Na kotleta!
Klasyczne fantasy, w najlepszym wykonaniu:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PROLOG
Matthias Troth poruszył się niespokojnie na bogato zdobionym tronie w niewielkim pomieszczeniu przed główną salą. Mijał już drugi rok przeciągającego się konfliktu z władzami Thorn i jak do tej pory wszystkie działania namiestnika okazywały się, w ostatecznym rozliczeniu, bezcelowe. Nadmorskie Thorn cały czas zachowywało status wolnego miasta, opierając się skutecznie wszystkim próbom przejęcia władzy przez sąsiednie Via Crucis. Throth był zirytowany przeciągającą się sytuacją, lecz zdawał sobie sprawę, że nie może ryzykować otwartego konfliktu. Bez problemu udałoby się podbić niewielkie Thorn, jednak agresja spotkałaby się z potępieniem i doprowadziła, co najmniej, do znacznego pogorszenia stosunków. Via Crucis, które w znacznej mierze utrzymywało się z eksportu nie mogło sobie na to pozwolić. Jednak namiestnik już od dłuższego czasu zajmował się przygotowaniem specjalnego prezentu dla swoich nieprzyjaciół. Ellis d`Est, jeden z poruczników i zarazem najbliższy współpracownik Trotha pojawił się w pomieszczeniu i sprężystym krokiem zbliżył się do dowódcy. - Najwyższy czas już to zakończyć. Zabójca wykonał swoje zadanie. - cicho powiedział. - Namiestnik Thorn jest martwy. - Cierpliwości, Ellis - odparł Troth. - Musimy być ostrożni. Jeden nieostrożny ruch i będzie po nas. D`Est wydał wargi w grymasie niezadowolenia, ale nic nie powiedział. - Nie zgadzasz się z moją taktyką! - stanowczo stwierdził Troth. - Niepotrzebnie zwlekamy - w odpowiedzi niemal wykrzyknął porucznik. - Już dawno powinniśmy zaatakować i zmieść ich z powierzchni ziemi! - Nie możemy ryzykować otwartego konfliktu - przypomniał Troth. D`Est chciał znów spierać się o koszty, lecz tym razem przezornie ugryzł się w język. Nie było sensu prowokować kolejnego konfliktu. - Jeżeli nie będziemy korzystać z najemników, będziemy mieli związane ręce - ciągnął Troth. - Rzeczywiście, ich wynajmowanie wiąże się z dużymi kosztami, ale dzięki temu nie ma żadnych dowodów ujawniających nas jako napastnika. - Ale jak długo można to ciągnąć? - spytał porucznik. - W tej wojnie nie ma zwycięzców. Poza najemnikami, obficie czerpiącymi z naszego skarbca. - Wierz mi Ellis, że niedługo to się skończy - odpowiedział pewnym głosem Troth. - Niedługo. - Mam nadzieję - cynicznie rzucił D`Est. - Masz już jakieś wiadomości od Ni`Faya? Porucznik skinął głową: - Dotarli kilka dni temu do Aast. To siedlisko piratów i przemytników, więc nie powinni mieć problemu ze znalezieniem odpowiednich ludzi. - Doskonale. Mam tylko nadzieję, że Sarluc sobie poradzi. To w końcu od niego zależy powodzenie całego planu. D`Est splunął z wyraźnym obrzydzeniem na ziemię. Nie znosił magów, zwłaszcza tak nieobliczalnych jak Sarluc, który, nie dość, że wyraźnie z niego szydził, to i prowokował młodego porucznika przy każdej nadarzającej się okazji. Ellis szczerze wierzył, że nikt nie był w stanie przewidzieć zachowania, dość zresztą osobliwego, czarodzieja. Jednak Throth wydawał się ufać mu bezgranicznie...
-1-
Lavelle szedł cicho; jego skórzane buty nie wydawały najmniejszego odgłosu, nawet gdy stąpał po kruchych gałęziach. Kaptur silnie magicznego płaszcza, daru od przyjaciela z Aast, całkowicie skrywał oblicze najemnika. Mężczyzna poruszał się z grację, lecz nawet pod luźnym ubraniem wprawne oko z łatwością dostrzegłoby silne mięśnie. Lavelle zatrzymał się na moment, by wyjąć z plecaka starą, w wielu miejscach podartą, mapę. Ostatnie kilka lat spędzonych na dalekich, równinnych ziemiach Północnych Księstw sprawiły, że mężczyzna nie czuł się w lasach tak pewnie, jak niegdyś. Ten okres nie mógł wymazać kilkunastoletniego doświadczenia, jednak Lavelle wolał, dla pewności, co jakiś czas sprawdzać swoje położenie. Najemnik, niezadowolony, pokręcił głową. Musiał przyspieszyć tempo podróży, by, zgodnie z planem, w ciągu tygodnia dotrzeć do Thorn. Po uzupełnieniu zapasów, miał zamiar udać się do nadmorskiego Carabus i tam szukać nowego pracodawcy. W ciągu ostatnich dwóch lat pracował dla Diuka de Asinus, jednak po zakończeniu kontraktu, pomimo oferty jego przedłużenia, Lavelle uznał, że nadszedł czas na zmiany. Na jego decyzję wpłynął również sposób, w jaki o sobista straż diuka oraz gwardia odnosiły się do najemnego regimentu. W pewnej mierze pogardliwe zachowanie było usprawiedliwione, bowiem oddział ten, w znacznym stopniu, składał się z wyrzutków. Jak wielu innych, Lavelle nie liczył na miłe przyjęcie, lecz, pomimo wielokrotnie udowodnionej lojalności, był zaledwie tolerowany. Mężczyzna naciągnął kaptur na głowę i ruszył w drogę.
* * *
Amber Orwyn, leżąca w cieniu rozłożystego dębu przeciągnęła się i założyła ręce za głowę. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna wracać do miasta, jednak dzień wydawał jej się zbyt piękny, by marnować go na siedzenie pośród murów. W końcu jednak dziewczyna podniosła się. Niewysoka Amber ubrana była w lekką tunikę oraz dokładnie przylegające do ciała bryczesy, podkreślające smukłą sylwetkę, zarazem niekrępujące ruchów. Delikatny uśmiech, przez cały czas goszczący na jej twarzy, w połączeniu z pełnymi ustami oraz kruczoczarnymi, sięgającymi szyi włosami, sprawiały, że była, niezaprzeczalnie, piękną dziewczyną. Podobnie jak jej wychowawczyni, zawsze mówiła, to, co myślała i nie bawiła się w udzielanie dyplomatycznych odpowiedzi. Wręcz uwielbiała wdawać się w słowne utarczki, traktując wyprowadzanie ludzi z równowagi jako znakomitą zabawę. Wychowana w przestępczym półświatku, szybko zyskała wewnętrzne poczucie realizmu, jednak w wielu sytuacjach pozostawała wciąż dzieckiem. Tę wycieczkę zrobiła sobie wyłącznie dla przyjemności. Jesień zbliżała się szybkim krokiem, więc tak piękne i słoneczne dni zdarzać się będą z pewnością coraz rzadziej. Zważywszy na fakt, że Amber miała zamiar udać się do tętniącego życiem Via Crucis, przypuszczała, że mogła to być jedna z jej ostatnich wycieczek. Abstrahując od tego, że dziewczyna nauczyła się już wszystkiego w Thorn, co mogła, to przede wszystkim pociągały ją perspektywy, jakie oferowało, niemalże, półmilionowe Via Crucis. Byłaby szczęśliwa, mogąc natychmiast spakować swoje rzeczy i wyjechać, jednak wciąż zatrzymywało ją kilka wymagających wyjaśnienia spraw. Amber przez chwilę jeszcze wpatrywała się w, odbijającą promienie słońca, nieruchomą taflę jeziora. Ponad rozłożystymi konarami dębu łagodny wiatr leniwie poganiał kłębiaste chmury. Gdy na moment przysłoniły słońce, młoda kobieta ocknęła się z zamyślenia. Owszem, przez długie lata była zadowolona z życia w Thorn, jednak nadszedł już czas na zmiany.
* * *
- Jak dużo czasu już upłynęło? - Ślepiec zapytał porucznika Ni`Faya. - Kiedy dotrzemy wreszcie na miejsce? Ni`Fay spojrzał na niego groźnie, lecz nie odpowiedział. Był wysokim postawnym mężczyzną. Przez jego twarz biegła szpecąca szrama, przecinająca nos i lewy policzek. Mała pamiątka po walce z górskim olbrzymem. Nosił zwyczajną skórzaną zbroję, która nie pozwalała zidentyfikować go jako żołnierza Trotha, a zarazem w najmniejszym stopniu nie ograniczała jego ruchów. - Tydzień ? Dwa? - ciągnął Ślepiec, a z każdym słowem jego gniew narastał. - A może dłużej - naciskał. - Jak długo mamy jeszcze uganiać się za cieniem?! Ni`Fay odwrócił się gwałtownie zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Ślepiec przezornie odsunał się na kilka kroków, zdając sobie sprawę, że tym razem przekroczył granicę. - Kolejna taka uwaga będzie cię kosztowała głowę - warknął Ni`Fay wpatrując się świdrującym wzrokiem w oczy sierżanta. - Zrozumiano? Moja cierpliwość zaczyna się wyczerpywać, a za tobą nikt nie będzie wylewał łez. Ślepiec stał wyprostowany, nie odzywając się słowem. Wiedział, że Ni`fay nie rzuca słów na wiatr, o czym dobitnie przekonało się kilku najemników kwestionujących zasadność rozkazów. W przeciwieństwie do innych oficerów, Ni`Fay sam zawsze wymierzał karę. Jeśli komuś udało się przeżyć, mógł uważać się za prawdziwego szczęściarza. - Dobrze. Widzę, że się rozumiemy - Ni`Fay pozwolił sobie na delikatny uśmiech, odgadując myśli Ślepca. - Wracajmy do obozu. Musimy przygotować się do wymarszu - dokończył ruszając w stronę namiotów. - Ni` Fay - zawołał za nim Ślepiec. - Nie chciałem tego powiedzieć... Porucznik odwrócił się zdumiony. - Wiem. Inaczej już byś nie żył - odezwał się po chwili. - Żołnierzom nie podoba się ta wyprawa. Nikt z nas nie jest zadowolony. Do tego te gobliny i orki... Ni` Fay westchnął głęboko i lekko przekrzywił głowę. - Im nie podoba się nic poza kartami, kurwami i spirytusem. To nic nowego. Ślepiec nie wiedział w pierwszej chwili jak odebrać słowa przełożonego. Nie był pewien czy z niego nie kpi. - Nie o to mi chodzi... - Dostajesz złoto za to, żeby panować nad tą zgrają, a nie zastanawiać się nad rozkazami. Rób co do ciebie należy - odparł Ni`Fay - i nie zawracaj sobie za dużo głowy . Ślepiec zmarszczył brwi ale nie odezwał się więcej. Skinął tylko potakująco głową i ruszył wraz z porucznikiem w stronę obozu.
* * *
Lavelle kołysał się na lekko ugiętych nogach. W jego oczach płonęła nienawiść; tym razem nie miał zamiaru unikać walki. Zbliżające się wolnym krokiem orki wydawały się nieco zaskoczone nietypowym zachowaniem mężczyzny, nie miały jednak wątpliwości, że szybko rozprawią się z zuchwałym człowiekiem. Burknęły do siebie kilka słów w gardłowym języku i ruszyły do ataku. Lavelle z mieczem u jednego boku i sztyletem u drugiego czekał, pozwalając potworom na zbliżenie się. Gdy pierwszy z orków zamachnął się szeroko dwuręcznym toporem, Lavelle z łatwością wykonał szybki unik. Stwór zawył z bólu i zdumienia, gdy poczuł cięcie miecza na swoim nadgarstku. Niemalże jednocześnie ostry sztylet Lavelle`a zanurzył się w boku orka. Zanim ten dowiedział się, co się w ogóle dzieje, Lavalle wykonując obrót ciął go mieczem w poprzek twarzy. Stwór starał się uderzyć raniącego go człowieka, lecz zwinny Lavalle bez problemu sparował uderzenie. Jego sztylet błyskawicznie wystrzelił do przodu, zagłębiając się w piersi potwora. Lavalle potrząsnął głową, po czym rzucił się na drugiego orka. Poderwał ostrza w górę i zaatakował z obrotu. Sztylet podążał za ostrzem miecza w czystym pchnięciu. Ork próbował się uchylić, lecz Lavalle zmienił chwyt na prowadzącym ostrzu i pchnął nim do przodu kierując je lekko w górę. Ostrze wbiło się pod żebra i przekuło klatkę piersiową. Kolejny potwór wykorzystał sytuację, gdy Lavalle pochylony wyciągał miecz z ciała ofiary i rozpoczął szaleńczo wymachiwać długim mieczem. Stal dzwoniła o stal, gdy Lavalle odpierał każdy kolejny atak. W chwilę później do walki włączył się ostatni ork i Lavalle pomimo swoich umiejętności zaczynał obawiać się o wynik starcia. Jego miecz uderzył w poprzek, by zablokować natarcie, po czym zanurkował pod przewidywalnym wysokim atakiem, wymierzając krótkie uderzenia oboma ostrzami, które otworzyły obronę jednego z przeciwników. Miecz wbił się w ciało, po chwili dołączył do niego sztylet, kończący dzieło. Lavalle odruchowo wzniósł skrzyżowane ostrza nad głowę blokując wykonany zza głowy zamach mieczem ostatniego orka. Natychmiast odwrócił się tnąc na wysokości głowy, lecz stal zabrzmiała tylko głucho, zatrzymując się na tarczy. Lavalle odskoczył na kilka kroków, przygotowując decydującą szarżę. Miecz wojownika trafił w nadgarstek orka, wytrącając mu broń z ręki. Kolejne uderzenie zostało przyjęte na tarczę, lecz potwór nie zdołał zablokować uderzenia sztyletu, który popędził prosto, zagłębiając się w udzie orka. Stwór zachwiał się i wydał z siebie ryk wściekłości cofając się o krok. Jednak Lavalle dalej parł do przodu. W chwilę później obie bronie zagłebiły się w piersi orka.Oddychając głęboko, Lavalle wyszarpnął ostrza rozglądając się wkoło. Więcej przeciwników nie było widać.
* * *
W oddali zamajaczyła karawana kupiecka, opuszczająca miasto. Amber patrzała jak bufiaste sylwetki wozów robią się coraz mniejsze, aż w końcu znikają z pola widzenia. - Już niedługo - mruknęła do siebie. - Już niedługo. Złożyła ręce za plecami i lekko kołysząc się ruszyła w stronę bram miasta. Handel zupełnie jej nie interesował, poza tym, nie potrafiła z powagą wykłócać się o ceny ryb albo kartofli. Nie dość, że kupcy byli pozbawieni elementarnego poczucia humoru, to jeszcze wydawało im się, że są najważniejsi na świecie, choć oczywiście zdarzały się nieliczne wyjątki. Ci właśnie korzystali z umiejętności Amber, by utrudnić życie konkurencji. Choć drogo ich to kosztowało, to usługa ta za każdym razem okazywała się warta swej ceny. - Ach, przybywajcie mali ludzie - pomyślała Amber na widok kłaniających się jej kupców. - Będzie kogo okradać - dodała w myślach. To niewielkie miasto zawdzięczało swe istnienie dość szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Powstało wokół niewielkiego portu Imperialnego, z biegiem lat rozrastając się i tworząc ważny ośrodek handlu. Gdy Imperium wycofało swoich żołnierzy, dzięki sprawnym działaniom burmistrza Ellingtona, Thorn zyskało status wolnego miasta. Okoliczne księstwa przez ostatnie lata nie potrafiły uzyskać kontroli nad portem. Tak przynajmniej było do zeszłego tygodnia. Teraz, gdy burmistrz zmarł, wewnętrzne walki o władze miały wybuchnąć z nową zaciekłością. Mimo, że okolice Thorn były biedne i dzikie, w dużej mierze opanowane przez potwory, pokusa zdobycia rzadkich towarów ściągała tu kupców z całego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil aszu77
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…