymrozić taki obszar. Greg, gdyby nie widział tego na własne oczy a mróz od dwóch tygodni nie przenikał go na wskroś, nigdy by nie uwierzył. Przylecieli do Drezna, samochodem dotarli do Wrocławia, ale już za Oleśnicą zaczynała się strefa zero. Teraz pewnie lód ogarniał i stolicę Dolnego Śląska.
Z całej ekipy przeżył tylko on. Pięć dni temu dowlókł się do obozu niedobitków ekipy Rose. Miał szczęście. Śliczna, naiwna blondyneczka, nie rozstawała się z niewielką walizką. Pomogła mu. Na początku uważał ją za strasznie głupią. Bez żadnych pytań podzieliła się własnymi zapasami, wmasowała w obolałe stopy maść na odmrożenia, zaopiekowała się nim jakby był co najmniej dawno niewidzianym krewnym. Zastanawiał się, jak mogła przeżyć, nawet nie tę samobójczą misję, ale w ogóle, w cynicznym świecie roku 2012, będąc tak nieskończenie naiwną i dobrą. Powątpiewał także w zdrowie psychiczne tego, który wysłał ją na szalonego profesorka, ale teraz już miał pewność że, o dziwo, nadawała się. I to znacznie lepiej, niż ktokolwiek z jego poprzedniej ekipy, czy jej towarzyszy, z których ostatni wczoraj skończył jako bryła lodu. Miała intuicję i niesamowitego farta. Umiała też dostrzegać rzeczy, które jemu, doświadczonemu gliniarzowi, umykały. Musiał przyznać przed sobą, że gdyby nie ona, już dawno zakończyłby żywot w lodowej trumnie. Szkoda, że poznali się dopiero te kilka dni temu i to w dość kiepskich okolicznościach. W sumie, podobała mu się i chętnie by z nią... no, ale na pewno nie tutaj, nie na tym lodowym pustkowiu. Miał już pewność, że to Warszawa, w oddali majaczył charakterystyczny kształt Pałacu Kultury. Powoli powłócząc nogami dotarli do nieczynnej stacji metra. Pod warstwą lodu dał się odczytać napis "Marymont". Ostrożnie weszli do środka, przyświecając latarkami. Lód chrzęścił pod nogami, ale zdawało się, że im dalej, tym go coraz mniej. Zeszli po schodach, nagle ciszę przeciął krzyk Rose. Greg poczuł silne pchnięcie, snop latarki zatańczył po lśniącej jak tafla posadzce peronu. Tak znajomy świst wraz z towarzyszącą falą nagłego zimna przeciął powietrze.
- Rose? - zapytał, czując dławienie w gardle.
- W porządku - wykrztusiła. Po chwili zobaczył w słabym snopie światła, jak podnosi walizeczkę. Zdrowa i cała.
Westchnął z ulgą. Nie zawiodła nawet teraz. Przewidziała, gdzie będzie pułapka, zdążyli uskoczyć, zanim poraziła ich lodowatym zimnem. Ogromna bryła lodu potrzaskała posadzkę parę metrów dalej. Zrobiło mu się gorąco na myśl, że gdyby nie Rose, to zostałaby z niego miazga a w najlepszym razie lodowy posąg. Widział po drodze setki takowych i nie palił się do powiększenia kolekcji. Zresztą, zbyt dobrze pamiętał, jak skończyli jego współpracownicy. Oparł się plecami o lodowatą ścianę i zamknął oczy. Szlag! Że też zachciało mu się ratować świat.
„Król Lodu! Genialny naukowiec oszalał po śmierci żony!" - krzyczały tytuły gazet. Wzruszyłby ramionami, przeczytał i zapomniał, gdyby nie fakt, iż stary nie dość, że zwariował to postanowił eksterminować pół globu a być może, docelowo i cały. Opracował technologię pozwalającą w prosty sposób na wielką skalę resublimować azot znajdujący się w powietrzu, po czym konsekwentnie zaczął wymrażać otoczenie. Udało mu się z niemal całą Polską i nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał na tym poprzestać. Ani perswazje ani groźby nie poskutkowały. Liczne próby pacyfikacji spełzały na niczym, lodowe imperium rozrastało się z każdym dniem. Nawet zbombardować się go nie dało, lokalizował bomby i zanim ta trafiła w cel, zestalony wokół azot nie dopuszczał do wybuchu. Trzeba więc było dziada „przekonać" osobiście i w tym celu przebyć rozrastającą się lodową pustynię a następnie labirynt pułapek jakim się stała Warszawa i jej okolice. Do tej pory wysłano około setki uzbrojonych ekip a dobrnąć aż…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bellatrix
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…