Wróć do katalogu

Na marginesie

Fascynacja oczyma pod zielonym kapeluszem. Jakie mroczne tajemnice skrywa basenowa toń?

lady-makbet, opublikowano , 26 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Prolog

Otworzyła drzwi i uśmiechnęła się do mnie. -Patrz, już nie pada. Patrz! Tęcza! Wybiegła w złocisty wieczór, przeskakując kałuże i machając rękami. Na korytarzu nie widziałem już nikogo, tylko cisza dźwięczała przeraźliwie i w zachodzącym słońcu więdły szkolne kwiatki. Odwróciłem wzrok...

Rozdział 1

Od razu zauważyć się dało: to nie jest zwykłe gimnazjum. Już przesadnie wysoki poziom i uniwersytecki tryb nauki robił swoje. Większość uczniów snuła się po korytarzach z książką w ręku i upiorną bladością na czole. Może zabrzmi to banalnie, ale tylko ona była inna. Dokładnie pamiętam ten dzień, kiedy pojawiła się w naszym gimnazjum. Od początku nie pasowała i... może tym tak zwracała uwagę? W każdym razie nie widziałem jeszcze kogoś takiego jak ona. Nie była bynajmniej piękna, ani nawet ładna – w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu. Jeśli miałbym przeprowadzić porównanie jej i moich znajomych, nie wyszłoby ono z pewnością na jej korzyść. Bo to była taka zwykła dziewczyna. Z wyglądu doprawdy nic specjalnego. Dosyć szerokie ramiona i chłopięca sylwetka. Długie, gęste, czerwone włosy – nie jestem pewny, ale taki kolor nie jest chyba naturalny? Przenikliwe spojrzenie orzechowych oczu i kilka piegów oraz okularki na zgrabnym nosie dopełniały wizerunku tej dziwnej dziewczyny. I nigdy nie widziałem jej ubranej inaczej niż w rozmaite odcienie zieleni i czerni, mimo, że regulamin szkoły nakazywał wyraźnie noszenie granatowych mundurków. Ale w tej, jak i w wielu innych sytuacji, tej istoty statut nie obowiązywał. Albo jej się tylko tak wydawało. Dziwne: znałem ją długo, a nigdy nie dowiedziałem się nawet, jak ją nazywać. To znaczy, jak naprawdę ma na imię. Za każdym razem przedstawiała się inaczej i właściwie nie wiedziałem, która z wersji mogłaby być prawdziwa. I doprawdy, chociaż nie posiadała niezwykłej urody i oszałamiających atutów fizycznych, coś sprawiało, że nie można było oderwać od niej wzroku. Może była to uśmiechnięta twarz, pełna życia i radości? Może niezwykła energia istnienia, zdająca się wręcz rozsadzać tę szczupłą postać? A może... Nie wiem. Nie wiem już nic. Ale tego dnia nie zapomnę nigdy.

Rozdział 2

-Nach der Grundschule kann man wählen: Gymnasium, Realschule und... – znudzona germanistka wykładała równie niechętnie nastawionej klasie tajniki systemu szkolnictwa w Niemczech. -Und Hauptschule - rozległ się nagle wesoły głos. Odwróciłem się szybko i spojrzałem na drzwi. Stała tam ona. Uśmiechnięta od ucha do ucha, calutka ubrana na czarno, z wyjątkiem ogromnego, zamszowego kapelusza w kolorze jasnej zieleni. Uchyliła leciutko jego szerokiego ronda, mrugnęła do przystojniaka z pierwszej ławki i odchrząknęła. -Dzieńdoberek wszystkim, niemiecki, widzę? Przyjemny przedmiot, naprawdę, nie powiem. Nieco jesteście do tyłu, jeśli chodzi o moją dawną szkołę, z której mnie wy... przepraszam, którą musiałam opuścić z przyczyn niezależnych ode mnie. Ale to nieważne, takie tam – widząc, jak brwi germanistki podjeżdżają wysoko w górę, zorientowała się, że powiedziała zbyt dużo. Niemniej nie straciła zimnej krwi i pogodnie kontynuowała wątek: -No, to my byliśmy już w czwartym dziale, sporo dalej, ale u nas w ogóle nie było niskiego poziomu i porządni nauczyciele. Przy tym szkoła w miarę na luzie, co się praktycznie nie zdarza... A tu, za przeproszeniem, sztywno jakoś. Ludzie się snują po kątach, bladzi i zamierający. Trochę sportu dobrze by zrobiło! Macie SKS? Pełen podziwu patrzyłem, jak nauczycielka bohatersko stara się zachować powagę, a po kilkunastu sekundach bezsensownych wysiłków opada na krzesło. -Jakie SKS? Powiedz chociaż, jak ci na imię, dziecko? I jaką miałaś ocenę z niemieckiego? – zapytała, a następnie ukryła twarz w chusteczce do nosa. -Celującą, naturalnie! – wyprężyła się służbiście dziewczyna. – Jestem dwukrotną laureatką olimpiad, a w tym roku zamierzam znów wygrać ten szoł. Tu gdzieś nawet mam papierek, zaświadczenie, znaczy się... – zaczęła szukać po kieszeniach. – Gdzie jest, no, gdzie... Już kilka razy je gubiłam, a raz mi nawet ukradli – pochwaliła się, wywalając na nauczycielskie biurko całą zawartości torby kostki. –No, ono musi tu być... Musi być... Cholera, chyba znowu zgubiłam! – wyznała z przejmującą szczerością. Germanistka zdobyła się na lekko pół-średnio zmartwiony wyraz twarzy. -Na pewno znajdziesz albo ci oddadzą. A teraz siadaj, jak ci tam... -Gdzie mam usiąść? – zapytała. -A jak masz na imię? – odpowiedziała pytaniem na pytanie nauczycielka. -Ja? Karolina – rzuciło niedbale dziewczę i zajęło pierwsze lepsze miejsce. Dokładnie obok mnie. I tak się wszystko zaczęło. Nie, nie zakochałem się w Karolinie, jeśli tak naprawdę się nazywała. Ja w ogóle nie miałem czasu na szkolne miłostki. Ochoty też nie czułem. Po co by mi to było? Ale ta dziewczyna naprawdę mnie zafascynowała. Może dlatego, że miała taki śmieszny kapelusz i tak dużo mówiła. Bo to zwalniałoby mnie z ewentualnego obowiązku prowadzenia rozmowy towarzyskiej. Jeśli, oczywiście, przyszłoby jej do głowy, żeby się do mnie odezwać. Bo ja chyba nie miałbym odwagi sam rozpocząć pogawędki. Germanistka podjęła nudną przemowę o kształceniu w krajach niemieckojęzycznych, a mnie pozostało jedynie patrzeć przez okno lub na dziwaczne nakrycie głowy Karoliny. Bo jej twarz, niestety, pozostawała ciągle w cieniu.

Rozdział 3

Nie odważyłem się zagadać nawet wtedy, gdy zostaliśmy sami w klasie. Reszta klasy wyległa na korytarz, a ja zostałem. Karolina także. Usiadła na ławce Bezwiednie wyciągnąłem rękę w stronę jej zielonego, wiosennego kapelusza. -Kapitalny, prawda? – roześmiała się wesoło. – Kiedy byłam bardzo mała, siostra zabrała mnie na premierę swojej sztuki, występowała właśnie w tym kapeluszu. Później ja go dostałam. Świetny, nie? -Aha – wydukałem. – Mnie też się podoba. Ale wiesz, może ty byś się zameldowała u wychowawczyni, że już jesteś, co? -Tak w ogóle, to ja się jej przedstawię, bo ona chyba nie wie, że ja mam chodzić do tej klasy... Idę. Wiem, gdzie – uprzedziła moje pytanie. – Ale która to jest? -Poproś Mączyńską – powiedziałem i odetchnąłem z ulgą, gdy zielony kapelusz i jego czerwonowłosa właścicielka zniknęli za drzwiami pracowni języka niemieckiego. Bo chociaż moja fascynacja Karoliną nie zmalała bynajmniej przy bliższym jej poznaniu, to pojawił się także strach. Bałem się wiatru zmian nadchodzącego w postaci szczupłej, oryginalnej piętnastolatki noszącej czarne, ubłocone glany. Tym samym złamała ona kolejny punkt regulaminu szkolnego, a mianowicie ten dotyczący zmiany obuwia. Zakładanie przez uczniów brudnych butów było solą w oku naszej dyrektorki i wiedziałem, że moja nowa znajoma może mieć z tego tytułu nieprzyjemności. Tymczasem jednak wróciłem do powtarzania niemieckich słówek, wychodząc z założenia, że co złego, to nie my.

Rozdział 4

-A jak ty się właściwie nazywasz, co? -Ja? Mam na imię Maciek – podałem jej rękę. Odpowiedziała mocnym uściskiem opalonej na złocisto dłoni. -Jestem Anka, miło mi. -Anka??? – wyrwało mi się szybciej, niż zdążyłem pomyśleć. -No, Anka – wyglądała na zdziwioną moją reakcją. – To chyba dość popularne imię, prawda? -Aha – mruknąłem i znów zagłębiłem się w niemiecki, co uczyniła też Karolina. Wydawało mi się, że poczułem nagle delikatny zapach pomarańczy. Zza chmur wyjrzało słońce, wprawdzie blade i jesienne, ale zawsze. A Karolina, czy też, jak ktoś woli, Anna, roztaczała wokół siebie subtelny zapach i nieświadoma moich rozważań na jej temat, dalej studiowała słówka z mojego zeszytu. Nagle wyprostowała się i krzyknęła: -Ej, ty! Tam jest błąd. -Do kogo mówisz? – zapytała germanistka, odwracając się od tablicy i spoglądając na moją sąsiadkę z żywym zainteresowaniem. Które trudno było wzbudzić u niej czymkolwiek innym, nawet bezbłędnym wyrecytowaniem wszystkich odmian czasowników nieregularnych. -Do ciebie mówię! Patrz, tu będzie szyk podrzędny... – Karolina vel Ania wstała i podbiegła do nauczycielki. -Aha, rzeczywiście. Masz rację – zdziwiła się ta ostatnia i mechanicznie poprawiła błąd, nie czyniąc przy tym żadnych dodatkowych uwag. A dziewczyna usiadła obok mnie i znów poczułem pomarańczową woń. Słońce na dobre pokazało już swoją twarz zza deszczowych chmur, igrając promykami w czerwonej grzywie.

Rozdział 5

-I co to ma być? – wrzasnęła dyrektorka, czerwieniejąc apoplektycznie na twarzy. -No, co... Buty – odpowiedziała Karolina, a ton jej głosu nie zmienił się nawet odrobinę. -Buty, buty... – przedrzeźniała Mączyńska. – To nie są buty po szkole, to są brudne buty! -Bo błoto jest na dworze – usprawiedliwiła się Karolina. – A ja nie wiedziałam, że tu się nosi buty na zmianę. -To zawsze trzeba wiedzieć! – stwierdziła wychowawczyni. – Dziękuję, pani dyrektor. – I – zwróciła się do dziewczyny – jak ty się w ogóle nazywasz? -Mam na imię Maria. -Maria, i co dalej? Muszę cię zapisać do dziennika. A jakie ty miałaś świadectwo? -Takie zwyczajne, papierowe. Momencik, już pokażę. – i znów zaczęło się przedstawienie z przegrzebywaniem licznych kieszeni i plecaka. -Zaraz znajdę – zapewniła. – Chyba, że znów zgubiłam?... A nie, jest! – oblicze Marii (?) rozjaśniło się i wydobyła ona pomięty świstek z samego dna „kostki”. -Bitte schööön - wyszczerzyła zęby w uśmiechu i skłoniła się w pas wychodzącej z sali dyrektorce oraz wychodzącej z siebie Mączyńskiej. -No, zobaczmy... Języki obce, dwa celujące. Niemiecki i co? Japoński?! -Tak – potwierdziła Karolina vel Anna vel Maria. – Zapisałam się na japoński. Chciałam oglądać moje ulubione filmy w oryginałach. Horrory – uśmiechnęła się radośnie, poprawiając zamsz na włosach. -Aha – westchnęła wychowawczyni. – Panno Mario, tu nie wolno nosić czapek. -Cóż, trudno. To kapelusz – wzruszyła ramionami domniemana panna Maria. – A pani lubi japońskie horrory? -Nie wiem, żadnego z nich nie miałam przyjemności obejrzeć – odparła sucho nauczycielka. – Ja nazywam się Mączyńska i będę cię uczyła historii. -Historii? – zmartwiła się szczerze dziewczyna. – Oj, niedobrze. -Właśnie widzę, chyba będziesz miała problemy – zauważyła wychowawczyni. – Z historii tylko dostateczny... -Aż dostateczny, zależy, jak na to spojrzeć – wtrąciła Karolina. -Język polski, celujący – nie dała się zbić z tropu historyczka. – Może laureatka? -I owszem. Dwukrotnie z niemieckiego, raz z polskiego, chemii i matematyki. -Doskonale. Poza tym świadectwo masz dobre, z wszystkiego dalej piątki... Cztery szóstki. -Pragnę nadmienić, że z wychowania fizycznego również uzyskałam notę celującą – przypomniała Karolina. – Jest tu SKS? -Szkolny klub sportowy? Nie ma. I najprawdopodobniej nie będzie. My nie kładziemy zbyt dużego nacisku na sport. -I bardzo źle! Sport może by ożywił tę szkołę, jacyś tacy... tego, wymemłani są. Proszę pamiętać, w zdrowym ciele – zdrowy duch! – pouczyła czerwonowłosa istotka. -Siadaj! Dość już mam twoich mądrości na dzisiaj. Jaki nosisz rozmiar? Jutro zamówimy dla ciebie mundurek, żebyś się nie wyróżniała. Karolina westchnęła. -Trzydzieści sześć. Ale czy to konieczne? – jęknęła rozpaczliwie. -Absolutnie. A teraz przejdźmy do lekcji. Otwórzcie podręczniki na stronie... Dziewczyna dziwnym trafem znów siedziała obok mnie. Założyła na piegowaty nos okularki w oprawkach koloru szmaragdowego, a ja, upajając się miłą wonią pomarańczy, zastanawiałem się, jaka ona naprawdę jest.

Rozdział 6

Po ośmiu lekcjach zwykle wracałem prosto do domu, odrabiałem lekcje, uczyłem się na dzień jutrzejszy, trochę pograłem na gitarze, pogimnastykowałem się i zasypiałem z walkmanem na uszach, zaś drugiego dnia budziłem się niewyspany i okropnie zmęczony. A dziś nabrałem dziwnej ochoty na długi spacer. Z Karoliną? Kiedy zaproponowałem jej w bardzo oględnych słowach wspólny powrót do domu, ta skwitowała moją wypowiedź krótkim chichotem, a potem niespodziewanie powiedziała: -Nie, do domu to nie. Ale możesz mnie odprowadzić na basen. To jest ładny kawałek, pogadamy sobie. Perspektywa prowadzenia lekkiej i dowcipnej konwersacji nieludzko mnie przeraziła, ale gdy już szliśmy długą, mokrą ulicą, nie czułem wstydu ani skrępowania. To po prostu działo się naturalnie: ona o coś pytała, ja odpowiadałem, ona śmiała się i przytaczała zabawne anegdotki á propos. -Bardzo ci się spieszy? – zapytała, przystając nagle. W sumie to nie miałem w ogóle czasu. Godzina szesnasta pięć, a ja jeszcze muszę... -Nie, no coś ty – usłyszałem swój własny głos i jej odpowiedź: -To może popatrzyłbyś na trening? W orzechowych oczach dostrzegłem niemą prośbę. I – to był błysk, mgnienie oka – wiedziałem już wszystko, nie wiedząc właściwie nic. Przecież ta roześmiana Karolina, co chwilę podająca się za kogoś…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych