Wróć do katalogu

Misja specjalna

Przygody milicjantów w PRL.

kajos, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ulicami wioski hulał wiatr. Wciskał się miedzy szczeliny budynków, używając ich niczym instrumentów, na których wygrywał, swoje świszczące, jesienne utwory. Resztki liści tańczyły w rytm, który dyktowały im nieokrzesane podmuchy narastającej wichury. Nadciągały grube, ciemne chmury potęgując uczucie melancholii. Wszedłem na posterunek. Z trudem zamknąłem drzwi. Właściwie wyrwałem je już z objęć szalejącej natury. Dzień zapowiadał się paskudnie. - Czołem, starszy szeregowy! – rzuciłem na powitanie do podwładnego - Ale fatalna pogoda. Nawet nie wiecie, jak bardzo dzisiaj rano nie chciało mi się przyleźć do roboty! Jakimś cudem zwaliłem się z wyra. Nie znoszę jesieni. - Czołem, obywatelu sierżancie! – odezwał się mój podwładny szczerząc nierówne i żółte zęby. Zdjąłem długi służbowy płaszcz, powiesiłem go na metalowym wieszaku i usiadłem za biurkiem. - Obywatelu sierżancie, może kawy? Piję Inkę. Wam też polecam. Bardzo dobra i zdrowa – zbożowa. - Taka pogoda, że żytniej bym się napił, a wy mi proponujecie zbożową?! Żadna wasza kawa mi nie pomoże. Spojrzałem na stertę papierów, rozrzuconych po całym biurku. Na trzeźwo tego nie przerobię – pomyślałem. Wstałem i poszedłem do naszego ciasnego kibla, w którym mieścił się tylko mały zlew z rozlatującym się kranem i „czarna dziura” na grubsze, konkretniejsze sprawy. Stanąłem nad nią, wyciągnąłem zza pazuchy piersióweczkę, przechyliłem w dół i nadstawiłem dzioba. Spadło ledwie kilka kropel. Nachyliłem się głębiej i… poślizgnąłem się na śliskiej podłodze. Łapiąc równowagę, obiema rękami rozpaczliwie uczepiłem się ścian. Piersiówka spadła dokładnie w sam środek „czarnej dziury”. - Kurwa mać! – zakląłem. Co za dzień! Ja pierdolę! Zza drzwi dało się słyszeć dzwoniący telefon. Dzwonił i dzwonił. - Czechejko odbierzcie ten telefon! Łeb mi pęka! – wydarłem się na podwładnego. Po chwili do drzwi ustępu podszedł starszy szeregowy. - Panie komendancie, powiat do pana… sam obywatel pułkownik Zdobysław Baran. Powiedzieć, że jesteście niedysponowani? - Nie baranie! Powiedź, że już idę. Wygramoliłem się z WC- ta i podniosłem słuchawkę. - Sierżant Kazimierz Marczewski, słucham? - Sierżancie, mówi pułkownik Baran, Komenda powiatowa MO. Mamy do was bardzo delikatną sprawę… rozumiecie… chodzi o to, Marczewski, że… jakby wam to powiedzieć, w zaufaniu… no dobrze nie będę owijał w bawełnę. Sprawa, którą do was mam, jest z rodzaju tych obyczajowych, czyli rozumiecie, to bardzo delikatny temat. - Cały zamieniam się w słuch, obywatelu pułkowniku. -Generał Radionow, zastępca dowódcy piątej armii radzieckiej, ten, który od niedawna kontroluję… to znaczy jest u nas z przyjacielską wizytą, pamiętacie? - Jakże mógłbym zapomnieć… ta jego żona… klasa babka! - Właśnie… chodzi właśnie o nią… jakby wam to powiedzieć… - Może nic nie mówcie… przynajmniej nie przez druty… sami wiecie jak to jest, obywatelu pułkowniku… - Nie rozumiem… - Obywatelu pułkowniku Baran…możemy mieć brudny telefon… - No to wyczyśćcie! Nadal nie rozumiem…

