Wróć do katalogu

Mordercą zawsze jest szofer, część III

Nudne śledztwo i parę nowych faktów.

maglarz, opublikowano , 28 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Odtworzenie sytuacji z nagrania nie było rzeczą prostą. O ile obraz z dwóch pierwszych kamer nie pozostawiał wątpliwości, o tyle przy trzeciej trzeba było się namęczyć i wysilić wyobraźnię. Wyobraźni zaś pomagały fizyczne narzędzia, takie jak ołówki i notesy, które spełniały swoje zadanie w rękach dwóch młodych policjantów. Chociaż Marek znał to nagranie, musiał obejrzeć je ponownie, tym razem dokładnie, robiąc notatki. Zmieniły się też okoliczności. Nową magiczną godziną była pierwsza trzydzieści. Wnętrze Manekina, oświetlane kolorowymi światłami, przypominało hotelowe dansingi z lat osiemdziesiątych, było dość eleganckie i proste zarazem. Długi bar, a za nim dwóch barmanów z tradycyjnymi muchami przy kołnierzach, niebieska podłoga, na niej różnej wielkości stoliki, krzesła, fotele i kanapy, oraz dosyć spora powierzchnia do tańca. Odwiedzający lokal to głównie ludzie koło trzydziestki. Wszyscy mężczyźni byli ubrani w garnitury lub mniej oficjalnie, w dżinsy i marynarki. Wydawało się, że to właśnie marynarka jest wymogiem tego klubu. Marek rozpoznał kilka osób, które przesłuchiwał. Pierwsza kamera łapała wejście i kilka stolików. Była dla Marka punktem zaczepienia. Liczył ilość wchodzących osób i, na ile pozwalała jakość obrazu, odnotowywał ich wygląd. Druga ogarniała pozostałe miejsca siedzące i bar. Nie było tam nic specjalnego. Goście siedzieli i rozmawiali, popijali drinki, znikali z ujęcia, by pobawić się na parkiecie. Trzecia, tajemnicza, być może decydująca o wszystkim, kamera zostawiała pole do interpretacji. Marek oczywiście na nią zwracał największą uwagę i zastanawiał się, co chciała mu powiedzieć. Patrzył w ekran monitora, badał tańczące osoby poruszające się w rytm muzyki, której nie słyszał. Tak, właśnie to był przekaz ostatniej kamery. Miejsce do tańca, i to nie całe, bez ujęcia drzwi do toalety. To był największy mankament całego nagrania. Kiedy ktoś znikał z kadru, mógł niewinnie tańczyć gdzieś obok, stać pod ścianą, albo dziurawić nożem brzuch faceta w kabinie. Film był słabej jakości, co mocno utrudniało sprawę, ale Marek nie zrażał się takimi rzeczami. Już na samym początku wychwycił kilku mężczyzn podobnych do Krońskiego i właśnie ich najpilniej śledził wzrokiem. Było ich dokładnie czterech. Każdy przyszedł o innej porze i w innym towarzystwie, a jednak pasował budową, ubiorem i kolorem włosów do ofiary. Kiedy zegar kamery wskazał kilka przed pierwszą, jeden z nich opuścił lokal z wysoką brunetką. - Jeden z głowy - stwierdził Sadowski. Zainteresowanie wzbudzał pewien osobnik zupełnie nie pasujący do reszty gości. Był to młody mężczyzna o brązowych włosach, który przyszedł sam, prawie równo o wpół do pierwszej. Zamówił coś i usiadł przy barze. Rozglądał się po sali, jakby kogoś szukał. Nie wyglądał na stałego bywalca. Po kilku minutach przysiadła się do niego jakaś kobieta i rozpoczęli rozmowę. - Ty, popatrz - odezwał się Marek - Jak mogliśmy nie zwrócić na niego uwagi wczoraj? - Rzeczywiście podejrzany. O, właśnie odwrócił się do kamery. Zatrzymaj... Da się zrobić zbliżenie? - Ta, ale słaba jakość. No nic, czekaj. zapiszę to na dysku. - Dobra, oglądamy dalej. Marek czuł coraz większe podniecenie, w miarę zbliżania się odczytu zegara z kamery do pierwszej trzydzieści. Podejrzany osobnik poszedł w stronę toalety, sam. Była pierwsza trzynaście. Po trzech minutach jeden z potencjalnych Krońskich, w towarzystwie brunetki w zielonej sukni, podniósł do ucha telefon komórkowy. Marek zatrzymał obraz. - Pierwsza szesnaście na kamerze - zaczął. Wziął z biurka listę bilingów. - Pierwsza siedemnaście, ostatnia rozmowa. To na pewno on. - Możliwe, minuta to niewielka różnica. Obstawiam, że to kamera się późni. - Zobaczmy, co zrobi. Mężczyzna po zakończeniu rozmowy poszedł w kierunku toalety i nie wychodził przez parę minut. O pierwszej dwadzieścia według kamery osobnik z brązowymi włosami opuścił lokal. - Ten od telefonu nie wraca. - zauważył Sadowski. - To by wskazywało na to, że jest tym prawdziwym Krońskim. - A podejrzany facet jest prawdziwym mordercą. Dla pewności obejrzeli nagranie do końca. Kolejny mężczyzna podobny do ofiary koło drugiej w nocy wpadł na pewną kobietę, poszedł do toalety i opuścił lokal kilka minut później. Ostatni siedział w towarzystwie kilku osób. Musiał się dobrze bawić. Pił dużo, dużo się śmiał i dużo tańczył. - Przypomniałem sobie. - powiedział Marek - Rozmawiałem z nim - to jakiś facet od nieruchomości. - Mówił coś ciekawego? - To, co wszyscy. - No dobra, zróbmy zbliżenie tej panny, co gadała z Krońskim. Nie zaszkodzi też osób, które mogły być w kiblu, czyli zniknęły z nagrania numer trzy, powiedzmy... od pierwszej piętnaście do pierwszej dwadzieścia. - Okej, chociaż i tak jestem pewien, że to ten podejrzany typ. Na ekranie przewijały się kolejne zdarzenia. Kwadrans przed trzecią jakiś facet szybkim krokiem podszedł do barmana. Obaj na chwilę zniknęli z ujęcia, a potem barman poszedł na zaplecze. Kilka osób opuściło lokal. Dziesięć minut później pojawiła się grupa policjantów. Marek w jednym z nich rozpoznał siebie.

Aneta spędziła kolejny dzień przy książce. Czuła, jak całkowicie pochłania ją to zajęcie. Poprawiła poprzednie rozdziały i dopisała kilka nowych. Ponad połowa powieści była już gotowa. Choć starała się nie wspominać morderstwa ani nieporozumienia z Martą, jakieś wstrętne, nieczyste myśli wkradły się do jej duszy. W każdej napotkanej osobie widziała potencjalnego zabójcę, w nocy przychodziły koszmary, w dzień pesymizm i podejrzliwość. Nie wierzyła nawet Marcie, najlepszej przyjaciółce. Zauważyła jak stos kartek na biurku powiększył się. Ile to razy już słyszała, żeby przerzucić się na laptopa, że to wygodniej, że można poprawiać błędy bez kreślenia i pisania od nowa. Ale co to by było za pisanie! Bez zużytego ołówka i starej temperówki, bez kartek papieru. Technologia tylko zbezcześciłaby to staromodne miejsce, a w innym nie czuła się równie dobrze. Miała zresztą i pokój z komputerem, z którego korzystała sporadycznie. Marta gdzieś zniknęła. Nie wiadomo gdzie, ani z kim, po prostu rzuciła „cześć” i wyszła. O co tak właściwie chodziło? Aneta czuła, że przyjaciółka nie jest z nią szczera. „Widocznie usłyszałam rozmowę policjantów w Manekinie” - tłumaczyła się. Robiła to jednak na tyle niezdarnie, że na kilometr czuło się kłamstwo. Wiedziała coś ważnego, czego nie chciała ujawnić. Ale myśli Anety były skierowane nie tylko w jej stronę. Nie mogła zapomnieć młodego oficera, który przyszedł poprzedniego dnia. Wcale nie był przystojny, ani elegancko ubrany, a jednak miał w sobie coś, co nie pozwalało o nim zapomnieć. Jakiś zapał, jakąś wewnętrzną siłę, to spojrzenie, i uśmiech. Uśmiech, który mógł czynić cuda. Tymczasem stępiony ołówek trafił na kolejną kartkę i rozpoczął nowy akapit: Młody oficer przewiercił wzrokiem świadka i po chwili wydał w myśli werdykt - to kłamca.

Marek nie próżnował. Z samego rana wykonał kilka telefonów i właśnie przebywał ponad dwudziestokilometrową trasę na spotkanie z osobą, która mogła pomóc w śledztwie, osobą z dużym doświadczeniem i policyjnym instynktem. Był to pięćdziesięciokilkuletni nadkomisarz Sławiński, jego były przełożony. Czerwone światło zniknęło, a po nim zapaliło się zielone. Marek wytarł z czoła świeże krople potu. W samochodzie było gorąco, zbyt gorąco, by mógł cieszyć się wspaniałym słońcem i nowym tropem w śledztwie. Przeklinał w duchu służbowego fiata Punto bez klimatyzacji. Znajomy ze skarbówki obiecał jak najszybciej prześwietlić Krońskiego. Może był oszustem, zaniżał dochody, unikał płacenia podatków? Może o to właśnie chodziło? O jakieś przekręty finansowe? Przecież zabójstwo nie było przypadkowe. Zastanawiającą sprawą było ostatnie połączenie. Ustalono, że wykonano je z konta na kartę, jaką można kupić w każdym kiosku. Rozmowa trwała dwanaście sekund. Od tamtego czasu numer nie odezwał się w sieci. Ktokolwiek to był, przemyślał dobrze swoje poczynania. To nie była amatorszczyzna. Marek usłyszał za sobą odgłos klaksonu. Już od pewnego czasu był rozkojarzony. Ta sprawa kosztowała go kolejną bezsenną noc. Przeszło mu przez myśl, że stwarza zagrożenie na drodze. On, policjant, stróż prawa. Przycisnął pedał gazu i ruszył do przodu. Zrobiło się jakby chłodniej. Skręcił w boczną ulicę i wjechał na parking otoczony ceglanym murem. Miał szczęście. Było jeszcze kilka wolnych miejsc w cieniu. Zatrzymał się pod potężną koroną klonu i wysiadł z samochodu. Widok, jaki miał przed oczami, przywołał mu piękne wspomnienia, wspaniałe obrazy z przeszłości. Nic się nie zmieniło, od kiedy był tu ostatnio. Ten sam potężny budynek z cegły, te same ciężkie, stalowe drzwi, nawet słońce wydawało się świecić dokładnie tak, jak wtedy. Czas nagle cofnął się o trzy lata i Marek znów młodym absolwentem wyższej szkoły policyjnej, jeszcze raz przeżywał swój pierwszy dzień pracy, czuł to samo podniecenie i, tak samo jak trzy lata temu, był spóźniony. Szybkim krokiem podszedł do masywnych, uchylonych drzwi i wszedł do środka. Te same, jakby nastawione, figury ludzkie, jedne w policyjnych mundurach, inne nie, niektóre poruszające się szybko, niektóre powoli, jednak każda z nich znała dokładnie miejsce w tej machinie, a całość działała sprawnie i bezawaryjnie. Marek przywitał się ze starym strażnikiem, wszedł po schodach i skierował się w stronę właściwych drzwi. Zapukał, i nie czekając na odpowiedź wszedł do środka. Mógł sobie na to pozwolić, jako jeden z niewielu. W przestronnym pomieszczeniu panował nieskazitelny porządek. Wszystkie okna były zasłonięte, oprócz tego najbardziej w głębi. Pasiaste światło pokrywało tylko biurko i fragment zielonej, miękkiej podłogi. Przy nim właśnie stał pan i władca pokoju. - Cześć, Marek - powiedział. - Dzień dobry, panie Janku. Mógł oszczędzić sobie formalności. Kiedy nikt nie słyszał, nadkomisarz Sławiński był tym samym sąsiadem z drugiego piętra, przyjacielem taty, a Marek - urwisem, który podglądał liczniki w samochodach. - Słyszałem, że dostałeś niezłą sprawę. Jak sobie radzisz? Nie zmienił się ani trochę. Był wysokim i pulchnym, lekko łysawym mężczyzną, o wesołej twarzy z uśmiechem sprzedawcy waty cukrowej, typem urody, który nigdy się nie starzeje. - Nic się przed panem nie ukryje - odparł Marek. - Jakoś leci. - Jak zwykle, skromny. - Podobno ma pan informacje, które mogą mnie zainteresować. - Tak. Siadaj, pogadamy sobie. Coś do picia? Marek przysunął do biurka drewniane krzesło i usiadł na nim tak wygodnie, jak tylko mógł. Jego rozmówca nadal stał przy oknie i co chwila spoglądał gdzieś, daleko przed siebie. - Nie, dziękuję. - Od razu do rzeczy? A ja chciałbym poplotkować. Obiecałeś odwiedzać mnie, a tu co? Zapomniałeś o starym szefie? - No, byłem trochę zajęty... - Przestań. Ja całe życie jestem zajęty i jakoś mam czas dla żony i czterech kochanek. - powiedział z uśmiechem. - Widzę, że praca pochłania cię całkowicie. Wszystkie dowody są przeciwko tobie. Podkrążone oczy cię sypnęły. - To tylko parę nocy. Odeśpię to. - Kiedy? Dziś jest poniedziałek. Ciekawie spędzasz weekendy. Aż strach pomyśleć, co porabiasz w ciągu tygodnia. Chyba, że się mylę i jakaś panienka tak cię wymęczyła. Jeśli tak, to przepraszam. - Można tak powiedzieć. Ma na imię sprawa morderstwa w Manekinie. - Tak myślałem. Dobry z ciebie chłopak, ale jeszcze nie do końca rozumiesz pracę policjanta. Wiesz, po co z pieniędzy podatników ileś tam idzie na twoją pensję? - Żebym zamykał złych ludzi i chronił dobrych? - Właśnie. A zmęczony i przepracowany na nic się nie przydajesz. Trzeźwość umysłu to podstawa. - Nic się pan nie zmienił. - Bo nie chcę się zmieniać. - Sławiński podszedł do biurka i usiadł na miękkim, fotelo-podobnym krześle. Skierował swoje wesołe, zielone oczy w kierunku Marka. - Mówię ci to jako przyjaciel i bardziej doświadczony policjant. Nic nie zdziałasz w takim stanie. Tylko marnujesz zdrowie. No, ale przynudzam, zgadza się? - Tak. - odparł Marek bez skrępowania. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że Szcześniak dał tobie i temu drugiemu sprawę morderstwa. Ostatnio stawia na młodych, nie? Wiesz, że nie możesz spieprzyć roboty? To nie jakieś tam włamanie i kradzież telewizora. - To mnie wezwali o trzeciej w nocy. Coś mi się za to należy, nie? - Tak sam z siebie się zgodził? - Trochę go musiałem namawiać. - Zuch chłopak. Jak wiesz, zanim dostałem ten pałacyk na zadupiu, pracowałem tam, gdzie ty teraz. Miałem pewną ciekawą sprawę. Chodzi o narkotyki w Manekinie. - Nie wiedziałem, że ten klub już wtedy... - Tak, to stary lokal, i dosyć znany. Pamiętam, jak za niedobrej komuny chodziłem tam z moją Kasią na tańce... No, nieważne. W każdym razie wtedy mówiliśmy na to dansing, a w nazwie nie było żadnego manekina, ani innej kukły. Po zmianie ustroju zmieniło się to i owo, o czym pewnie wiesz z filmów. Wiele sklepów, lokali, i tak dalej, przechodziło w prywatne ręce. Klub, jak wy to teraz nazywacie, miał kilka właścicieli i nazw. - A co z narkotykami? - No właśnie. Kilka lat temu jakiś facet kupił ten lokal. Po jakimś czasie wypłynęła sprawa narkotyków. Właściciel potem tłumaczył się, że nic nie mówił, bo mu grozili, podobno nawet wymuszali haracz. - Był czysty? - Mógł maczać w tym palce, ale nic na niego nie mieliśmy. - A jak zakończyła się ta sprawa? - Nijak. Wyłapaliśmy paru dilerków, ale nie sypnęli swoich szefów. Siedzą tam gdzieś pewnie, albo już wyszli za dobre sprawowanie. Sprawdzaliśmy potem klub raz czy drugi. Wszystko było w porządku. Widocznie odpuścili sobie to miejsce. - To mogą być ważne informacje. Dziękuję, że pan zadzwonił. - Daj spokój, sam byś na to trafił, prędzej czy później. Ale lepiej prędzej, nie? - Wiadomo. - To co? Jak już sprawy służbowe mamy za sobą, to pogadamy prywatnie? - Chciałem jeszcze... - O nie. Nie będę za ciebie wykonywał roboty. Podałem ci parę informacji. Zrobisz z nimi, co chcesz. - No dobra, to jak się panu pracuje na tym zadupiu? - Dobrze, nie żałuję, że mnie tu przenieśli. Za stary jestem na pracę w dużym mieście. Niedługo przejdę na emeryturę. Mówiłem ci…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych