Muz
Wstrząsnęło mną to, co napisałam.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Siedzę w fotelu. Patrzę w oczy mojego Muza i piszę. Nie piszę jednak tego, co zwykle: powieści, opowiadania, wiersza. Nie. Tym razem moja pisanina nie jest podyktowana natchnieniem. Pragnę tylko opowiedzieć historię mojego życia, a w zasadzie jej część. Część życia ściśle powiązaną z NIM. Może będzie to ostrzeżeniem dla innych twórców? A może rodzajem pożegnalnego listu? Nie wiem.
Zacznę od tego, że zawsze uwielbiałam przelewać swoje myśli na papier. Już w przedszkolu prowadziłam pamiętnik. Nie umiałam jeszcze pisać, więc tylko rysowałam poszczególne zdarzenia. Za to w szkole podstawowej rozwinęłam swoje literackie skrzydła. Opowiadania i wiersze wychodziły spod mego pióra niemal bez żadnego wysiłku. Pisanie było moją pasją. Mało tego, zastępowało mi rodzinę i przyjaciół. Odsunęłam się od wszystkich. Pierwsze sukcesy zaczęłam odnosić na studiach (dziennikarskich). Jeden magazyn co miesiąc wydawał moje opowiadania. Zapragnęłam napisać powieść. Pracowałam ciężko wiele miesięcy, o mało nie zawalając studiów. Chwilami myślałam, że zwariuję. Kilka razy dopadła mnie pustka literacka. Na szczęście udawało mi się przywoływać wenę muzyką poważną. W końcu napisałam. Wydawnictwo, które opublikowało moją powieść, nie spodziewało się takiego sukcesu. Dostałam propozycję napisania następnej powieści. Byłam w siódmym niebie. Miałam wspaniały pomysł, dokładnie wiedziałam, co chcę napisać i jak. Usiadłam pewnego słonecznego dnia przy biurku i z zapałem włączyłam komputer. Wpatrywałam się w biel kartki na ekranie komputera i... nie mogłam napisać ani zdania! Okazało się, że pierwsza powieść totalnie mnie wypompowała, pozbawiła sił literackich, wszystkiej mocy pisania. Siedziałam pięć godzin, usiłując napisać pierwsze zdanie. Nie byłam w stanie tego zrobić. Wszystkie próby były żałosne, a kolejne efekty moich wysiłków coraz gorsze. Starałam się uspokoić. Mówiłam sobie, że to tylko chwilowa niemoc, że potrzebuję trochę czasu. Po dwóch tygodniach znowu usiadłam przed komputerem. Nic. Byłam jednak na to przygotowana. Włączyłam muzykę poważną, która zawsze przynosiła mi natchnienie. Lecz nie tym razem... Nawet moja ulubiona uwertura do „Zemsty nietoperza” nie pomogła. Słuchałam wtedy innych rodzajów muzyki, łudząc się, że któryś z nich przywróci mi moc pisania. Jedynym tego skutkiem był koszmarny ból głowy. W ciągu następnych dni próbowałam chyba wszystkiego: pisania w malowniczym zakątku (w lesie, na łące), o różnych porach dnia i nocy. Łykałam tabletki na koncentrację, medytowałam. Wszystko na nic. Byłam u kresu wytrzymałości. Właściwie już miałam się poddać, uznać, że mój talent literacki wypalił się jak szczapa w kominku; gdy oglądając pewien program w telewizji, zrodził się w mej głowie niekonwencjonalny pomysł. Program dotyczył mitologii, między innymi była mowa o greckich muzach. „Muza!” – wykrzyknęłam. To było to. Musiałam po prostu znaleźć swoją muzę. Nie taką pod postacią muzyki, czy krajobrazu, ale uosobioną. Poczułam wtedy wielką ulgę i odprężenie. Muza przedstawiana jest zwykle w sztuce jako piękna kobieta. "Jednak co mi przyjdzie z kobiety, nawet pięknej?" Czułam, że tylko prawdziwy mężczyzna będzie w stanie przywołać moje natchnienie. Muz z krwi i kości. Postanowiłam dać ogłoszenie do gazety. Miałam spory problem ze sformułowaniem treści, ale jakoś uporałam się z tym. Dokładnie po dwóch miesiącach zmagań z pierwszym zdaniem drugiej powieści, ukazało się moje ogłoszenie: „Młodego, interesującego mężczyznę zatrudnię. Oferuję mieszkanie i wysokie wynagrodzenie.” Przymiotnik „atrakcyjny” zastąpiłam słowem „interesujący”, a i tak brzmiało to dość dwuznacznie. W ciągu miesiąca przez moje mieszkanie przewinęło się mnóstwo kandydatów. Niestety żaden w niczym nie przypominał Muza moich marzeń. Pomyślałam, że to koniec mojego pisarstwa. Zastanawiałam się właśnie, czy nie zadzwonić do wydawnictwa i nie rozwiązać umowy o dzieło, gdy niespodziewanie ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiłam się i to z dwóch powodów. Po pierwsze, była bardzo późna pora, po dwudziestej trzeciej. Po drugie, dlaczego ten ktoś nie użył dzwonka, tylko własnej dłoni? Poszłam otworzyć. Na progu stał młody, bardzo szczupły mężczyzna w starym ubraniu. Miał podłużną twarz i ciemne włosy do ramion. Melancholijny wzrok wbijał w zachmurzone niebo. - Dzień dobry. Ja z ogłoszenia – wyjaśnił, wciąż spoglądając w górę. - Dobry wieczór. Jest już trochę późno, ale niech pan wejdzie. Wszedł, nadal nie opuszczając oczu. Patrzyłam za nim trochę niepewnie. Przemknęło mi przez głowę, że chyba coś z nim nie tak. - Przyjmie mnie pani? – zapytał, wreszcie patrząc mi w twarz. - Jeszcze nie wie pan, jaka to praca – zauważyłam. - Wszystko mi jedno. Bardzo potrzebuję pieniędzy. Zgadzam się na wszystko, od czyszczenia kibli po seks – rzekł niedbale. Zaskoczył mnie tą wypowiedzią. Patrzyłam na niego w milczeniu, pełnym osłupienia. Nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, ale wyraźnie się różnił od poprzednich kandydatów. - Przyjmę pana na próbę. Proszę za mną. Zaprowadziłam go do mojej pracowni. Pokój podzielony był na dwie części niskim (zaledwie metrowym) parawanem. Po jednej stronie stało moje biurko i regały z książkami. Druga strona pokoju przypominała dekorację teatralną. Powiesiłam tam mnóstwo barwnych chust, obrazów. Pośrodku stało krzesełko przykryte wielką połacią zielonego materiału. Wskazałam mu je stanowczym gestem. - Mam pani pozować? – zaczął odpinać guziki koszuli. - Proszę się natychmiast ubrać! – krzyknęłam. „Co on taki chętny do rozbierania?” Byłam sama w domu z obcym mężczyzną, w środku nocy, odczuwałam więc uzasadniony strach. - Spokojnie. Niech pani się nie denerwuje. Skoro nie mam się rozbierać, to na czym będzie polegać moja praca? Spojrzałam na niego niepewnie. „Chyba wybuchnie śmiechem, gdy mu odpowiem.” - Będzie pan moim Muzem. Zmarszczył brwi, a po jego beznamiętnej twarzy przemknął cień rozbawienia. - Co mam robić? - Sama nie wiem – zająknęłam się. – Niech pan usiądzie wygodnie i... Dam panu pewien tekst, który będzie pan recytować. Poszperałam w biurku. Jeszcze podczas pracy nad pierwszą powieścią, napisałam krótką rymowankę – zaklęcie, która pomagała mi w tworzeniu. Teraz podałam mu małą karteczkę. - Jeszcze nie – zastrzegłam. – Dopiero, jak dam panu znać. – Włączyłam komputer, uruchomiłam dokument word i przez chwilę zbierałam myśli. Pochyliłam się w skupieniu nad klawiaturą i powiedziałam – Teraz. Zaczął. Czytał powoli i uważnie. Miał dobrą dykcję, niczym zawodowy aktor. Recytował:
„ Przybywaj słodka i wonna, Przybywaj lekka i lotna, Dodaj mi mocy, czarowna, Wstąp we mnie weno zawrotna.
Przybywaj cudna, wspaniała Przybywaj me wybawienie, Ogarnij mnie sobą cała, Przegoń me utrapienie.
Magiczne natchnienie wstąp we mnie. Niech piszę pracowicie, lekko, przyjemnie i pewnie. Zapal we mnie płomień twórczy, udziel mi pomocy, Niechaj klawisze komputera stukają w dzień i w nocy. Niechaj mój umysł, serce z wyobraźnią wespół Tworzą intensywnie, pracując nad powieścią.”
Usiłowałam pisać. Wsłuchiwałam się w jego głos, starając się wykrzesać z siebie chociaż odrobinę zapału twórczego. Nie mogłam. - Skończyłem – oznajmił. - Jeszcze. Niech pan czyta dalej. Tak długo, aż nie każę panu przestać – rozkazałam rozgorączkowana. Czytał. Ja starałam się pisać, ale spod moich palców nie wyszła ani literka. W końcu zrozpaczona ukryłam twarz w dłoniach, zbierało mi się na płacz. Uświadomiłam sobie, że mężczyzna wciąż recytuje, zachrypniętym już głosem. - Może pan przestać. Nic z tego nie wyjdzie. Zapłacę panu za ten czas i się pożegnamy... wena i ja – dodałam szeptem. - A więc nie zatrudni mnie pani? - spytał z zawodem, podchodząc do parawanu. - Niestety – po moich policzkach płynęły łzy. Znalezienie Muza było moją ostatnią deską ratunku. - Może jeszcze raz spróbujemy? Ja naprawdę potrzebuję tych pieniędzy. Proszę dać mi jeszcze jedną szansę – nalegał. Otarłam twarz wierzchem dłoni i spojrzałam na niego. Jego nieruchome, jak mi się zdawało…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil sopocianka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…