Wróć do katalogu

Nadia, Oktaw, Emanuel

O locie z balkonu i nie pierwszej miłości...

panamka, opublikowano , 26 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nadia, Oktaw, Emanuel

Widziałem, jak skoczyła. Widziałem jak spadała w dół. Podbiegłem. O boże, żyje, żyje. Taka ładna - pomyślałem. Tak długo spadała... Wokół zebrało się trochę ludzi z pobliskiego spożywczaka. Jakaś kobieta wezwała karetkę. Spojrzałem na głowę tej dziewczyny, miała na włosach krew. I tak dobrze, że spadła na trawę. Jej buzia wykręcała się od bólu. Popatrzyła na mnie przez lekko otwarte oczy, widziałem jej strasznie zielone tęczówki...

Siedziałem na sali. Na takiej sali, co to krzesełka stoją równo pod ścianami, na takiej, co to lekarze mówią: przykro nam, urazy były zbyt duże. Siedziałem więc, sam nie wiem czemu. Czekałem chyba na nią. 4 godziny. Ale po co? Nie byłem z rodziny, nie znałem jej. Widziałem tylko jak jej ciało spada z balkonu. A raczej jak jej ciało z niego wyskakuje. Z trzeciego piętra. Dwa krzesła dalej siedziała kobieta i dwoje dzieci. Ojciec maluchów umarł - usłyszałem przypadkiem, jak lekarz powtarzał wyuczoną gdzieś na stażu kwestię: przykro mi. nic więcej nie mogliśmy zrobić. Kobieta spazmatycznie szlochała, dzieci nie rozumiejące zaistniałej sytuacji zajadały się czekoladowymi batonikami. Nagle zorientowałem się, że przede mną stoi jakiś mężczyzna. Podniosłem głowę. Mówił coś, nie bardzo wiedziałem o co mu chodzi. Mogę już wejść do dziewczyny - doszło do mnie tylko tyle z jego wyklepanego bełkotu. Sala 205.

Wszedłem do środka. Łóżko stało w kącie pokoju. Dopiero później zauważyłem, że okno chroni gruba krata, a klamek się przy nim nie stwierdza. Dziewczyna leżała dość spokojnie. Cholera, naprawdę wyglądała jak niedoszły samobójca. Głowa zwrócona w stronę okna, jakby miała ochotę znów wyfrunąć. Ręce miała zaciśnięte w pięści. Spojrzała na mnie. Zielone tęczówki poruszyły się niespokojnie, ale za chwilę powróciły do normalnego położenia. Powiedziała, żebym usiadł. Odsunąłem krzesło od stolika i przysunąłem je bliżej łóżka. Gdy usiadłem, dziewczyna podniosła się nieco wyżej na swoim posłaniu. Noga w gipsie, ręka lekko zwichnięta, wstrząśnienie mózgu - oznajmiła. Nie wiedziałem, co mam zrobić, uśmiechnąłem się tylko nieznacznie. Nadia. Miała na imię Nadia.

Odwiedzałem ją codziennie. Czułem się winny. Idiotyczne, ale tak było naprawdę. Miałem poczucie winy, że ta dwudziestoletnia dziewczyna postanowiła rozpłaszczyć się na chodniku i udać się w podróż nie wiadomo dokąd. Nie uśmiechała się wcale. Miałem wrażenie, że w każdej chwili podetnie sobie żyły jednorazowym plastikowym nożykiem, jaki dostawała do każdego posiłku. Przychodziłem o 10 rano. Wychodziłem o 16.00 czasem o 18.00. Pielęgniarki patrzyły na mnie, jakbym postradał rozum. Nadia wypowiadała średnio 2 zdania dziennie, przy czym jedno z nich brzmiało zawsze podobnie: wyjdź już. Czekały ją dwa miesiące w szpitalu, później jeszcze obowiązkowa terapia u psychologa i wizyty kontrolne. Dowiedziałem się tego od lekarza. od tego samego zresztą, który miał wyuczoną formułkę: przykro mi...

Przychodziłem, dzień w dzień. Nie pytając o nic, siedziałem przy niej, aż nie powiedziała, żebym sobie poszedł. Nie była wulgarna, obrażona, zła. Po prostu nie odzywała się praktycznie do nikogo. Co dwa dni przychodzili jej rodzice. Matka wyglądała na pięćdziesiątkę, ojciec przypominał zastraszonego królika. Nie wychodziłem nigdy z pokoju, kiedy oni przychodzili. Kiedy raz próbowałem wyjść, znów zobaczyłem te zielone wystraszone źrenice dziewczyny. Więc siedziałem przy Nadii, za każdym razem kiedy odwiedzała ją rodzina. Jej matka przypominała nadgorliwą sprzedawczynię z odzieżowego sklepu. Przypominała ekspedientkę, która podchodzi do ludzi, kiedy mają ochotę tylko pooglądać towar. Mimo tego musi zadać głupie pytanie: czy mogę w czymś pomóc? Nie zdążysz jeszcze odpowiedzieć, a ona już pokazuje ci bluzkę najmodniejszą w tym sezonie, która przypomina worek na śmieci. Taka była właśnie matka Nadii. Ojciec zachowywał się tak, jakby nie wiedział do czego służy krzesło. Zamiast usiąść, miotał się od ściany do ściany. Wyglądał przy tym tak, jakby liczył ile kroków jest od okna do drzwi. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć - sam zacząłem liczyć. Cholera, niech on wreszcie usiądzie. Nadia zawsze zachowywała kamienny wyraz twarzy. Rzucała w ich stronę tylko przelotne spojrzenia, kładła się i odwracała do nich tyłem, skupiając wzrok najczęściej na kaloryferze. Matka zanosiła się płaczem, ojciec liczył kroki. Mijały tak dwie, trzy godziny. Rodzice wychodzili, a Nadia wracała do pozycji siedzącej.

Emanuel.. Powiedziała mi to imię na początku drugiego tygodnia pobytu w szpitalu. Nic więcej. Nie zapytałem kim był, skąd pochodził, dlaczego ona mi to mówi. Nie chciałem wiedzieć.

Przychodziłem teraz wcześniej i wychodziłem później. Byłem pewien, że w naszych relacjach zaczął się nowy etap. Nadia mówiła teraz więcej. Nie były to jednak wyznania typu: moje życie było do dupy. Opowiadała raczej o porannym śniadaniu, lub smaku zupy ogórkowej, podanej na obiad. Pytała o pogodę, o temperaturę powietrza, pytała nawet jak pachnie na zewnątrz. Odpowiadałem krótkimi zdaniami, plotłem trzy po trzy o urokach czerwcowych upałów, w których rozpływało się miasto. Ona słuchała uważnie, a ja zastanawiałem się jak do cholery może pachnieć powietrze poza budynkiem szpitala.

Przyjaźniłam się z Emanuelem - oświadczyła zielonooka któregoś razu. I nic. Jedno zdanie oderwane zupełnie od poprzednich wypowiedzi. Wydusiłem z siebie w końcu głupie: no i? No i nic - odparła od niechcenia.

Minęło dwa tygodnie od lotu z balkonu. Dziewczyna nie wstawała z łóżka prawie w ogóle. Pielęgniarki zachęcały łagodnie: wstań Nadiu. Ale Nadia nie wstawała, a odpowiedzi "nie chce mi się" towarzyszył wyraz twarzy, który mówił, ni mniej, ni więcej, ale właśnie "spierdalaj".

Uśmiechnęła się do mnie. Pierwszy raz. Ma taki uśmiech, jakiego nie spotkałem u żadnej dziewczyny. Jej oczy błyszczały blaskiem radości, radości jakiej trudno szukać wśród normalnych ludzi. Myślę, że taki uśmiech potrafią mieć tylko wariaci. Wariaci i ona. Dopiero po prawie miesiącu zaczęła mówić o sobie. Nie, nic z tych rzeczy: "targnęłam się na życie, bo...". Mówiła o rzeczach błahych i przyziemnych, ale było w tych opowieściach coś niesamowitego. Mówiła prosto, dla niej tak znaczyło tak, nie znaczyło nie. Pośrednich wersji nie było. Opowiadała o nocnym czytaniu książek, o wschodach i zachodach słońca, które oglądała niemal codziennie. Opowiadała mi o gwiazdach, o Ziemi, o naturze. Mówiła o tym wszystkim, o czym nie mówią zwykli ludzie. Nadia nie narzekała nigdy na pogodę, na zły dzień, zły czas. Mówiła o ludzkim istnieniu z wielkim szacunkiem. Od kiedy zauważyłem jej paradoksalne przywiązanie do życia i ogromną radość z każdego dnia, zacząłem się zastanawiać: "dlaczego?" Dlaczego chciała się zabić? Dlaczego chciała zasnąć i więcej się nie obudzić? Dlaczego wybrała skok przez okno? Dlaczego?

Opowiedz mi coś o sobie - powiedziała mi któregoś razu. Nie wiem o tobie nic. Więc skleciłem parę zdań o tym, jak wychowywała mnie wyłącznie matka, bo ojciec nie poczuwał się do ojcostwa. A raczej nie poczuwał się do ojcostwa nade mną. Miał bowiem z drugą żoną dwójkę dzieci, które rozpieszczał do granic możliwości. Kontakty ze mną ograniczył do znaczka pocztowego naklejanego na urodzinową kartkę. Tylko ten znaczek był jego dziełem. Musiał go wziąć do ręki i nakleić. Życzenia były już wydrukowane. Jednak kartkę przysyłał zawsze - tego nie można mu zarzucić. Jak w zegarku, 11 marca listonosz przynosił mi małą kopertę. Rok w rok, marzec, po marcu. Sęk w tym, że mam urodziny w sierpniu. Matka po rozwodzie nie związała się z nikim na stałe. Parę razy spotykała się z różnymi facetami, ale każdy odpadał w konfrontacji z nastoletnim brakiem odpowiedzialności jej byłego męża. Czyli ze mną. Nie, nie to, żebym gotował matce piekło. Zawsze chciałem, żeby kogoś poznała. Jednak przyszli kandydaci na mężów niepewnie patrzyli na osiemnastoletni bagaż, dla którego musieliby być ojczymem. No więc powiedziałem Nadii to wszystko, a ona patrzyła na mnie, jakby nie zrozumiała ani jednego słowa. Opowiedz mi o sobie - powtórzyła łagodnie. Pomyślałem, że zgłupiała czy jak. No przecież mówię. Jasno i wyraźnie. Że ojciec kretyn i zbolały palant, że matka żyć przeze mnie nie może. Opowiedz mi o sobie - praktycznie to przeliterowała. Nie zrozumiałem. Nie odpowiedziałem nic. Przecież ich życie jest moim życiem, jak mogę opowiadać o sobie nie opowiadając o nich. Dopiero dużo później zrozumiałem, że mogłem.

Opowiedz mi o Emanuelu - myślałem, że nasza znajomość jest na etapie, w którym bez przeszkód mogę zapytać o wszystko. Poziom naszej znajomości "duchowej" oceniłem błędnie. Wyjdź już - usłyszałem tylko w odpowiedzi. Nie sprzeczałem się, wiedziałem, że tak znaczyło "tak", nie znaczyło "nie". Po tym zdarzeniu byłem ostrożniejszy, inaczej dobierałem słowa. Starałem się jej nie urazić. Nie chciałem żeby.... No właśnie, żeby co? Żeby nie spróbowała znów rozpłaszczyć się na chodniku? Żeby sobie żył nie podcięła? Żeby? Nie wiem. Jednak Nadia nie zwróciła zbytniej uwagi na pytanie o Emanuela. Była znów tą dziewczyną, która opowiadała mi o smaku zupy ogórkowej. Pewnego dnia zaczęła opowieść od słów, które wcześniej już słyszałem: "Przyjaźniłam się z Emanuelem".

Przyjaźniłam się z Emanuelem. Był moją miłością. Moją pierwszą, jedyną miłością. Znaliśmy się od dawna. Jako małe szkraby ganialiśmy się na jednym placu zabaw. Do tej pory tam chodzimy..., to znaczy chodziliśmy do niedawna, choć minęło tyle lat. To on nauczył mnie postrzegać świat jak niekończącą się przygodę. On nauczył mnie, że żadna góra nie jest tak wielka, że nie można się na nią wspiąć. On wmawiał mi, że nasza przyjaźń będzie trwała wiecznie. Jak się później okazało - kłamał. Emanuel to typ wymarłego gatunku. Otwierał drzwi przed każdą dziewczyną, nawet tą najbrzydszą. Potrafił być oparciem, kiedy życie mówiło mi, że nie ma tu dla mnie miejsca. On dawał mi nadzieję na jutro. Śmiał się do gwiazd i kpił z brutalności życia. Czarował uśmiechem, a spojrzeniem koił najgorszy ból. Kiedy ja podpierałam ściany, on rzucał się do działania i ciągnął mnie za sobą. Był moją miłością. Miłością mego życia. Nigdy nie byliśmy ze sobą. Nie dziw się. On miał duszę wiecznego uciekiniera i idealisty, który szukał księżniczki, którą mógłby uratować. Ja byłam dla niego bratnią duszą, kimś z kim można konie kraść, ale w żadnym razie nie można mnie było ratować z białej wieży w ogromnym zamczysku. Tak to już czasami jest, że Ci których kochamy najmocniej, nie są w stanie odwzajemnić naszego uczucia. Tak to już bywa, kiedy uzależnisz swoje życie od życia drugiej osoby... Był czwartek dwudziestego drugiego października 2005 roku. Śliska nawierzchnia, niewielki zakręt, słup. Przeraźliwy pisk opon sprawił, że szybko podeszłam do okna. Widziałam tylko czerwoną kurtkę leżącą na ulicy. Wybiegłam z domu. Samochód z rozbitą szybą stał w poprzek jezdni, wbity w metalowy słup. Kierowca samochodu dzwonił na pogotowie. Podbiegłam. Emanuel był cały we krwi, siła uderzenia odrzuciła go parę metrów w bok od samochodu. Mocno rozcięta głowa, chyba złamana ręka. Emanuel kulił się z bólu, na twarzy widać było ślady łez. Klęczałam przy nim, a on patrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami, które miały w sobie tyle bólu... Pamiętam przeraźliwe wycie karetki pogotowia ratunkowego. Pamiętam słowa lekarza: "stan Emanuela jest bardzo ciężki" . Siedziałam przed drzwiami intensywnej terapii. Czułam się jak we śnie. Przecież jeszcze jakieś 15 minut temu z nim rozmawiałam. Przyszedł do mnie. Było mi smutno, a on chyba telepatycznie wyczuł, że coś ze mną jest nie tak. Przytulił, podał chusteczki, wytłumaczył, że świat jest warty łez, ale nie histerii. Poprawił mi humor jak zwykle. A później... Później, kiedy wychodził powiedziałam tylko, żeby przechodził na zielonym - notorycznie bowiem łamał przepis dotyczący poruszania się po pasach. Nigdy mnie nie słuchał, ale tym razem chciał zrobić mi przyjemność. Tym razem przeszedł na zielonym... Widziałam przez okno jak zielone światełko zapala się na sygnalizatorze. Odwróciłam głowę. Później pisk opon, później siedziałam już przed oddziałem intensywnej terapii. Siedziałam przy nim niemal cały czas, miałam poczucie winy, że to przeze mnie. Jego poduszka była mokra od moich łez. Emanuel przez tydzień walczył o życie, które tak bardzo kochał. Walczył ramię w ramię razem z każdą kroplówką, jaką mu podawano. Walczył w nocy, kiedy spadało mu ciśnienie krwi, walczył w dzień, kiedy dostał wewnętrznego krwotoku. Walczył, kiedy lekarze zszywali mu czaszkę i nastawiali połamaną rękę. Walczył i wygrał. Cholerny indywidualista i idealista przegonił śmierć i stanął na własne nogi dwa miesiące od tamtego tragicznego dnia. Wydawało się, że nigdy nie potrącił go żaden samochód, że żadnego wypadku nigdy nie miał. Dalej gonił szczęście i życie z iście bujną fantazją. Pierwszym miejscem, do którego poszedł zupełnie sam, bez opieki rodziców, czy starszego brata był mój dom. Przyszedł i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych