Moja Kochana An
Cyberpunk, napisane dosyc dawno, skasowane z serwisu przez nieuwaznego autora. Bardzo nieuwaznego.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
MOJA KOCHANA AN
Gdyby nie palący wprost w okno neon pasażu handlowego, w pokoju byłoby zupełnie ciemno.
Z klubu dla Archaniołów wyszedłem grubo po północy i jedyną rzeczą, o jakiej myślałem w drodze do domu był sen. Targany typowymi po anathoninie drgawkami położyłem się w ubraniu na łóżku, owinąłem zmechaconym kocem i próbowałem zasnąć. Jak na złość sen jednak nie przychodził. Próbując wyciszyć myśli, zacząłem wsłuchiwać się w napływające zza okna buczenie aerowozów i przytłumiony gwar ludzi na rampach.
Jednak o trzeciej w nocy monitor komputera zabłysł. - Widziałam cię dzisiaj... Wiem gdzie jest An... I mam dla ciebie propozycję. Spotkajmy się w klubie dla archaniołów jeszcze raz. - wyszeptały wygenerowane komputerowo usta, po czym w pokoju na powrót zapanował mącony neonem półmrok.
Słysząc imię "An" i ten głos zerwałem się na nogi. Znałem go. Słyszałem go niedawno. Ale gdzie?
W głowie pulsowała mi muzyka z klubu dla Archaniołów. Urywki zdań wypełzały z zakątków pamięci, ale żadne nie przypomniało mi twarzy rozmówców ani kontekstów rozmów. "A więc co? Bierzesz?", "Podoba ci się, Jhezz? Nie mów, że nie...", "Każdy na nią leci, Jhezz", "Będziesz miał kłopoty", "Ten facet to nie byle kto, panuj się." I potem jakaś kobieta... Coś burknęła..
Tamta kobieta z zielonym makijażem. To był jej głos. To z nią rozmawiałem chwilę dziś wieczór. I to ona dzwoniła przed chwilą.
Ona wie gdzie jest An. Wie, że szukam jej odkąd tylko zniknęła mi z oczu, wierząc pomimo rozsądku, że nie zginęła.
Ale jednak żyje. Tamta kolejka zdążyła wyhamować, kiedy byliśmy zmuszeni uciec przez tory.
W morzu kabli do szperacza znalazłem swoją kurtkę. W kieszeni odnalazłem kilka fajek, zapalniczkę i srebrny listek - pamiątkę po anathoninie. Wyszedłem z mieszkania.
Taksówka zabrała mnie niemal spod domu, rzężącym silnikiem wciskając się w tłok aeorotunelu Boltsona. Holoreklama Sea Park Center zniknęła za wysokim biurowcem, kiedy taksówkarz skierował aerkę w dół, na piętnastą rampę. Neon klubu archaniołów pulsował fioletowym światłem.
Do Red Cliff wejść i pobawić się mógł teoretycznie każdy, ale dla archaniołów rezerwowano dodatkowe sale. Co w nich było? Trzeba się spytać ich samych. Tak czy inaczej, to był porządny klub, nie jakaś speluna w których klientów witały rozebrane do gołej dupy tancerki. Archaniołowie dbali o swój imidż, a klub Red Cliff był ich wizytówką. Eleganckie wnętrze utrzymane w subtelnym fiolecie i agresywną muzyką. Tak jak lubili.
Podszedłem do barmana. Już na pierwszy rzut oka widać było, że archaniołowie załatwili mu robotę na czarno. Sztuczne oko zabłysło, kiedy podjąłem rozmowę. - Kobieta w ciemnych włosach i zielonym makijażu. Była tu wczoraj. - Andromeda. W loży po prawej, zazwyczaj stolik w najdalszym rogu.
Kobieta siedziała tam i teraz, w otoczeniu tych samych cwaniaczków co przedtem. Sączyła narickle'a z wysokiej szklanki. - Szybko zareagowałeś na moją wiadomość - odezwała się pierwsza, nawet na mnie nie spoglądając. Pozostali nawet mnie nie zauważyli. - Wiesz gdzie jest An? - Nie tutaj. Chodź na górę, tam nam nikt nie przeszkodzi. Wstała i klepnęła w ramię jednego z mężczyzn. - Mark, idę pogadać z panem Jhezzem. Zaraz wrócę. Archanioł spojrzał na mnie badawczo. Prowadzone nad prawym uchem neuroprzewody błysnęły na niebiesko. Nie zdziwiłem się, że znała moje imię - kiedyś znało mnie wiele wpływowych osób. Ale od tego momentu wiele się zmieniło. - Dziesięć minut i widzę cię z powrotem. - Jasne, Mark.
Poszliśmy.
Nigdy przedtem nie byłem w pokojach nad Red Cliff. Ani w żadnym innych należących do archaniołów. Niczym nie przypominały tych, do których wchodziłeś po kawałek syfu. Drogie, potężne drzwi wykonane z ciemnego drewna. Detale na meblach staranie wygładzone i zaokrąglane w muszle. Tapety i obrazy z motywami morskimi. Modny ostatnio neomarynizm.
Na jednym z kredensów stał wahadłowy zegarek, monotonnie i nieubłagalnie odmierzający wahnięciami czas.
Tik-tak, tik-tak.
Usiadła na kanapie i wziętym ze stolika pilotem rozsunęła zasłony. Sięgające od podłogi po sufit okno ukazało rozświetlone neonami miasto.
Nasze głosy rozchodziły się po pokoju, przerywane jedynie miarowym tykaniem zegara. - Szukasz An, prawda? - powiedziała, kiedy podpaliła papierosa vincent light. Tik-tak. - Trzysta sztuk za paczkę... - Słucham? Zorientowałem się, że mówiłem o papierosach. Siła zjazdu. - Szukam. A ty wiesz, gdzie jest. - Wiem. - zaciągnęła się i wypuściła z ust fioletowy dym. Kolejna wizytówka archaniołów. - Żyje, ale to może nie potrwać długo. - Gdzie jest? Tik-tak. Zamiast odpowiedzieć, sięgnęła do paczki, wyciągnęła jednego papierosa i rzuciła mi nim razem z zapalniczką. Przedmioty w locie rozłączyły się, ale złapałem je osobno lewą i prawą ręką. - Zapal sobie. Dobre, jeśli palisz pierwszy raz. Chwilę milczałem, patrząc to na nią to na trzymane w rękach przedmioty. Nie powinienem palić, nie na zjeździe. - Nie chcę. - odłożyłem je na stolik. - Gdzie jest An? I skąd wiesz? Podkurczyła znacząco nogi i ułożyła je na kanapie. Suknia odsłoniła je aż po idealnie białe kolana. Zbyt znacząco. - Świetnie złapałeś zapalniczkę i papierosa, nie uważasz, Jhezz? - cieniutki papieros dymił subtelnie, kiedy trzymała go blisko twarzy. Zielony makijaż podkreślał głębokie, jasnofioletowe oczy. - Długo cię szkolili? Skończyłem z tym. - Nie latam już. - Ale latałeś, Jhezz. Nie raz i nie dwa. Masz to we krwi. We krwi miałem dużo anathoniny. - To było zbyt dawno... - zmieszałem się. - Wiele się od tego czasu zmieniło. - Na przykład ćpasz anathoninę, rozbijasz się z flaszką wódki o byle bar i szukasz przyjemności w Sieci, prawda? Przełknąłem ślinę. Gorzkość prawdy uświadamiasz sobie dopiero wtedy, kiedy ktoś powie ci, jak gorzko wygląda naprawdę. - Ostatni raz, Jhezz. Albo jak wolisz... To zawsze bolało. - ...Terence. Nikt oprócz An nie miał prawa tak do mnie mówić. Pomimo wściekłości, jaką podsyciła ciągle obecna anathonina, stałem na miejscu. - Cios poniżej pasa, co? - uśmiechnęła się przebiegle, odsuwając vincenta od ust. - Nie zrobię tego. - An ciebie potrzebuje. Może jej nie zostać dużo czasu. Tik-tak. - Daj mi dwie godziny. Andromeda zamyśliła się chwilę, oczami wiercąc mi dziurę w mózgu. - Dwie godziny, Jhezz. Przyjdziesz do mnie i powiem ci o co chodzi. W tym momencie ogromne drzwi za mną otworzyły się. Stanęli w nich uzbrojony archanioł i koleś z neuroprzewodami. Mark, bodajże. - Dziesięć minut minęło, Andromedo. Proszę do mnie. Patrzyła jeszcze chwilę na mnie uważnym wzrokiem, zgniotła papierosa w popielniczce i wstała z kanapy. - Ty, koleś, zmiataj. - powiedział do mnie. Ruszyłem do wyjścia. - Jeśli znajdę na niej chociaż ślad twoich łap, utnę ci obie. Tik-tak.
Obojętnie, co by się nie działo, zawsze miałem ustalony porządek zajęć. Odwiedzić znajomych.
Stalowe drzwi do domu Rachel otworzyła mi paniusia z nowym puerto na szyi. - Rachel w domu? - A ty kto, że masz czelność o nią pytać? - Powiedz jej, że Jhezz zawitał w jej skromne progi. Chwilę namyśliła się. - Wchodź.
Starannie przystrzyżone, blond włosy Rachel ustawione były genetycznie tak, żeby bez względu na nic sterczały sztywno. Pęk kolczyków na uszach i wargach nie budował obrazu kobiety, z którą chciałbyś iść do łóżka bez strachu o przyszłość jaj. Zresztą, i tak była lesbijką. - Czego sobie życzymy, panie Jhezz? - zapytała szczerząc śnieżnobiałe zęby. ...ale oprócz tego, miała całkiem niezłe metody wyszukiwania informacji o różnych osobach. - Andromeda. Trzyma z archaniołami, przesiaduje w Red Cliff. Znasz ją? - Archaniołami powiadasz... Zapuszczamy się w niebezpieczne rejony, co? - Chciałbym wiedzieć, jak niebezpieczne. - Bardzo, panie Jhezz. - odrzekła, posyłając buziaka w stronę obitej w szlafrok kobiety, którą akurat minęliśmy idąc do salonu. - Ostatnio archaniołom nie powodzi się dobrze. Mały rozłam. - To znaczy? - weszliśmy do sypiącego się pokoju z poobdzieranymi tapetami. Żeby dojść do sofy musiałem minąć rozwalony telewizor. - Są dwie główne szychy archaniołów. Trav i Mark. Krótko mówiąc pokłócili się, ale nie, nie wykarmiła ich wilczyca. Chociaż i tak niezłe z nich sukisyny. - Sukinsyny. - Plotka niesie, że Trav zrobił kiedyś biznes z jakimś Japończykiem z Shiatsu, który ni cholery nie spodobał się Markowi. Za kasę przeznaczoną na jakiś szczytny cel zakupił więcej neuroprochu. Jak się domyślasz, nie wierzę w ani jedno słowo. To coś głębszego, niż zabawa z drugorzędną mafią japońską. Jeśli zapuszczasz się tam... ...to uważaj na siebie.
Shiatsu... to wiele zmieniało.
Dwie godziny później odpowiedź na pytanie Andromedy była gotowa. Wspomagane jakimiś anty-syfami od Rachel pozostałości po anathoninie zniknęły niemal zupełnie. Ostatni raz. Dla An. Pokój nad Red Cliff nie zmienił się ani trochę od ostatniego czasu. Z tym, że teraz siedziałem na jednym z krzeseł, a naprzeciw mnie, oprócz Andromedy stał także jej koleś. Ten z przewodami na łbie. Tik-tak. - A więc mówi pan, panie... Jhezz - zaakcentował imię - że jest pan gotów z nami współpracować? Wie pan, co to oznacza? - Domyślam się. - Domyśla się pan? - zapytał ze zdziwieniem i zaśmiał się chwilę. - Jak wam, ludziom trudno jest powiedzieć na głos, że ktoś z was może stracić życie za spieprzoną robotę. Więźnie w gardle, prawda? A to takie proste: Było życie...
Tik...
- ...I nie ma życia!
...tak
Chwila milczenia. Jakbym miał ochotę na filozoficzne refleksje. - Chyba nie powinieneś, Mark. - odezwała się Andromeda. - Czemu nie? Co w tym złego? - Archanioł to nie nie-człowiek. To wyższy poziom wtajemniczenia ludzkiego. - Który wie, że śmierć to ludzka ułuda. - Ale pana Jhezza niewiele to interesuje. Wróć do sprawy. - Nikt nie będzie mi rozkazywał. Ale wrócę, bo sam tak chcę. Słyszałem, że nieźle lata pan bojowym aerowozem? Dostarczy pan coś, panie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil obywatel_j
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…