Mniejsze zło - część 8
"Doszedł do miejsca, w którym wybór sprowadzał się do decyzji: skoczyć czy nie, i nie miał czasu na zwłokę. Jeśli się temu dobrze przyjrzeć, to i tak nie było nic do decydowania. Nie miał żadnego wyboru." (STEPHEN KING - MROCZNA POŁOWA)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
XL
Ogród za domem przypominał labirynt. Ścieżki ciągnęły się w różnych kierunkach, rozgałęziały na mniejsze, po czym scalały w jedną, szeroką dróżkę, tylko po to, by za chwilę znów się podzielić. Gdyby nie to, że co jakiś czas zmieniały się gatunki drzew, a na grządkach rosły różne warzywa i kwiaty, Laureain podejrzewałaby, iż chodzą w kółko. - Pięknie tu – stwierdziła, skręcając za Ryaią w zarośniętą gęstymi drzewami ścieżkę. Woń bzu i róż wchłonął zapach świerków. – Aż trudno zrozumieć, że ktoś mógłby z własnej woli opuścić tak cudowne miejsce. Ryaia uśmiechnęła się. - Na świecie jest wiele pięknych miejsc. Może nawet piękniejszych niż to, bo prawdziwych. Magia nigdy nie wygra z naturą. Z leśnego odcinka wyszły prosto na pole koniczyny. - To znaczy, że cały ogród, jest wytworem magii? Żadna z roślin nie jest prawdziwa? – Laurein ukucnęła i przyjrzała się koniczyną. Wszystkie były czterolistne. - Żadna. Jeden naturalny kwiat zmieniłby cały ogród. Wprowadził zamęt, zepsuł konspekt. No i trzebaby pielić chwasty, podlewać. A ja nie mam głowy do takich rzeczy. Chodź, coś ci pokażę. Laureain ruszyła za Ryaią w kierunku otoczonej gęstymi drzewami grządki. - To – Ryaia wskazała dłonią bordowo-granatowy kwiat, rosnący na długiej, krętej łodydze – Perlik. Powstaje ze skrzyżowania rosiczki z tulipanem i słonecznikiem. Oczywiście magicznie, przy pomocy Annary. - Annary? – spytała, przyglądając się grubym płatkom. Rzeczywiście przypominały te od tulipana. Tylko, że były znacznie większe i miały niespotykaną barwę. Nie miała pojęcia, z czego to się wzięło. Ani tulipan ani rosiczka, ani tym bardziej słonecznik, nie występowały w kolorze bordowo-granatowym. - Zaklęcia. Dzięki niemu ten kwiat jest nie tylko urodziwy, ale i praktyczny. Spójrz. Ryaia coś szepnęła i lekko, prawie niezauważalnie poruszyła palcami. Laureain skupiła całą uwagę na czarodziejce, więc kiedy poruszyła się pod nią trawa, omal nie wrzasnęła. Spojrzała na Ryaię, a czarodziejka wskazała oczami Perlika. Jego płatki otworzyły się, wypuszczając na wolność stado gołębi. Ptaki wzbiły się w powietrze i rozpierzchły po całym ogrodzie. Laureain długo nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nawet kiedy ziemia przestała się trząść, była w stanie posłać Ryaii tylko zdziwione spojrzenie. - To taki alarm – stwierdziła czarodziejka. - Trawa, która rośnie w ogrodzie, ma oprócz estetycznej, jeszcze inną funkcję. Jest czymś w rodzaju czujnika, wrażliwego na dotyk. Gdy ktoś wejdzie na teren ogrodu, z Perlika wylatują gołębie. Dzięki temu wiedziałam dziś rano, że przyszłyście. Laureain patrzyła na Ryaię w osłupieniu. - Chyba zaczynam rozumieć Amnebe - stwierdziła. Ryaia popatrzyła na Laureain, ale nic nie powiedziała.
IXL
Amnebe przyglądała się olbrzymiemu kołu stojącemu na środku izby. Przestrzeń wewnątrz metalowej obręczy mieniła się odcieniami błękitu, zieleni i żółci. Na pierwszy rzut oka wyglądała na jednolitą, ale jeśli spojrzało się pod odpowiednim kątem, można było dostrzec szare pyłki. - I co o tym sądzisz? – spytał Caod. Patrzył na swój wynalazek z taką dumą, jakby stworzył wehikuł do poruszania się w czasie a nie teleport. Poczuła na sobie spojrzenie Galhala, więc przeniosła wzrok na niego. Staruszek miał siwe włosy i brodę, która sięgała prawie do ziemi. Jego twarz jak zawsze była poważna, a oczy surowe. Nosił także tą samą granatowo-czerwoną tunikę co dawniej. - A co mam sądzić? Nawet nie wiem czy wasz portal działa. Galhal i Caod wymienili się spojrzeniami. Amnebe, chciała pokazać czarodziejom, że ich tajemnice nic jej nie obchodzą, więc odwróciła się do nich plecami i podeszła do szerokiej ławy, stojącej pod ścianą. - Będzie działać – powiedział Caod. - Naturalnie, że będzie. – Galhal usiadł obok Amnebe. – Właściwie już działa, tyko z oczywistych przyczyn nie mogliśmy go wypróbować. Amnebe zdusiła ironiczny uśmiech. Czarodzieje, przynajmniej ci, których znała, zawsze kryli swoje błędy za płaszczem „oczywistych przyczyn”. - A jakie przyczyny masz na myśli, wuju? Dlaczego dwóch tak wielkich magów, bało się wypróbować swój portal? - Nie drwij, Amnebe – powiedział Caod. - Widzę, że nic się nie zmieniłaś. Ciągle lekceważysz wszystko i wszystkich. Amnebe nie odpowiedziała. Skrzyżowała ramiona na piersiach i zaczęła wodzić spojrzeniem między Caodem a Galhalem. W końcu wuj przerwał ciszę. - Nie boimy się portalu. Nie wiemy jednak, dokąd prowadzi. - Myślałam, że do naszego dziadka. - Owszem, jednak nie możemy rozpoznać miejsca, w którym się znajduje. Ci, którzy zdecydują się przejść przez portal, przeniosą się w nieznaną okolicę, może na niezbadany jeszcze fragment świata. - Nie mogę pójść sam, to zbyt niebezpieczne, a Galhal musi pilnować portalu po tej stronie, żebym miał jak wrócić. Wziąłbym Ryaię, ale ona… - Caod zamilkł i wbił wzrok w portal. – Jest w ciąży. Nie mogę jej narażać. Sama rozumiesz. - Rozumiem. – Amnebe także spojrzała na portal. Wiedziała, że brat oczekuje, iż to ona z nim pójdzie. - To jedyny sposób, żeby odnaleźć dziadka – powiedział Caod. - Nie zamierzamy cię oszukiwać, że to będzie proste zadanie, ale nie mamy cię także czym straszyć. Po prostu nie wiemy, co jest po drugiej stronie. Zapadło milczenie. Amnebe nie miała ochoty podejmować się takiej wyprawy. Nie ufała ani czarodziejom ani ich portalom. Ale tu chodziło o dziadka. Choć rwała się do ucieczki, nie mogła odmówić. - A jak zmusimy dziadka do powrotu? Odszedł z własnej woli, więc niewykluczone, że gdzieś indziej ułożył sobie życie. - Gdyby był tam, gdzie jest z własnej woli, odezwałby się. Moje wiadomości docierałyby do niego – stwierdził Galhal. - Sądzimy, że ktoś go więzi. Może mag. - Jeśli tak to powinniśmy skorzystać jeszcze z czyjejś pomocy. Ja nie jestem czarodziejką. Nie mam czym walczyć z magią. Pójdę z tobą, Caod, ale musimy wziąć ze sobą jeszcze kogoś. Co najmniej dwóch czarodziei. Prosiłeś kogoś z przyjaciół? Caod i Glahal znów wymienili się spojrzeniami. - Uznaliśmy, że lepiej zachować to w rodzinie. - Dlaczego? - Jeśli wieść się rozniesie, ten kto przytrzymują dziadka, może się dowiedzieć o naszych planach i przygotować pułapkę albo co gorsza przenieść się w inne miejsce. Amnebe westchnęła. Zapomniała już, jaka nieufność panuje wśród czarodziei. Ale w tej sytuacji musieli skorzystać z czyjejś pomocy. Z magią można walczyć tylko magią. - To trzeba zrobić tak, żeby się nie rozniosło. Weźmiemy dwie zaufane osoby. Macie jakieś propozycje? Galhal wzniósł oczy do sufitu, jakby zastanawiał się nad jej pytaniem, ale Caod energicznie pokręcił głową. - Nie, nie ma tu nikogo, komu by można zaufać na sto procent. Sama wiesz. - Cóż, wobec tego trzeba będzie zaryzykować. Zaczęła przypominać sobie dawnych znajomych z Antim. Pierwszą osobą, o jakiej pomyślała, był Kyias. Odkąd skończyła pięć lat byli najlepszymi przyjaciółmi. Z nikim w Antim nie była tak związana jak z nim. - Kyias ciągle tu mieszka? – spytała. - Tak. I pewnie nie marzy o niczym innym, jak o tym, by wejść do portalu z dziewczyną, która złamała mu serce. Amnebe zignorowała ironię. Lata, które spędziła w Antim, sprawiły, że była mistrzynią w lekceważeniu uszczypliwości innych. - Nie zaszkodzi spytać. Poproszę go, a ty poproś Cirini. - Zwariowałaś?! Przecież się nienawidzicie! Ona nigdy się nie zgodzi nam pomóc. Nigdy. - Nie przesadzaj z tą nienawiścią. Czasami się kłóciłyśmy, wielka mi rzecz. - Nie żartuj sobie. - Nigdy nie żartuję, jeśli chodzi o moje życie. A Cirini nie jest tak zawzięta jak inni czarodzieje, ani tak bardzo zapatrzona w siebie. Inaczej dawno pływałabym na dnie stawu jako okoń.
VIIIL
Dom Kyiasa otaczał wysoki, drewniany płot, zza którego nie było widać nawet fragmentu dachu. Amnebe zabębniła mosiężną kołatką o furtkę, próbując przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz widziała przyjaciela. Pewnie dwa lata temu, kiedy opuszczała Antim. W ostatnim tygodniu przed jej wyjazdem kłócili się tyle razy, że nie potrafiła przypomnieć sobie ostatniego spotkania. Chyba nawet się nie pożegnali. Mimo to, a może właśnie dlatego, bardzo cieszyła się, że zobaczy Kyiasa. Gdy furtka otworzyła się, oczom Amnebe ukazał się niewielki domek. Ogród zarósł wysoką trawą, przez co chata sprawiała wrażenie okrętu dryfującego na zielonym morzu. Kiedy odeszła kilka kroków od płotu, furtka zatrzasnęła się. Nie zauważyła Kyiasa, więc ruszyła w stronę domku. Zastanawiała się czy jego wnętrze wygląda ciągle tak surowo, jak wtedy, gdy była tu po raz ostatni. Kyias nie przywiązywał wagi do wyglądu mebli, koloru ścian ani dekoracji. Amnebe także nie zwracała zbyt wielkiej uwagi na te rzeczy, ale kiedy pierwszy raz zobaczyła wystrój domu Kyiasa, była oszołomiona. W największej izbie stał wielki stół i kilka krzeseł, a w sypialni tylko łóżko, mała szafka i komoda. Jedynym porządnie urządzonym pomieszczeniem była kuchnia. Kyias uwielbiał gotować, więc zgromadził wiele nowoczesnych, w większości magicznych urządzeń. - Tutaj, Amnebe! – głos Kyiasa dochodził zza domu, więc ominęła ganek i skręciła na podwórko. Dziedziniec podzielony był na trzy części. W pierwszej znajdowało się mnóstwo worków siana z narysowanymi tarczami, a w drugiej, wysypanej piaskiem, rosły najdziwniejsze dwa drzewa, jakie kiedykolwiek widziała. Ich gałęzie tworzyły coś w rodzaju drabinki, a najgrubsze konary łączyły tworząc most. Trzecią część podwórza pokrywała równo przycięta trawa. Właśnie tam w czarnych, skórzanych spodniach i koszuli z długimi rękawami stał Kyias. W ręku trzymał miecz. - Cześć – powiedziała, ruszając w jego stronę. - Cześć. Miło cię widzieć, po… zaraz, zaraz, ile czasu minęło, odkąd nas opuściłaś? Dwa lata? Kyias uścisnął Amnebe tak mocno, jakby wróciła z wojny. - Dokładnie. Teraz też długo nie zostanę. - Więc ciągle uważasz nas za zapatrzonych w siebie nudziarzy? - A mylę się? Kyias uśmiechnął się i uniósł miecz. - Pokażę ci, jakie zrobiłem postępy. – Wykonał w powietrzu cięcie, obrócił się, udał, że robi unik i ciął znowu. – Dobre, co? Amnebe uśmiechnęła się. Gdy byli młodzi wspólnie trenowali szermierkę, ale Kyias w ogóle się nie przykładał i szybko zrezygnował. Twierdził, że skoro kiedy tylko chce, może wystrzelić z ręki kulę ognia, umiejętność władania mieczem do niczego mu nie jest potrzebna. Jednak gdy dorósł wrócił do treningów. Doszedł do wniosku, że woli być wojownikiem niż czarodziejem. - Nieźle. - Może się zmierzymy? - Innym razem. Mam do ciebie prośbę. Kyias skrzyżował ręce na piersiach. - Ooo. To ciekawe. Ale możemy pogadać w walce. Amnebe było wszystko jedno. Wyciągnęła miecz i zrobiła krok w stronę Kyiasa. - Jak chcesz. Ale to poważna sprawa. - Uzbrajam się w słuch – powiedział Kyias, atakując Amnebe. Musiała odskoczyć w prawo, żeby nie nadziać się na jego miecz. - Caod i Galhał stworzyli portal, który prawdopodobnie prowadzi do miejsca, gdzie przebywa mój dziadek. Kyias szybko machał mieczem, próbując trafić ją raz z prawej raz z lewej strony. Amnebe zablokowała wszystkie ciosy. - Słyszałem, że nad tym pracują – stwierdził odrobinę zwalniając tempo. Jeśli im się udało, to tylko pogratulować. Amnebe przejęła inicjatywę i posłała w kierunku przyjaciela serię pchnięć. Parując jedno z nich, odsłonił całą lewą część ciała. Gdyby była to poważna walka, Amnebe mogłaby przebić mu serce. W tej sytuacji jednak odskoczyła w bok. - Tylko, że jest mały problem. Galhal i Caod podejrzewają, że dziadek jest więziony przez maga lub grupę magów. Znów się zetknęli, metal uderzał o metal. - Chciałam cię prosić, żebyś poszedł z nami. - Tak po prostu? - Tak po prostu. Ufam ci. Kyias odskoczył i opuścił miecz. - Skoro tak... Jeśli ze mną wygrasz, pójdę z wami. No? Na co czekasz? Kyaias rozpoczął szarżę, ale Amnebe sparowała atak czarodzieja i wytrąciła mu z ręki miecz. Odkopnęła go na bok i podsunęła swoją klingę do piersi przyjaciela. - Świetnie. Wpadnij dziś na kolację. Wszystko obgadamy. Kyias oparł dłonie na bokach, ale nic nie powiedział. Amnebe ruszyła w stronę furtki. Po kilku krokach nie wytrzymała i obróciła się do tyłu. Czarodziej uśmiechał się. VIIL
Laureain mieszała ciasto na jabłecznik, kątem oka obserwując Amnebe. Koleżanka siedziała po drugiej stronie stołu, krojąc pomidory i paprykę. Siekała warzywa z taką determinacją, jakby czymś się naraziły. Kawałki, które wychodziły spod jej noża były nierówne i duże, co denerwowało ją jeszcze bardziej. Waliła w prostokąciki z taką siłą i zapalczywością, że dziurawiła drewnianą deskę, na której leżały. - Tnij trochę drobniej – powiedziała Ryaia, wstawiając dzika do pieca. - Przecież się staram. – Amnebe machała nożem tak szybko, jak zawodowi kucharze. Laureain podejrzewała jednak, że jej umiejętności nie mają nic wspólnego z gastronomią. – A w ogóle nie rozumiem, czemu po prostu nie wyczarujesz jedzenia. Cholera! Amnebe upuściła nóż. Palec wskazujący jej lewej ręki zalała krew. Ryaia podeszła do stołu i usiadła na krześle obok szwagierki. - Pokaż. Amnebe wyciągnęła w jej stronę rękę. - Dobrze, że go sobie nie odcięłaś – stwierdziła Ryaia, przyglądając się ranie. To skaleczenie kwalifikuje się do szycia. Laureain natychmiast wstała. - Poszukać lekarza? Mieszka tu chyba jakiś? - Nie w typowym sensie tego słowa – powiedziała Ryaia, nie wypuszczając z ręki dłoni Amnebe. Z palca nie ciekła już krew. Rana stała się mniejsza. - Umiesz uzdrawiać? - To nic nadzwyczajnego. Większość czarodziei to potrafi, tylko że w różnym stopniu. Powiedzmy, że ja sobie radzę. - Nie bądź taka skromna – Amnebe przyjrzała się swojemu palcu z kwaśnym uśmiechem. – Dziękuję. - Przemyj go. Amnebe wstała i poczłapała w kierunku balii z wodą, która stała w kącie kuchni. - Laureain, zapamiętaj jej słowa. Nie często słyszy się od czarodzieja wody: przemyj to. - Cała Amnebe. Uratowałam jej palec przed amputacją, a ona ze mnie drwi. Amnebe nie odpowiedziała. Przyklękła nad balią i zaczęła płukać w niej palec. Tymczasem Ryaia siłą umysłu zmusiła noże do pracy. Zanim Amnebe wróciła do stołu, posiekała wszystkie warzywa. - O taką magię ci chodzi? To zwykłe sztuczki. Mogłaś zresztą zrobić to samo. - W twojej kuchni? Gdzieżbym śmiała. Ryaia otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale w tym momencie w pomieszczeniu pojawił się Caod. - Zgodziła się. Cirini się zgodziła! - Naprawdę? – Ryaia wydawała się jeszcze bardziej zaskoczona niż Caod. – Co powiedziała? - Tylko tyle, że się zgadza. Wysłuchała historii o śnie i portalu, a potem spytała, czy Amnebe wie, że proszę ją o pomoc. Wyjaśniłem, że to twój pomysł, a ona się zgodziła. - Dziwne – stwierdziła Ryaia. – Po tym wszystkim…. Nie wiem czy to dobry pomysł. Przecież prawie ją spaliłaś. Może szuka okazji, by się zemścić. - Gdyby chciała, zrobiłaby to już dawno. Teraz to już tylko stare dzieje.
VIL
Kyias zjawił się kwadrans przed czasem. Przyniósł kwiaty dla Amnebe i Ryaii, a kiedy zobaczył Laureain, uśmiechnął się z zakłopotaniem, po czym wyczarował trzeci bukiet. Gdy zauważył, że stół nakryty jest na siedem osób, nachmurzył się. - Kto jeszcze będzie? - Galhal i Cirini – odpowiedziała Amnebe. - Mogłaś mnie uprzedzić. Przyniósłbym więcej kwiatów. - Przepraszam, gdybym wiedziała, że nie zgłębiasz tylko sztuki władania mieczem, ale całą kulturę rycerską, na pewno bym cię powiadomiła. Nagle na środku pokoju pojawił się dym i wszyscy spojrzeli w jego stronę. Amnebe także, chociaż widziała, kto za moment wyłoni się z szarych kłębów. Tylko jedna osoba w Antim, podróżowała w ten sposób. Jej ukochany stryjek Galhal. - W samą porę – stwierdził Caod, gdy dym przybrał postać człowieka. Laureain wyglądała, jakby zobaczyła przedstawiciela innej cywilizacji i miała ochotę uciec od niego na drugi koniec świata. Cóż, boimy się tego, czego nie znamy. Cała reszta jest do przełknięcia. Amnebe podeszła do koleżanki. - Laureain, to właśnie jest Galhal. Brat naszego dziadka – wyjaśniła.– Galhal, to moja przyjaciółka Laureain. Galhal spojrzał na Laureain tak, jakby chciał wyssać z niej całą osobowość. Dziewczyna cofnęła się. - Nie wspominałaś mi o niej – powiedział ostrym głosem. - Ciekawe dlaczego. Uprzedzam, że jeżeli będziesz grzebał którejś z nas w myślach, jeszcze tej nocy wyjadę z Antim i zostawię was samych z portalem. Galhal nie odpowiedział, nie przestał także przyglądać się Laureain. Amnebe nie miała pojęcia, czy czyta jej w myślach, czy tylko chce ją przestraszyć. Na wszelki wypadek postanowiła być czujna. - Siadajmy do kolacji – zaproponowała Ryaia. – Cirini pewnie wkrótce przyjdzie. - Tak, siadajmy. – Kyias spojrzał w kierunku zastawionego przeróżnym jedzeniem stołu. – Pachnie wspaniale. Mam nadzieję, że to nie iluzja. - Oczywiście, że nie. Zapraszam. – Ryaia wskazała ręką stół i wszyscy ruszyli w jego stronę. Galhal zajął miejsce naprzeciwko okna, tuż przy ścianie. Kyias usiadł obok niego. Amnebe wybrała następne krzesło i dała Laureain znak wzrokiem, żeby usiadła przy niej. Brak kontaktu wzrokowego znacznie utrudnia telepatię. Ryaia i Caod zajęli miejsca naprzeciwko Galhala. Amnebe była zdenerwowana. Nie dość, że nie potrafiła odgadnąć, czy Galhal czyta jej albo Laureain w myślach, to jeszcze za chwilę czekała ją konfrontacja z Cirini. Nie miała pojęcia czy czarodziejka będzie w stosunku do niej miła, wredna, obojętna czy złośliwa. Znając Cirini, wszystko było możliwe. Zanim zaczęli jeść, do pokoju wleciał gołąb. Ktoś uruchomił alarm. - Idzie Cirini – stwierdził Caod, wstając. Kyias także się podniósł. W jego ręku zakwitł bukiet stokrotek, bliźniaczo podobny do tego, który otrzymała Laureain. Caod otworzył drzwi zanim rozległo się kołatanie. - Witaj, miło nam, że przyszłaś. Do pokoju weszła młoda dziewczyna o długich, brązowych włosach i intensywnie zielonych oczach. Kyias wyciągnął w jej stronę bukiet kwiatów. - Bardzo miło. Czarodziejka uśmiechnęła się i wzięła do ręki stokrotki. Miała na sobie długą niebiesko-granatową suknię oraz czarny płaszcz. Na jej piersiach wisiał medalion w kształcie pawiego oka. - Dziękuję – powiedziała, po czym nieznacznie poruszyła palcami. W jej dłoni pojawiła się butelka. Wsunęła do niej kwiaty i postawiła na podłodze przy drzwiach. Kyias zarumienił się, a Caod wziął od niej płaszcz i zaczął prezentację. - Ryaię i Amnebe znasz – powiedział, wskazując dłonią stół. – Galhala też. Kiedy Cirini spojrzała na arcymaga, znów lekko poruszyła palcami. Amnebe odniosła wrażenie, że powietrze w jakiś sposób się zmieniło. Poszukała wzroku Caoda, ale jej brat patrzył na Cirini. Po chwili atmosfera ponownie stała się inna. Cirini cały czas spoglądała na Galhala. - A to jest Laureain – wykrztusił Caod. – Przyjaciółka Amnebe. Cirini rzuciła okiem na Laureain, po czym znów przeniosła wzrok na Galhala. Powietrze po raz kolejny się odmieniło. Amnebe nie miała pojęcia, kto tym razem rzucił zaklęcie i jakie. W oczach Cirini pojawił się gniew. - Nie będziesz czytał moich myśli, Galhal. Jeśli jeszcze raz zdejmiesz osłonę, wychodzę. - Galhal, wcale… - zaczął Caod, ale Cirini mu przerwała. - Nie kłam. Kiedy tu weszłam, powietrze gotowało się od energii telepatycznej. Amnebe poderwała się z krzesła. Wiedziała, że to nie myśli Cirini, stryj chciał zobaczyć. - Lekceważysz moje słowa, Galhal? – wybuchła. – Naprawdę chcesz, abym uciekła z Antim i nigdy nie wróciła? - Ja sobie lekceważę? To ty lekceważysz sobie wszystkie ostrzeżenia. Co ci mówiłem? Co powtarzali ci wszyscy wkoło, gdy uroiłaś sobie, że zostaniesz Hanitką? Nie ufaj im, to źli ludzie. Myślą tylko o sobie, a po całym świecie rozpowiadają, że działają dla dobra innych. Nazywają nas egoistami, bo im nie pomagamy i strzeżemy swoich miast przed ich sztuczkami. A co ty na to? Zaślepia was nienawiść. I proszę, sama na własnej skórze poznałaś prawdę. Tyle, że nadal nie masz w sobie ani krzty pokory. Jesteś głucha na wszelkie przestrogi. Przywozisz do Antim półhanitkę, mimo, że masz masę lepszych powodów niż my, by nie ufać tym oszustom. - Czytałeś w moich myślach?! - Nie denerwuj się tak. Niewiele odczytałem. Żeby rozsupłać taki węzeł, jaki plącze się twoje głowie, potrzebowałbym miesiąca. - Czytałeś w moich myślach?! - Daj spokój Amnebe – odezwał się Caod. - Tu chodzi o naszego dziadka, a nie o ciebie. Musimy go ocalić. Drobiazgami zajmiemy się później. Amnebe rzuciła bratu wrogie spojrzenie, ale usiadła. Kyias, Caod i Cirini także zajęli miejsca przy stole. - Niczym nie zajmiemy się później. Nie mogę ufać własnej rodzinie, trudno, ale przyjmuję to do wiadomości. A teraz pomówmy o dziadku. Chcę jak najszybciej załatwić tą sprawę i wyjechać z Antim. Caod zrobił się blady, a Ryaia tak intensywnie wpatrywała się w stół, jakby chciała odczytać z niego zaklęcie. Galhal przerwał ciszę: - Wstydziłabyś się, Amnebe, mówić o uratowaniu dziadka, jak o wyczyszczeniu butów. Amnebe chciała odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Jeśli zacznie dyskusję z Galhalem, miną wieki, zanim zaczną rozmowę o teleporcie. Poza tym nie zamierzała prać rodzinnych brudów przy obcych. - Wróćmy do tematu – odezwał się Kyias. – Jesteście pewni, że wasz teleport prowadzi do Amartha? Caod pstryknął palcami i nad stołem pojawiły się dwa noże, które zgrabnie pocięły dzika na porcje. Głos zabrał Galhal. - Yavethin miał proroczy sen. Zobaczył pewne miejsce i bardzo dokładnie je narysował. - Yavethin to jeszcze jeden brat mojego dziadka – szepnęła Amnebe do Laureain. – Tyle czasu poświęca malowaniu, że nie starcza mu go na czary. Jak przychodzi co do czego, zamiast błyskawicy potrafi wyczarować łabędzia. Nad stołem pojawiła się butelka wina. Jakaś niewidzialna ręka napełniła wszystkim puchary. - Co było na rysunku? – spytał Kyias. Powietrze obok stołu zaczęło się poruszać. Nabierało kolorów i kształtów tak długo, aż przybrało postać szarego, ceglanego domu, otoczonego ze wszystkich stron drzewami. Amnebe tak jak i inni zebrani przy stole spojrzała na rysunek. Nie zrobił na niej wrażenia, więc zaczęła przyglądać się zgromadzonym przy stole ludziom. Wszyscy wydawali się zafascynowani mirażem, tylko Cirini jadła spokojnie dzika, ledwo zerkając w stronę iluzji. - Murowany dom pośrodku lasu – stwierdził Caod. – Musi być magiczny. - A skąd wiesz, że to środek lasu? Tu widać tylko kilka drzew – odezwała się Cirini. Amnebe zmusiła się, żeby jeszcze raz spojrzeć na obraz. Nie miała ochoty roztrząsać misji, która ich czekała, najchętniej już teraz wskoczyłaby do portalu, żeby mieć ją jak najszybciej za sobą. Zgodziła się iść z Caodem z obowiązku. Tak naprawdę nie wierzyła, że w domu, który zobaczył Yavethin, więziony jest Amarth. Yavethin nigdy specjalnie nie interesował się magią. Ojciec nauczył go tak jak Galhala i Amatrha czarów, więc umiał się nimi posługiwać, ale czynił to rzadko. Prawie nigdy zresztą nie udawało mu się użyć ich tak, jakby chciał. - To musi być środek lasu – stwierdził Galhal władczym tonem. – Amarth musi być więziony z dala od ludzi. Inaczej znaleźlibyśmy go. Sami wiecie, jak wiele mocy trzeba zużyć, żeby stworzyć barierę przeciwko czarom. Gdyby ten dom stał w pobliżu miasta, jakiś czarodziej wyczułby energię i zainteresował się nią. A to ostatnia rzecz, jakiej chce ten, który więzi Amartha. - Albo ci – dodał Caod. Cirini obrzuciła go przelotnym spojrzeniem, po czym wbiła wzrok w Amnebe. - A skąd wiecie, że Amarth jest więziony? Z tego co pamiętam opuścił Antim z własnej woli. - Dałby znak życia – odparł Galhal. Amnebe cieszyła się, że nie musi rozwiewać wątpliwości Cirini. Byłaby w tym albo nieszczera albo nieprzekonująca. – A nawet jeśli nie, wyśledzilibyśmy go.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mgła
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…