Moon River cz.2
Tajemnicę czas odkryć
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pod knajpę podjechał samochód. Głośno chodzący silnik nagle zgasł, co wywołało zainteresowanie wśród gości siedzących w środku. Dzięki całej oszklonej jednej ze ścian było doskonale widać ulicę i zaparkowany na wąskim chodniku samochód. Umiejętność zaparkowania w centrum miasta mogła być przedmiotem podziwu dla niektórych zmotoryzowanych siedzących przy stolikach. Jednak nie manewry lecz zwykły wygląd pojazdu zainteresował szczególnie Grzegorza, który palnął na cały glos wywołując konsternację wśród rozmawiających: - Trzeba być debilem, żeby kupić sobie zielone BMW. - Co mówisz? – niedosłyszała Lilka. - Ktoś właśnie podjechał pod lokal zielonym BMW. - Jak zaparkuje zaraz go spiszą. – dodał Zbyszek, w końcu nie raz miał takie problemy. - Nie o tej porze już nie łapią. - Cicho Filip. – poskramiała mężczyzn Lila. - Zaraz, zaraz widzicie kto z niego wysiada. - Bernard! Słowa Filipa odbijały się echem po sali. Wszedłem pewny siebie. Rozpinając płaszcz i z rozwianym szalem rzuciłem od niechcenia w ich kierunku. - Witam, witam. - Już się rozbijasz nowymi samochodami. – jak zwykle bezczelny Filip. - No, nie takimi nowymi, ale tak rozbijam się i to nie tylko nim. - Przyszła decyzji z kurii. - Nie, ale w telewizji mówili mi że jestem pewniakiem więc co będą pieniążki nudzić się na koncie. Kredyty drodzy państwo, kredyty. - Chyba tak wzbogacony człowiek nie odmówi kolejki wszystkim swoim znajomym. – domagał się swego Zbyszek, zawsze chętny do toastów. - Tobie, nigdy. – powiedziałem śmiało już wołając barmana by nalewał.
Zbyszek dość niemrawo siedział przy barze trzymając w dłoni szklaneczkę jakiegoś alkoholu. Patrzył leniwie na salę na starających się tańczyć na paru metrach kwadratowych samobójców, na śliczne dziewczyny siedzące same na drugim końcu sali, czy na swoich znajomych. Obrazy mu się zaczęły zlewać, ze zmęczenia z przepicia. Zauważywszy mnie kiwnął ręką zapraszając na jednego. Dwa kieliszki pełne wódki czekały na chętnych. - Pij, dobrze schłodzona. – powiedział. - Zbyszek może być przystopował. - Po co, z czym. – wydawał się nie rozumieć mojego pytania, przecież nie robił nic złego. - Wiem, że taka zabawa może być wciągająca, ale chyba na dzisiaj wystarczy, chcesz się upić. - A co mi innego zostało. Jesteśmy w końcu w knajpie. - Ale ile razy cię widzę gdzieś wieczorem to nie stronisz od tego. - Wychodzę wieczorem by się napić i tyle. Zobacz, po co ludzie przychodzą do takich miejsc, aby się bawić prawda. Tańczą, albo piją. Ja i taniec to dwa różne bieguny. Tańczyć można samemu jak debil, lub z kimś, ale żeby z kimś zatańczyć trzeba z nim przyjść. I tu pojawia się problem. - Chłopie tyle fajnych dziewczyn. - Tak, taka Lilka na przykład. Fajna, ale nie dla mnie. Im bardziej wyzywająca bym bardziej się jej boję. – zaczęło się smęcenie lekko podpitego kawalera, który chciałby ale bał się. Jedyną radą jest wysłuchać go. - Ty masz naprawdę problem. Dlatego pijesz? - Przestań, przez kobiety. Jeśli wychodzę to chcę się zabawić. Jeśli wychodzę bez partnerki to muszę się bawić sam i wtedy nie kończy się na ginie z tonikiem. To taki substrat. - Substrat zabawy, czy kobiety. - Jednego i drugiego, równie dobrze potrafi zakręcić, a po fakcie i tak źle się czujesz. Dlatego wódeczka jest tak miłą mi przyjaciółką. - Zakochałbyś się człowieku. - Kiedy, w kim, po co. Ja nie mam czasu. O popatrz na mój grafik, kalendarz, od deski do deski zapisany. Gdzie ja tu zmieszczę kwiatki, duperele, bombonierki. Trzeba dążyć do celu, już za dwa lata poseł, a później może i Minister Sprawiedliwości. Taką partią na męża żadna nie pogardzi. Wtedy zobaczymy, za jakieś dwa, trzy lata. - Gdyby tylko wpadła tu telewizja i zobaczyła ciebie pijącego, koniec z karierą. - Nie ośmielą się. A poza tym większość ludzi chciałaby posła z ludu wziętego, trochę takiego jak oni sami. No przecież nie jesteśmy święci. A poza tym ja jeszcze jestem w młodzieżówce. - A czas płynie... - Wiem, dlatego muszę podlizywać się każdemu dupkowi, aby w najbliższych przedterminowych wyborach wystawili mnie na liście, nawet na piątym miejscu. - Będziesz grzał ławę. - Lepiej tak, niż rozdawać ulotki, czy pieprzyć się z Radą Miejską. Tam też mnie nie wystawili na dobrej pozycji i widzisz, bezrobocie. - To może skończyłbyś wreszcie te swoje studia. - A po co, polityka bracie, to jest przyszłość. - Po co mu studia i tak między jego studiami a nazwą tej partii jest niepokojąco bliski związek. – wtrącił się w naszą intymną rozmowę dwóch mężczyzn po kielichu Grzegorz. - Odpieprz się, dobra!!! – ostro zareagował Zbyszek. - Chłopaki, „make peace not war”. – trzeba było jakoś załagodzić tą atmosferę. Właśnie jej tu brakowało. Lilii, blondynki o dziewczęcym głosie, która mogła złagodzić obyczaje nawet pijackiej rozmowy. Subtelna, acz wyzywająca niekiedy, potrafiła zawsze coś powiedzieć, choćby nie na temat. - Tutaj potrzeba chyba kobiety. – rzuciła. - Bezdyskusyjnie. - No co tam. Jakoś cicho w tej knajpie. – powiedział Grzesiek, który zawsze starał się sprzedać swoją umiejętność gry na niejednym instrumencie. - Tam stoi pianino, ale zapewne to atrapa. - Na drzwiach mnie wita imię znakomitej jazzowej śpiewaczki, a tu grobowa cisza. Wszak bidulka już nie żyję ale muzyka. Jak mowa o muzyce, to musiałem im się z jednego zwierzyć. - Mnie po głowie chodzi ostatnio pewna piosenka. Trochę stara. - Starym ludziom chodzą po głowie stare kawałki. – wybełkotał Zbyszek - „Moon River”. – dźwięczna nazwa od razu przypominająca pierwsze nuty. - Znam to skądś poczekaj... – zastanawiała się Lila. - To z filmu. – uprzedził ją Zbyszek, odzyskujac resztki świadomości. - „Śniadanie u Tiffaniego” - Bingo! – rzeczywiście czegoś słuchają, oglądają stare filmy z czasów kiedy ich, jak i mnie na świecie jeszcze nie było. Taką szkołę dało nam „W starym kinie”. - Rzeczywiście stare. – tak, początek lat sześćdziesiątych. - Ale piękne. – miałem nadzieję, że Grzesiek to powie, był jedynym który znał się na muzyce. - Jak i sam film. - Jak i sama Hepbern. - Właśnie. Wciąż chodzi mi po głowie ta niesforna panna Golightly - Piękna kobieta. – szepnął Filip. Nie mogłem się z nim nie zgodzić. - Najlepsza, zadziorna, zabawna i zniewalająca, szczególnie dzięki spojrzeniu. - Chłopaki... – na to wszystko odezwała się Lila. - Co, dziwne, że w tym samym czasie mieliśmy dwa odrębne symbole piękna, chyba nikt nie pamięta, że Audrey też śpiewała Kennedyemu: „Happy birthday to You”. Oczywiście po... – mówił Grzesiek. - M.M. - Tak z jednej strony słodka idiotka, z drugiej dziewczynka z bajki. Sexsymbol XX wieku i tajemnicza brunetka z Europy. Dwa inne światy. - Takie role... gdy się jest kochanką reżysera nic dziwnego. – skwitowała moje słowa Lila. - Ale swoją drogą to Merlin była za gruba. - Ej, przestań, jej 90-60-90 są nadal moim celem w życiu. - Gratuluję calów. Ale dam się pociąć, ona na ekranie wygląda grubo. - Ekran pogrubia. - Za dużo Facion TV, Grzesiu. - Wyobraź sobie ją w „Pół żartem pół serio” w rozmiarach Twiggy. Nikt by wtedy tego nie oglądał. – aż dreszcze mnie przeszły po takim porównaniu. - A dla tych dwóch komików. - Nie oszukujmy się piosenka w wagonie z mandoliną wypadłaby blado. Co innego gdyby zagrała ją nasza Lila... – rzuciłem. - Oczywiście, tylko dla ciebie. – blondynka z zawadiackim uśmieszkiem odpowiedziała mi. Podeszła do Grzesia, który wołając się kelnerki zapytał: - Przepraszam czy to pianino robi tu tylko za dekorację. Nie. Więc mogę na nim coś zagrać. Dzięki. - Nie mam tylko mandoliny. - To było bandżo. – beknął Zbyszek chcąc rozbić atmosferę, ale mu się nie udało. Lila stanęła na środku sali, wokoło my – fani zerkający na każdy jej gest, wyraz twarzy a może filuterny ruch brwiami za który mężczyźni by mdleli. W końcu wyliczając rytm strzelając palcami zawołała do pianisty. - Graj Grzesiu.
Nie o sam śpiew tu chodziło, lecz o taniec. Lila przedmiot zazdrości mojej słodkiej Francuzeczki to zaprzeczenie wszelkich mód. Krągła i powabna , potrafiła zatańczyć tak aż ciarki po plecach przechodziły, kręcąc biodrami ku skuszeniu każdego mężczyzny przebywającego wtedy w knajpie. Nie myliła kroków, zdawać się mogło, że nie potrzebowała żadnej choreografii, to wszystko było w niej. Te zmysłowe ruchy, zadziorny wzrok, czy kiczowato czerwone usta. Po prostu Merlin, jak żywa. Niebieskie oczy pełne polotu i dziewczęcości, takie świecące, nie wiadomo czy od emocji i szczęścia, czy już zbyt często opróżnianego kieliszka. Wystarczyłoby ją poprosić, by zdjęła buty i tańczyła na stole, a zapewne z miłą chęcią uczyniła by to, tak ją to bawiło. Blond włosy spadające od czasu do czasu na czoło, odrzucane dmuchnięciem, ale tylko w chwili pauzy. Taniec w żaden sposób nie przeszkadzał jej w śpiewie. A śpiew ten nie był wcale gorszy do tańca. Sala zapełniła się po brzegi, każdy chciał zobaczyć, a przy okazji usłyszeć Lilę. Ludzie z ulicy przyglądali się dość niemrawo całemu wydarzeniu, było to dla nich coś niezwykłego, a przecież to tylko występ blondynki przy akompaniamencie pianisty. Niektórzy rzucając okiem przez witrynę uśmiechali się wymownie, lecz nie wchodzili do środka. Kelnerka, która chyba żałowała swej pochopnej decyzji o dopuszczeniu Grześka do klawiatury pianina, patrzyła nerwowo czy ten happening nie przerodzi się w coś nie do opanowania, ale goście bawili się przednio. Nie mieli wcale zamiaru wychodzić. Ile czasu można gadać przy smętnych melodiach lecących z taśmy. Potrzebowali życia, a Lila im je dawała, ciągnąc dalej melodię...
*** Filip na dłużej rozgościł się w domu Bernarda. Bez oporów sięgał do lodówki i sypiał całymi dniami przed włączonym telewizorem. Odbierał również telefony przedstawiając się albo swoim nazwiskiem albo jako sekretarz pisarza. Już tak wysoko cenił siebie jak i swego znajomego. Był wtedy pogodne przedpołudnie piątkowe i jak zwykle zanim Filip wstał główny lokator zdołał już wyjść. Być może nawet nie wrócił na noc, po prostu mieszkanie było puste. Nie można było zdążyć z dobrym przeciągnięciem się, gdy zadzwonił telefon. Bernard – z przeprosinami, że nie wrócił na noc, jak do swojej kobiety, czy może ktoś zupełnie obcy, pomyłka. Denerwujący dzwonek dźwięczał przez dłuższą chwilę za nim Filip obudził się do końca I podniósł słuchawkę. - Słucham. - Czy to Bernard Żebrowski. Filip spoważniał, nie ma co, trzeba grać sekretarza. - Nie tu jego sekretarz, pana Żebrowskiego akurat nie ma. - Acha, dzwonią z wydawnictwa „Znak”. Kapituła konkursu zapragnęła poznać głębiej pana Żebrowskiego. Chcielibyśmy dzisiaj z jego eminencją wpaść do państwa z krótką rozmową. - Musiałbym zadzwonić do zainteresowanego - To dla nas ważne I pewnie dla pana Żebrowskiego też, jeśli to poważny człowiek. A więc? - Dobrze, kiedy państwo chcą przybyć? - Popołudniu, dzisiaj. - Tak szybko! - Czy to jakiś problem. - Nie skądże. - Więc do zobaczenia. - Tak, do widzenia.
Błyskawicznie po odłożeniu słuchawki Filip zaczął wykręcać numer do Bernarda, byle tylko nie wyłączył komórki co zdarza mu się często robić. Pierwszy sygnał głuchy, drugi, również, w końcu ktoś odbiera. - No gdzie ty się szlajasz. - Co, słucham… - nie zrozumiałem tego bełkotu Filipa. - Nie rozumiesz, wracaj do domu. Dzwonili z Kurii. - Skąd? - Popołudniu masz być na miejscu. Nie wygłupiaj się lepiej. - Ale ja naprawdę nie mogę dzisiaj. Kto cię upoważnił do tego. - No nikt. – speszył się. - Filip może czas najwyższy poszukać sobie nowego, własnego mieszkania – położyłem akcent na „własnego”. - Oni mówili, że to konieczne. - Ale ja się nie rozdwoję. Daj mi coś abym był w dwóch miejscach jednocześnie. Wpuść ich grzecznie, pozwól dokonać wizji lokalnej, a ja postaram się zdążyć na czas. - Na pewno wszystko masz w porządku, do niczego się nie przyczepią. - To nie będzie Święta Inkwizycja. – po ciszy jaka po tych słowach nastała zacząłem zastanawiać się, czy Filip naprawdę nie przeraził się tym telefonem jak Świętej Inkwizycji.
Im bardziej zbliżał się czas nadejścia „inspekcji” bym bardziej nerwowe były ruchy Filipa. Co chwilę zaglądał przez judasz czy przypadkiem Bernard nie wraca. Wyczekiwał go jak żona z obiadem, wiecznie niezadowolona, gdy mąż spóźni się choć o pięć minut. Tu jednak sytuacja była o wiele poważniejsza, chodziło o kasę. Filip nie mógł zrozumieć nonszalancji znajomego, który nie potrafi zadbać o własne finanse. Dopijając już trzecią kawę, z przerażeniem usłyszał ten odgłos. Dzwonek do drzwi. - Cholera już są, a jego nie ma. Co on sobie wyobraża. To on ma się dostosować do nich a nie na odwrót. Podbiegł do drzwi, otworzył je. Za progiem stały dwie osoby, duchowna zachowująca powagę i wstrzemięźliwość w słowach i jakiś świecki. Zapewne osoba z wydawnictwa. - Przepraszam czy zastaliśmy pana Żebrowskiego? – rzekł dostojnie duchowny. - Niestety nie, ale proszę do środka, zapewne zaraz przyjdzie. A ja jestem jego sekretarzem i wszystko mogę przedstawić. - Sekretarzem? To on się już dorobił sekretarza. Przecież to debiutant. - Mamy nadzieję, że pan Żebrowski zaszczyci nas swą obecnością. – dorzuci swoje trzy grosze redaktor. Po tych słowach ksiądz oddał inicjatywę świeckiemu. - Jeśli państwo są czegoś szczególnie ciekawi to proszę pytać, może będę mógł odpowiedzieć. – Filip lekko podenerwowany starał się jakoś ratować sytuację. - Tak z drugiej ręki... - Z konieczności. - Chcielibyśmy się trochę rozglądnąć. W jakim towarzystwie, jakiej atmosferze mieszka nasz kandydat. Rozumie pan taka nagroda nie może trafić do człowieka anonimowego, może i niebezpiecznego dla Kościoła. Nie chcielibyśmy popełnić błędu. – przemówił ksiądz. - Więc proszę... oto jego miejsce pracy. Nic nie ma do ukrycia. Może napiją się państwo czegoś? - Kawy... a pan panie redaktorze. - Ja dziękuję. Filip musiał z konieczności zostawić gości samym sobie. Oni nie usiedli, lecz skrzętnie przyglądali się każdemu meblowi i bibelotom porozrzucanym po całym mieszkaniu. W końcu byli tu jako wysłannicy Kościoła, czuli się swobodnie. Największe zainteresowanie wzbudziła oczywiście leżąca na centralnym miejscu w pokoju maszyna do pisania. Miejsce pracy artysty koniecznie musiało być sprawdzone. Redaktor pochylił się nad Remingtonem, w którym była nie zapisana do końca kartka, najwyraźniej artysta nie skończył. Wyciągnął ją i zaczął czytać, z przerażeniem. - Co to jest? - Ponoć miejsce pracy. – rzucił nieświadomy powagi sytuacji ksiądz. Zabytkowa maszyna i jeszcze pisze. Jest jakiś rękopis? Rzuciłbym okiem na warsztat twórcy. Boże, co to jest! - Obawiam się, że postmodernizm. – słowo równie straszne w ustach gorliwego co Sodoma. - Weź pan to, to jakieś świństwa. Na to wszystko do pokoju, z kawą oczywiście, wszedł Filip,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil tomarz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…