Mnich krętej śmierci
Życie w świecie po wojnie atomowej. Utrata władzy i nałogi...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- I co, myślisz, że tym razem wygrasz? - Pierdol się. - Nie pamiętasz, co się stało z twoim poprzednim wozem? –wybuchnął śmiechem. - Pierdol się, powiedziałem.- Tak, mój samochód spłonął na Krętej Śmierci, kiedy wyleciałem z zakrętu opętany przez jakieś dziwne złudzenie. Ale cóż, w tych zawodach nie ma reguł, liczy się tylko kto przyjedzie pierwszy. Cały jebany, ciężki rok próbowałem odbić się od dna, harowałem jak wół, wszystko po to by kupić nową brykę i znów stanąć do wyścigu o Chwałę. Nie jest to puste słowo. Chwała jest dosyć sporym, pięknie szlifowanym diamentem i jednocześnie nagrodą za pokonanie obecnego Mnicha Krętej Śmierci. Obecnie godność tą piastuje Devil. Właśnie z nim mam się teraz ścigać. Nie muszę chyba wspominać, że poprzednim Mnichem byłem ja i przestałem nim być, kiedy straciłem swój wóz. Teraz odzyskam tytuł który mi się należy. Ale po kolei. Urodziłem się w zapadłej dziurze zwanej przez wszystkich Przekleństwem z uwagi na najdłużej panującą tu chorobę popromienną. Natura na szczęście nie podarowała mi zniekształconych kończyn, ani innych kalectw. Promienie po ostatniej wojnie dały się prawie wszystkim we znaki, a urodzenie zdrowego dziecka było na tyle rzadkie, że rodzina w której zdarzył się ten cud z reguły była go szybko pozbawiana przez zazdrosnych sąsiadów. Z tego powodu ojciec przez pierwsze pół roku mojego życia nie pozwalał mnie dotknąć nikomu poza matką i moimi braćmi. Zawsze nosił ze sobą broń i wedle rodzinnych legend zabił kiedyś dwóch ludzi o zdeformowanych głowach za to, że ośmielili się spojrzeć na mnie i pogrzebać w swoich torbach. Później okazało się, że nie mieli tam spodziewanej broni, tylko jakieś słodycze, którymi najprawdopodobniej chcieli mnie poczęstować. Jeśli myślicie, że tato został w jakikolwiek sposób ukarany za swoją pomyłkę, to chyba macie źle w głowach. Miałem trzech braci. Pierwszy, Gnom, ma karłowate ręce, co nie przeszkadza mu być najlepszym handlarzem wodą jakiego znam. Dostać teraz czystą, nieaktywną, jak to się teraz mówi, wodę to trudna sztuka. Drugi, zwany Petro, zajmuje się naprawą naszych pojazdów i przez to jest jednym z najbardziej poważanych mieszkańców Przekleństwa, pomimo swojej głowy przypominającej wielką piłkę, którą ktoś powoli przypiekał nad ogniskiem. Trzeci był wioskowym głupkiem ze skromnymi zdolnościami telekinetycznymi, które w sumie sprowadziły na niego śmierć. Pewnego razu, kretyńsko się śmiejąc uniósł siłą woli dzbanek z farbą i cisnął nim w grupkę pijanych facetów obalających jakiś bimber na ulicy. W ich przeżartych przez alkohol i chorobę popromienną umysłach był to wystarczający powód by go zakopać na śmierć. Nie cieszyli się długo swym triumfem. Ojciec w przypływie szału wyłapał ich po kolei i poderżnął gardła. Matki prawie nie pamiętam, zmarła dwa lata po moim urodzeniu, przy porodzie córki, która i tak pożyła dwa dni. Dziwne, podobno nie miała widocznych mutacji, widocznie coś jej się poprzestawiało w środku. Rosłem sobie spokojnie od czasu do czasu bijąc się ze swoimi braćmi i innymi chłopakami ale nie myślałem o tym, co będę robił w przyszłości, dopóki Petro nie zabrał mnie na pojedynek na starym torze wyścigowym zwanym Krętą Śmiercią, który jest naszą świątynią i miejscem walki o godność Mnicha. Dowiedziałem się wtedy kim jest Mnich, jak nim można zostać i jakie są tego przywileje. Mnich opiekuje się Krętą Śmiercią i jest najwyższym kapłanem chroniącym nas przed złem. Każdy mieszkaniec wioski ma zaszczyt i obowiązek składania mu danin i wszyscy robią to bez szemrania, żeby nie narazić się bogom. Po tamtej wycieczce wiedziałem kim będę w przyszłości. Petro, gdy mu o tym powiedziałem, tylko wymownie popukał się w czoło. Pamiętam też człowieka, który był wtedy Mnichem i utrzymał to stanowisko bardzo długo, pokonując wielu, nieraz młodszych od siebie, przeciwników. Był człowiekiem o najsmutniejszych oczach jakie kiedykolwiek widziałem, miał długie, rozpuszczone włosy i nosił imię Max. Nie wiem skąd się u nas wziął, nigdy nie mówił o swojej przeszłości i mimo, że przyjęliśmy go do naszej wioskowej społeczności to zawsze żył na uboczu. Niektórzy z jego przeciwników nazywali go szalonym i wtedy widać było, że mają ze sobą stare porachunki. Kiedy stał się już starszym człowiekiem, i włosy zaczęły mu się robić coraz bardziej białe wydawało się, że w końcu ktoś go zmieni na stanowisku Mnicha, lecz stało się inaczej. Pewnego dnia wziął swój pojazd i, rozpędzając się z pełnymi zbiornikami paliwa, wyskoczył z najwyższej skarpy jaka była na torze. Cała wioska poszła popatrzeć na płonące resztki samochodu. W ten sposób Max odszedł niepokonany. Nigdy nie miałem śmiałości, żeby zamienić z nim choć słówko, ale na zawsze pozostał moim ideałem samotnego, zagubionego, lecz niepokonanego kierowcy. Jest jeszcze jeden powód dla którego Mnich jest najważniejszym człowiekiem we wiosce. Opiekuje się wraz z dziesięcioma wyznaczonymi do tego ludźmi wydobyciem ropy naftowej. Tor Krętej Śmierci jest po prostu otoczeniem pola pod którym jest złoże. Paliwo jest dla nas wszystkim. Jest środkiem płatniczym, pozwala nam się poruszać, a w czasie zimy chroni przed mrozem. Złoże jest na tyle duże, że powinno nam wystarczyć na bardzo długo. Kiedy wreszcie postanowiłem zdobyć w przyszłości godność Mnicha, musiałem się do tego solidnie przygotować. Zacząłem się uczyć. Najpierw czytanie i pisanie, potem skupiłem się na wszystkich dostępnych książkach o silnikach. Nie było mi łatwo. Wszystkie materiały pochodzą jeszcze sprzed wojny i po pierwsze są bardzo rzadkie, a po drugie, każdy strzeże zazdrośnie swoich książek i nie ma mowy o żadnym pożyczaniu, a tym bardziej o kupnie. Bardzo mi pomógł Petro. Sam był mechanikiem więc znał wszystkie szczegóły budowy silnika spalinowego. Najpierw łaziłem za nim i patrzyłem jak zabiera się za naprawę, potem zacząłem się wypytywać o szczegóły techniczne, aż skończyło się na tym, że chodziłem ze stosem kartek i notowałem każde jego słowo, dołączając nieudolne rysunki poszczególnych części. Tak dzień po dniu i miesiąc po miesiącu wbijałem sobie do głowy wiedzę niezbędną do budowy swojego własnego pojazdu. Pierwszy mój samochód ledwo osiągał prędkość dwudziestu kilometrów na godzinę, piszczał przy każdej próbie skręcania, aż wreszcie rozsypał się po tygodniu prób i modyfikacji. Nie zraziłem się tym niepowodzeniem, tylko zacząłem kombinować dalej. Wozy ścigające się na Krętej Śmierci wcale nie muszą być szybkie. Najważniejsza jest kombinacja dobrego uzbrojenia z prędkością pozwalającą unikać licznych dołów i lejów na trasie wyścigu. A jest tam ich mnóstwo. Wszystko przez to, że liczy się tylko to aby wygrać. To znaczy tak było do czasu, kiedy przyjechał jeden z kandydatów na stanowisko Mnicha czymś co wyglądało jak ogromne działo na kołach. Ruszało się tyle co nic i każdy dałby sobie głowę uciąć, że facet przegra. Ale stało się inaczej. Po ogłoszeniu startu, zanim jego rywal zdążył ruszyć z miejsca, ten obrócił lufę w kierunku przeciwnika i odpalił. Po opadnięciu kurzu na miejscu, gdzie stał drugi pojazd widniał ogromny lej, a części leżały dosłownie wszędzie. Właściciel działa powoli ruszył z miejsca i już przez nikogo nie niepokojony ledwo się tocząc spokojnie dotelepał się do mety. Byliśmy tak zaskoczeni takim obrotem sprawy, że nie wiedzieliśmy co robić. Aż w końcu mój ojciec zwołał naradę wioski i postanowiliśmy, że strzelać można dopiero po przejechaniu przez oba pojazdy co najmniej pięćdziesięciu metrów od miejsca startu. Baliśmy się, że do wyścigu będą stawać coraz cięższe działa i strzelać do siebie zaraz na starcie. A przecież nie o to chodzi. To ma być wyścig, a nie poligon. Od tamtej pory wozy były co prawda bardziej uzbrojone niż dawniej, ale potrafiły też jeździć. Nieraz zdarzało się, że mały, szybki samochodzik wygrywał z ledwo ruszającym się, ogromnym czołgiem, mimo, że ten strzelał czym tylko się dało we wszystkich możliwych kierunkach. Mój pierwszy wyścig zapamiętam do końca życia. Nie startowałem od razu do pojedynku z dotychczasowym Mnichem, to by nie miało sensu. Urządziliśmy z pięcioma kumplami, którzy też konstruowali swoje własne pojazdy, mały wyścig dookoła Przekleństwa. Jak dzisiaj sobie przypomnę mój ówczesny wehikuł, to nie mogę się powstrzymać od uśmiechu zażenowania. Miał on co prawda cztery koła, całkiem niezły silnik, ale nadwozie było zrobione ze starych beczek po paliwie lub oleju i mój wyścigowy bolid śmierdział na kilometr, co zresztą stało się przyczyną mojej klęski. Ustaliliśmy, że wygra ten, kto przyjedzie pierwszy po dziesięciu okrążeniach wioski, a wszelkie „pozawyścigowe” środki są dozwolone tylko w stosunku do pojazdów. Mówiąc prosto, nie mogliśmy się nawzajem pozabijać. Gdyby któremuś z nas coś się stało, winowajca miał opiekować się poszkodowanym do czasu wyzdrowienia. Byliśmy niby kolegami, ale każdy bardzo chciał wygrać i pilnował swojego wozu jak oka w głowie. Na noc przed wyścigiem wyszedłem na chwilę ze swojego garażu aby coś zjeść i jeden z kochanych kolegów wykorzystał moją bezmyślność i ukradł mi jedno koło. (Z kołami, a zwłaszcza z oponami jest bardzo ciężko, nikt we wiosce ich nie produkuje i kupujemy je w mieście pięćset kilometrów stąd.) Sytuacja była beznadziejna. Nie miałem żadnego zapasu i nie za bardzo wiedziałem co teraz zrobić. Dopomógł mi przypadek. Akurat przyszedł Petro zobaczyć mój samochód i kiedy dowiedział się co się stało, wyśmiał moją głupotę, poszedł do swojego warsztatu i pożyczył mi na czas wyścigu nowiutkie koło. Moja radość nie miała granic. Sam wyścig niestety nie dobiegł do planowanego końca. Żaden z samochodów nie był na tyle dobry, żeby przejechać pełne dziesięć okrążeń wioski. Jako zwycięzcę uznaliśmy gościa, którego wóz rozkraczył się jako ostatni. Niestety nie byłem to ja. Po czterech okrążeniach byłem trzeci, ale straciłem przytomność przez smród nadwozia zmieszany ze spalinami, które jakimś cudem dostawały się do kabiny. Pamiętam tylko prostą przed dosyć ostrym zakrętem, kiedy straciłem kontakt ze światem. Oczy otworzyłem już w ramionach ojca, a obok stał rozbity wrak mojego wozu. W wypadku złamałem prawą rękę i wykluczyło mnie to chwilowo z wszelkich wyścigów, a Petro miał powód żeby się nabijać ze mnie aż do zdjęcia usztywnienia złamania. Ścigałem się coraz więcej, przecież oprócz wiedzy o budowie pojazdu musiałem nauczyć się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Edddgar
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…