- Proponuję spotkać się gdzieś na łonie natury i pogadać… - W taka pogodę! Powariowaliście? -Obywatelu pułkowniku… nalegam. Wolę osobiste kontakty oko w oko, tak jest sympatyczniej… - No, co wy… homo… tego... - Nie! Jestem normalny hetero… - ten Baran ma takie nazwisko nie bez powodu. Nie wie dureń, że mogą nas podsłuchiwać?! – pomyślałem zirytowany. - Obywatelu pułkowniku, nie lubię rozmawiać przez telefon. Wiecie… czasami trzeszczy, szumi… nie wszystko można zrozumieć. A to ważna sprawa, jak mniemam? - Aaa, od razu mogliście tak mówić. W takim razie spotkajmy się w lesie, koło tej śmiesznej kapliczki, takiej różowej, wiecie której? Tak za pół godziny. - Tak jest! Momentalnie założyłem służbowy płaszcz i czapkę. Od drzwi rzuciłem do Czechejki: - Muszę lecieć. Zostawiam wam ten cały bajzel. - Ale obywatelu komendancie… zaparzyłem wam kawę. Ostygnie… - W dupę wsadźcie se tą lurę. Mam ważniejsze sprawy na głowie. - Tak jest! Kiedy będziecie z powrotem? - Nie czekajcie z kolacją. Jak będę to będę. Wyszedłem bardzo podekscytowany. Sprawy obyczajowe są o wiele ciekawsze od tych zwykłych kryminalnych czy nawet politycznych, zwłaszcza, jeżeli dotyczą tak wysokiego szczebla. Gdy dotarłem na umówione miejsce, Baran już na mnie czekał. - Czołem obywatelu kapitanie! Sierżant Kazimierz Marczewski melduje się! – zasalutowałem - Najmocniej przepraszam za spóźnienie. Ta pogoda… - Czołem! Ale nie bądźcie tacy oficjalni… - Jasne. O co chodzi? - No cóż, powiem wam, bez zbędnych ceregieli… żona Radionowa… ta zgrabna blondynka… wiecie, która… widzieliście ją osobiście… - Tak! Widziałem. Niezła. Generał ma dobry gust. - No więc, słuchajcie… ona się puszcza! Sam Radionow się nam skarżył… - Obywatelu kapitanie… wybaczcie, że mnie to nie dziwi, ale przecież to zupełnie normalne. Jakbym był żoną takiego obleśnego, starego ruska, też bym się go nie trzymał – uśmiechnąłem się do przełożonego. - Nic w tym nadzwyczajnego… ale czy on sam sobie nie może z tym poradzić? Nie umie babie wytłumaczyć?! Nie może jej przylać!? - No, no, sierżancie nie pozwalajcie sobie! Zapominacie się! Rozmawiacie z pułkownikiem MO! Chcecie stanąć do raportu?! - Najmocniej przepraszam, obywatelu pułkowniku… wymsknęło mi się niechcący… - Marczewski macie szczęście, że was na swój sposób lubię, bo inaczej już byście zamiatali krawężniki na jeszcze większym zadupiu niż teraz jesteście! Chcecie zostać stójkowym? - pułkownik spojrzał na mnie spode łba. Po chwili dodał: - Ale dość tego pustego gadania, do rzeczy! No więc, jego młoda żona puszcza się, ale nie tak normalnie z chłopami, tylko z… kobietami! Rozumiecie? - Uuuu, no to… poważniejsza sprawa. Jak to dojdzie gdzieś wyżej, to mamy przejabane! Co będzie z wizerunkiem naszej bratniej armii?! Żona takiego gieroja Związku Radzieckiego…z babami! - Właśnie, Marczewski. Wy jesteście nie głupi człowiek. Wam można zaufać. Rozmawiałem już osobiście z Rodionowem. Zrobicie tak… Po naradzie z Baranem wsiadłem do swojego służbowego Gaza. Gdy tylko przekręciłem kluczyk w stacyjce, a silnik zagrał swoją turkoczącą melodię, wybuchnąłem gromkim śmiechem. Przez całą drogę powrotną, dobry humor już mnie nie opuszczał. Gdy wróciłem na posterunek, Czechejko jak zwykle zagrzebany w papierach, czyścił rękawem munduru, swoje grube jak denka od butelek, szkła okularów. - No, Czechejko, opuszczam was na jakiś czas. Cieszycie się? - Jak to? Dlaczego, obywatelu sierżancie? - Misja incognito. - Inco? Co? Nie rozumiem… - Nie ważne. Nie będzie mnie klika dni. Przejmujecie dowodzenie. Mianuję was komendantem. Jakby co, to radźcie sobie sami! Zrozumiano? Mnie nie ma! Zapadłem się pod ziemię. - Jak to obywatelu sierżancie przecież jesteście… widzę was. - Ale z was pierdoła! To taka metafora! Chodzi o to, że musicie radzić sobie sami. Jakby co, to kontaktujecie się bezpośrednio z powiatem. Na mnie nie możecie liczyć. Musicie wreszcie dorosnąć Czechejko. Ja wam nie będę więcej tyłka podcierał! - Tak jest, obywatelu sierżancie! Z moją żoną, o dziwo, poszło dużo łatwiej. - Kochanie jadę na szkolenie. Nie będzie mnie przez kilka dni albo nawet tygodni. - Jak to? Tak nagle… czemu wcześniej nic nie mówiłeś? Masz jakąś babę na boku, czy co? - Nie! Co ci przyszło do głowy! To jest szkolenie organizowane przez radziecką armię. A z nią cię na pewno nie zdradzę! Obiecuję. Jak przejdę testy i zdam egzamin końcowy to mnie awansują! Rozumiesz? Dostanę się do podoficerów. A wtedy wreszcie wyrwiemy się z tej dziury - moja argumentacja złamała jej dalszy upór. Spakowałem rzeczy, ogoliłem się, wyperfumowałem „Brutalem” i udałem się na miejsce, mojej specjalnej misji. Willa, a właściwie mały dworek, pod którym zatrzymałem radiowóz, pamiętał jeszcze sanacyjne czasy. Miał duże okna, z szerokimi ukwieconymi parapetami. Wejście znajdowało się od frontu, przez szerokie schody, po bokach, których dumnie leżały rzeźbione lwy. Na szczycie schodów znajdowały się szerokie, solidne drzwi, przed którymi stało dwóch radzieckich sołdatów. - Ja do generała. Towarisz Marczewski. Milicja Obywatelska - zasalutowałem. - Wchadzić! Przeszedłem przez duży salon. Stylowa drewniana podłoga błyszczała czystością. Na jej końcu znajdowała się przestronna weranda, z widokiem na piękny ogród. Siedział na niej generał wraz ze swą młodziutką żoną. - Towarisz Marczewski. Milicja Obywatelska – zameldowałem się. - A! Haraszo, my żdali na was. Eta maja żona - Warieczka. Zdrastwuj cie, komendancie Marciewski! Żona generała była wysoką, zgrabną, tlenioną blondynką, o niebieskich oczach. Zrobiła na mnie bardzo korzystne wrażenie. - Całuje rączki, madame. - Warieczku, eta budu twój bodygard. My gawari szto teraz w Polsze bardzo niebezpiecznie. Dużo band po lasach gania. Partizanty imperliaistyczne. – generał Radionow patrzył mi prosto w oczy. Wypowiadając ostatnie słowa, mrugnął do mnie znacząco. Odpowiedziałem tym samym. Waria tylko się uśmiechała. Młoda, ładna i sympatyczna - pomyślałem. Dobra robota mi się trafiła. Odpocznę trochę od swojej starej i tego przygłupiego Czechejki. Minęło kila dni nietypowej służby. Nie zauważyłem nic podejrzanego w zachowaniu żony generała. Ot normalna - jak wszystkie podobne jej dwudziesto-paroletnie podlotki. Nic, co by wymagało szczegółowego raportu składanego osobiście na ręce (prosto do ucha) generała.

Waria kazała wozić siebie do miasta na zakupy, czasami chodziliśmy na spacery po lesie, rozmawialiśmy. Może nie była zbyt lotna, ale lubiłem jej dziewczęcą naiwność. Trochę się do mnie przystawiała, jakieś drobne flirciki no, ale przecież nie ma w tym nic złego. W końcu jestem dojrzałym, przystojnym mężczyzną, a także jej osobistym bodygardem. To przecież…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych