Wróć do katalogu

Nasz Hogwart. Rozdział 1

Fanfic na podstawie sławnej na całym świecie serii o Harrym Potterze, jednak w moim wydaniu, bo jakby to się potoczyło dalej?

xMarcelinax, opublikowano , 45 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dokładnie rok później

-Nadd, Ty pierwsza - powiedziała Pansy i lekko popchnęła dziewczynę do przodu. - Jak zawsze, przez barierkę. Brunetka pewnym krokiem podeszła do niej, i po chwili znikła. Nie rozumiała tylko, dlaczego czarnowłosa przypomina jej o tym, jak dostać się na peron 9 ¾, przecież nie była głupia, doskonale wiedziała, co trzeba zrobić, żeby się tam znaleźć. Jednak ta uwaga była chyba tylko po to, żeby pokazać Draco, jaką to dobrą matką będzie. Od kilku tygodni kłócili się, bo Malfoy nie dość, że nie chciał się z nią ożenić, to jeszcze nie zgadzał się na kolejne dziecko, bo twierdził, że Scorpius mu wystarczy i żadnego więcej dzieciaka nie potrzebuje do szczęścia. Jednak pozostawmy ich konflikt interesów, który to rozwiążą w przyszłości, powracając do pierwszego września i kolejnego początku roku szkolnego w Hogwarcie. Następnie po Riddle przeszła Parkinson, trzymając w ręku klatkę z sową wcześniej wymienionej, tak, że przy barierce pozostał tylko Draco wraz z synem, Scorpiusem, dla którego był to dopiero pierwszy rok w Hogwarcie, jednak został już całkowicie przeszkolony, przez swoją ciotkę i doskonale wiedział, czego może się spodziewać. Ojciec spojrzał na syna z dumą. Tak naprawdę nie znali się tak dobrze, większość czasu spędzał w pracy, a on był zostawiony pod opieką dziadków, oraz swojej ciotki, która, jak by się zdawało, miała na młodego blondyna całkiem dobry wpływ. Pomimo dumy, jaka go rozpierała, czuł się nieco zmęczony tym całym zamieszaniem, związanym z kolejnym rokiem szkolnym, robieniem zakupów i chodzeniem po wielu niepotrzebnych miejscach. Nie przywykł do tego, zwykle inni robili to za niego, jednak Pansy czerpała z tego prawdziwą, wręcz nieopisaną przyjemność, a żeby załagodzić nieco sytuację, zgodził się. Poza tym, była to całkiem niezła okazja, żeby zasiać w ludziach trochę lęku i by zobaczyli, że chociaż zło zostało zniszczone, nadal panoszy się po drogach tego świata. Ludzie robili się zbyt pewni swego, i przechwalali się, że czego to oni nie zrobili, kiedy Czarny Lord się odrodził, lub, że ciągle uważali, że ta cała panika jest niepotrzebna i słynny Harry Potter ich wyzwoli. No, co oni nie powiedzą, wredne kreatury, kiedy trwały dni mroku kryli się w każdej możliwej do życia norze, byle tylko ich nie znalazł, a gdyby chciał i tak wiedziałby, gdzie są. Nikt nie mógł uciec przed Lordem Voldemortem, powinni o tym wiedzieć i pamiętać, bo być może już niedługo… -Razem? - zapytał Draco swoją młodszą i nieco mniejszą „kopię”, uśmiechając się. Nie miał teraz czasu rozmyślać o przeszłości, ani tym bardziej, o przyszłości, która była niepewna jak to, czy kanapka spadnie masłem w dół. Syn poczuł się dziwnie, bo jak wcześniej zostało wspomniane, nie znał się zbyt dobrze z ojcem, rzadko się do tego widywali. Ale nie narzekał na nudę, czy brak zajęć, bo wynagradzała mu to panna Riddle, oraz wujek Andy, z którymi nigdy nie można było siedzieć i nic nie robić. Tak, więc, co do propozycji ojca poczuł się mile zaskoczony. -Dobra – odpowiedział i ruszyli w stronę plastikowej barierki między peronami. Przez chwilę w głowie chłopaka pojawiły się obawy, że rozbiją się o nią i zrobią z siebie pośmiewisko przez mugolami i innymi czarodziejami, których nie było tak trudno rozróżnić po ich dziwacznym ubiorze. Pomimo, że wychowywał się w czarodziejskiej rodzinie i wiedział, do czego zdolna jest magia, czasami miał chwile zwątpienia w to, czy na pewno się uda. Przecież ile razy słyszało się o złej teleportacji, czy nieudanym zaklęciu. A tego na barierce pewnie nikt dawno nie odnawiał, a nie wiadomo, kto mógł przy niej kombinować w późniejszych latach. Ale na szczęście, nic się nie stało i jego obawy były całkowicie niepotrzebne. Przenieśli się w zupełnie inne miejsce, które zafascynowało młodego. Czerwona lokomotywa stała już i co pewien czas buchała parą, pokazując swoją gotowość do odjazdu w każdej chwili. -Nie patrz się tak, to nic nadzwyczajnego – powiedziała Nadd, opierająca się o jakiś filar z uśmiechem przyglądając się blondynowi. Czasami nie wierzył, że jest ona jakkolwiek spokrewniona z Czarnym Panem, lub jego ciotką Bellatrix. Ludzie mogli mówić sobie, co chcieli, jednak nikt nie powinien powiedzieć nigdy, że Naddall jest brzydka, bo była wręcz nieprzeciętnie ładna. Po chwili podszedł do niej wraz z ojcem, ciągnąc swój bagaż. Już mieli się oddalić, kiedy do starszych czarodziei podeszła jakaś inna grupka magików, która właśnie przechodziła obok. Naddall znała ich z przyjęć u Malfoy’ów, albo jakiś innych spotkań. W każdym bądź razie, nikt wielki czy znaczący, a przynajmniej jak dla niej, jednakże Draco i Pansy musieli ich uważać za dość wpływowych, bo natychmiast nawiązali rozmowę, chwaląc się przy okazji ich młodszą dwójką, z czego Scorpius był wręcz niezmiernie dumny. Brunetka prychnęła przyglądając się całej scenie i pociągnęła go za rękaw, a kiedy spojrzał na nią z pytającym wyrazem twarzy, powiedziała tylko: -Chodź, spadamy stąd.

~~***~~

(w tym samym czasie)

-Albus, pośpiesz się! - James wydzierał się na brata średnio, co 3 sekundy. - Nie mam zamiaru się spóźnić. Chłopak biegł już za nim i czuł, że za chwile nogi mu odpadną z nadmiaru wysiłku. Pot ciekł ciurkiem po jego plecach. Sam do końca nie rozumiał, dlaczego słuchał swojego brata. Co z tego, z był o rok starszy. Nie powinien nim tak pomiatać. Za kogo on się w ogóle uważał, że wydawał mu rozkazy?! -James! Mamy jeszcze prawie godzinę! - powiedziała Ginny, lekko zirytowanym głosem. Chłopak spojrzał na nią i uśmiechnął się. W takich chwilach wydawał się niezwykle czarujący, zwłaszcza, kiedy w tych jego oczach pojawiały się takie iskierki, czy też ogniki, będące oznaką zadowolenia, rozbawienia lub pokazujące, że ma jakiś wyjątkowo dobry plan, który szybko trzeba wcielić w życie. -Za mało. Nie zdążę się ze wszystkimi przywitać! – powiedział i przyśpieszył jeszcze bardziej, nadając całej rodzinie tempo nie do wyrobienia. Mała rudowłosa dziewczynka, która szła za rękę z matką była już bliska płaczu. Nie dość, że została brutalnie obudzona o wczesnej godzinie, to jeszcze teraz brat kazał jej się ciągle śpieszyć, kiedy jej małe nóżki bolały ją strasznie i czuła, że już nie ma siły, żeby jeszcze szybciej biec. Starsza kobieta spuściła z siebie powietrze, wydając odgłos przypominający „pfff”. W stosunku, co do swojego najstarszego syna, czuła się wręcz bezradna ostatnio. Liczyła tylko na to, że pozostała dwójka dzieci zostanie na zawsze jej maleństwami, o które będzie mogła się ciągle troszczyć i które z wiekiem nie staną się jak ich starszy brat. Biedna ruda, nie wiedziała, że w tym roku miała utracić kolejnego syna i to w jeszcze gorszy i brutalny sposób, którego nawet nie brała pod uwagę w swoich rozważaniach. Mąż idący za nią pokręcił głową z dezaprobatą. Jemu też coraz trudniej było się dogadać ze swoim pierworodnym. Był w stanie zrozumieć, że to taki wiek, chociaż on nigdy nie miał tak naprawdę nikogo, kto by go odprowadził na pociąg, czy troszczył się o niego ciągle. A przynajmniej do czasu. Spojrzał z miłością na swoją żonę i uśmiechnął się lekko. Był szczęśliwy, że ma ją. Bez niej wszystko byłoby zupełnie inne. Zawsze dawała mu siłę, kiedy czuł, że wszystko, co robi jest bezsensu. Powrócił myślami do gmachu, w którym mieściła się stacja kolejowa. Będzie musiał bardzo poważnie porozmawiać z synem, kiedy przyjedzie na święta. Jednak w głowie młodszego potomka rodzinny Potterów zrodziła się myśl zupełnie innego gatunku – „Boże taki idiota ma aż tyle przyjaciół, że nie starczy mu godzina na przywitanie się?!”. Sam Albus nie znał zbyt wielu czarodziei, pomijając swoją bardzo liczna rodzinę, zwłaszcza, od strony Weasley’ów, więc nie wyobrażał sobie tego, ile ich wszystkich musi tam razem być, chociaż wiedział z opowieści, że Hogwart jest wręcz olbrzymi. Jednakże nie dowierzał trochę temu, co opowiadał jego brat. Wielka ośmiornica, która porywa dzieci i oddaje po miesiącach jak na szkołę była w jego mniemaniu zbyt wielką atrakcją. Pośpiesznie doszli do barierki i zaczęli poklei przez nią przechodzić. -Nareszcie! – wrzasnął uradowany wręcz, najstarszy z rodzeństwa. - Grzebiecie się jak muchy w smole! Sam bym w połowę tego czasu tu doszedł, bez zbytniego wysilania się, ale wy jak zwykle musicie opóźniać wszelkie tempo pracy. -Pamiętaj, do kogo się odzywasz - warknął Potter w stronę swojego syna. - Nie jesteśmy z matką twoimi znajomymi, żebyś się tak do nas odzywał, zapamiętaj to sobie raz na zawsze., Brunet zrobił się czerwony. Nienawidził swojego ojca z całego serca. Nie tylko za to, że nadal traktował go jak dziecko, które sobie z niczym nie poradzi i nie powinno nic robić najlepiej, żeby mu się jakaś krzywda nie stała. Poza tym, nie mógł znieść, jak ktoś porównywał go do „tego słynnego Harry’ego Potter’a”, który to zrobił nie wiadomo, co. Gdyby on miał coś podobnego do uczynienia, na pewno też by to zrobił, nawet lepiej. Ah, tymczasem musiał męczyć się w szkole z panną Riddle, która, jak mniemał, nie była wcale lepsza od ojca, a jakoś nikt go nie wychwala za to, że ma do przeżycia z nią kolejny rok. A w tym wszystkim matka w cale nawet nie starała się go bronić. W jej oczach był tylko Albusek. „Albusek to, Albusek tamto”. A dlaczego? Bo on był inny. Nigdy nic nie odwalał, zawsze siedział cicho. To było rodzicom na rękę, nie musieli się bać, że pewnego dnia nie wróci do domu, albo, że zadzwonią do nich ze szpitala z wieścią, że ich synalek wylądował w Mungu, ze wstrząsem mózgu i poważnymi obrażeniami po użyciu na nim zaklęć niewybaczalnych, lub czegoś innego, bo w świecie magii wszystko mogło się zdarzyć. Ale on, James zawsze im się stawiał. Za każdym razem miał coś do powiedzenia, nie zgadzał się z nimi praktycznie w żadnej kwestii. A oni winili go, że ma własne zdanie. Rodzice innych dzieci pewnie chwaliliby go, że ma, co powiedzieć, że ma własny rozum, i nie da się kontrolować innym, ani mediom, w których pokazują się największe głupoty pod słońcem. A więc teraz tylko westchnął i szedł dalej, nie zwracając zbytniej uwagi na słowa ojca. W końcu, i tak powtórzy to jeszcze z pięć razy w ciągu dnia, jak nie więcej.

~~***~~

-Chodź - powiedziała Naddall, pośpieszając blondyna. Zawsze chodziła bardzo szybko, więc trudno było złapać jej tempo, a nie znosiła nikogo pośpieszać. Będzie sobie strzępić język na takie błahe sprawy, kiedy do załatwienia zostało pełno innych, ważniejszych. -Poznasz teraz moich znajomych – powiedziała do młodego Malfoy’a, kiedy zrównał się z nią. – Wiesz, ci tacy z mojej paczki, z którymi się przyjaźnię jako tako, a przynajmniej przebywam więcej czasu, niż z resztą. Wiesz, jak to jest – skończyła swój wywód, uśmiechając się lekko. Pomimo, że była zdania, że przyjaciele nie są jej potrzebni, lubiła otaczać się ludźmi, dla których była wzorem postępowania, wyglądu czy umiejętności magicznych. Sprawiało jej to swojego rodzaju przyjemność. Poza tym, Hogwart od zawsze był jej drugim domem, bez którego nie wyobrażała sobie swojej egzystencji. Szkoła Magii nigdy nie przestawała być jakąś częścią w jej życiu. A teraz mogła tu powracać, co roku, gdzie czekało ją wielkie dręczenie szlam i tego chłystka, Pottera. Oh, jak ona go nie znosiła! -Poza tym, to zachowuj się normalnie – pouczyła go niczym jakiś instruktor, po wieloletnim stażu. – Nie staraj im się przypodobać, w większości zwracają najpierw uwagę na twoje pochodzenie, a dopiero potem na to, jaki jesteś naprawdę, wszelkie przymilanie nie wchodzi w grę, ale i tak jestem zdania, że cię od razu polubią. Poza tym, nie mają innego wyjścia. Uśmiechnęła się do blondyna powtórnie. Była to jedyna osoba, o którą troszczyła się prawie w tak samej mierze, jak o siebie samą. Wychowała się ze Scorpiusem, więc między nimi wytworzyła się swojego rodzaju więź. Szli w drugi koniec peronu, mijając wielu czarodziei i „przedzierając się”, przez grupki uczniów. To „przedzieranie się”, polegało raczej na tym, że Nadd wpychała się w sam środek towarzystwa i rozbijała je na dwie części, jak nie na więcej, a kiedy ktoś zwrócił jej uwagę, piorunowała go po prostu wzrokiem, a ten natychmiast się zamykał. Szczególnie sprawiało jej to wielką przyjemność, kiedy mogła rozwalić grupkę Puchonów, których, jak często mawiała, uważała za największe sieroty, jakie tylko mogły w świecie magii istnieć. Na równi z nimi byli Gryfoni, którzy krzywili się z niesmakiem, ale nie odważyli się nigdy nic powiedzieć, i tylko patrzyli na nią z odrazą, pomieszaną z strachem i podziwem. Malfoy’a zdziwiła odwaga ciotki, jak zwykł ją nazywać, chociaż był pomiędzy nimi tylko rok różnicy. Albo raczej szacunek innych do niej. Mogła przeszkodzić starszym od siebie o 4 lata uczniom, a oni jej nic nie zrobili, czasami nawet uśmiechali się nieco głupkowato, jednak młoda latorośl Malfoy’ów nie potrafiła odgadnąć celu, w jakim to robili. Byli już prawie na końcu stacji, właśnie mieli skręcić za róg, gdzie nieopodal znajdowały się toalety, gdy... Wpadło na nich dwóch chłopców. Starszy spojrzał na Nadd i uśmiechnął się… Może nieco złośliwie? Drugi, wyraźnie mniejszy od swojego poprzednika powoli, nie zwracając na siebie zbytniej uwagi zaczął się chować za plecami starszego. -O, witam cię Naddall - powiedział James, uśmiechając się do niej promiennie, jakby największym szczęściem dla niego w tym dniu było właśnie spotkanie jej. Oboje dobrze wiedzieli, że tak nie było, jednak chłopak chciał nieco popisać się przed bratem, żeby to zobaczył, jaki on jest naprawdę, wśród Ślizgonów, których to młody miał zacząć tępić od tego roku. Brunetka za to zmarszczyła brwi, a na jej twarzy wykwitł dziwny grymas. -Dla ciebie panna Riddle, Potter – warknęła w jego stronę, lustrując go wzrokiem. Albo jej się zdawało, ale chyba urósł bardzo od tamtego roku, pozostawał jednak ciągle jej wzrostu. Poza tym, nie widać było już tak tych dziecięcych rys, w których posiadaniu był jeszcze rok wcześniej. Czyżby robił się przystojny? Brunetka zganiła się za taką myśl. Potter? Chyba sobie kpiny robi z siebie. Tamten spojrzał na nią niewzruszony, jakby oczekując wręcz takiej odpowiedzi, albo spodziewając się jej. W końcu znali się dość długo, by domyślić się, na co jest uczulona Riddle. -Czyżbyś traciła panowanie nad sobą? – zapytał w zamian, rozbawiony jej zdenerwowaniem. Uspokoiła się. Nie chciała mu dać tej satysfakcji. Nigdy. Nie jemu. -Skąd że. Dla Ciebie po prostu aż nie warto wychodzić z jakiejkolwiek równowagi - uśmiechnęła się złowieszczo. - A teraz z łaski swej zejdź mi z drogi, jeśli chcesz do Hogwartu trafić w jednym kawałku. Lecz gdy próbowała go wyminąć, on zastąpił jej drogę swoim ciałem. Od zawsze jej się zdawało, że on ma coś nie tak z głową. -A to, kto? - spojrzał na Scorpiusa, który cały czas stał u boku brunetki i przysłuchiwał się wymianie zdań z wrednym półuśmieszkiem. – Czyżby młody pan Malfoy miał zaszczycić nas w tym roku swoją obecnością w Hogwarcie? Wyszczerzył swoje białe zęby, jakby w jakiś dziwny i nieokreślony sposób chciał się zaprzyjaźnić z wcześniej wymienionym pierwszorocznym. Teraz Naddall upewniła się tylko w swoich przypuszczeniach, że ten chłopak jest niezrównoważony psychicznie. Za każdym razem, kiedy wymienił z nią chodźmy zdanie, spisywał własnoręcznie swój wyrok. Ona jakoś nigdy nie pchała się do konfrontacji z nim i jego przygłupimi znajomymi z Gryffindoru. -Tak, chociaż raz pomyślałeś Potter, jestem wręcz pod wrażeniem. A ten „młody pan Malfoy” niedługo zacznie cię tępić i prześladować, więc nie wiem, czego się jeszcze tak cieszysz. Uśmiech zszedł mu z twarzy i jeszcze raz spojrzał na niższego od siebie blondyna. „Nie wygląda tak źle, jak ona i ta jej banda” - pomyślał i znowu spojrzał na brunetkę. -No, co? Przestraszyłeś się już na sam widok? A gdzie ten twój śmieciowaty ojciec i ta plug... Urwała w połowie, gdyż przed nią stanął wcześniej wspomniany Harry Potter. -Nie waż się obrażać mojej żony ty... – warknął w jej stronę, lecz nie był w stanie jej określić żadnym przymiotnikiem, czy też rzeczownikiem. Najchętniej rzuciłby w nią jakimś zaklęciem lub udusił własnymi rękoma, co wydawało się jednak najodpowiedniejsze. Nie mógł uwierzyć, że jak w tamtym roku musi akurat ją spotkać. Nie rozumiał, jak można być aż tak wielką kreaturą, jak można mieć w sobie tyle złości i nienawiści. Już dawno mówił Dumbledore’owi, że pozwolić temu dziecku żyć było jego największym błędem. Dobrze wiedział, że mogło grozić to kolejną wojna, a Tom Riddle z Bellatrix przewróciliby się w grobie zapewne, dyby ich dziecko zostało skazane. Jednak chodzące po świecie zło też nie było najlepszym rozwiązaniem. A dyrektor ciągle wypominał mu, jak mylił się do Severusa Snape’a, swojego byłego nauczyciela eliksirów i OPCM, jak i w pewnym czasie dyrektora szkoły. Nawet argumenty, że to była zupełnie inna historią nie przekonały Albusa, by usnął ją ze szkoły, albo ograniczył kontaktowanie się z innymi uczniami. Riddle zaśmiała się wzgardliwie, do tego jakoś wyjątkowo przerażająco. -No, co Potter? Nie ważysz się mnie obrazić? Jesteś żałosny. To już mugolski pies jest od ciebie odważniejszy pewnie - powiedziała i roześmiała się. Ta sytuacja ją bawiła. Wiedziała, że nic jej nie zrobi i może mu powiedzieć cokolwiek chce, a i tak nie poniesie żadnych konsekwencji. Wszyscy stali za nią murem, którego biedny Potter’ek nie mógł samodzielnie przebić, a nawet jego żona, która jej nie znosiła uważała, że córka Czarnego Pana, kimkolwiek jest, ma największe prawo żyć, tak jak inni. Tylko on, słynny chłopiec, który przeżył miał obawy. Czyżby się bał, że tak jak swój ojciec zawładnie światem i będzie siała spustoszenie? Brunetka była pewna, że jest obiektem wielu jego koszmarów. I bardzo dobrze, zasłużył sobie, za to, co uczynił. Za to, i jeszcze wiele gorszego. Nie spocznie, póki nie wynagrodzi mu w odpowiedni sposób jego czynów. Bliznowaty spojrzał na syna, który zrobił się powtórnie tego dnia czerwony. Nienawiść do ojca jeszcze bardziej w nim wzrosła, zawrzała wręcz i dotknęła górnej granicy. Wiedział, że teraz Naddall będzie mieć z niego pośmiewisko przez najbliższe dwa miesiące, jak niedużej. A przecież nie o to mu nigdy chodziło. -Idziemy – powiedział ojciec i zaczął odchodzić. Ale James się nie ruszył, a co z tym związane, chłopiec za nim dalej stał w miejscu, trwając w bezruchu i licząc, że nie zostanie zauważony przez dwójkę stojących naprzeciwko młodych czarodziei. -Chyba coś powiedziałem - warknął w stronę starszego syna, jakby nie zauważając w ogóle swojego młodszego potomka. Ten spojrzał na niego już kompletnie wściekły. Jak zwykle pretensje miał tylko do niego, do nikogo więcej. W dodatku robił mu największy wstyd pod słońcem, i to w oczach akurat takiej osoby, która nie będzie w stanie mu tego przepuścić za żadne skarby! -Sam sobie idź! - wydarł się na niego, kompletnie zapominając, w jakim miejscu się znajduje, a jego głos odbił się od ścian, i kilku przechodzących nieopodal czarodziei spojrzało w ich stronę. Zrezygnowany sam odszedł rzucając jeszcze tylko wściekłe spojrzenie Naddall, która uśmiechnęła się drwiąco, słuchając z zaciekawieniem wręcz wymiany słów między ojcem i synem. Poznawała kolejny jego słaby punkt, i to w całkowitej nieświadomości obiektu, który znajdował się na liście jej największych wrogów pod numerem jeden, łamany ukośnikiem na jego ojca i całą rodzinę Potter’ów, łamaną przez Weasley’ów. -Idziemy Scorpi, nie będziemy przeszkadzać jakże szczęśliwej rodzince - uśmiechnęła się złośliwie do Jamesa. - Do zobaczenia w szkole chłopcze, przygotuj się na piekło. I odeszła tanecznym wręcz krokiem, a blondyn jak cień, za nią. Kiedy już byli dość daleko, żeby się nie zawrócili przypadkiem, Albus wyszedł zza Jamesa. Głupio mu było, że jak tchórz chował się za kimś, do kogo nie pałał jakąś wielką sympatiom. Na swoje usprawiedliwienie miał jednak to, że kompletnie nie był przygotowany na spotkanie kogoś takiego, jak ona. Brunet spojrzał na niego, o dziwo z przyjaznym wyrazem twarzy, co było czymś niesłychanym w jego codziennym postępowaniu. -Cudna jest nie? - zapytał z uśmiechem brata. Tamten się zawahał i powiedział nieśmiało: -Jest bezczelna i obraziła nasza rodzinę... James roześmiał się i spojrzał na grupkę Ślizgonów, w której środku stała Nadd zaciekle wymachując rękoma i widocznie coś im zażarcie tłumacząc. Prawdopodobnie była to relacja wydarzeń sprzed chwili. Nie dojechali jeszcze do szkoły, a już zaczynała się wojna. Nie wiedział tylko, czy przez wakacje chciał jak najwięcej od niej odpocząć, czy tęsknił za tym codziennym uprzykrzaniem sobie nawzajem życia. -Ona obraża wszystkich. I właśnie ta jej bezczelność jest w niej taka słodka - uśmiechnął się. - No dobra młody, ja idę do swoich znajomych, a ty rób, co tam sobie chcesz. Może się z kimś zaprzyjaźnisz nawet, chociaż w to szczerze wątpię. Wzruszył ramionami i odszedł zostawiając go samotnego, opartego o mur. Nie uszło to uwagi Naddall, która miała pewien plan, jak zwykle w jej przypadku genialny, do tego wydający się zbyt łatwy do wykonania, a jednocześnie gdyby się powiódł przynoszący niebywały sukces i przechylenie szali znacząco na jej stronę. A ten ruch mógł się nawet okazać znaczący w całej wojnie. „Ten mały... Hmy. Niezły jest. A do tego widać, jak ten cały Potter nim pomiata. A więc wykorzystamy to przeciwko niemu. Niech ma, na co zasłużył”. Przeprosiła całe towarzystwo, odprawiając Scorpiusa, który jak zwykle chciał iść z nią i zawróciła, idąc w kierunku przejścia, gdzie stał samotnie czarnowłosy. „Boże, czego ona ode mnie chce?!” – pomyślał z przerażeniem i dreszcz przeszedł mu po plecach. Serce zaczęło w nim mocniej bić, jakby za chwilę miało mu wyskoczyć z piersi. Z przestrachem czekał na jej słowa, które zadałyby mu ból. Ale stało się coś, czego kompletnie nie przewidział. Ona podeszła i... Uśmiechnęła się. -Cześć - powiedziała łagodnym głosem i lekkim, z uśmiechem na twarzy. - Naddall jestem. Podała mu rękę. Niepewnie i z przestrachem ją uścisnął, chociaż tak naprawdę chyba tego nie chciał, a robił to tylko, dlatego, że bał się wiedzieć, co się stanie, jeśli jej się sprzeciwi. Spodziewał się raczej zimnej i kościstej dłoni, która by go ścisnęła tak mocno, że wywołałaby u niego łzy. Jednak było inaczej. Jej ręka była dość ciepła, i uścisnęła go lekko, nadal się uśmiechając. - Aaa... Ja jestem Albus - wyjąkał niepewnie. - Miło... Miło mi panią poznać. Tak naprawdę, to nawet nie wiedział, jak się do niej zwracać. Bał się, że jeśli powie coś złego, może ją obrazić i tym samym podpisać

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych