Wróć do katalogu

Może w Następnym Życiu

Gdy umieramy nasza legenda nie umiera... Jedno życie nie kończy tego bezsensownego obiegu świata. Nasze życie jest niczym w porównaniu z całym wszechświatem, a wszystko co robimy możemy kontrolować... Niestety tylko prowizorycznie, bo wysoko nad nami

Sitek, opublikowano , 53 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Pierwszy - Nathran

Powoli otwierał oczy. Robił to tak jakby samo podnoszenie powiek sprawiało mu tyle trudu, co uniesienie tony drewna na opał. Miał do tego jednak prawo po tym, co wcześniej go spotkało. Ujrzał już dokładnie gdzie się znajduje. Na pierwszy rzut oka zląkł się, bowiem był w cudownym pomieszczeniu, zdobionym ślicznymi kwiatami przy oknach i cudnymi malowidłami na ścianach. Na pobliskiej komodzie leżała misa z przezroczystą cieczą, a wygodna pościel otulała jego ciało w tak delikatny sposób, że prawie jej nie czuł. Ale któż był koło niego. Na drewnianym krześle zaraz przy pryczy spoczywała młoda dziewczyna, o słodkiej twarzy. Oczy jej pełne radości, o brązowej barwie, ślicznie pobłyskiwały przy jaskrawo brązowych, długich do ramion i delikatnie kręconych włosach. Niczym cudna muza i wysłanniczka Apollona, nuciła delikatnym i spokojnym tonem melodię, która spoczywającego mężczyznę otulała i pieściła. Teraz dziewczę spojrzało dokładnie na zbudzonego towarzysza. Sięgnęła po szmatę leżącą w misce, namoczyła ją dokładnie, po czym wykręciła ją starannie nad naczyniem i położyła delikatnie na czole mężczyzny. Ten chwycił jej dłoń bardzo słabo i spojrzał dokładnie w jej oczy. Można było już ujrzeć w nich lekkie przerażenie. -Kim... Kim ty jesteś? - wymamrotał dosyć słabo mężczyzna. -Ty nie mów. Ty odpoczywaj. Ty odniosłeś poważne rany - otrzymał w odpowiedzi, po czym trochę się zdenerwował. Wstał szybko, lecz gdy zauważył, iż jest nagi szybko wrócił do pryczy. Trochę przerażony nie potrafił poskładać do jednej całości tego, co działo się z nim ostatnimi czasy. -Co ja tu robię? - wymamrotał z wielkim zdziwieniem, co chwila przecierając oczy. -Ja już idę. Wieczorem odwiedzi cię mój Ojciec - rzekła niewyspana, jak się dało teraz zauważyć dziewczyna, po czym znikła za zasłoną zrobioną z kolorowych korali nawleczonych na pasy słomy. Teraz w spokoju wstał i odział leżące na stoliku obok ubranie. Bardzo czyste i zacerowane w odpowiednich miejscach sprawiło, że mężczyzna zaczynał wyglądać na kogoś wpływowego i silnego. Na dnie ubrań leżała jeszcze mała kolczuga. Ten nie zwrócił na nią jednak zbytniej uwagi i udał się do wyjścia. Gdy tak dochodził do drzwi, oczy jego zauważyły wiszący przy kawałku lustra wisiorek. Boki jego całe wydawało się ze złota, a kształtem przypominał małą błyskawicę, wewnątrz wyścielaną szafirem. Jak ślicznie prezentował się w tym ubogim miejscu. Aż zadziwiała ta sytuacja mężczyznę. Ruszył dalej. Wychodząc przez prowizoryczne drzwi z słomy stanął na wielkim tarasie. Cały był wykonany z drewna, utrzymując całe domostwo wysoko nad zbiornikiem wodnym. Całość była jakby przywieszona na bardzo masywnej skale, a naprzeciwko widniał podobny budynek. To samo było po każdej stronie. Teraz mężczyzna wiedział, że znalazł się w takiej oto osadzie gdzie ludzie mieszkają w domach wbudowanych w skałę wysoko nad wodą. Gdyby nie położenie budynków nie różniłyby się one niczym praktycznie od innych domów w większych i bardziej cywilizowanych wioskach. Ale skąd on to wogule wiedział... Mężczyzna rozglądał się jeszcze długo i wypatrzył zaledwie jedną osobę, jaką była młoda kobieta przenosząca towar w drewnianym koszu z jednego domu do drugiego. Była dosyć skąpo odziana, przy zaledwie jeden krótkiej sukni i bransoletą na ręce. Boso stąpała, przez cała drogę nie zwracając uwagi na obserwatora. W pewnym momencie mężczyzna w końcu wrócił do swej pryczy, wiedząc, że jedyne co może robić to czekać na obiecane mu odwiedziny ojca owej dziewczyny, która wydała mu się bardzo atrakcyjna i miła. Dziwne było że nie potrafił sobie przypomnieć jaki jest jego cel w przesiadywaniu tutaj. Zastanawiał się jak tu trafił. Przed oczami widniała mu tylko twarz dziewczyny przy której wcześniej się zbudził i tajemniczej, pięknie zdobionej błyskawicy.

Dziwnego mężczyznę zbudziła ponownie ta sama dziewczyna. Tym razem nieco wesołą miną spoglądała na przebudzającego się lokatora. Tuż za nią stał dobrze zbudowany i nadludzko wysoki mężczyzna. To zapewne był ojciec dobrodusznej dziewczyny, bo nawet jego mina była na podobieństwo córki. -Ech... A więc tak wygląda bezbronny siłacz... Cóż mam powiedzieć, przedstaw się - zaczął najstarszy i najwyższy zarazem w towarzystwie. -Kim... ja? - zaczął powoli przecierający jeszcze oczy - ja... nie bardzo rozumiem co tu... robię - dodał zaspany i spojrzał na otaczające go postacie. -Nie wiesz kim jesteś? Jak można nie wiedzieć kim się jest?! - rzucił nieco rozśmieszony tutejszy mężczyzna. Spojrzał jeszcze dokładniej na przybysza. Teraz dojrzał jego bliznę na jego lewym uchu. Wypalony tam został bowiem znak błyskawicy, taki sam jak na jego naszyjniku. -Ja... znaczy... Ja wiem że... - teraz twarz przybysza wyraźnie posmutniała. Teraz zapewne myślał tylko o tym co się stało. Klasyczny wypadek. Wielu już tak skończyło. Zapewne brał udział w jakiejś bitwie i stracił pamięć... -Anya! Zaprowadź go do tej dziwnej maszyny jaka tu przybył. Na pewno to odświeży mu pamięć - przerwał rozmyślania dziwaka muskularny ojciec. Ta zwinnym ruchem wyrwała go z pryczy. Stanął przed nią. Okazał się o głowę mniejszy od jej ojca, lecz sami ślicznie pasowali do siebie wzrostem. Spoglądał w jej oczy. Wpatrywał się w nią tak jakby znał ją bardzo dobrze. Tak jakby była jego kochanką... jakby byli przeznaczoną dla siebie parą. Dziewczyna wcale nie odbiegała od swego towarzysza. Jej spojrzenie było równie delikatne i pełne emocji. Tą wymianę szybko jednak przerwał ojciec dziewczyny. -Nawet tak na siebie nie spoglądajcie! Ruszajcie migiem! - rzucił i natychmiast oddalił się od młodych. Dziewczyna spojrzała jeszcze raz na przybysza po czym odwróciła się i trzymając swego rówieśnika za rękę ruszyła ku wyjściu. Tym razem ten wielki taras łączący wszelkie domostwa nie wyglądał jak wcześniej. Przewijało się przez niego setki ludzi. W każdym domu spoczywała liczna grupa ludzi, a niektórzy zajmowali się rzemiosłem kowalskim jak i stolarskim. Wyglądało do dosyć ciekawie, a zwłaszcza ta metamorfoza opustoszałego miasta w tętniącą życiem krainę. Przybysz kierował się cały czas za prowadzącą go dziewczyną. Znał już jej imię, ale dalej nie wiedział jak tu się znalazł. Kierowali się szerokim drewnianymi uliczkami nad wodą, co chwila mijając jakieś domostwa. Co dziwne tutejsi ludzie z pogardzeniem spoglądali na owego przybyłego mężczyznę. Widać było w ich oczach przerażenie i zarazem nienawiść, jakby był on wysłannikiem diabła czyhającym na ich życie. A przecież on sam nie miał żadnych złych zamiarów, a jedynie chciał dowiedzieć się co tu robi... Docierali powoli do końca długiej, wiszącej drogi, gdy przybysz postanowił rozpocząć dialog. -Powiedz mi... Dlaczego oni są tacy źli? - zaczął - Ty przecież byłaś miła... Co się stało? - dalej ciągnął z zawiedzoną ale i zarazem pełną ciekawości miną. - Oni nie wiedzą skąd przybywasz i jakie są twoje cele - odparła z wielkim spokojem. -Ale... Ty tez ich nie znasz... - rzekł tym razem ze zdziwieniem. -Zatem opowiem ci wszystko dokładnie. Nasza osada istnieje od zaledwie paru lat. Przez ten czasu udało nam się wiele. Nie lubi się tu przybyszy, bo istnieje możliwość że nas okradną. Zanim tu jednak zamieszkałam... Jeszcze przed wieloma latami żyłam w innym miejscu - tu jej brwi zmarszczyły się. Dało się już zobaczyć zmartwienie i smutek w jej oczach. Nie przerywała jednak na dłużej - byli to dobrzy ludzie. Istniała u nas tradycja. Każdy kto znalazł jakiegoś przybysza musiał się nim zająć i mu pomagać - uśmiechnęła się i spojrzała na swojego towarzysza - a jak ci na imię? - zapytała jeszcze z małym uśmiechem. -Ech... Tyle sobie jeszcze potrafię przypomnieć... - zaczął spokojnie - nazywam się... Nathran... - troszkę zwolnił. Przymknął lekko powieki i spuścił wzrok na ziemię. Czuł wewnętrzny smutek i niespełnienie... Nie rozglądał się na boki, ale szukał w pamięci czegoś co pomogłoby mu zrozumieć co się stało... Ruszyli dalej. Poruszali się już po zwykłej drodze, mijając pierwsze drzewa i źdźbła trawy. Chociaż ziemię ścieliło bardziej błoto i kałuże, to jednak zielona trawa znajdywała swoje miejsce pośród drzew i krzewów. Przyszedł jednak wreszcie ten moment gdy zatrzymali się. Byli na wielkiej polanie, która jako jedyna chyba w tym lesie nie została dosięgnięta zdradliwymi kroplami deszczu, w wyniku których powstało wiele błota niszczącego piękno tego lasu. Tutaj jednak znajdywało się wiele ślicznych i wesołych kwiatków, jakby prześcigających się wzajemnie swoja urodą. Każdy jeden miał w sobie jednak coś niezwykłego. Równie piękne było wielkie drzewo pośrodku tej polany. Najstarsze chyba w tym lesie. Wyglądało może miejscami na poniszczone, ale jego starość pięknie podkreślała wyjątkowość tego miejsca. To tu powinni przechadzać się zakochani a wszelkie złe chwile powinny unikać tego miejsca. Tak wspaniałe wrażenie robiła ta zmienia dla Nathrana, że podbiegł do owego drzewa na samym środku polany i ukląkł przed nim. Radowała go ta chwila, bo kochał nadmiernie przyrodę i bardzo był rad z tej przyjemności jaką dawała mu tutejsza atmosfera. -To cudowne - wymamrotał delikatnie w stronę zbliżającej się powoli Anyii. Ta podarowała mu uśmiech i ruszyła dalej. Stanęli w końcu na skraju polany, gdzie rozciągał się pas wielkich krzewów. Sięgały one do kilu metrów wysokości i całe porośnięte były wielkimi kolcami. To jednak tutaj znajdowała się tajemnicza maszyna jaką podobno przybył tu mężczyzna. Cała była ubrudzona błotem i na pierwszy rzut oka nie nadawała się do niczego. Leżała w jednym z większych kolczastych krzewów, a sama przypominała nieco przestarzałą komodę z wmontowanym krzesłem, oraz wieloma pokrętłami i wieloma jakby szklanymi gruszkami. Dosyć śmieszne teraz to urządzenie było dla obu postaci. Nathran przyglądał się jednak rzekomemu pojazdowi dosyć długo, aż natrafił na małą szczelinę pomiędzy wszystkimi ozdobnikami. Wyciągnął z niej małą księgę. Nie otwierał jej, ale spojrzał na okładkę. Było wyraźnie napisane na niej wielkimi choć już wyblakłymi literami „Następne Życie”. Cała oprawa była miejscami żółta i zalana, lecz dało się jeszcze poznać iż wcześniej była całą brązowa oraz zdobiona bogato w wszelakie ozdoby, co dawało świadomość odbiorcy iż jej twórca był znakomitym kaligrafem. Odłożył książkę i dalej przyglądał się tajemniczej maszynie. Na jej prawej stronie wisiał naszyjnik ze znakiem błyskawicy. Idealny, taki jak ten którego zobaczył w domu swojej wybawczyni. Czyżby miało to coś znaczyć? Przyjrzał się mu dokładniej. Jedyna różnica między dwoma naszyjnikami, to poniszczona przez wiek kontrastowość szafira wewnątrz. -Tak... Tamten należał do ciebie... Odzyskasz go jak wrócimy - przerwała rozmyślania Nathrana towarzyszka. -Nic nie rozumiem. O co tu może chodzić? -zadał cicho pod nosem pytanie nie licząc na niczyją odpowiedź - może ta książka pomoże mi w dowiedzeniu się...- dodał po czym skierował się w stronę towarzyszki. Tutejszy krajobraz nie zmieniał się, a nie wiał tu nawet wiatr. Tak spokojne miejsce wypełniało serce człowieka radością i pogodnością. Nie można więc było mieć złego humoru w takiej sytuacji nawet w jakiej był tajemniczy przybysz. Wręcz przeciwnie, ten czół duże podekscytowanie. Spojrzał jeszcze ku niebu. I to było szczególnie dziwne, bo tylko w tym miejscu gdzie znajdowała się owa polana chmur nie było, a w każdym innym wyścielały całe niebo... Pełne magii miejsce... Pełne tajemnic tak wielkich ja sam przybysz... Dziewczyna zbliżyła się nieco do Nathrana. -Czy na pewno nic nie potrafisz sobie przypomnieć? Czy aby na pewno? Może gdy postarasz się - mówiła z pełną nadziei miną. Wyglądało to tak słodko, jakby mała dziewczynka prosiła o zwykły cukierek swojego ojca. Ale miało to o wiele większe znaczenie dla przybysza niż cokolwiek innego. Teraz zaczął naprawdę poważne rozmysły. Zamknął oczy z nadzieją że to ułatwi mu zadanie. -Niestety... nie potrafię sobie nic przypomnieć co by miało jakiś ważny związek z mym życiem - zaczął spokojnie - ale... Jest jedna dziwna rzecz pośród tych wszystkich drobnostek które utkwiły mi się w głowie. Nie wiem... To dziwne bo nie potrafię tego opisać. To nie zdarzenie ale... - tu podrapał się po głowie - to jest uczucie... - dodał w końcu przy zamkniętych oczach, pełen rozmarzenia. Anya spojrzała dokładniej na swego towarzysza i pełna podziwu dotknęła całą prawą dłonią jego ramienia. -Nie wiem kim jesteś i jeszcze rano bałam się że będziesz moim przekleństwem, ale... Przyrzekam tobie pomóc. Postaram się porozmawiać w tej sprawie z szamanem wioski... Zapewne coś poradzi - pełna troski rzekła dziewczyna. Teraz Nathran obejrzał raz jeszcze swój pojazd, po czym oboje oddalili się od niego w stronę wiszącej osady, w można powiedzieć wesołych nastrojach. Jak ładnie pasowali do siebie w tym krajobrazie Nathran i Anya. Wiatr rozwiewał ich włosy stając się głównym przyjacielem pary, będącym cały czas przy nich. Powoli niebo ciemniało, a że szykowała się pora kolacji, oboje czuli głód. Powoli Nathran zaczął tez odczuwać zimno, bo w jego skórzane spodnie i lekka koszula, nie mogły mu zapewnić ochrony przed zimnem. Anya natomiast pogrążona była w rozmyślaniach, nad losem jaki spotkał przybysza. Jak bardzo chciała mu pomóc. Co ciekawe narodziło się w niej pewnego rodzaju uczucie radości że jej towarzysz trafił właśnie do jej osady. Kto wiem, być może był to początek nieśmiertelnej przyjaźni? Jakkolwiek ma się stać, przyjaźń ta wkrótce zostanie wydana na próbę...

* * *

Wielki zakapturzony dziwak przedarł się rozdzierając sobie toporem drogę przez pobliskie zarośla. Wtargnął właśnie na tereny do których nie zaglądał nawet najgłupszy mieszkaniec tych krain. Każdy wiedział jaki jest koniec durniów którzy próbują stanąć do walki z armią wielkiego Khaana. On jednak wyruszył tutaj. Wtargnął pod wielką drewnianą bramę broniącą legowisko śmiercionośnej armii. -Wielki Khaanie! Mam informacje o zgubie! - wykrzyczał zza oblanych krwią wrogów wrót. Nastała wielka cisza i hucznie bawiący się rabusie zaczęli nasłuchiwać się głosu przybywającego. Co niektóry ostrzył już broń, a przynajmniej każdy miał ją już gotową. Spragnieni bójki czym prędzej ruszyli na głupca pod bramą. Chwyciwszy go szybkim ruchem, zanieśli do osady, wiążąc z wielką radością do ziemi. Teraz spoglądali na niego. Ten nie odczuwał żadnego strachu, a nawet śmiał się. Czyżby był przekonany że nic mu nie grozi? -Zostawcie go durnie! - dał się słyszeć oddali donośny krzyk. Był tak bolesny dla ucha iż kilku krwiożerczych wojaków udało lub też uciekło do swego legowiska, siejąc wielki popłoch. Każda para oczu zwróciła się na mówcę, którym okazał się nie kto inny jak sam Khaan. Spoglądał z politowaniem na swoją armię, która krok po kroku cofała się od napadniętego przybysza, a tym samym od swojego pana. -Zadziwiasz mnie. Samemu w tak dzikie miejsce i jeszcze ten uśmiech... Kim że jesteś drogi... Ach tak... Drogi Verzeju... Powiedz jaką to masz sprawę do mnie - rzucił ze spokojnym tonem władca, spoglądają z zaciekawieniem na odważnego gościa. Ten powstał i otrzepał się dłońmi z kurzu. Wyjął fajkę z tylniej kieszeni, nabił ją a następnie zapalając pociągnął z niej raz po razie. Armia spoglądała na przebieg sytuacji z większym spokojem, a władca po kryjomu uśmiechnął się. -Widzisz panie... Zdarzyła się rzecz przewidziana. Stare życie stało się nowym, a pan jest wybranym do przywrócenia normalności światu - rzekł tajemniczo dziwak, coraz pewniej czujący się w miejscu swego położenia. -Wiesz o życiu po życiu... Kto powiedział ci o mej misji bo widzę iż jesteś wyraźnie dobrze poinformowany - z wielkim zaciekawieniem i słabym tonem wyrzucił z rzuconymi na fajkę dziwaka oczami Khaan. -Jam jest z dziada mego, co się wychował na tajnikach magii najbardziej niezbadanej. Niestety klątwa wielka i fatum zaciążyło na mej rodzinie i nie potrafimy się posługiwać magią bojową, a jedynie wizjonerstwem, uleczaniem i obroną - burknął z lekkim zdenerwowaniem, ale wciąż spokojnym tonem, tak by nie zdenerwować swego gospodarza. Ten spoglądał teraz ku niebu. Miał rozmarzone oczy, a widział w nich swą dłoń trzymającą miecz zanurzony w ciele mężnego wojownika. Taki wdział tylko koniec swego rywala. Kogoś kogo znał tylko z opowieści swego ojca, a i ten wiedział tylko tyle co przekazał mu jego dziad, pamiętając jedynie owego wojownika tylko będąc jeszcze w kolebce. -Mów zatem czy wiesz gdzie znajduje się dureń który raczył tyle narozrabiać w naszym świecie! - wykrzyczał z pełną niepokoju miną. -Mój panie... Oczywiście że wiem... Twoja racja jest jedyna i słuszna, a więc ze spokojnym sumieniem powiem ci o panie iż znajduje się on w małej wiosce na południowym krańcu naszego archipelagu. To niecałe pięć dni marszu twoich wojsk, zatem radzę się panu pośpieszyć, aby ofiara nie zbiegła - z pełną dumy miną wyznał gość. Niestety tylko tyle zdołał wyrzec, bowiem zaraz po zakończeniu swej mowy Khaan z pełnią wściekłości miną rozpoczął swoją zabawę. -Yan Por Khen! - wykrzyczał pełen złości oraz i radości zarazem. Ciało przybyłego pomocnika znikło momentalnie, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Nie pojawiły się nawet żadne błyski czy tez inne towarzyszące magii Khaana dodatki. -Dziękuje ci głupcze za pomoc. Nie myśl jednak ze zapłaciłbym ci za twe informacje. Podałeś mi błędne namiary bo ja, w przeciwieństwie do każdej innej osoby tego świata potrafię czytać z duszy osobnika przebywającego blisko mnie... Prawda jest taka że nasz wojownik osiedlił się na wzgórzach przy wodospadzie Yamaru. Chciałeś zażartować z samego Khaana, wielkiego władcy imperium Khala, więc skończyłeś jak niepotrzebny śmieć. Szybko i marnie... - rzekł pełen przebiegłości i niecierpliwości dokonania zemsty przywódca. Każdy jego wojak dał się już do przygotowania swego ekwipunku. Każdy dobrze wiedział iż czeka go wyprawa po życie tego, który był ich celem przez te wszystkie lata. Przyszłą nareszcie ta chwila. Teraz pokazać będą mogli jak wysoce wyszkolony jest ich wojowniczy kunszt. Również Khaan udał się do swej siedziby, gdzie układając na sobie kolejno zbroję i zarzucając na prawym ramieniu miecz zapisywał w swym notesie kolejność wydarzeń z ostatniej chwili. Dla niego była to szczególnie ważna wyprawa. Jeśli by zawiódł, cała jego sława legła by w gruzach. Fatalny koniec wielkiego władcy. Takie wizje widział teraz przed oczami, ale nie zapominał o tym iż ma on przewagę nad rywalem. Ma liczną armię... To sprawiało iż był jeszcze choćby w najmniejszym stopniu optymistycznej myśli. Wielki przywódca, a cały ogarnięty obawami. Jak silny, a jak słaby. Taka prawa się objawiła iż nawet tak dzielny wojak jak on, mógł tym razem przegrać, ale misję swych przodków trzeba dokończyć... Za wszelką cenę...

* * *

Gdzieś pomiędzy poniszczonymi torami, gdzieś pomiędzy obrośniętymi mchem drzewami i rozpadającymi się już kawałkami murów, dwie postacie sunęły czym prędzej przed siebie. Uciekali przed kimś? Nie odzywali się, ale ich sylwetki przekonywały do ich młodości. Wielkim pędem wbiegli pod stary poniszczony most, gdzie wspinając się po pozostawionym rusztowaniu, schowali się na jednym z segmentów przestarzałej budowli. Świetna kryjówka... Tutaj nic nie mogło ich dosięgnąć, bo z każdej strony broniły ich grube masywne mury. Każda ściana porośnięta była pajęczyną i lekko zarastała już mchem. Skąd przyszedł tak nagle wielki podmuch powietrza który tak ogarnął cała przestrzeń? Okrutne czerwone powietrze przebijało się przez każdą warstwę murów, aż dobił do mostu służącego za osłonę dwojgu desperackich uciekinierów. Tu nie dawał sobie rady i odbijając się od masywnej budowli ruszył dalej przed siebie. Wiatr trochę ucichł, a okolica świeciła pustką. Niegdyś porośnięte liśćmi drzewa, teraz leżały powyrywane z korzeniami, spalone i połamane w całej okolicy. Zieleni nie było już widać, a most wydawał się nie odnieść poważniejszych ran. Dwie postacie wysunęły się troszkę z ukrycia. Szybko przeczołgają się bokiem gzymsu, i zeskakując na ziemię w najniższym miejscu. Zbiegli na tory i zatrzymując się, spoczęli na szynie. Co się takiego stało...

Dwie postacie. Młody chłopak, w ciemnych oczach i krótkiej długości włosach. Ubrany w zwyczajne niebieskie dżinsy i bluzę z charakterystyczną błyskawicą, oraz talizmanem na szyi w kształcie takiej właśnie błyskawicy. Drugą postacią była dziewczyna, letnio ubrana. Krótkie włosy i przerażony wyraz twarzy mówił dokładnie jakie niezrozumienie ją teraz ogarniało. Spoglądała cały czas na swego towarzysza z niedowierzaniem i z wieloma pytaniami na języku. -Skąd wiedziałeś że tutaj nic nam nie będzie grozić? Skąd twa pomoc właśnie mi? - pytała z niedowierzaniem. Coraz bardziej niecierpliwiła się gdyż nie otrzymywała żadnej odpowiedzi. Chłopak ciągle rozmyślał. Nagle wstał i spojrzał w niebo. -Oto spełniła się legenda. Prawda stała się. Właśnie teraz, jak to w księgach było pisane, zły Khaan ruszył na poszukiwanie Nathrana! - zaczął w pełni szczęścia - a ja... Ja muszę go uratować i to zrobię. Wystarczy wykonać dokładnie to, co w pradawnej księdze wyczytałem. -Odpowiesz mi?! jesteś dziwakiem! - zdenerwowała się wciąż przerażona i niespokojna dziewczyna. -Ech... Na tym świecie nie ma już życia, nie wliczając nas. Aby światu pomóc udasz się ze mną ratować kogoś... Kogo nie znałem... Ale ufam słowu jego przodków... - rzekł teraz z pełna dumy miną i pewnością osiągnięcia sukcesu. Dziewczyna nie zdecydowała się mu jednak pomagać, zatem ruszyła tylko zdenerwowanym krokiem ku przodu. Nie uszła wiele, gdyż chłopak szybkim ruchem chwycił jej rękę, po czym spojrzał jej w oczy. -Udasz się ze mną jeśli opowiem ci co się tu stało? - zapytał spokojnie, nie okazując już w swoim głosie ani krzty pewności siebie. -Powiedz mi co tu się stało, ale... Ale ja chcę wrócić do rodziny... Ja chcę znowu przejmować się szkołą - rzekła klękając na porozrzucanych kamieniach. Twarz ukryła w dłoniach i łzami okazywała swój ból. Chłopak również ukląkł, lecz w tak niefortunny sposób, że porozrzucane w tej okolicy kawałki zielonego szkła powbijały mu się w kolana. Pojawiło się i trochę krwi, lecz ten zachowywał się jakby tego nie zauważył. Delikatnie przytulił do swojej piersi dziewczynę i gładząc ją po włosach powoli uspokajał napiętą atmosferę. -Nie potrafię prosić cię abyś przestała płakać, bo masz ku temu wielkie powody - zaczął spokojnie i wyrozumiale - ale jest jedna rzecz... Musze ci jednak opowiedzieć o wszystkim. Jeśli żyjesz w tym świecie, to po swojej śmierci rodzisz się ponownie. Oto cały problem tego świata. Nie było na nim miliardów ludzi, ale cały czas ta sama ilość! Cały czas my... Od wieków po wieki... I wyobraź sobie ze w każdej chwili rodzi się tyle osób co umiera... Taka jest równowaga naszego świata... Ale... -Skąd to możesz... wiedzieć... - wyszeptała z trudem dziewczyna. -To tyle co wyczytałem z księgi. Ta którą znalazłem u swego staruszka... Ale nic... Opowiem dalej! Wyobraź zatem sobie że nagle wynikł problem z równowagą. To znaczy że narodziła się jedna osoba więcej niż umarła. No i właśnie ta osoba która żyła mimo tego iż prawo Boskie jest inne, została skazana na wielką klątwę... -Ale jak? Co się stało z równowagą? Dlaczego zawiodła? - przerwała pełni ciekawości dziewczyna, coraz bardziej będąca zainteresowana tą całą historią. -Widzisz... Równowaga jest oparta na naszej świadomości. Tak jak jest dobro i zło, tak jest śmierć i życie... Gdy jednego jest więcej, momentalnie drugiego jest mniej i działa to promieniując. To znaczy że, jeśli jest więcej zła na świecie w danym momencie, to następuje więcej śmierci... Bóg obawiał się zwiększenia zła, lecz stało się inaczej. Tysiące lat temu gdy magia była jeszcze na ziemi... Za panowania Nathrana było za wiele dobra we świecie. Był on władcą całego prawie globu, a przyszła pora gdy umierał i wtedy zaprzestano wszelkich wojen. Ustanowiono jeden dzień pokoju całego świata ku czci wielkiego władcy. To dobro przesądziło o tym iż nie zginął. To zaburzyło właśnie równowagę... Dziewczyna spojrzała w oczy chłopaka wciąż będąc trzymana w jego ramionach. Teraz zdawać się było nie rozumiała jeszcze więcej. Teraz dopiero jednak poznawała czym jest życie... Wyrwała się z jego uścisku. Wielkimi przerażonymi oczami spoglądała na niego, cofając się krok po kroku do tyłu. -Ty... Ty jesteś szalony - wymamrotała. -Bóg nie może zabijać od tak. Stworzył do tego celu armię pod dowództwem wielkiego Haana. Ten niestety nie zdołał wypełnić powierzonej mu misji, gdyż Nathran miał przyjaciela, który towarzyszył mu od dzieciństwa i aby pomóc przyjacielowi i władcy zarazem stworzył dzięki swej magicznej sile portal. Ten przeniósł pechowego władcę do innego życia. Ród Haana z pokolenia na pokolenie ćwiczył aby zabić Nathrana. Teraz w przeszłym wymiarze dochodzi do wielkiego starcia. Khaan, prawnuk Haana, ruszył zakończyć wielką misję... Ja musze mu pomóc... - powoli tłumaczył chłopak przybliżając się do stojącej już w małym aczkolwiek jakimś spokoju dziewczyny. Spoglądała na ziemie a na jej policzkach pojawiły się pierwsze łzy. Pełna rozpaczy, z opuszczonymi dłońmi na znak iż nie potrafiła już rozróżnić prawdy od kłamstw... Czoło młodziana zbliżyło się do jej czoła. Objął ją dłońmi i uspokoił. -Ech... Nie znasz mnie fakt, ale ja proszę cię tylko o pomoc... Ja sam w to wszystko do końca nie wieżę... - dodał tylko... Czy byli oboje w pełni spokojni? Zapewne nie. Nawet nie znali swoich imion, a nawet ich one nie interesowały. Dziewczyna czuła się spokojniej przy swoim towarzyszu, ale dalej całkowicie gubiła się w tej historii. Stali blisko siebie, lecz już nie na tyle aby się dotykać. -Teraz przekonamy się czy ta historia ma jakiś sens... Magia... Jeśli ona istnieje, to za chwilę znajdziemy się w innym miejscu - rzekł teraz wesołym tonem, wskazującym na jego przekonanie iż dziewczyna stanęła po jego stronie. Ale... Jakaż to magia i czy sprowadzi ona tą parę do czasów zacnych wojowników i przepotężnych magów? -Głupio że nawet nie znamy swych imion - niepewnie rozpoczął chłopak. -Ja jestem Elsa - szybko odpowiedziała dziewczyna, stojąc ciągle przed chłopakiem. -Ja.... Nie chcę mówić... Wybacz - rzekł nieco skrępowany - wybacz że sam zapytałem a swojego nie chce podać... Przepraszam - dalej tłumaczył się. Elsa spojrzała w jego oczy i uśmiechnęła się. -Nie przejmuj się. Nie musisz - powiedziała tylko robiąc jeszcze szerszy uśmiech...

Drugi - Armia Khaana

Wielki wojownik przesiadywał właśnie w błogiej ciszy na swej pryczy. Wokół nie było już nikogo a jedynie lekkie szmery przesuwającego się powietrza, niszczyły spokojną cisze pomieszczenia. Pełna noc... Każdy mieszkaniec tej wioski spał teraz,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych