Wróć do katalogu

Naprawdę udany dzień

Historia udanego dnia.

DoktorUboot, opublikowano , 18 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Powiedzieć, że Karol był w nastroju osobliwym, to znaczy nic nie powiedzieć.

Przez cały czas pobytu u Balickich walczyły w nim ze sobą dwa całkowicie sprzeczne uczucia. Tkliwość i irytacja. To pierwsze wywołała w głównej mierze pita regularnymi kolejkami nalewka, rozlewająca się we wnętrznościach fantastycznym ciepłem. Po każdym kolejnym kieliszeczku ciemno-bordowego, zawiesistego alkoholu przez jakiś czas wszystko co znajdowało się w zasięgu wzroku, rozczulało go i nastrajało melancholijnie. Wtedy Karol bał się, że się po prostu pobeczy od patrzenia na to poukładane od a do z życie swoich najlepszych przyjaciół, których znał od czasów już zupełnie niepamiętnych.

A irytacja? Przychodziła nagle, pomiędzy zagryzieniem jędrnego, schłodzonego grzybka marynowanego a kolejnym wypowiedzianym banałem, czy to przez samego siebie, czy to przez gospodarzy.

Baliccy zaprosili Karola na zwykłą wieczorną posiadówkę, nie widzieli się już ze sobą bardzo dawno. No, i jak to mieli w zwyczaju, ugościli go stołem zawalonym doskonałym jedzeniem – własnej oczywiście roboty – i nalewką wyprodukowaną przez wszystko-potrafiącego Marka, męża Arletty i ojca dwunastoletniej Pauliny. Karol siedział więc przy tym stole z coraz bardziej ciążącym brzuchem, wypijał kolejne kolejki nalewki do rytmu coraz częstszych nawoływań Marka, i na zmianę – to roztkliwiał się, to aż czerwieniał od wewnętrznej złości.

No bo tak patrząc z jednej strony: Jak to możliwe? Jego własne życie układało się dosyć kiepsko, mimo dopiero sześćdziesiątki na karku czuł się czasami jak osiemdziesięciolatek wiszący nad grobem – wciąż jednak została mu przyjaźń z Balickimi. Karol był pewien, że to jednak nie byle co, zwłaszcza w jego sytuacji.

Mogli nie widzieć się i pół roku, a potem dzwoni Arletta, i znów siedzą jak za dawnych lat przy jedzeniu i alkoholu, rozmawiają sobie o wszystkim i o niczym przy włączonym w tle telewizorze. Zmienił się, owszem, anturaż. Już nie ma tej małej klitki ze ślepą kuchnią – Baliccy zbudowali sobie porządny dom i urządzili go jak trzeba, przytulnie i bez nowobogackich fajerwerków.

A więc nie jest ze mną jeszcze tak źle, coś jednak mi jeszcze zostało – pomyślał Karol broniąc się ostatkiem sił przed uronieniem kiczowatej łzy, gdy tak patrzył jak poczciwie płonie domowe ognisko Balickich. A tu jeszcze Paulina, już pół-dziecko, pół-kobieta, wpadła po raz setny do dużej i przestronnej kuchni, skąd można było podziwiać przez duże okno bujny drzewostan porastający posesję, i nie bacząc na nic, wcinając się starszym w pół słowa, zmusiła ich wszystkich do pochylenia się nad swoimi najnowszymi rysunkami. Tylko ktoś wyjątkowo złośliwy mógłby nazwać je zwykłymi bazgrołami – przemknęło przez Karolową lekko nietrzeźwą świadomość. Na szczęście udało mu się nad sobą jakoś zapanować.

Złożona natura Karola nie dawała mu jednak odetchnąć. Fale podwyższonej egzaltacji miały u niego to do siebie, że tak jak nagle przychodziły, tak samo nagle musiały ustąpić przed spadającym na niego, niczym diabeł z szafy, atakiem złości na dosłownie wszystko – siebie samego oraz na ludzi, którzy właśnie go otaczali, niby przyjaciół, ale jednak osoby wyjątkowo głupie i małoduszne.

Oto i Arletta – coś gadało do Karola w środku jego głowy – kiepsko starzejąca się wariatka, chcąca skazywać ludzi na śmierć za niedostateczne jej zdaniem pochylenie się nad losem wszystkich małych kotków świata i jednocześnie gorąca orędowniczka możliwości wyskrobania się w każdej możliwej godzinie ciąży, która najpewniej i tak z racji wieku nie powinna funkcjonować w jej zainteresowaniach. Niby śląca na lewo i prawo czułe uśmiechy i nieudolnie grająca ciotkę-klotkę. W każdej jednak chwili gotowa wbić szpilę samemu Panu Bogu.

Marek – podpowiadała najedzona i napita głowa – nudny jak sto egzemplarzy „Tygodnika Powszechnego” facet, nie widzący świata poza wędkowaniem, piciem piwa i nalewek oraz sadzeniem kolejnych drzew na swojej (to znaczy wziętej oczywiście jako posag żony) ogromnej działce położonej tuż pod wspaniałym lasem. Wszystko mu się zawsze udaje, to jasne. A jak mu się nie udaje, to robi tę swoją mało mądrą minę i też jest w porządku”.

Dobrze, że Marek w końcu zrobił to, do czego od zawsze, czyli od momentu, gdy Karol go poznał, miał wyjątkowy temperament – czyli wskazał na pełne kieliszeczki. Nim nalewka przestała palić Karolowe gardło, Balicki ponownie uczynił dobrze znany wszystkim gest – uniesiona ręka nakazywała wychylić następnego, bo jak gospodarz lubił mawiać: „szkłem przejdzie”.

Karol po raz nie wiadomo który potraktował toast jako ratunek. Jeszcze sekunda, a wstałby przewracając krzesło i opuścił ten małomieszczański barłóg, ten sam który chwilę wcześniej wydawał mu się esencją normalności, wzorem, dodajmy koniecznie, niedościgłym wzorem. Nie wykluczał, że mógłby na odchodne jeszcze ochrzanić na do widzenia i tę małą Paulinę, tego nieznośnego i w gruncie rzeczy niezbyt rozgarniętego dzieciaka.

Opanował się jednak, znów się udało...

Arletta stanęła w drzwiach. Wyglądała jakoś inaczej.

– Karol – zaczęła w uroczystej tonacji. - Przepraszamy cię bardzo. Zapomnieliśmy o twoich urodzinach. No, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Nasz drogi przyjacielu – już paplała w swojej ulubionej egzaltowanej manierze – mamy nadzieję, że przyjmiesz od nas ten mały drobny prezencik.

Karol wstał.

Poczuł, że jego twarz zamienia się w istną purpurę. W dłoniach Arletty dostrzegł jakąś kopertę.

O Boże, musieli zauważyć, że mam poprzecierane rękawy w marynarce, czyli jak zwykle kiepsko u mnie z forsą. Co za upokorzenie.

– Paula, daj wujkowi prezent, no co się tak gapisz? - Arletta wcisnęła kopertę córce, która właśnie wyjrzała zza pleców matki z dziwną miną wypisaną na ponurej twarzy, na szczęście nie noszącej znamion podobieństwa do rodzicielki.

Poszła w Marka – zanim ostatecznie przekształci się w kobietę będzie przynajmniej jako tako wyglądała. Karol już dawno temu przyjął ten fakt z ulgą. Teraz jednak uderzyło go to z podwójną mocą. Dziewczyna będzie mieć łatwiej w życiu nie mając krótkich, balaskowatych nóżek, tendencji do tycia i czarnych włosów, które jeszcze zwykle przed trzydziestką zaczynają siwieć.

Paulina ostentacyjnie się ociągając capnęła kopertę w szczupłą dłoń, nienaturalnie długą jak na dwunastolatkę. Bez przekonania ruszyła w stronę Karola, łypiąc na niego spod nastroszonego czoła. Karol w tym czasie coś dukał pod nosem, chyba coś o tym, że „nie trzeba było”, zanim koperta została mu dostarczona zdążył ze dwa razy rozpiąć i zapiąć marynarkę.

Otworzył kopertę. Wcześniej Marek – który jak zwykle zachowywał lodowatą obojętność wobec wszystkiego co dzieje się tak na całym Bożym świecie, jak i obok niego samego – widząc niewyraźną minę Karola stuknął palcem w swój kieliszek i mruknął:

– No dalej, stary. Otwieraj i walniemy po jednym, bo szkłem przejdzie.

W kopercie na szczęście nie było pieniędzy. Była tam za to jakaś tekturowa, złożona na pół, kartka.

– Pomyśleliśmy, że będziesz zadowolony - szczebiotała rozanielona Arletta. - Nie mieliśmy pomysłu, po co komu kolejne książki, filmy czy inne płyty. No i w końcu to nam przyszło do głowy. Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś wreszcie się zrelaksować, odpocząć.

Tajemnicza kartka okazała się być zaproszeniem na tygodniowy pobyt w pięknym hotelu w górach.

Spa, basen, masaże, wycieczki, uroczyste kolacje, no i jako atrakcja główna – koncert renomowanego kwartetu smyczkowego. Bajka. Dla Karola te wszystkie spa i baseny były psu na budę, nie miał zamiaru pokazywać światu swojego wielkiego, opuchniętego bebecha i pomarszczonej skóry. Wycieczki po górach też nie bardzo. Ale samotne spacery, podziwianie widoku z okna? Wykwintne posiłki? No i ten kwartet. Udało im się. Cholera, udało im się. Znów się wzruszył.

– Dziękuję wam bardzo, bardzo – wydukał z drżeniem w głosie. Agnieszka, czego wyjątkowo nienawidził, rzuciła się do obejmowania i przytulania.

***

Karol na wszelki wypadek przybył na dworzec godzinę wcześniej. Zmusił go do tego silny stres przedpodróżowy. Zapomniał już, że od dziecka zawsze przy każdej podróży musiał się z nim borykać. Ostatni raz był gdzieś dalej... Nawet nie pamiętał. Chyba u rodziny, w Kielcach. Ale kiedy to tak naprawdę było? Z dziesięć lat temu, albo i dawniej.

Nie potrafił sam siebie oszukiwać, a jeśli już, to przynajmniej nie chciał tego robić zbyt długo. Nie miał ochoty tego tak pięknie zapowiadającego się dnia poświęcać na dąsy i czarnowidztwo, co zwykle pomaga mu przetrwać czas od świtu do zmierzchu. Był ewidentnie podekscytowany. Nie przejmował się nawet, że być może przyjdzie mu spędzić trzy godziny z jakimiś obcymi osobami w przedziale, co teoretycznie powinno go poważnie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych